Lubię to lepkie uczucie
gdy cudza krew zasycha
mi na kostkach palców
(Średni Brat 3szklaneczek)
Byliśmy na 2012. Jeżeli widzieliście już masę filmów o końcu
świata i sądzicie, że nic was już nie jest w stanie zaskoczyć to się mylicie.
Ostatnio walczymy dzielnie w kończonym właśnie bloku w Oliwie. Blok stoi tuż
obok fabryki czekolady i chyba nawet samo powietrze jest kaloryczne. Czuć nawet
jaką czekoladę robią tego dnia, mleczną czy z nadzieniem, jakim. Gdy otwieramy
okna z odpowiedniej strony to pracujemy permanentnie uśmiechnięci.
Wczoraj spotkałem się z Marzanem aby dowiedzieć czemu straszy mnie po nocach
moją możliwą nominacją do Nike. Gnając na Oliwską Pętlę podobno omal nie
zadeptałem Dehnela drepczącego z nieodłączną laseczką w ręku. Podobno chce
założyć knajpoklub literacki nach Langfur. Niech zakłada, jak będzie gotowe
wjadę mu tam z dresiarskim oberkomando.
Z Marzanem konwersacje zaczęliśmy w Barze Przy Pętli. Zapachniało Mrokiem.
Pomalowana na pomarańczowo buda rodem z kwitnących lat 70 zeszłego wieku.
Prawdziwa mordownia wypełniona dość szczelnie ponurymi panami w wieku bardzo
średnim i ekstraktywną dymnopiwną zawiesiną w powietrzu. Poprosiliśmy o słynne
miejscowe szaszłyki. Gość wyjął długie rożno i kazał pokazać ile mięcha i
różnych zachęcających fafkulców ściągnąć. Do tego po piwku. Mieliśmy jechać
potem Do Biblos Głównos na spotkanie z polskimi dziennikarzami grasującymi na
co dzień pośród dzikich wejstlesów Rasyji. W celu czekania na kolejkę udaliśmy się
do Trolla, który jest akurat nieopodal torów. W trakcie absorpcji płynów,
podskakujących w takt podkręconych basów, doszliśmy do wniosku, że w naszej
operacji podboju literackiego świata, w trakcie to którego zmurszałe autorytety
będą trzaskać niczym gałązki pod podkutymi podeszwami moich trampków marki
Vans, będą mi potrzebne pomoce w postaci „Listonosza” Bukowskiego i „Czarnej
Matki” Stamma. Położyliśmy więc już z lekka chwiejąc się, szeroko pojętą laskę
na rosyjskojęzycznych dziennikarzach i udaliśmy się kolejką w kierunku
przeciwnym a mianowicie gotenhavskiej pakamery M. Zanim tam dotarliśmy
przemknęliśmy jeszcze przez opustoszałe, małomiasteczkowe centrum Gottenhaven
by wpaść do knajpy, w której udzielają się stoczniowcy. Mrok się skoncentrował
do materialnej formy, przeciekającej przez palce. Grzmiące echem podwórka
pokryte dachem, w kiblu na śmierć wystraszyła mnie zmumifikowana babcia
klozetowa.
Na koniec zapadliśmy „U Jurasa”, gdzie na ścianach wiszą szaliki i stare mapy,
na wielkim tv wykrzywia usta w uśmiechu Lady Gaga. I tu kumulował się kwiat
miejscowego wieku średniego. Popatrzyli na nas trochę kątem oka od swojej
wyspy. Potem zostaliśmy najwyraźniej uznani za swoich bo barman w dresie
postawił przed nami paluszki w porcelanowej, poobtłukiwanej głowie murzyna.
Chłopaki zdjęli ze ściany gitarę i pośpiewali, pośpiewaliśmy z nimi. Pierwszy
raz chyba słyszałem wykonanie Chopina na gitarę.
Od M zabrałem też wiersze zebrane Węcla, skoro już pracuję w Matarni o rzut
granatem od jego ogrodu to mogę zapoznać się z poetyckim genius loci okolicy.
Cisi posiądą ziemię,
są zbyt nieśmiali
żeby odmówić
Mucho, mucho ciężkiej roboty. Powroty w ciemności w
usypiającym rytmie silnika. Dwie rzeki światła żółta i czerwona, składające się
z setek diodowych świetlików, wiją się pośród wzgórz, znikają nagle za stokami,
lub pną się niespodziewanie pod samo niebo. Oddychamy kurzem, obmywamy ręce w
płynie do mycia szyb.
W piątek niebo pękło i wychynęło jesienne słońce w pełni swej termojądrowej
glorii. Wisiałem akurat na kolejnej ścianie wysoko, wysoko jak budowlany pirat
przyssany do anteny korsarskiego budynku w stanie półsurowym, wypełnionego
pracującymi na czarno grabieżcami kasy znienawidzonego ZUSu i wypełniającymi
swą gorączkową działalnością przyjazny półmrok szarej strefy. Światło spadło
poprzez mgły. Z oparu wynurzyły się dachy, wzgórza, lasy, dalej niczym
grzbietowa płetwa wychynęła strzelista wieża kościoła. Było naprawdę pięknie.
W środę byłem pierwszy raz w życiu na chrzcinach i pierwszy raz jadłem Rogale
Świętomarcińskie. Chrzciny były w grassowskim Sercu Jezusowym na Czarnej,
przeszedłem się więc kawałek wzdłuż nasypu by popatrzeć na ten budyneczek nad
torami, który Meier penetrował brodząc po kostki w wyschniętych ptasich kupach.
Podobno są tylko takie dwa na świecie. Drugi jest gdzieś w Austrii.
Dziś w końcu pospałem, choć parę razy otarłem się o granicę jawy, dziwiąc się,
że już zapewne po wpół do piątej a budzik wciąż nie dzwoni. Rano spaliłem sobie
grzanki na śniadanie. Były ze wszystkiego co znalazłem i to na razie koniec
jedzenia na jakiś czas. Spodziewałem się kasy w piątek, ale roboty nie widać
końca, a nie mam czasu za bardzo by sobie dorobić.
Dziś poszedłem na północ. Wystawiłem wraży łeb na plażę. Mgła. Morze w kolorze
mgły. Plaża wyglądała jakby była końcem wszystkiego i czegokolwiek. Na krętej
linii brzegowej ciemne sylwetki ludzi, rozrzuconych to tu to tam. Landszaft z
końca świata. Pocztówka z zaświatów.
Strzelec! - Zawołała królowa. U jej boku
natychmiast zmaterializował się angielski
żołnierz z muszkietem - odstrasz go - roz-
kazała wskazując na śmigłowiec FBI -
Wyceluj w niego działo i zagroź zniszczeniem
jeśli nie poda identyfikacji. Używaj długich
słów, mów złożonymi zdaniami i udawaj, że
nie słyszysz odpowiedzi.
- Czy mam faktycznie otworzyć ogień, Wasza
Wysokość?
- Nie, ale wszystkie znaki mają na to wskazywać.
Później będziemy twierdzić, że wyglądał nam
na Irlandzki.
91 zdaje się lat temu wolność przyjechała pociągiem.
Komendant miał gorączkę i bolało go gardło, odmówił więc jazdy karetą i
pojechał samochodem jednego z notabli. Po załatwieniu spraw oficjalnych położył
się wcześnie spać, ale po północy obudziła go delegacja dowództwa niemieckiego
wojska, by przyjął ich poddanie i by mogli wreszcie wrócić do domu. Rano nad
Warszawą powiewały pierwsze polskie flagi. Ten dzień był podobno równie szary i
dżdżysty jak ten dzisiejszy.
A my w dalekiej Redzie z pobudowlanego pyłu i strzępków taśm tworzymy dla ludzi
nowe mieszkania. Wczoraj był nieoficjalny konkurs firm, o którym zresztą nie
mieliśmy pojęcia. Na drugiej klatce wylądowały cztery panie. Byliśmy tam po
jedenastej, bo ja przecież jadę tam z pierwszej roboty, każdy z nas przygotował
praktycznie po mieszkaniu. Mi trafił się podwójny kolos i została jeszcze część
okien do umycia, a okienka są tam śliczne od ziemi do sufitu i często potrójne.
W każdym razie gdy kończyliśmy w lekkich oparach poczucia porażki i
pozbawionych prądu ciemnościach, okazało się, że czterem paniom w czasie
dłuższym o 4h udało się posprzątać kolektywnie jedno mieszkanie. Rządzimy!
Wstrząsamy! Wymiatamy! Żądamy nominacji do Złotego Mopa. Nie to żebym był
przeciw równouprawnieniu, jestem jak najbardziej za, by kobiety mogły tyrać tak
jak mężczyźni, a tym samym jestem absolutnie przeciw uwłaczającym kobietom
przywilejom jakich żądają dla nich feministki.
Narożne okna nie otwierają się, są za nimi niziutkie bariereczki, ale gdy chce
się to cholerstwo umyć to praktycznie trzeba wyjść na parapet i bujać się na
ścianie. Takoż właśnie trwałem w pozycji wygiętej a widowiskowej, ze szmatką w
jednej ręce, zdzierając nożykiem tynk z szyby drugą a czubkiem nogi
podtrzymując pełne wody wiadro. Z dołu dochodziły mnie strzępki rozmów
rozbawionych budowlańców, zakładających się czy spadnę, a stojących tak by dać
mi ewentualnie czyste miejsce do lądowania. I wtedy właśnie zadzwonił telefon.
No nic przeprowadziłem szybką a chaotyczną operację logistyczną, odbieram a tam
matka: Zamawiałeś pizzę? Przez chwilę mój umęczony umysł ogarnęła fala
najczystszego surrealizmu. Na szczęście kolejny powiew wiatru z dołu obudził
mnie, bo diabli wiedzą czy nie zapragnąłbym nagle wznieść się do lotu z wiadrem
w zębach i nożykiem do zdrapywania obłoków w ręce.
Na działkach w Brzeźnie ktoś obwiesił starą, pozbawioną liści jabłoń wielkimi
sklepowymi jabłkami. Są naprawdę wielkie i czerwone. Zdaje się, że ta jesień
niesie ze sobą jakieś prątki szaleństwa.
Jak powiadają „Dobra kobieta warta
jest rubinów”, zatem umiejętnie zła
mogłaby by być warta znacznie
więcej
- Chodź pokażę ci mojego nowego Fokkera
- Fokę?
- Fokkera
- Pana Fokę???
(My)
Jakże szary jest ten poranek. Szary jak podszewka żebraczego
płaszcza, tylko mniej śmierdzi zjełczałym serem. Mam klasyczną chrypkę. Szkoda,
że nie mogę mieć takiego głosu cały czas. To akurat ta częstotliwość, która
jeży dziewczynom włoski na karku i wprawia je w ten typ rezonansu, przy którym
stringi same z siebie zaczynają się zsuwać i zatrzymują się dopiero w okolicy
kolan.
Wczorajszy dzień przebiegłem. Rano sprzątałem babcine przyległości pełne
zdziczałych lokatorów. Uparła się żebym mopem przeleciał kotłownię i poszła.
Trochę ucichło, patrzę a tu otwierają się drzwi i Student przemyka na golasa do
kotłowni i usytuowanego tam prysznica. Już chciałem za nim krzyknąć żeby chwilę
zaczekał, gdy z pokoju wychynęła równie naga lasia, maleństwo o klasycznej
linii i kształtnym, ciężkim biuście przelewającym się leniwie z boku na bok w
takt jej kocich ruchów... Cóż było robić, oparłem się w miejscu z najlepszym
widokiem i poczekałem aż będą wracać...
Potem byliśmy na wystawie japońszczyzny koło Pałacu Opatów. Były to głównie
kimona, choć trafił się sprzęt do herbacianej ceremonii. Potem pohasaliśmy
jeszcze pośród stałej wystawy Kaszubskiej, ekscytując się perełkami typu:
końskie buty czy młynek do kaszy.
W domu zaproszono mnie na obiad. Matka podawała na tak totalnym kacu połączonym
z grypą, że te cholerne polędwiczki paliły mnie w zęby.
Wieczorem lądowaliśmy u Krzyśków, w choinkowej scenerii rozświetlonej rafinerii
spinającej oba horyzonty. Okazało się, że wszyscy przynieśli wino a i
gospodarze przygotowali zapas bliżej nieokreślonej ilości butelek. Tak więc w
jakiś czas później, zagryzając pizzą i skacząc po programach muzycznych, mniej
lub bardziej wstawieni bawiliśmy się w tą grę co to się wyciąga klocki z dołu
kładzie na górze, aż wszystko się rozleci. Oczywiście trzęsienie stołem, czy
rzucanie korkami było zwykłą strategią w naszej wersji gry. Osobiście uważam,
że powinno być dwa razy więcej klocków, żeby dało się ustawić jeszcze jedną
wierzę, nazwalibyśmy to wtedy WorldTrade
Center i z powodzeniem sprzedalibyśmy Islamistom.
Jutro zaczyna się piekielny tydzień pracy na trzy etaty. Obejrzałem sobie mój
osobisty grafik i z radością stwierdziłem, że gdzieś w okolicach środy znajdzie
się trochę czasu na sen... Będę spał! Spał!!! Może nawet coś zjem!
- Kochanie, czego ci brakuje w naszym seksie?
- Karoliny...
- Ja pierdolę, Kiszczu wyłącz tę muzykę!
- A gówno! Jesteś u mnie, cierp po mojemu
Avatarro na uczelni rozmnaża na drożdżowych pożywkach muszki
owocówki. Gdy złożą jajeczka to rodziców wywalają za okno na mróz i oglądają
mutacje potomstwa. Avatar jak to Avatar zainteresowała się dlaczego muszek
owocówek nie rozmnażają na owocach. W odpowiedzi usłyszała, że okazało się to
nieekonomiczne bo studenci wyżerali owoce.
Trzecią dobę non stop słucham w kółko „Pokój na jedną noc” The Cuts. Cieszy
mnie to jak dziecko, w barwie i treści przebrzmiewa coś prastarej Budki Suflera
i przedpotopowego Dżemu w stylu techno. Do tego całość wymyka się jakoś
pamięci, i słowa i melodia. Mogę słuchać tego w nieskończoność.
W nocy spadł pierwszy śnieg. W umowie mam też odśnieżanie, więc przed szóstą
pojawił się u mnie szef w swoim granatowym bolidzie i pomknęliśmy na górny
taras by poprzerzucać tę mleczną breję. Kurna Olek tam nie ma po prostu
chodników, tylko rozległe brukowane place pośród bloków. Pieprzony koszmar. Jak
zacznie padać na poważnie będę chyba musiał sobie zainstalować jakieś gąsienice
i stalową łychę z przodu.
Oczywiście teraz po śniegu nie ma już śladu. Ociepliło się też znacznie po w
porównaniu z ostatnim mrożącym płyn czaszkowo - mózgowy wygwizdowem.
Po Sebie i reszcie wesołych morderców też nie ma jakoś nigdzie śladu. Siostra
Pasiewniaka na moje zaniepokojone pytanie (zawsze się niepokoję jak są a ich
nie ma. Wtedy może zdarzyć się wszystko, a co najgorsze, może się to wszystko
zdarzyć niespodziewanie, podróż z dwoma promilami we krwi do wnętrza ziemi
kanalizacją, albo krótki, nocny wypad na teren rafinerii by pobawić się w berka
z ochroną, już widzę jak któremuś dewiantowi pośród monstrualnych zbiorników
etyliny gaśnie latarka i postanawia przyświecić sobie zapalniczką...)
odpowiedziała, że któremuś latem uwidziało się, że widział pod wodą starą
torpedę i poszli wszyscy ją wyciągnąć... Co oni do Jasnej Anielki palili? Z
drugiej strony diabli wiedzą czy nie usłyszę dziś, gdzieś pośród nocnej ciszy,
głuchego odgłosu toczenia po betonie czegoś ciężkiego i niepokojąco
pordzewiałego. Seba miewa takie falliczne odchylenia.
Odchodzi piątek. Księżyc mi świeci w kuchni. Jest tak jasny
i uporczywie intensywny, że wydaje się jakby wszystkie płaskie powierzchnie
były z lodu, mleczne i lekko szkliste, ze światłem w środku. Zabrałem ostatnio
Szponiastą specjalnie na plażę by zobaczyła swój księżycowy cień. Wszak znać
swój księżycowy cień to obowiązek każdego kota.
Przemija niedziela. Księżyc dziś jest taki jasny. Morze spokojne jak lustro, na
popielatej emalii ciemniejącego powoli nieba porozmazywane na wszystkie strony
smugi obłoków. Dzień Wszystkich Zmarłych i tych co przekroczyli tak daleko
siebie, że otrzymali koncesję na świętość i abonament na aureolę.
Jest cicho, w parku, na plaży, pomiędzy blokami. Pusto i spokojnie. Lubię te
chwile, gdy mogłoby się wydawać, że wszyscy nie żyjecie a cały świat należy do
mnie. Wzrok sięga daleko, widać migotanie Zitałersów i dźwigów odległego
Gottenhaven. Opowiadają im migoczące pośród piasku plaży kolorowe znicze. Nad
świat nadchodzi noc. Podobno gdzieś tam za morzem Marzan w swym mieszkaniu
pełnym papieru, tworzy nową armię by uderzyć niczym fala o zbocza Parnasu. To
takie miejsce, gdzie przy pomocy barwionego etylenu rafinuje się sztukę. Na
cmentarzu widziałem dziewczynę w turkusowych stringach myjącą grób.
Kończy się poniedziałek. Rano rozbijałem się pośród lodowatego wiatru po
Krainie Dziwnych Klatek. Coraz więcej ludzi mówi mi tu „dzień dobry” i coraz
mniej psów szczeka na mnie przez drzwi. Gnając około południa do drugiej roboty
natknąłem się na Hanię, w tej jej długiej kurteczce typu paróweczka. Szła do
lekarza, bo chyba załapała coś, od swojej Zdobyczy. Z głuchym kłapnięciem
ugryzłem się w ozór zanim wymknęło mi się „Rzeżączka?”. Na budowie pierwszy raz
w życiu widziałem jak ktoś innego ktosia usiłuje utopić żywcem w betonie.
Pamiętajcie, w każdym człowieku tkwi dobro, zawsze należy liczyć na pomoc
bliźniego, na poryw ludzkiej solidarności, wyciągniętą rękę... zawsze należy
też przygotować sobie drogę ucieczki, a najlepiej dwie. Koleś ryczał jak ranny
łoś w dziurze, po pas w rzadkim betonie, a my staliśmy nad nim w pięciu rycząc
ze śmiechu i pokazując go sobie palcami. Dobrze, że się skończył beton, bo
pewnie zanim byśmy się uspokoili po typie zostało by parę bąbelków na mętnej
powierzchni.
Potem odwiedziłem Ciapkozaura pośród kanciastych wież Niedźwiednika.
Naładowałem plecak papierzyskami, pożarłem zupę ogórkową i kryzysówki i
obejrzałem na kompie jak lata kosiarka. Na dół zszedłem przez nocny las pełen
powalonych drzew. Liście przykryły ścieżki a plamy księżycowego blasku
wydobywały spośród mroku niespodziewane kształty. Każdy cholerny krok był
przygodą.
Po drodze napadłem Awarię by wysłuchać najnowszego Rammsteina i obejrzeć
kilkaset zdjęć.
Na łąkach za szpitalem jakiś typ wyprowadzał czwórkę rosłych bokserów. Radośnie
rzucił piłeczką przez ciemność trafiając mnie w dołek, z pięć centów nad tym co
lubią ciągnąć Igory. Potem zaś ciemność ożyła i znikąd pojawiły się rotujące
girlandy śliny i prychającej serdeczności.
Gdy ostatecznie dowlokłem się do domu i usiadłem z głuchym westchnieniem nad
herbatą, za oknem zaryczał mi Seba, który jak każdy prawdziwy marynarz,
organicznie nie może znieść towarzystwa tych wszystkich, wstrętnych pieniędzy i
trzeci tydzień jest zajęty uporczywym wydawaniem pensji. Usłyszałem więc z
mroku płaczliwe wyznanie, że już go nie kocham i nie cenię i nie chcę
przychodzić i w ogóle, zły jakiś jestem i o! No to poszedłem.
Najwyraźniej pamiętam, oczywiście poza wyczynowym rzucaniem beretem w świecznik
oraz gry w butelkę, która miała wykazać kto przybije sobie gwoździem
półtorakiem dłoń do blatu, konkurs na odśpiewanie kawałka z ulubionego
musicalu. Ja zdaje się z pomocą mojej słowiańsko - brzeźnieńskiej
angielszczyzny wycharczałem rewolucyjną rotę wzywającą lud Paryża na barykady z
„Nędzników”:
Du ju hir
de pipel sing
sinning song of angry men
mmlalala pipel hu wil newer slejw egejn
lala biting of jor hart, rara biting of we dram
coś tam cam dej łen tumoroł kam
itd.
I wreszcie, ostatecznie nadszedł wtorek. Ocknąłem się na
kanapie w domu Mikado, przytłoczony jędrną a obfitą, damską piersią, spętany
gładkim kobiecym ramieniem i lśniącymi, rudymi lokami wypełniającymi mi
szczelnie nozdrza, jamę ustną i zdaje się intymnie oplatającymi migdałki.
Później miałem się dowiedzieć, że to żona kumpla, do tego w ciąży, więc
technicznie rzecz ujmując na kanapie była nas trójka. Sam nie wiem czy cieszyć
się, czy rozpłakać, niegdyś taką sytuację zapewne bym praktycznie wykorzystał,
żeby nie powiedzieć namacalnie. Okolicę zaściełały ciała i butelki, po których,
nie specjalnie delikatnie wytoczyłem się na zewnątrz by powitać nowy, wspaniały
dzień i światło wypalające na wylot udręczone spojówki. Po robocie mam iść
pomalować kobiecie ciasny, nieprzewiewny korytarz farbą olejną, a wieczorem
ląduję na filmach u sióstr... Dziś znów wzejdzie księżyc. Czuję już nagły
przypływ krwi. Help me! S.O.S...
Pomyślał o koralowcach. O rafach
porastających zatopione lotniskowce.
Może i ona stanie się czymś takim,
tajemnicą pogrzebaną pod pokrywającą
ją nadbudową domysłów, a nawet
mitem
(Gibson)
W opuszczonej Stoczni w Gottenhaven umierają z głodu setki
porzuconych kotów.
„Wojna polsko – ruska” okazała się świetnym filmem. Rzut Magdą o ścianę czy
rozmowy z Dżordżem na długo pozostaną w mojej prywatnej księdze zdziwień.
Podobno film obejrzał Bruce Willis i bardzo mu się spodobało, na tyle, że skontaktował
się z Szycem. Lady Pazurek twierdzi jednak, że mam lepszy tyłek. Widzieliśmy
też początek ostatniego Star Tracka. Scena gdy dziewczynę wyrzuca w przestrzeń
przez rozerwany kadłub jest precyzyjnie masakryczna. Najpierw wycie
uciekającego powietrza, chaos wirujących strzępów, jej krzyk, a potem gdy
wylatuje na zewnątrz nagła, absolutna cisza, w której wiruje pośród
oślepiających błysków, odbywającej się w tle bitwy.
Szedłem ostatnio długim podejściem przez las do Dzielnicy Dziwnych Klatek. Jest
tam taki zakręt, na którym zamontowali właśnie nowe barierki. Wkrótce
dowiedziałem się czemu. Pośród jasnobrązowego kobierca liści krzyże, stare i
nowe. Na drzewie zaśniedziałe tabliczka z czterema nazwiskami. Spośród liści
wystają dyskretnie tu i ówdzie potrzaskane samochodowe części. Tu lampa, tam
błotnik. Na stoku zaczynającego się kawałek dalej rowu, otwarta teczka pełna
liści i przegniłych papierów. Obok zasnuta bielmem, pozieleniała komórka.
Kawałek dalej, tuż przy drodze dziecięcy smoczek. Włos się jeży na karku a
głęboko w gardle rodzi się skowyt. Nie pójdę tamtędy do wiosny, dopóki tych
wszystkich kawałków potrzaskanych żyć nie zakryją nowe liście.
Mechanika przypadku znowu działa. Padać zaczęło dokładnie w momencie, gdy
Pazurzasta przekroczyła próg swojego domu. Z dobijającą pracowitą stałością
siąpiło przez całą godzinę, gdy trzeszcząc na złączach, telepałem się do domu.
Przestało w chwili gdy wszedłem pod daszek i wyciągnąłem klucz do moich drzwi.
Przypadek oczywiście, tak samo jak to, że analogiczną sytuację miałem parę
godzin wcześniej między drzwiami autobusu a domem. Jestem prawie pewien, że
gdzieś tam, nad chmurami dryfuje gigantyczny pęcherz i gdy tylko wynurzę się
spod jakiejś osłony wszechświat w sposób dobroduszny i bezpośredni daje mi znać
co o mnie myśli. Z drugiej strony, może mnie tak bezustannie podlewa, bo chce
bym wzrósł duchem ponad chmury czy coś równie wzniosłego a absurdalnego.