Ostatni prezydent Stanów Zjednoczonych

Lubię to lepkie uczucie
gdy cudza krew zasycha
mi na kostkach palców

(Średni Brat 3szklaneczek)

Byliśmy na 2012. Jeżeli widzieliście już masę filmów o końcu świata i sądzicie, że nic was już nie jest w stanie zaskoczyć to się mylicie.
Ostatnio walczymy dzielnie w kończonym właśnie bloku w Oliwie. Blok stoi tuż obok fabryki czekolady i chyba nawet samo powietrze jest kaloryczne. Czuć nawet jaką czekoladę robią tego dnia, mleczną czy z nadzieniem, jakim. Gdy otwieramy okna z odpowiedniej strony to pracujemy permanentnie uśmiechnięci.
Wczoraj spotkałem się z Marzanem aby dowiedzieć czemu straszy mnie po nocach moją możliwą nominacją do Nike. Gnając na Oliwską Pętlę podobno omal nie zadeptałem Dehnela drepczącego z nieodłączną laseczką w ręku. Podobno chce założyć knajpoklub literacki nach Langfur. Niech zakłada, jak będzie gotowe wjadę mu tam z dresiarskim oberkomando.
Z Marzanem konwersacje zaczęliśmy w Barze Przy Pętli. Zapachniało Mrokiem. Pomalowana na pomarańczowo buda rodem z kwitnących lat 70 zeszłego wieku. Prawdziwa mordownia wypełniona dość szczelnie ponurymi panami w wieku bardzo średnim i ekstraktywną dymnopiwną zawiesiną w powietrzu. Poprosiliśmy o słynne miejscowe szaszłyki. Gość wyjął długie rożno i kazał pokazać ile mięcha i różnych zachęcających fafkulców ściągnąć. Do tego po piwku. Mieliśmy jechać potem Do Biblos Głównos na spotkanie z polskimi dziennikarzami grasującymi na co dzień pośród dzikich wejstlesów Rasyji. W celu czekania na kolejkę udaliśmy się do Trolla, który jest akurat nieopodal torów. W trakcie absorpcji płynów, podskakujących w takt podkręconych basów, doszliśmy do wniosku, że w naszej operacji podboju literackiego świata, w trakcie to którego zmurszałe autorytety będą trzaskać niczym gałązki pod podkutymi podeszwami moich trampków marki Vans, będą mi potrzebne pomoce w postaci „Listonosza” Bukowskiego i „Czarnej Matki” Stamma. Położyliśmy więc już z lekka chwiejąc się, szeroko pojętą laskę na rosyjskojęzycznych dziennikarzach i udaliśmy się kolejką w kierunku przeciwnym a mianowicie gotenhavskiej pakamery M. Zanim tam dotarliśmy przemknęliśmy jeszcze przez opustoszałe, małomiasteczkowe centrum Gottenhaven by wpaść do knajpy, w której udzielają się stoczniowcy. Mrok się skoncentrował do materialnej formy, przeciekającej przez palce. Grzmiące echem podwórka pokryte dachem, w kiblu na śmierć wystraszyła mnie zmumifikowana babcia klozetowa.
Na koniec zapadliśmy „U Jurasa”, gdzie na ścianach wiszą szaliki i stare mapy, na wielkim tv wykrzywia usta w uśmiechu Lady Gaga. I tu kumulował się kwiat miejscowego wieku średniego. Popatrzyli na nas trochę kątem oka od swojej wyspy. Potem zostaliśmy najwyraźniej uznani za swoich bo barman w dresie postawił przed nami paluszki w porcelanowej, poobtłukiwanej głowie murzyna. Chłopaki zdjęli ze ściany gitarę i pośpiewali, pośpiewaliśmy z nimi. Pierwszy raz chyba słyszałem wykonanie Chopina na gitarę.
Od M zabrałem też wiersze zebrane Węcla, skoro już pracuję w Matarni o rzut granatem od jego ogrodu to mogę zapoznać się z poetyckim genius loci okolicy.

- A ty co byś chciał na urodziny?
- Eksplozję

*
kiszczaksattack 2009-11-20 21:26:00
skomentuj (1)

Pasja jest połączeniem złości i zamiłowania

Cisi posiądą ziemię,
są zbyt nieśmiali
żeby odmówić

Mucho, mucho ciężkiej roboty. Powroty w ciemności w usypiającym rytmie silnika. Dwie rzeki światła żółta i czerwona, składające się z setek diodowych świetlików, wiją się pośród wzgórz, znikają nagle za stokami, lub pną się niespodziewanie pod samo niebo. Oddychamy kurzem, obmywamy ręce w płynie do mycia szyb.
W piątek niebo pękło i wychynęło jesienne słońce w pełni swej termojądrowej glorii. Wisiałem akurat na kolejnej ścianie wysoko, wysoko jak budowlany pirat przyssany do anteny korsarskiego budynku w stanie półsurowym, wypełnionego pracującymi na czarno grabieżcami kasy znienawidzonego ZUSu i wypełniającymi swą gorączkową działalnością przyjazny półmrok szarej strefy. Światło spadło poprzez mgły. Z oparu wynurzyły się dachy, wzgórza, lasy, dalej niczym grzbietowa płetwa wychynęła strzelista wieża kościoła. Było naprawdę pięknie.
W środę byłem pierwszy raz w życiu na chrzcinach i pierwszy raz jadłem Rogale Świętomarcińskie. Chrzciny były w grassowskim Sercu Jezusowym na Czarnej, przeszedłem się więc kawałek wzdłuż nasypu by popatrzeć na ten budyneczek nad torami, który Meier penetrował brodząc po kostki w wyschniętych ptasich kupach. Podobno są tylko takie dwa na świecie. Drugi jest gdzieś w Austrii.
Dziś w końcu pospałem, choć parę razy otarłem się o granicę jawy, dziwiąc się, że już zapewne po wpół do piątej a budzik wciąż nie dzwoni. Rano spaliłem sobie grzanki na śniadanie. Były ze wszystkiego co znalazłem i to na razie koniec jedzenia na jakiś czas. Spodziewałem się kasy w piątek, ale roboty nie widać końca, a nie mam czasu za bardzo by sobie dorobić.
Dziś poszedłem na północ. Wystawiłem wraży łeb na plażę. Mgła. Morze w kolorze mgły. Plaża wyglądała jakby była końcem wszystkiego i czegokolwiek. Na krętej linii brzegowej ciemne sylwetki ludzi, rozrzuconych to tu to tam. Landszaft z końca świata. Pocztówka z zaświatów. 

Strzelec! - Zawołała królowa. U jej boku
natychmiast zmaterializował się angielski
żołnierz z muszkietem - odstrasz go - roz-
kazała wskazując na śmigłowiec FBI -
Wyceluj w niego działo i zagroź zniszczeniem
jeśli nie poda identyfikacji. Używaj długich
słów, mów złożonymi zdaniami i udawaj, że
nie słyszysz odpowiedzi.
- Czy mam faktycznie otworzyć ogień, Wasza
Wysokość?
- Nie, ale wszystkie znaki mają na to wskazywać.
Później będziemy twierdzić, że wyglądał nam
na Irlandzki.

(Ruff)

*
kiszczaksattack 2009-11-14 22:33:25
skomentuj (1)

Gott mit uns kompanionen

- Czy był tam Bóg?
- Tak, ale po ich stronie

(Edelman)

91 zdaje się lat temu wolność przyjechała pociągiem. Komendant miał gorączkę i bolało go gardło, odmówił więc jazdy karetą i pojechał samochodem jednego z notabli. Po załatwieniu spraw oficjalnych położył się wcześnie spać, ale po północy obudziła go delegacja dowództwa niemieckiego wojska, by przyjął ich poddanie i by mogli wreszcie wrócić do domu. Rano nad Warszawą powiewały pierwsze polskie flagi. Ten dzień był podobno równie szary i dżdżysty jak ten dzisiejszy.
A my w dalekiej Redzie z pobudowlanego pyłu i strzępków taśm tworzymy dla ludzi nowe mieszkania. Wczoraj był nieoficjalny konkurs firm, o którym zresztą nie mieliśmy pojęcia. Na drugiej klatce wylądowały cztery panie. Byliśmy tam po jedenastej, bo ja przecież jadę tam z pierwszej roboty, każdy z nas przygotował praktycznie po mieszkaniu. Mi trafił się podwójny kolos i została jeszcze część okien do umycia, a okienka są tam śliczne od ziemi do sufitu i często potrójne. W każdym razie gdy kończyliśmy w lekkich oparach poczucia porażki i pozbawionych prądu ciemnościach, okazało się, że czterem paniom w czasie dłuższym o 4h udało się posprzątać kolektywnie jedno mieszkanie. Rządzimy! Wstrząsamy! Wymiatamy! Żądamy nominacji do Złotego Mopa. Nie to żebym był przeciw równouprawnieniu, jestem jak najbardziej za, by kobiety mogły tyrać tak jak mężczyźni, a tym samym jestem absolutnie przeciw uwłaczającym kobietom przywilejom jakich żądają dla nich feministki.
Narożne okna nie otwierają się, są za nimi niziutkie bariereczki, ale gdy chce się to cholerstwo umyć to praktycznie trzeba wyjść na parapet i bujać się na ścianie. Takoż właśnie trwałem w pozycji wygiętej a widowiskowej, ze szmatką w jednej ręce, zdzierając nożykiem tynk z szyby drugą a czubkiem nogi podtrzymując pełne wody wiadro. Z dołu dochodziły mnie strzępki rozmów rozbawionych budowlańców, zakładających się czy spadnę, a stojących tak by dać mi ewentualnie czyste miejsce do lądowania. I wtedy właśnie zadzwonił telefon. No nic przeprowadziłem szybką a chaotyczną operację logistyczną, odbieram a tam matka: Zamawiałeś pizzę? Przez chwilę mój umęczony umysł ogarnęła fala najczystszego surrealizmu. Na szczęście kolejny powiew wiatru z dołu obudził mnie, bo diabli wiedzą czy nie zapragnąłbym nagle wznieść się do lotu z wiadrem w zębach i nożykiem do zdrapywania obłoków w ręce.
Na działkach w Brzeźnie ktoś obwiesił starą, pozbawioną liści jabłoń wielkimi sklepowymi jabłkami. Są naprawdę wielkie i czerwone. Zdaje się, że ta jesień niesie ze sobą jakieś prątki szaleństwa.

Jak powiadają „Dobra kobieta warta
jest rubinów”, zatem umiejętnie zła
mogłaby by być warta znacznie
więcej

*
kiszczaksattack 2009-11-11 14:45:00
skomentuj (1)

Nigdy nie widzieliśmy go wracającego...

- Chodź pokażę ci mojego nowego Fokkera
- Fokę?
- Fokkera
- Pana Fokę???

(My)

Jakże szary jest ten poranek. Szary jak podszewka żebraczego płaszcza, tylko mniej śmierdzi zjełczałym serem. Mam klasyczną chrypkę. Szkoda, że nie mogę mieć takiego głosu cały czas. To akurat ta częstotliwość, która jeży dziewczynom włoski na karku i wprawia je w ten typ rezonansu, przy którym stringi same z siebie zaczynają się zsuwać i zatrzymują się dopiero w okolicy kolan.
Wczorajszy dzień przebiegłem. Rano sprzątałem babcine przyległości pełne zdziczałych lokatorów. Uparła się żebym mopem przeleciał kotłownię i poszła. Trochę ucichło, patrzę a tu otwierają się drzwi i Student przemyka na golasa do kotłowni i usytuowanego tam prysznica. Już chciałem za nim krzyknąć żeby chwilę zaczekał, gdy z pokoju wychynęła równie naga lasia, maleństwo o klasycznej linii i kształtnym, ciężkim biuście przelewającym się leniwie z boku na bok w takt jej kocich ruchów... Cóż było robić, oparłem się w miejscu z najlepszym widokiem i poczekałem aż będą wracać...
Potem byliśmy na wystawie japońszczyzny koło Pałacu Opatów. Były to głównie kimona, choć trafił się sprzęt do herbacianej ceremonii. Potem pohasaliśmy jeszcze pośród stałej wystawy Kaszubskiej, ekscytując się perełkami typu: końskie buty czy młynek do kaszy.
W domu zaproszono mnie na obiad. Matka podawała na tak totalnym kacu połączonym z grypą, że te cholerne polędwiczki paliły mnie w zęby. 
Wieczorem lądowaliśmy u Krzyśków, w choinkowej scenerii rozświetlonej rafinerii spinającej oba horyzonty. Okazało się, że wszyscy przynieśli wino a i gospodarze przygotowali zapas bliżej nieokreślonej ilości butelek. Tak więc w jakiś czas później, zagryzając pizzą i skacząc po programach muzycznych, mniej lub bardziej wstawieni bawiliśmy się w tą grę co to się wyciąga klocki z dołu kładzie na górze, aż wszystko się rozleci. Oczywiście trzęsienie stołem, czy rzucanie korkami było zwykłą strategią w naszej wersji gry. Osobiście uważam, że powinno być dwa razy więcej klocków, żeby dało się ustawić jeszcze jedną wierzę, nazwalibyśmy to wtedy World Trade Center i z powodzeniem sprzedalibyśmy Islamistom.
Jutro zaczyna się piekielny tydzień pracy na trzy etaty. Obejrzałem sobie mój osobisty grafik i z radością stwierdziłem, że gdzieś w okolicach środy znajdzie się trochę czasu na sen... Będę spał! Spał!!! Może nawet coś zjem!

- Kochanie, czego ci brakuje w naszym seksie?
- Karoliny...

(Krzysiu)

*
kiszczaksattack 2009-11-08 15:12:19
skomentuj (1)

Nie rozpalaj się tak, popiół łatwo zdmuchnąć

- Ja pierdolę, Kiszczu wyłącz tę muzykę!
- A gówno! Jesteś u mnie, cierp po mojemu

Avatarro na uczelni rozmnaża na drożdżowych pożywkach muszki owocówki. Gdy złożą jajeczka to rodziców wywalają za okno na mróz i oglądają mutacje potomstwa. Avatar jak to Avatar zainteresowała się dlaczego muszek owocówek nie rozmnażają na owocach. W odpowiedzi usłyszała, że okazało się to nieekonomiczne bo studenci wyżerali owoce.
Trzecią dobę non stop słucham w kółko „Pokój na jedną noc” The Cuts. Cieszy mnie to jak dziecko, w barwie i treści przebrzmiewa coś prastarej Budki Suflera i przedpotopowego Dżemu w stylu techno. Do tego całość wymyka się jakoś pamięci, i słowa i melodia. Mogę słuchać tego w nieskończoność.
W nocy spadł pierwszy śnieg. W umowie mam też odśnieżanie, więc przed szóstą pojawił się u mnie szef w swoim granatowym bolidzie i pomknęliśmy na górny taras by poprzerzucać tę mleczną breję. Kurna Olek tam nie ma po prostu chodników, tylko rozległe brukowane place pośród bloków. Pieprzony koszmar. Jak zacznie padać na poważnie będę chyba musiał sobie zainstalować jakieś gąsienice i stalową łychę z przodu.
Oczywiście teraz po śniegu nie ma już śladu. Ociepliło się też znacznie po w porównaniu z ostatnim mrożącym płyn czaszkowo - mózgowy wygwizdowem.
Po Sebie i reszcie wesołych morderców też nie ma jakoś nigdzie śladu. Siostra Pasiewniaka na moje zaniepokojone pytanie (zawsze się niepokoję jak są a ich nie ma. Wtedy może zdarzyć się wszystko, a co najgorsze, może się to wszystko zdarzyć niespodziewanie, podróż z dwoma promilami we krwi do wnętrza ziemi kanalizacją, albo krótki, nocny wypad na teren rafinerii by pobawić się w berka z ochroną, już widzę jak któremuś dewiantowi pośród monstrualnych zbiorników etyliny gaśnie latarka i postanawia przyświecić sobie zapalniczką...) odpowiedziała, że któremuś latem uwidziało się, że widział pod wodą starą torpedę i poszli wszyscy ją wyciągnąć... Co oni do Jasnej Anielki palili? Z drugiej strony diabli wiedzą czy nie usłyszę dziś, gdzieś pośród nocnej ciszy, głuchego odgłosu toczenia po betonie czegoś ciężkiego i niepokojąco pordzewiałego. Seba miewa takie falliczne odchylenia.




*

kiszczaksattack 2009-11-06 22:19:34
skomentuj (0)

Trzy nadejścia księżyca

Odchodzi piątek. Księżyc mi świeci w kuchni. Jest tak jasny i uporczywie intensywny, że wydaje się jakby wszystkie płaskie powierzchnie były z lodu, mleczne i lekko szkliste, ze światłem w środku. Zabrałem ostatnio Szponiastą specjalnie na plażę by zobaczyła swój księżycowy cień. Wszak znać swój księżycowy cień to obowiązek każdego kota.
Przemija niedziela. Księżyc dziś jest taki jasny. Morze spokojne jak lustro, na popielatej emalii ciemniejącego powoli nieba porozmazywane na wszystkie strony smugi obłoków. Dzień Wszystkich Zmarłych i tych co przekroczyli tak daleko siebie, że otrzymali koncesję na świętość i abonament na aureolę.
Jest cicho, w parku, na plaży, pomiędzy blokami. Pusto i spokojnie. Lubię te chwile, gdy mogłoby się wydawać, że wszyscy nie żyjecie a cały świat należy do mnie. Wzrok sięga daleko, widać migotanie Zitałersów i dźwigów odległego Gottenhaven. Opowiadają im migoczące pośród piasku plaży kolorowe znicze. Nad świat nadchodzi noc. Podobno gdzieś tam za morzem Marzan w swym mieszkaniu pełnym papieru, tworzy nową armię by uderzyć niczym fala o zbocza Parnasu. To takie miejsce, gdzie przy pomocy barwionego etylenu rafinuje się sztukę. Na cmentarzu widziałem dziewczynę w turkusowych stringach myjącą grób.
Kończy się poniedziałek. Rano rozbijałem się pośród lodowatego wiatru po Krainie Dziwnych Klatek. Coraz więcej ludzi mówi mi tu „dzień dobry” i coraz mniej psów szczeka na mnie przez drzwi. Gnając około południa do drugiej roboty natknąłem się na Hanię, w tej jej długiej kurteczce typu paróweczka. Szła do lekarza, bo chyba załapała coś, od swojej Zdobyczy. Z głuchym kłapnięciem ugryzłem się w ozór zanim wymknęło mi się „Rzeżączka?”. Na budowie pierwszy raz w życiu widziałem jak ktoś innego ktosia usiłuje utopić żywcem w betonie. Pamiętajcie, w każdym człowieku tkwi dobro, zawsze należy liczyć na pomoc bliźniego, na poryw ludzkiej solidarności, wyciągniętą rękę... zawsze należy też przygotować sobie drogę ucieczki, a najlepiej dwie. Koleś ryczał jak ranny łoś w dziurze, po pas w rzadkim betonie, a my staliśmy nad nim w pięciu rycząc ze śmiechu i pokazując go sobie palcami. Dobrze, że się skończył beton, bo pewnie zanim byśmy się uspokoili po typie zostało by parę bąbelków na mętnej powierzchni.
Potem odwiedziłem Ciapkozaura pośród kanciastych wież Niedźwiednika. Naładowałem plecak papierzyskami, pożarłem zupę ogórkową i kryzysówki i obejrzałem na kompie jak lata kosiarka. Na dół zszedłem przez nocny las pełen powalonych drzew. Liście przykryły ścieżki a plamy księżycowego blasku wydobywały spośród mroku niespodziewane kształty. Każdy cholerny krok był przygodą.
Po drodze napadłem Awarię by wysłuchać najnowszego Rammsteina i obejrzeć kilkaset zdjęć.
Na łąkach za szpitalem jakiś typ wyprowadzał czwórkę rosłych bokserów. Radośnie rzucił piłeczką przez ciemność trafiając mnie w dołek, z pięć centów nad tym co lubią ciągnąć Igory. Potem zaś ciemność ożyła i znikąd pojawiły się rotujące girlandy śliny i prychającej serdeczności.
Gdy ostatecznie dowlokłem się do domu i usiadłem z głuchym westchnieniem nad herbatą, za oknem zaryczał mi Seba, który jak każdy prawdziwy marynarz, organicznie nie może znieść towarzystwa tych wszystkich, wstrętnych pieniędzy i trzeci tydzień jest zajęty uporczywym wydawaniem pensji. Usłyszałem więc z mroku płaczliwe wyznanie, że już go nie kocham i nie cenię i nie chcę przychodzić i w ogóle, zły jakiś jestem i o! No to poszedłem.
Najwyraźniej pamiętam, oczywiście poza wyczynowym rzucaniem beretem w świecznik oraz gry w butelkę, która miała wykazać kto przybije sobie gwoździem półtorakiem dłoń do blatu, konkurs na odśpiewanie kawałka z ulubionego musicalu. Ja zdaje się z pomocą mojej słowiańsko - brzeźnieńskiej angielszczyzny wycharczałem rewolucyjną rotę wzywającą lud Paryża na barykady z „Nędzników”:

Du ju hir de pipel sing
sinning song of angry men
mmlalala pipel hu wil newer slejw egejn
lala biting of jor hart, rara biting of we dram
coś tam cam dej łen tumoroł kam
itd.

I wreszcie, ostatecznie nadszedł wtorek. Ocknąłem się na kanapie w domu Mikado, przytłoczony jędrną a obfitą, damską piersią, spętany gładkim kobiecym ramieniem i lśniącymi, rudymi lokami wypełniającymi mi szczelnie nozdrza, jamę ustną i zdaje się intymnie oplatającymi migdałki. Później miałem się dowiedzieć, że to żona kumpla, do tego w ciąży, więc technicznie rzecz ujmując na kanapie była nas trójka. Sam nie wiem czy cieszyć się, czy rozpłakać, niegdyś taką sytuację zapewne bym praktycznie wykorzystał, żeby nie powiedzieć namacalnie. Okolicę zaściełały ciała i butelki, po których, nie specjalnie delikatnie wytoczyłem się na zewnątrz by powitać nowy, wspaniały dzień i światło wypalające na wylot udręczone spojówki. Po robocie mam iść pomalować kobiecie ciasny, nieprzewiewny korytarz farbą olejną, a wieczorem ląduję na filmach u sióstr... Dziś znów wzejdzie księżyc. Czuję już nagły przypływ krwi. Help me! S.O.S...

*
kiszczaksattack 2009-11-03 22:14:52
skomentuj (2)

Targi przemocy

Pomyślał o koralowcach. O rafach
porastających zatopione lotniskowce.
Może i ona stanie się czymś takim,
tajemnicą pogrzebaną pod pokrywającą
ją nadbudową domysłów, a nawet
mitem

(Gibson)

W opuszczonej Stoczni w Gottenhaven umierają z głodu setki porzuconych kotów.
„Wojna polsko – ruska” okazała się świetnym filmem. Rzut Magdą o ścianę czy rozmowy z Dżordżem na długo pozostaną w mojej prywatnej księdze zdziwień. Podobno film obejrzał Bruce Willis i bardzo mu się spodobało, na tyle, że skontaktował się z Szycem. Lady Pazurek twierdzi jednak, że mam lepszy tyłek. Widzieliśmy też początek ostatniego Star Tracka. Scena gdy dziewczynę wyrzuca w przestrzeń przez rozerwany kadłub jest precyzyjnie masakryczna. Najpierw wycie uciekającego powietrza, chaos wirujących strzępów, jej krzyk, a potem gdy wylatuje na zewnątrz nagła, absolutna cisza, w której wiruje pośród oślepiających błysków, odbywającej się w tle bitwy.  
Szedłem ostatnio długim podejściem przez las do Dzielnicy Dziwnych Klatek. Jest tam taki zakręt, na którym zamontowali właśnie nowe barierki. Wkrótce dowiedziałem się czemu. Pośród jasnobrązowego kobierca liści krzyże, stare i nowe. Na drzewie zaśniedziałe tabliczka z czterema nazwiskami. Spośród liści wystają dyskretnie tu i ówdzie potrzaskane samochodowe części. Tu lampa, tam błotnik. Na stoku zaczynającego się kawałek dalej rowu, otwarta teczka pełna liści i przegniłych papierów. Obok zasnuta bielmem, pozieleniała komórka. Kawałek dalej, tuż przy drodze dziecięcy smoczek. Włos się jeży na karku a głęboko w gardle rodzi się skowyt. Nie pójdę tamtędy do wiosny, dopóki tych wszystkich kawałków potrzaskanych żyć nie zakryją nowe liście.
Mechanika przypadku znowu działa. Padać zaczęło dokładnie w momencie, gdy Pazurzasta przekroczyła próg swojego domu. Z dobijającą pracowitą stałością siąpiło przez całą godzinę, gdy trzeszcząc na złączach, telepałem się do domu. Przestało w chwili gdy wszedłem pod daszek i wyciągnąłem klucz do moich drzwi. Przypadek oczywiście, tak samo jak to, że analogiczną sytuację miałem parę godzin wcześniej między drzwiami autobusu a domem. Jestem prawie pewien, że gdzieś tam, nad chmurami dryfuje gigantyczny pęcherz i gdy tylko wynurzę się spod jakiejś osłony wszechświat w sposób dobroduszny i bezpośredni daje mi znać co o mnie myśli. Z drugiej strony, może mnie tak bezustannie podlewa, bo chce bym wzrósł duchem ponad chmury czy coś równie wzniosłego a absurdalnego.

Jak mawiał Konfucjusz:
Karma to dziwka

(Adrenalina2)

*
kiszczaksattack 2009-10-30 20:10:25
skomentuj (1)

KSIĘGA GOŚCI

* Dodaj wpis
* Zobacz


ARCHIWUM

2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj



LINKI

Miejsca
Zumi
Danzig on line
Trzaskprask
Okno Boga
Trójmiasto
Galeria gdańska
Home
Dawny Gdańsk
Rzygacz
Herbaciarnia

Pisanina
Poetyka.pl
Wierszownia
Poema
Undergrunt
Poezja
Kaczmarski
Waligórski
Boros
Nieszuflada
Teczka

Wzrok
Dreamland
Arcano
Galeria Olgi
11 000
Krainy cienia
Twardoch
Vemeer
Artcyclopedia
ABCgallery
More Fantasy
Fantasy Art

Druk
Wiadomosci24
Kiosk
Fronda
Esencja
Książki
Fantastyka
Komiks
Lampa
Gazeta
Tygodnik
Zwierciadło
Ozon
Przekrój
Gazety

Szeroko otwarte
Oj boli
Crowboy
Wiśnia
Czyń Zło
Endo
Rroarr

Wytwórczość własna
Wierszydła
Kiszczak Presents 2
Kiszczak Presents

Zajebistości
Czułe uściski
Wykopki
Waluta
Jaja
Gotyk
Closterkeler
Odstresowywacz
Godziny odrażającej zabawy
Honor Harrington3
Honor Harrington2
Honor Harrington
Różne straszne rzeczy
Kicia
Bogini kiszczaków
Funiaste
Chińskie ciasteczko
BASH
Zajebiste Laski
Wielka RP
Nazajutrz - po.

Kocie szlaki
Jaskier
Aga-koty-klopoty
Flanela
Nowaczewski
Zuzanka
requiem-for-love.
Pierwsza klasa
Phantom
Zazie dans le metro
Niemyte duszyczki
Toroj
Kominek
Ika
Kobiekcje
Dr. Lecter
Mamablues
Taka jedna
Matkowski
Haniuta
Ściemniecz
Słowa
Rasko
Barbarella
Kociocentryzm
Sto-krotka
Gretta24
Minimal
Malfoyka
Pierwsza żona
Kobieta nad wodospadem
Leena
Fanaberka
Stardog
Kasztanowa
Bratt
Gzyra
Komercyjna kurwa
Korwin
Drzewica
Bo zupa była za słona
Senyszyn
Thevia
Awari
Chimerka
Aube
Medea de momy
Kisuna
Stworkonorka
Falaa
PP
Radziecki Termos

Ja to zrobiłem! Kwisatz