kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

     

    Około 5000 osób obserwowało

    ostatnio powietrzną bitwę Ziemian

     

    Staliśmy na plaży. Wyszliśmy tu na chwilę by zwolnić nieco w pędzie dnia. Było jeszcze lato, było jeszcze ciepło. W ciemności szemrały rozmowy, ludzie siedzieli na piasku i odstawiali puste butelki na murek. Nagle przez niebo przebiegły błyskawice. Cały horyzont ponad Gottenhaven i WhiteTown zmienił się w świetlisty, elektryczny kręgosłup żarzący się ponad puchatymi grzbietami wzgórz. Wszystko to bez dźwięku, wyłuskując z mroku zaskoczone w pół ruchu sylwetki. „Jest jeszcze daleko” powiedziałem tuląc żonę w ramionach i nie czując jak gdzieś w górze, w równej pokrywie chmur zachodzą różnice potencjałów. Dopiero oniryczny biały  promień wznoszący z niedalekiej plaży w Glattkau gejzer rozżarzonego piasku uświadomił nam prędkość zachodzących zmian. Nim weszliśmy w rozświetloną granicę Miasta niebo ryczało nad nami jak piekło pełne odrzutowców. Nim dotarliśmy do domu byliśmy całkiem mokrzy.

    Wciąż piszę jeszcze tutaj, w oczekiwaniu na nadchodzącą przyszłość, choć podskórnie aktywny i w pełni świadomy skali zdrady blog.pl. W końcu po to założyłem blog na blog.pl , by nie zakładać go na onecie, Polsacie serwisów blogowych, który praktycznie od zawsze był synonimem niedorobionej sztampy, ordynarnej masówki i prymitywnego chamstwa. I oto zostałem sprzedany,  a to co tu tworzyłem, okaleczone. Takich rzeczy się nie zapomina.

    Pozbyłem się stert ciuchów zalegających geologicznymi warstwami parter kwatery głównej. Pamiętny „Dzień Latających Staników” odcisnął mi się w pamięci widokiem mieszkania wypełnionego biegającymi, półnagimi, rozchichotanymi  laskami, Areckim czytającym pośród nich ze stoickim spokojem książkę oraz Gaby która po wstępnej sesji grabieży i zniszczenia pożarła mi całą paprykę.

    Potem była słynna parapetówa u Lenn, która zamieszkała przegniłym jądrze ciemności NewPort, gdzie wc czai się w ciemnościach na zewnątrz, a grzyb pod płytą gips – karton śpiewa wilgotne kołysanki. Otwarta ceglasta otchłań mrocznego podwórka wystrzępionego brakiem pierzei uniesionych wojną domów.  Wspaniałe industrialne pogorzelisko prostych marzeń, zdziczałe ogródki i kamienne  aniołóy na obdartych z tynku fasadach. Bardzo mi się podobało. Szczególnie ta kuchnia sąsiadująca bezpośrednio przez drzwi ze światem.

    Wraz z uchodzącym latem na północ przybyła też Tau zwana Stworem, by stoczyć beznadziejny pojedynek woli. Zawlekliśmy ją do Duszka – meliny z duszą gdzie w cuchnących mułem podziemiach omawialiśmy ogólną kondycję świata oraz porównywaliśmy nasze odchylenia psychiczne. Szponiasta jako jedyna względnie normalna nie udzielała się zbytnio.

    Straceńcza misja Tau pozostawiła cienki osad smutku, który zalaliśmy zaraz szejkiem z KFC, po czym gremialnie rozchorowaliśmy się na gardło.

    A tak poza tym? Umieram z bólu. Mój kręgosłup wyraził szczerą opinię na temat tych wszystkich lat pracy fizycznej. Codziennie rano klęczę przez godzinę przy łóżku, żeby móc wstać. Ból stał się moim bogiem a moje ciało narzędziem tortur. Codziennie zasypaim ze strachem, że za granicą nocy czeka już na mnie ociekający napalmem i dyszący witriolem potwór, czeka by wejść we mnie i wymościć się w mojej tkance, opatulić czule strunami nerwów. Co noc modlę się by się nie obudzić…

    Niestety nie ma tak łatwo. Lekarz, apteka, zimny prysznic, praca. Jestem teraz jak rekin, nie mogę się zatrzymać. Najbardziej boli gdy siedzę.

     

    Będę chwalił Pana pięcioma zmysłami

    każdym splotem wersów z niedomkniętych ust

    będę nosił ciał, aż ze mnie zostanie

    garść lekkiego prochu przemieniona w kurz

     

    (Wencel)

     

    *

    Szatan jest jednym z nas bardziej
    niż Adam i Ewa
    (Chabon)
    Co za dzień. Wczoraj wstałem o 4, pół dnia jeździliśmy wozem, a nasz szak widziany z góry i oznaczony czerwoną nicią stworzyłby zapewne jakąś wybuchową impresję na tle Miasta. Staliśmy o świcie pod odrapanym pudełkiem domu, który przysiadł na wzgórzu ponad miastem a wyglądał jakby wyciągnięto go z epoki późnego PGRu. Wołaliśmy pod okanami: Ela, och Ela, ale w oknach pojawiły się tylko koty by zmierzyć nas obojętnym  wzrokiem. Dan zapakował na paką całą grozę wertykulatora i ruszył do Pruszcza by wstrząsnąć ziemią i zrywać skórę trawnikom. Nawet nie wie, że gdyby tak nie smęcił, dostałby służbową nowiutką Dacię a tak będzie jeździł tym powiązanym na drut Matizem do końca świata i o jeden dzień dłużej.
    W sumie to dość interesujące, obwieszony smugami wyschniętej tkanki, szkielet Dana w powoli zwalniającym zmurszałym, pozbawionym szyb wraku Matiza, zatrzymujący się przy krawężniku jednego z miast umarłych. Jak znam życie… i śmierć, Dan dalej by narzekał. A że Styks za mokry, atomowy podmuch ledwie letni, a te śmiercionośne wirusy nie są już takie jak kiedyś.
    Dziś za to mieliśmy nockę. O 22 wylądowaliśmy z Zaradkiem na szczycie gdzie przyczaił się szklany klocek klubu Good Luck. Czekaliśmy siedząc w wozie, aż wszyscy spoceni klienci powsysają krewetki, dopiją napoje izotoniczne, wsiądą w swoje Audi i Bm i znikną w ciemności oddadją ten teren w nasze wyłączne posiadanie. Bawiliśmy się przestawiając ultralekkie meble i przetaczając palmy. Na parterze są tam na podłogach takie śmieszne kamyczki, które wsysają całą wodę z maszyny, nikt nie wie co się z tą wodą dalej dzieje. Podejrzewamy, że gdy w końcu się dowiedzą nie będą specjalnie szczęśliwi. Wtachaliśmy nasz bolid na piętro i robiliśmy piruety wokół maszyn Technogym i wyposarzenia fittnesu, zapadliśmy ostatecznie w czerwony półmrok saun. Mają tam fantastyczne mozaiki, z barwionego szkła, tak że można zajrzeć w głąb. Ciepło i zapach rozgrzanego drewna. Uwielbiam sauny, gdy będę miał kiedyś własny dom zafunduję sobie jedną i będę w niej siedział aż mi krew pójdzie z nosa.
    Gdy wyszliśmy, uderzył w nas chłód i cisza. nad światem niepodzielnie panowały gwiazdy, wokół lamp utworzyło się halo, a samochód pokrył taką granulowaną wilgocią, która w rtęciowym światle wyglądała niemal jak lód. Gdy ruszyliśmy księżyc wpadł przez okno, wyraźny po ostatnią linię orbitalnego tatuażu, a z kolumn rozwibrowało się „Hero” Bonnie Tyler. Podkręciliśmy gałkę, poczuliśmy się władcami świata i ruszyliśmy w dół ku Miastu, które tej nocy należało do nas.
    - Jaki dziś dzień?
    - Dzisiaj
    - Mój ulubiony
    (Kubuś Puchatek)
    *
    Ja nie obchodzę urodzin,
    ja robię kolejny level
    (Kwejk)
    Dziewczyna o zmienionym imieniu tańczy w deszczu. Gdy obraca się wokół własnej osi zapalają się lampy rtęciowe na bulwarze i wokół jej gołych nóg rozlewają się migoczące, fotonowe smugi. Ma na uszach słuchawki, tańczy do muzyki, której nikt z nas nie słyszy. Dla nas ona wiruje w rytmie fal gasnących w piasku i ktopel bijących w rozbujane liście. 
    Ostani dzień urlopu. Jesień w pełni. Deszcz łączy ziemię z niebem, stawiam kroki pośród kałuż, moje istanienie zaburza ich powierzchnie. Zostawiam ciepły tunel pośród kropel. Jestem ciepłym cieniem w wilgotnej pamięci świata. Trzy tygodnie: przygotowania, ślub, wesele, pełen wspaniałej grozy pierwszy taniec, dwa wyjazdy, przeprowadzka Szponiastej i jej ukobiecenie, niemal dokładnie w ćwierćwiecze jej istnienia. Po tym wszystkim wracam na front zszywania podszewki świata, wyjących silników i zapachu trawy o świcie. Oczywiście o ile mój szef nie wpadł w między czasie na jakiś wspaniały pomysł redukcji etatów, obniżenia pensji czy coś równie obiecującego. Jeśli wszystko dobrze pójdzie to pierwszy raz w życiu dostanę pensję z miesiąc nicnierobienia. Zadziwiające.
    Na razie poszukuję w moim kompie połowy muzyki z folderu „miejsca ciemne i wilgotne”, jeśli jej nie znajdę komputer spłonie. W nowym wazonie cięta róża czeka, aż Pazurkowata przyjedzie z gorącym ciastem na jutrzejszą imprezę. Moje mieszkanie wciąć usiłuje zasymilować jej rzeczy. Wciąż usuwam na zewnątrz jaikś nadmiar. Chyba najwyższy czas wynieść ten wór stringów, które trzymałem w charakterze trofeów.
    W środę mieliśmy zaległą sesję fotograficzną, trwała 4,5 godziny, jak zdjęcia dotrą to pokażę wam jak panny młode rozstrzeliwują bociany.
    Dobra, tyle na dziś idę przylejać haczyki w łazience.
    - …zrobisz to.
    - Nie! My kiszczaki nigdy nie ustępujemy!
    - Teraz ja też jestem kiszczakiem…
    - Demyt
    (My)
    *

    Ktoś – Masz coś wygrawerowanego na obrączce?
    Ja – …jeden by wszystkie zjednoczyć i ciemności związać…
    Pazurkowata – Mmm, w ciemności związać. Jakie wszystkie?!

    W Mikoszewie jest przystań promowa. Stary pruski bruk spływa
    wprost z szerokich w tym miejscu wałów w leniwy nurt Wisły. Stare, wygładzone
    kamienie, szeroki nurt, szerokie niebo, szeroka i otwarta przestrzeń Żuław, z
    ostatecznym wypłaszczeniem morza w tle. Tu obok umiera rzeka. Obok przystani
    przechylony bunkier, trochę obok kamień upamiętniający horror ewakuacji
    morskiej obozu koncentracyjnego Stutthof. Jeden budynek, parę bud z których
    snuje się zapach taniego jedzenia i pamiątek, trójwymiarowe widoczki, i
    bursztynowy drobiazg. Gdy dawno temu byłem tu z dziadkiem na brzegu umierały
    powoli wraki starych kutrów. Wyschnięte wręgi sterczące z wody niczym
    prehistoryczne szkielety, zmatowiałe śruby, stare brukowce i stare cegły w
    złotym świetle zachodzącego słońca.
    Jest cicho, tu zawsze jest cicho. Ludzie wracają z mierzei zmęczeni słońcem i
    odpoczynkiem. Prom jest jeszcze po tamtej stronie. Stoją samochody, ludzie
    tkwią nieruchomo wpatrzeni w dal, wiatr szumi pośród niekończącego się bezkresu
    traw. Fuga, moment zamarły w czasie, koniec świata, umarli czekający na brzegu
    na prom. Gdzieś i nigdzie, magiczna chwila, „Ostatni brzeg”, gdy
    wszyscy są razem i w skupieniu, przed momentem, gdy każdy odejdzie na zawsze w
    swoim kierunku…
    A tak poza tym, jestem już człowiekiem zamężnym i poważnym… czy coś. W każdym
    razie noszę kruszec na palcu i czuję jak powoli przesącza mi się do
    krwioobiegu, kobieta rozprzestrzenia mi się po mieszkaniu. Jest jej coraz
    więcej z każdym kolejnym przyniesionym plecakiem gratów. Ona ma dużo ciuchów,
    ja książek, świetnie się uzupełniamy. Ślub i wesele były podobno udane, trudno
    mi ocenić z samego epicentrum wybuchu. Zdaje się, że nieźle też zatańczyliśmy.
    Potem zaś pojechaliśmy sobie za Wisłę by zwęglać sobie tkankę w słońcu, pić
    wino i dać się gryźć biedronkom. Krążąc po lasach spotkaliśmy ojca Hanny, który
    tworzy szczegółowe mapy do biegów na orientację. Ja opiekłem się mimo, że
    wcisnąłem się w najgłębszy cieć pod rozłożystym krzakulcem. Weszliśmy daleko w
    morze, w miejscu gdzie woda słodka miesza się ze słoną. Pobrodziłem nawet w
    morzu, czego mieszkając 150 metrów od plaży nie zrobiłem od kilkunastu lat.
    Wciąż czekam na objawy.
    Przez ostatnie dni nosiłem pazurzasty dobytek a dziś jedziemy do Mławy odpocząć
    ostatecznie i dowieźć flaszki tym wszystkim, którzy nie dotarli, albo zaraz
    wsiadali w samochody. mam wrażenie, że będę najbardziej dzwoniącym obiektem w
    całym pociągu.

    Jestem w Spatifie, gdzie nie ma chwili
    pauzy. Fala za falą lecą przeboje. Jest
    impreza, pewnie najlepsza nad brzegiem
    tego morza, ale wciąż myślę o tym co
    stworzyliście swoim tańcem na weselu.
    Nie jestem obiektywny, ale dla mnie to
    jest pierwsza z 10 najpiękniejszych chwil.
    Łagodna bestia pieszcząca radosne kocie.

    (Sms Marzana)

    Kurcze muszę zobaczyć film z tego tańca

    *

    Landryna – …bo zrobię ci krzywdę!
    Kochanie, opowiedz mu jak to jest
    Gdy robię ci krzywdę!
    Arecki – Mmmm…
    Landryna – Nie tą krzywdę, tą drugą!

    Droga do linii słońca i dalej przez piekło. Il Duce
    przeniósł mnie z obiektów do brygady zmechanizowanej i drugi tydzień
    naprzemiennie, pod smugami żaru lub w strugach deszczu jestem jeźdźcem na
    maszynach. Mam zielone ręce i nienawidzi mnie szczerze cała okoliczna fauna i
    flora, włączając w to tych co lubią dłużej pospać. Pamiętacie scenę z
    kosiarkami z „Dnia Świra”? To właśnie byliśmy my…
    Moje dni upływają w takt wirujących ostrzy, wieczory na tańcu i powolnym
    umieraniu w tramwajach podążających gdzieś, donikąd, bądź w różową poświatę
    zmierzchu. Ostatnie dni wolności spędzam łaknąc wody i cienia, jestem zbyt
    zmęczony i zajęty, by naprawdę uświadomić sobie skalę nadchodzących zmian. Na
    razie mnie to nie obchodzi.
    Na Marsie wylądował kolejny amerykański łazik. Wylądował i wyćwierkał na swoim
    koncie na Twitterze: Wylądowałem bezpiecznie w kraterze Gail, mam tu
    niesamowity widok z okna.
    W Irlandii jest już więcej Polaków, niż Anglików. Zmarł ostatni obrońca
    Westerplatte.
    Lenn przeprowadziła się zdaje właśnie w tą okolicę.
    Były niedawno urodziny Landryny, chcieliśmy kupić jej pejcz, ale ktoś już wpadł
    na ten pomysł. Łaziliśmy po sklepach i już nawet mieliśmy w rękach jadalną
    bieliznę, którą chcieliśmy jej dać, pod warunkiem, że Arecki zerwie to z niej
    zębami na naszych oczach i zeżre. Ostatecznie jednak znaleźliśmy coś naprawdę,
    naprawdę złego. Coś tak potwornego, że krew tężeje w żyłach i toczy się przez
    nie z głuchym grzechotem. Moi drodzy, prawdziwe zło wygląda właśnie Tak:

    H – co tam u ciebie
    J – A nic, jestem coraz młodszy,
    piękniejszy, mądrzejszy, i chyba
    się nawet ożenię…
    H – Hahahaha, niby kiedy
    J – A bo ja wiem, w przyszłą środę?
    H – …

    *

    Czuje się jak połamana lalka. Przesiąknięty deszczem, wypełniony trocinami, patrzę na świat oczami z guzików wykonanymi z masy perłowej. A świat odbija się w tych oczach i wraca wykrzywiony. Skóra mi już wyschła, ale w środku ciągle jestem mokry i pachnę korą. Totalny październik rozciągający się od maja po grudzień, zmienia mnie w istotę z głębin, zakurzonych depresją kątów i woniejący studzienek ściekowych. Zarażam ludzi tą szarością i gubię mokre liście.
    Poszedłem nocą do parku, w błękicie zmierzchu zauwarzyłem smugę dymu zawieszoną na wilgoci. Snuła się wprost spod ziemi, zsunąłem się ze skarpy i zajrzałem do tego rozbitego, wielkiego bunkra dowodzenia, a tam jakiś dzieciak w kącie na kocu, pali ognisko z zeschłych liści i starych prezerwatyw. Patrzy w ogień i jest nieobecny na tym świacie w swojej samotności i niechęci do jakiegokolwiek powrotu. Gdy świat na zewnątrz rozmięka i rozmaka on przed oczyma ma inne światy. Zadziwiające. Zobaczyłem siebie. Na chwilę przeskoczyłem w przeszłość w te deszczowe noce, gdy nie chciałem wracać do radioaktywnej geometrii mojego domu, gdy te metry zbrojonego żelbetu, szeleszczący płomień, deszcz i ciemność na zewnątrz dawały poczucie bezpieczeństwa. Czas się nie liczył. Byłem zupełnie sam w sobie i w swojej głowie mogłem wszystko.
    Ludzie zostali stworzrni by żyć 35 lat. Potem istniejemy na kredyt i cierpimy widząc jak wszystko wciąż się powtarza. Jaśli kiedykilwiek osiągniemy na tej płaszczyźnie nieśmiertelność to uczyni z nas ona niebezpiecznych szaleńców, bo w pewnym momencie człowiek jest gotowy na najgorsze skurwysyństwo by poczuć cokolwiek nowego.
    Nie jestem ostatnio zbyt dobry dla ludzi. Dawno nie byłem w górach. Dawno nie byłem sam, nie wędrowałem przez noc. Nie zajmowałem się wyłącznie sobą.
    Potrzebuję czegoś, czegoś, czegoś, czegoś potrzebuję. W moje połatane burty nie uderza fala, dziób nie tworzy odkosu, cieknące paliwo tworzy kolorowe plamy na lustrzanej powierzchni wody, w środku martwej ciszy. Mroczna Pani, tyle razy razem tańczyliśmy, zapomniałaś o mnie? Już nie czuję twojego dotyku. Proszę, proszę, tutaj ciągle gra muzyka…
    *
    Ja – Nienawidzę swojego ciała!
    Popełnię samobójstwo…
    Szponiasta – Pokaż
    (My)
    Inwazja pierdolonych biedronek morderców. Obsiadają setkami ściany, wypełniają tysiącami chodniki i powietrze, a do tego nakrapiane dziwki gryzą jak wszyscy diabli. To nie wielkie fale, ani niestrawność Kaldery Yellowstone przyniosą kres ludzkiej cywilizacji i pizzy z dowozem do domu, To ci pieprzeni mali drapieżcy pomnożą się jeszcze trochę, a potem, pewnej nocy wyniosą nas z naszych własnych domów na jakąś wielką, wypełnioną krwią orgię dzikiej konsumpcji. To dlatego są czerwone – żeby krwi nie było widać… Ostatnio czekaliśmy w Nergalowie z Zaradkiem na Dana i bestie zaczęły mnie obłazić. Zaradka omijały szerokim łukiem, za to do mnie ciągnęły ze wszystkich stron, wyglądało to trochę jak w tych filmach, gdy po obniżeniu pochodni naszym oczom ukazuje się chrzęszczący chityną ruchomy dywan krwiożerczych skarabeuszy, które nagłą, czarną falą uderzają w górę, by już po chwili pozostawić tylko mały niknący kopczyk.
    Starszy ostatnio opowiadał, że Uzbekistanie trzeba płacić za przymusową służbę wojskową. Biorą cię w kamasze, a ty musisz się wyżywić, zapłacić za mundur, broń i amunicję. mam wrażenie, że uzbecka armia charakteryzuje się fenomenalną wręcz celnością i niespotykaną wytrzymałością sprzętu, tyle tylko, że w pobliżu koszar tajemniczo znikają kurczaki. Ostanio jeden z pracowników zaprosił ojca na „ślub niemowlaków” czymkolwiek jest. Żeby uniknąć upałów impreza zaczęła się o 4:30 rano.
    Stasiu za to moknie pod Grunwaldem. Zawsze jak wraca i zrzuci już z siebie to całe śmierdzące rdzą i Stasiem żelastwo to zadajemy mu sakramentalne pytanie: I kto wygrał?
    Szponiasta miała dziś w nocy wieczorek panieński, to tłumaczy dzisiejszą słabą aktywność dziewczyn na fb. Czekam teraz niecierpliwie na zdjęcia obtaczanych czekoladą streaptiserów.
    A tak poza tym nuda panie. Robota i burze na przemian, albo jedno i drugi jednocześnie. Mniej myjemy teraz hal garażowych, bo część z nich jest zatopiona. Ostatnio trafił nam się obiekt stojący na stoku góry i dopasowany do niego topografią. Sprzątanie go to legenda, w hali garażowej wszędzie progi, żeby bachory nie zjeżdżały na rolkach. Do tego latają nad nim samoloty, tak nisko że można zajrzeć im w okna.
    Coś jeszcze? A Seba ma wpaść ze swoją czarną jak heban żoną i kawową latoroślą. mam wrażenie, że po tygodniu w naszej rozjaśnianej błyskawicami strefie klimatycznej, tylko on nie będzie przeziębiony. W każdym razie wytoczyliśmy z piwnicy Borysa 50-cio litrowy baniak wina. Ogarnęlismy go z pająków i innych bujnych przejawów życia i teraz boimy się trochę przetestować leniwie przelewającą się zawartość.
    Rafaello – jądra jednorożca
    Przyznaj się, czekasz na coś
    co się nie wydarzy…
    Och, znowu podłączyłem komputer. Nade mną skrapla się świeżo pomalowany sufit. Wszystko jest pod folią. Ostatnio śpię pod nią i mieszkam w ruinach. Słońce wlewa się niemiłosiernie przez pozbawione firanek okna. Obwiesiłem je czym się dało, teraz to wszystko powiewa leniwie w przewiewie, światłocienie tańczą, z oddali dobiega muzyka, przez chwilę nie muszę się spieszyć. Spokojnie przeżuwam kęs lata.
    Wieczorami chodzimy na plebanie do Palotynów, gdzie Mona Landryna uczy nas tańczyc. To fascynujacy widok, jak to dziewcze po naciągnięciu szpilek do tańca na swe ciągnące się ku nieskończoności nogi, przechodzi zmianę osobowości niczym wilkołak w świetle księżyca i zmienia się w ryczącego sierżanta Marines. Po WYPROSTUJ SIĘ!!! co 10 minut, mam teraz Odruch Pawłowa i wystarczy, że na ulicy usłyszę sylabę „wy” a jestem już wyciągnięty jak struna. Ogólnie rzecz ujmując lubię tam chodzić, choć momentami stres wypala mi oczy, z drugiej strony ostatnio zacząłem też lubić chodzić do kościoła, ale tego nie słyszeliście.
    Pląsy kończymy z regóły późnym wieczorem. Przecinamy w ciszy pustą i ciemną nawę kościoła, suniemy pośród lilii i zapachu kadzidła. Potem błąkamy się po opustoszałym klasztorze, aż nie uwolni nas jakiś młody, zbłąkany kleryk. 
    Ostatnio co rano budzi mnie szum deszczu i odległe gromy, wieczorami ćmy tłuką się pośród ogołoconych ścian. Jakiś czas temu jakieś chropowate cholerstwo pokryło mi wewnętrzną stronę policzka, prawdopodobnie przygryzłem go sobie solidnie przez sen, co świetnie wpisywałoby się w długą i znaczoną licznymi bliznami historię autoagresji, z drugiej jednak strony długa i naznaczona wrzodami historia mojej hipochondrii, karze mi wierzyć, że to smiercionośny nowotwór, który wkrótce rozsadzi mi policzki i nos, tak że każda notka może być ostatnią.
    Śmieliśmy się ostatnio z potworami w jakimś wilgotnym, wypełnionym butelkami zakamarze, że na Euro przegrywali ciągle faworyci, że ku ogólnej konsternacji kibiców wszystko było ciągle na odwrót… a przecież to Polska:)
    I tyle, zaraz wstanę i ruszę w foliowy gąszcz, samotny myśliwy znikający w dżungli swego serca, czy jakoś tak. Wieczorem będę pił i zataczał się po parkiecie, przewracał się na co ładniejsze niewiasty i dawał podnosić znajomym, może zwymiotuję czymś niebieskim na Lennonke. Jestem pewien, że w skrytości ducha tego pragnie. A jutro po godzinie, czy dwóch snu, wstanę, spojrzę w przestrzeń przekrwionymi oczami i pomaluję sobie ścianę, oł jeee! Albo dwie…
    Ilu prawdziwych mężczyzn 
    trzeba do wymiany żarówki?
    Zadnego, prawdziwy mężczyzna
    nie boi się ciemności
    *   
    Tylko odważni zasługują na prawdę
    Ona przychodzi ze świtem w tumanie radioaktywnego piasku i szklistych odłamków iperytu wprost z usianego szkieletami dna zatoki. Splątana światłem gubi krople rtęci, i przesyconą węglowodorami morską wodę. Przysiada przy nas pijących, pijących bez końca, aktualnie wpatrzonych w jej mokre, kształtne kostki, ewentualnie słoną kroplę wody wtaczającą się łoskotem w otchłań dekoltu. Patrzy na nas, patrzymy na nią, Brzeźno nie ma końca. Brzeźno wokół, Brzeźno w nas. Brzeźno nieskończona bestia osadzona w naszych duszach wyrzucanymi przez fale warstwami piasku, zapalniczkami i plastikowymi nakrętkami, cierpkim mazutem i prochem dawno skończonych bitew.
    Ta plaża to nasz przystanek. Wszystkich tych którzy stąd nie odeszli. Siedzimy tu czekając na autobus życia, który dawno temu zniknął za zakrętem.  Siedzimy tu jak w piosence Myslovic, rzucając butelkami w koła papierowych samochodów, filmowych wizji i nielicznych, uciekających przed ciemnością turystów. I tylko czasem, gdy już wystarczająco dużo wypijemy, gdy już wystarczająco dużo powiemy i wyśnimy w siebie na jawie, lub z pachnącym dymem przychodzi Ona, obleczona w światło, piękna jak bohaterska śmierć, rozsmużona w ciele tysiąca najpiękniejszych żon. Wychodzi spośród fal, marzeń i chęci, kuca tuż przy nas, wyciąga rękę. jej dotyk na policzku przynosi sen, przynosi śpiew. Zabiera ból i czas. Osiada srebrnym pyłem nadziei pośród neuronów. 
    Później, gdy budzimy się sami pośród ciemności, gdy otwieramy oczy na nic. Dzień codzienny, pracowniczy –  niewolniczy. Właśnie wtedy gdy budzimy się w samym jądrze zimna i wycia, skąpani w własnej krwi i wydzielinach gotujących się pod skórą, właśnie wtedy… uchodzące ciepło na policzku, pozostałość jej dotyku zmusza nas by wstać. Stanąć pośród ciemności i osypijącego się piasku, spojrzeć w oczy potworom wypełniającym ciemność, splunąć, przekląć i z pogardą rzucić: Tu jestem kurwie syny, bierzcie mnie jeśli potraficie! 
    Nieważne jak bardzo żałośni i niedostosowani jesteśmy, nieważne jak mało nas pozostało, nieważne czy pozostanie po nas ślad, kropla krwi na betonie, słowo napisane w piasku plaży. Byliśmy tu, była tu Ona, było tu Brzeźno. Brzeźno miasto połamanych dusz pod którym krzyżują się fale wszystkich oceanów. Epicentrum i iglica na której obraca się rzeczywistość. Brzeźno forever.
    *
    Ja – Skoro ta wasz Białoruś taka
    wspaniała, to po co siedzicie ciągle
    w Polsce?
    B – Bo my jesteśmy piękni ludzie i
    chcemy Polskę upiększyć
    Osiedle, które codzień powstrzymuję od upadku, tudzież zatonięcia w pierwotnej zupie, zwie się dumnie 3żagle. Faktycznie trzy wysokie białe bryły na tle nieba. Za nimi developer ma długaśny ale wąski pas gruntu. Doszliśmy z Danem do wniosku, że czekają tylko, aż sprzedadzą się wszystkie mieszkania, a wtedy na tym pasku, tuż za ich oknami postawią wielki, długaśny budynek i nazwą go „Spinaker”.
    W pracy tymczasem na środku jezdni wyblakła plama krwi. Pytałem o to ochroniarzy, ale oni tylko uśmiechają się z rozmarzeniem. Ostatnio, któryś wyciągnął spod krzaka usiłującą trafić w budynek, zamieszkałą tu córę nocy. Odprowadził ją do mieszkania i podobno, coś długo go nie było, a ranno panna koniecznie chciała wiedzieć, który to. Teraz nie mówi im „dzień dobry”.  
    Dziś, gdy chciałem dopytać naszego hegemona o resztę pensji, uciekł w popłochu do swojego nowego dzipa i zniknął poza horyzontem zdarzeń. Podobne zachowania zdarzają mu się ostatnio częściej, do tego dochodzą kwiatki w rodzaju: Wykonana przez nas robota trwająca miesiąc i mająca conieco wspólnego z miesiącem układania pośród kolców tańczącej na wietrze termowłókliny i zasypanie okolicy 22 tonami kamienia, a potem odkrycie, że nasz Il Duce nie wziął za to ani grosza, bo „zrobił” to dla kogoś z grzeczności… Chyba nie muszę dodawać, że do głowy mu nie przyszło, że za dodatkową robotę wartą na wolnym  rynku z 8 tałzenów, wypadałoby nam coś dorzucić do pensji.
    W każdym razie zastanawiamy się z Danem nad zmianą pracy. Dan ma nawet pomysł: Strzyżenie psów. Kupa radości: Naprawdę? Nie żartuje pani, ten pies miał uszy?
    Zadzwoniła też do mnie Awaria z informacją, że weszła na tą górę, co to nie weszła na nią z nami, gdy byliśmy w tamtych górach ostatnio. Kazałem pozdrowić jej ode mnie okolicę. Słuchaj uważnie – mówię – Padnij na kolana tam gdzie stoisz. Oprzyj ręce na ziemi, a następnie pocałuj górę w stok…
    Pojechaliśmy do Mławy wyspać się, nażreć ciasta i porozdawać zaproszenia. W obie strony jechaliśmy luksusowym pociągiem Kolei Mazowieckich, prawie zupełnie pustym bo PKP wysiudało go dyskretnie z sieciowego rozkładu. Wracając wpadliśmy wprost w kipiący inwencją tłum Hiszpanów, wszyscy śpiewali: Polska – biało – czerwoni. Potem to samo śpiewał mi jakiś debil z pobliskiego balkonu. Po drugiej godzinie pękła mi żyłka. Wychyliłem się przez okno i ryczę: Grecja – biało – niebiescy! Zamilkł, prawdopodobnie wyszedł z domu w celu odnalezienia mnie, uzbrojony w klucz francuski.
    Na drugi dzień wędrowałem do centrum koło stadionu pod prąd kibiców, co chwila mijały nas kolumny UEFA, z jednej z nich pomachał mi Wałęsa, to było słodkie. Z kolei parę dni później wracałem  tramwajem z Irlandczykami, ciągle śpiewali, a że refren się powtarzał wkrótce dołączyli się i Polacy i tak sobie śpiewaliśmy, dopuki nie wysiedli przy stadionie i nie ruszyli w kierunku heroicznej porażki.
    A teraz? Teraz mamy już w kraju Wielką Narodową Smudę, ścieramy z twarzy spermę kracika a prezes Lato odmówił popełnienia sepuku. Vae victis i pozostańmy przy piłce ręcznej.
    - Moja Ty kaczuszko…
    -Jestem kaczuszką! Żółta,
    puchata i siedzę w wodzie!
    - Ale…
    - Mam płetwy!!!
    (My)
    *

    • RSS