kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 7.2005

    Pierwszy raz dostrzegłem upływ czasu, gdy miałem może 5 – 6 lat. Byłem na wakacjach w Mławie i jak każde dziecko w tamtych czasach wpatrywałem się co rano w migoczące na czarno – białym ekranie programy dla dzieci. W jednym z nich na ścianie był wąż, składający się z papierowych segmentów. Każdy z nich był jednym dniem, i codziennie jednego ubywało. Nie docierało to do mnie , aż pewnego dnia zobaczyłem jak krótki stał się wąż i zrozumiałem, że do końca wakacji zostało tylko kilka dni. Wtedy też, powstała we mnie po raz pierwszy myśl, że skoro tak mało czasu zostało to trzeba go dobrze wykorzystać.
    Upał można kroić. Stałem wczoraj na Długim Pobrzeżu czekając na wieczór i szanty. Patrzyłem wzdłuż rzeki na nadciągającą burzę. Pociemniało, południowy horyzont rozbłyskiwał feriami świateł , słychać było nieustanny łoskot, jakby zbliżał się front.
    Miasto pełne ludzi, gorączkowo przygotowywuje się do Jarmarku. Stałem tam nad rzeką , wokół szybko umykali turyści , a straganiarze zwijali swoje kramy i zabezpieczali namioty. W końcu na tle nieba ukazały się wstęgi piorunów. To było niesamowite, przy każdym błysku, wszyscy ludzie wokół odruchowo kulili się i gwałtownie wciągali powietrze. Wszyscy razem. Błysk – i sekunda ciszy.
    Kiedyś czytałem opowiadanie, w którym jakiś gość odkrył, że ludzie którzy mają razem umrzeć, wyrównują oddech, by razem wydać ostatnie tchnienie. To było trochę właśnie tak.
    Oprócz mnie w tym przemieszczającym się mrowiu stało jeszcze kilka osób wpatrując się w niebo. Jakby z tłumu wynurzało się jakieś milczące porozumienie ludzi podobnie myślących. Nie było nas wielu. Spojrzałem na stojącą opodal drobną Japonkę i uśmiechnęliśmy się do siebie.
    Teraz wrócę jeszcze na moment do niedawnych, traumatycznych przeżyć związanych z remontem mojej paszczęki. Szedłem w środku nocy, pustą Aleją Zwycięstwa i nagle zacząłem się śmiać. Wyobraziłem sobie minę jakiegoś badacza, który za 10 milionów lat obejrzałby sobie moją czaszkę. Ciekawe do jakiego rodzaju by mnie zakwalifikował z tymi wszystkimi plombami, łatami, kawałkami metalu i ceramiki.
    Wcześniej, tuż po zabiegu, gdy miałem jeszcze wyłączoną twarz, wpadło mi nagle do głowy, że mam niepowtarzalną okazję , by przekonać się jaki jestem w dotyku. Nie czułem twarzy, tylko to co mam pod palcami. Ludzie mijający mnie na ulicy wyglądali na dość zdziwionych.
    Wczoraj dzwoniła rodzina. Mój wuj z Ostródy osiąga właśnie stadium rośliny. Przychodzi to na niego powoli i dość łagodnie. Zabawne jest to, że codziennie wychodzi do garażu, by pogłaskać swój wóz. Nie pamięta swojej żony, ani jak się nazywa ale wie, że ma samochód. Trochę jak te zombie ze starego „Dnia żywych trupów”, które zbierały się w hipermarketach, bo pamiętały, że robiły tam kiedyś coś ważnego.
    Cóż, nic nie dzieje się bez sensu.. Z ostatnich badań wynika, że nawet starość i termin śmierci mamy zakodowane w mitochondriach. Może jednak Bóg ma jakiś plan?
    Tymczasem jednak staje nade mną moja matka, w staniku i z maszynką w ręku i mówi żebym wygolił jej pachy…Stwórco mój! Czemuż spotyka to właśnie mnie???

    *

    Tau pojechała na weekend do Zwierza do Warszawy. Rano budzi ich jakiś dziwny terkot. Wyglądają na zewnątrz, a tam paru typów , równymi, powolnymi ruchami kosi trawnik. Wszyscy ubrani tak samo, chodzący tak samo i w milczącym skupieniu kiwający ręcznymi kosiarkami z boku na bok. Tau stwierdziła , że zajebiście musiało to wyglądać z perspektywy biedronki. Tak mała wojna światów za oknem.
    Ból zębów okazał się zarażliwy i dopadł Phantoma. W sumie trudno się dziwić, Phantom żywi się orzeszkami w czekoladzie i colą, której codziennie wypija 6 litrów. Zęby właściwie mu się rozpuściły, i nie jest to w tym wypadku, żadną poetycką przesadą. Wczoraj siedziałem naprzeciw niego w herbaciarni i patrzyłem jak wsówa na raz całą paczkę Ibupromu 8 czy 10 tabletek. Gdy wracaliśmy dopchnął to jeszcze podrasowaną wersją Nurofenu. Czy dostał po tym zawału dowiemy się wkrótce.
    Lato na wybrzeżu właściwie się skończyło, zaczyna się za to Jarmark Domienikański, druga co do wielkości taka impreza w Europie. Jutro idę na szanty na Ołowiance, w sobotę będę na starym mieście opijał wielkie otwarcie. Dziś za to nastąpi „Dentysta – decydujące starcie”. Mają mi wyciąć resztki kości, troszeczkę żuchwy i parę ochłapów. Potem wstawią jakiś ceramiczny dynks, który wszystko utwardzi.
    Cała ta operacja absorbuje nieco moje myśli, więc wybaczcie, że nie jestem może ostatnio specjalnie lotny. Poza tym mało spałem, bo cała impreza sporo kosztuje, a ja nie przewidziałem jej na ten miesiąc.
    Dobra dosyć tego smęcenia. Vae victis.

    *

    Parę upojnych godzin póniej

    Jestem już pozszywany i na lekkim haju.Deszcz przestał na chwilę padać, pojawiło się słońce, a błękit ciężko obwisł nad mokrymi ulicami. Łażę po starówe, bujając się z lekka od krawężnika do krawężnika i cieszę sie, że już po wszystkim. Wyobracie sobie: skalpele, wiertła, implanty, usta wypełnione pyłem ze zmielonych zębów, a ja nie potrafiłem niczym bardziej się przejąć, niż tym, czy starczy mi kasy. Jeszcze trochę kosmetyki i koniec, miejmy nadzieję, że na lata. Teraz jestem zmęczony, bardzo. Idę się przejść.Pa!

    *

    Czytam „Lot nad kukułczym gniazdem” Keseya. Leżę na balkonie na sfatygowanym, starym materacu, noszącym flamastrowe ślady mojej dziecięcej prehistorii. Przez zamglone, białe niebo delikatnie przecieka słońce. Jak wielokrotnie, z przerażeniem odkryłem na budowie, takie światło jest najlepsze do opalania.
    Trzy godziny temu przybył wiatr. Szumi liśćmi umierających topoli stojących za moim domem. Sadziłem te topole z ojcem, w czasach, gdy z przekonaniem twierdziłem , że przy wywlekaniu brył gruzu z wykopów pod drzewka, mógłby pomóc nam miś.. Miś z bajki na dwóch łapach, za słoik sztucznego miodu.
    Tak sobie dzisiaj myślę , że jakby taki miś wtedy przyszedł , to by nam za ten sztuczny miód, dał niezły wycisk. Tak, dla tych , którzy już się zorientowali, nie mam dziś nic specjalnego do powiedzenia.
    Wszyscy wyjechali. Jestem sam w mieście. Zaczną wracać za tydzień , akurat na Jarmark Domienikański. Dzwoniłem wczoraj do Pazurkowatej, szły akurat znad jeziora do wioski przywitać przybywającą Awari. Lenn ma ciągle gości i imprezy, ostatnio skończyła z odciskiem deski od klopa na twarzy. Goście musieli mieć interesujące miny. Jutro żegnają na plaży Jace, który wybywa za chlebem do Irlandii. Lenn proponowała, bym wpadł tam „przypadkiem”, ale przed Jarmarkiem siedzę zakopany w rysunkach i ganiam za kasą na następną , dentystyczną sesją. Po prostu nie mam czasu na kaca. Nonko przysłała kartkę z Anglii. Wszyscy co inteligentniejsi piszą do mnie zza granicy, zaczynam zastanawiać się nad własną kondycją.
    Tymczasem jest ciepło. Wiatr szumi liśćmi topoli i milionem zeschniętych źdźbeł trawy. Wracam do książki, mam wrażenie, że to jedna z tych , które smutno się kończą. Ostatnio trafiam tylko na takie. Leżę pod białym niebem, z góry spadają na mnie biedronki. Boże krówki. Cholery spadają dziesiątkami. Czuję się jak cel.

    ***
    ominąłem wypalony korpus czołgu
    stygnący u wejścia na Targ Węglowy
    smugi gryzącego dymu
    snują się w powietrzu
    trzaski żarzącego się drzewa
    od budynku zbrojowni
    jest bardzo pusto

    niechcący przespałem koniec świata

    *

    Jeśli ufoludki wylądują przed Białym Domem,
    trąbić będą o tym wszystkie telewizje świata.
    Jeśli wylądują w Brzeżnie, będą miały pecha.
    (parafrazując Ziemiańskiego)

    Pierwsza książka Jamesa Morrowa opowiada o Anthonym Van Horne. Autorze ekologicznej hekatomby, której dokonał doprowadzając do uszkodzenia swojego supertankowca. Co noc, dręczony wyrzutami sumienia i wizjami zagłady, chodzi do pustego kościoła. Tej konkretnej nocy w mrocznej nawie czeka na niego umierający archanioł, który daje mu swe pióro, władzę i zlecenie jakiego nie otrzymał jeszcze żaden człowiek w historii ludzkości.
    Trzykilometrowe ciało Boga spadło w lodowate wody Atlantyku, a kapitan Van Horn z pomocą swojego , świeżo spuszczonego z remontowej pochylni, supertankowca ma docholować je do lodowego grobowca .
    Delikatnie rzecz ujmując misja okazuje się niełatwa. Na drodze staje kryzys wiary, świadomość bezkarności – bo skoro Bóg umarł to…, wściekli ateiści – skoro umarł to był, filmy pornograficzne, Atlantyda, oraz klub odtwarzania bitew II wojny światowej, który postanowił odegrać bitwę o Midway, torpedując naprawdę duuuży cel. Pojawi się też tankowiec z zatoki perskiej uzbrojony jak forteca, nietypowe hamburgery oraz ksiądz i zakonnica o dużym biuście, którzy stojąc wśród rzadkich włosów boskiego podbrzusza i patrząc na penis wielkości sterowca bujany przez fale, zastanawiać się będą czemu Bóg ma pępek.
    Druga książka Jamesa Morrowa opowiada o tym jak ludzie nie uszanowali spokoju boskiego grobowca. Wydobyli ciało Boga z lodowej krypty i zacumowali nagie w porcie na oczach całego świata. Uznali że jest w stanie śmierci klinicznej i podłączyli pod aparaturę podtrzymującą życie, w tym turbinowe serce firmy Lockheed Martin. W całą sytuację miesza się niezwykły szewc znany jako Jonathan Sarkos a także pewien Sędzia Pokoju z małej , amerykańskiej mieściny, któremu po wielu latach szczęśliwego małżeństwa umiera żona, a on sam okazuje się być nieuleczalnie chory na raka prostaty. Sędzia ów pełen gniewu i bólu pozywa Boga przed międzynarodowy trybunał za zbrodnie przeciw ludzkości. Odbywa się proces, dowody są miażdżące, ale czy na Ziemi istnieje sędzia, który skazałby na śmierć Boga? Jak oceniać motywację Boga a jak człowieka, jak je porównać, czym jest odpowiedzialność dla istoty, która stworzyła wszystko. łącznie z czasem i logiką, i która stoi poza tym wszystkim. Czy Bóg może i czy powinien być odłączony od aparatury podtrzymującej go przy życiu i poddany eutanazji? Co o tym wszystkim myślą koty?
    W trzeciej książce Jamesa Morrowa, świat się kończy. Nuklearne piekło z abstrakcji i ikony staje się nagle faktem, a wszyscy ci którzy w skutek niego nigdy nie przyjdą na świat wysyłają wstecz czasu atomowy okręt podwodny by z zagłady uratował 6 ludzi, potencjalnie za nią odpowiedzialnych i przywiózł ich na biegun w celu osądzenia za zbrodnie przeciwko przyszłości. Nienarodzeni mają czarną krew, wspominają nieistniejące życia i chcą sprawiedliwości. Całość obserwuje z przeszłości Nostradamus i opowiada o tym Leonardowi, który maluje opowieść na szkle. Ostatni człowiek na Ziemi, tak się złożyło, jest także wytwórcą płyt nagrobnych i na czarnym kamieniu, pośród lodów Antarktydy, wyryje ostatnie epitafium. Ale tak naprawdę trudno powiedzieć jak to wszystko się skończy. Skończyłem o 1, całą noc mi się to śniło, a dzień przesnułem porażony smutkiem.
    Książki nie są po to by je czytać. Książki są po to by nad nimi płakać i śmiać się, są po to by rzucać nimi z wściekłością o ścianę i po to by siedzieć na plaży nad zamkniętą okładką i w zamyśleniu wpatrywać się w morze. Książki nie są do czytania, prawdziwe książki trzeba przeżyć.

    *

    U dentysty:
    - A co się panu z szyją stało?
    - A nic takiego. Dziewczyna wyjeżdżała na wakacje i postanowiła oznaczyć teren.
    - Widać że chciała mieć pewność…

    Do dentysty poszedłem bez telefonu, wolałem nie wyobrażać sobie nawet co by było, gdyby nagle zadzwonił w momencie gdy w moim zębie byłoby działające szybkoobrotowe wiertło. Za to pani doktor była w ciąży i co jakiś czas podrygiwała znienacka, mówiąc że kopie. Zostałem prześwietlony, znieczukony i zatruty. Kobita męczyła się nade mną 3 godziny , wtulając mój łeb w swój kształtny biust, wydobywała z dziąsła co bardziej ewidentne odłamki kości i z upiornym zgrzytem oczyszczała kanały.
    Spoczywałem więc sobie w tym uroczym cieniu , dostając kółek w oczach za każdym razem gdy szarpnęła za nerw, a w mej głowie dzwięczały słowa mojej poczciwej babci Basi „Nie szarp się i nie krzycz bo pani doktór weźmie grubsze wiertło”. Słowa te padły co prawda w czasach wolnoobrotowych, pordzewiałych z lekka maszynek, chimerycznych pań które po 10 min wiercenia szły na kawę i zoatawiały pacjenta z wiertłem w zębie, oraz książek fantastycznych o znieczuleniu, ale głęboko zapadły w mą jaźń i czasem wracają jeszcze nocą po zbyt obfitej kolacji.
    Operację będę miał w następny czwartek. Oprócz starej i lubianej choroby, wskutek której moję zęby trzaskają jak zapałki na styku z kością, dostałem czegoś na trzy słowa. Pierwsze brzmiało „gangrena” ostatnie „total”. Mam nadzieję , że zbiorę kasę szybciej niż pani na trzy słowa dostanie się do krwi.
    Po wszystkim powędrowałem sobie na starówkę by uśmiechać się do przerażonych Niemców połową twarzy. Druga połowa zwisała mi widowiskowo a z kącika ust ciekła strużka śliny. Gdybym jeszcze zaczął zawodzić „MÓÓÓZZZG! MÓJ PAN POTRZEBUJE MÓZGUUUU!!!”, to pewnie zaczęli by biec.
    A poza tym tęsknię. Maleństwo pisze , że chroni moje książki w namiocie przed deszczem, a ulubiona, liskowata suczka kuzynek, poczuła zew natury i radośnie wytarzała się w okolicznych krowich plackach. Tak więc do obozowych atrakcji oprócz gry w karty i słuchania kropel rozbijających się na tropiku, doszło jeszcze mycie psa.
    W sobotę Stworek jedzie do Zwierza do Warszawy a ja otrzymałem klucz w celu karmienia kota. Ciekawe ile kot wytrzymuje bez jedzenia. Zaraz idę rozsyłać zaproszenia na imprezę. W końcu po co Zwierzom tyle pokojów, jeden można przerobić na balkon…

    *

    Moja uzbrojona w szpony Pociecha poznaczywszy mnie na pożegnanie siecią malinek pojechała z kuzynkami nad jezioro. Ja pozostałem w mieście cudów i schnę w świetle błyskawic pomiędzy regularnymi ulewami. Czuję się jak mieszkaniec Borneo, ciągły szum kropel w liściach. Chyba już zaraz zacznę pleśnieć.
    Wczoraj Maleństwo zrobiło mi niespodziankę, dopadło mnie u Awari i wySciskało kurczowo w czasie gdy Kisuna usiłowała bezskutecznie ściągnąć zkrakowaną wersję Chuzzle. Czyli przez dwie upojne zwszechmiar godziny.
    Jutro ląduję po raz pierwszy z serii u dentysty, zostanę przebadany i dowiem się ile i czego mi wytną. Jestem delikatnie mówiąc zaniepokojony , poza totalną hipochondrią jestem zdrowy jak koń. U lekarza nie byłem od 8 lat.
    `Zeby nie było piszę dziś , bo to może ostatni raz. Z dentystami nigdy nic nie wiadomo…

    *

    Konferansjer – …obok sceny jest sklep w którym można
    zakupić gadżety związane z zespołem Łzy, koszulki, płyty…
    … tarty czosnek, ciętą cebulę – mówię uśmiechając się do
    Pazurka spowitego w moje ramiona.

    Śnię mój Pazurku. Przyśnił mi się ból. Ból obezwładniający i niewypowiedziany. Ból, który , gdybym potrafił opisać go słowami dałby mi nagrodę Nike, pieprzonego Nobla i miejsce w kanonach. Ból przemieszczający się przez tkanki i kości. Omijający z czasem każdy środek przeciwbólowy, tak że można go użyć tylko raz. Ból uchodzący powoli z ropą z przebitych dziąseł i zmieniający samą strukturę czasu , tak że każda minuta wydaje się wiecznością..
    Po czterech nocach bolesnego bezsnu, zadziwiający dzień absolutnych eskalacji. Wieczorem „Avalon” Mamoru Oshi i Animatrixy. Potem noc pełna snów, zwidów i wizji. Nagłe przebudzenia na kołdrze w ciągu ciepłego ciągu powietrza od okna. Stechnoligizowane sny, zdigitalizowane wizje. Rano czułem się jakbym miał kable w głowie, ale było mi lepiej…
    …Bo w końcu przyszedł ten niedzielny ranek by mnie uratować.
    W niedzielny ranek szedłem przez zamknięty Błędnik, główny most samochodowy miasta. W blasku słońca, na wygiętym łuku mostu, który wynosił mnie ponad miasto wyobrażałem sobie, że doczekałem w końcu tej globalnej katastrofy , która uśmierciła resztę ludzkości i nareszcie mogę bezkarnie włamywać się do sklepów modelarskich. Szedłem środkiem pustej jezdni i zastanawiałem się czy nadal śnię.
    Nie chcę bólu, boję się go i unikam – jestem człowiekiem, ale cenię go jako doznanie , intensywne i absolutne. Cenie też uczucia , które przychodzą gdy mija. Smakuję zarówno ból jak i jego brak. Rozkładam go na elementy , doceniam , próbuję opisać – jestem kiszczakiem.
    W herbaciarni się ztłumiliśmy. Przybyła Aube z Kłosem. Ona z różą, oni razem. W powietrzu zawisło pytanie o konfigurację. Avatar z warkoczem i ja ze świeżo kupioną szałwią. Lennonka z blizną , rozmawialiśmy o starych wierszach i ewolucji poglądów.Ty Pazurku zawsze obok i Phantom z kumpem.
    Potem ogromne , wypalone wnętrze kościoła św. Jana. Jakbyśmy szli przez wnętrze skorupy gigantycznego, martwego ślimaka. Na ścianach strzępy niemieckich napisów mówią o zapomnieniu. Wzdłuż ścian wielkie zdjęcia wystawy National Geografic. Snopy żółtego światła wydobywają z rozproszonego cienia : kompas wikingów, zachodnie zbocza Mount Everestu i zmurszały wrak Lusitani.
    Wieczorem koncerty. Żałość H2O, błagających widownię o oklaski. Coś w stylu: To będzie wolny kawałek, zapalcie chociaż jedną zapalniczkę. Potem Łzy , panna obcisła i srebrzysta z białymi skrzydłami anioła. Piosenki proste, ale sprzyjające całowaniu.
    Poniedziałek pełen pracy i planów. Zarejestrowałem się do dentysty, zbieram te 1600 i szykuję do operacji. Moje dziąsła nigdy już nie będą takie jak przedtem.
    Siedząc na schodach przed Dworem Artusa patrzę znad „Dworca Perdito” na pełną ludzi Długą. Dziecko rzuca plastikowym mieczem w gołębie. Co jakiś czas obsiadają mnie wycieczki , potem odchodzą , a ja czuję się jak kamień w nurcie rzeki. W końcu przychodzisz ty mój ty Pazurku Najjaśniejszy.
    Po południu uderza ulewa. Niebo usiłuje wcisnąć ziemię do piekła. A my robimy to co każda normalna para homo sapiens, szukamy tego jedynego, legendarnego drzewa, które nie przecieka.
    Chmury urywają się wraz z deszczem. Spada słońce i rozbłyskuje w milionie drżących kropel. Z góry spływa błękit i wszystko staje się kolorowe. Odgarniam mokre włosy z twojej twarzy.

    *

    Boli mnie. Ból jest obezwładniający. Przebija moje wnętrze srebrzystą siecią. Przebija się przez skronie, policzki, szyję i ramiona, nie pozwala myśleć. Przy takim bólu gubię rozsądek, świadomość, człowieczeństwo. Mam ochotę wyć i tłuc łbem o ścianę. Aż przestanie, w ten czy inny sposób.
    Siedzę i trzęsąc się czekam , aż zacznie działać kolejna porcja proszków przeciwbólowych. Jadę na nich już trzeci dzień. Moje kochane, uwielbione, przecudowne ząbki czatują zawsze na tę jedyną chwilę gdy nie mam czasu i pieniędzy by się nimi zająć i urządzają mi orgię cierpienia w wszelkich możliwych odcieniach. Gdy mam dla nich czas , to nic mnie nie boli, a wtedy zawsze trafia się coś innego na co można wydać kasę. Kończę, dziś mam ochotę umrzeć, nie oczekujcie więc ode mnie eksplozji elokwencji. Grrrr! Najchętniej bym kogoś pogryzł…gdybym tylko mógł.

    Nie wpuszczę Cię pod mój dach Boże
    Idź w cholerę!
    Gdzie indziej szukać sprawiedliwych
    Dziś sprawiedliwość określa się nożem
    Sposób elegancki i bezpośredni
    Nie poświęcę dla ciebie mych córek
    Kocham je bardziej niż Ciebie
    Skarbów cenniejszych od nich
    Nie znajdę w żadnym niebie
    Rządzisz tym wielkim sufitem
    Co świat zamyka od góry
    Lecz dla mnie to tylko emalia błękitna
    Po której ślizgają się chmury
    Sądź mnie!
    Zrzuć na mnie mój dom
    Wraz ze stropem
    Rzuć oskarżeniem
    Bom samolubny
    Egoista
    I mam stos świerszczyków pod biurkiem
    Karz!
    Za
    Nadużywanie
    Krzywdzenie
    Myślenie…
    Nim jednak wzniesiesz na mnie
    Swą moc wielką i obojętną
    Pamiętaj, że jestem stworzony
    Na twój obraz i podobieństwo

    *

    Najgroźniejszymi zabójcami są ludzie,
    którzy coś kochają. To z miłości żoł-
    nierze idą na wojnę. Najwięksi wojo -
    wnicy są największymi kochankami.
    (Ringo)

    Nad ranem śnił mi się deszcz. Obudził mnie powiew wiatru od okna, niósł jeszcze ze sobą gładki chłód nocy, a ja otrząsałem myśli z ostatnich kropel i wracałem na tą samą płaszczyznę zmiennych co budzik. O godzinie 5 rano pogoda była jeszcze rozkosznie bezpłciowa. Perłowa szarość, która mogła okazać się chmurami lub błękitnym niebem. Dzień przywitał mnie czekającym, nocnym smsem od Maleństwa (Zawsze bawi mnie paradoks, że w tym wypadku maleństwo piszę przez duże M) i widokiem jakiejś parki całującej się nago na balkonie w pierwszych promieniach słońca.
    Zrobiłem sobie herbaty i czytając prasę przeczekałem rodziców. Jakiś Polak odkrył planetę na której niebie świecą 3 słońca, co po raz kolejny wybebeszyło naszą wiedzę o wszechświecie.
    Świat nauki musi nienawidzić Polaków, czego się nie dotkniemy, zaraz się rozleci, nawet takie ładne amerykańskie teorie…
    Wczoraj gdy wracałem tramwajem, siedziała przede mną zajebista czarnula. Długie włosy, krucze brwi, smagła cera i wyzywające ciuchy opinające kilka intrygujących krzywizn i doskonałości. Wszystkie kobiety w tramwaju patrzyły na nią jak na dziwkę.
    Void jest ostatnio zmęczona i rozdrażniona. Zaczyna działać w zawodzie lekarza. Początki zawsze są męczące, do tego nie dali jej urlopu na Grunwald i jedyny kontakt z tegoroczną bitwą ma przez suknie z epoki, które szyje, dla znajomych dziewczyn. Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że to jest właśnie rzeczywistość: brak czasu, nerwy i rezygnacja z rzeczy, które się lubi. Nie ma takiej pracy, w której w pierwszym roku dostawałoby się urlop. Nie ma co się wściekać, tak będzie już teraz przez następne 40 lat. Najwyższy czas się przyzwyczaić. Z chwilą podjęcia stałej pracy człowiek staje się elementem struktury a przestaje być indywidualnością.
    Można oczywiście inaczej. Ja nie podejmuję stałej pracy. Prawdopodobnie pracuję przez to więcej i szybciej się zużywam, ale za to zachowuję kontrolę nad własnym życiem.
    Ostatnio Avatar postanowiła iść do kina a wściekła się za to na mnie Awari. Teraz Avatar postanowiła obejrzeć filmy w domu i zaprosić na nie znajomych i za to wściekła się na mnie Void. Dobrze mieć pod ręką takiego Kiszczaka, zawsze można przelać na niego nadmiar emocji.
    Ostatnio u Void nagle poczułem, że już mi przeszła chęć na oglądanie czegokolwiek, za to pojawiła się nagła i nieprzemożona chęć wyjścia stamtąd. Wydostania się na zewnątrz i oddalenia możliwie daleko. Avatar powiedziała: Żebym nie zachowywał się jak dziecko. O przepraszam! Jestem dorosły, mogę więc zachowywać się jak dziecko kiedy tylko zechcę.
    Na szczęście droga już czeka. Wywlokłem plecak z szafy, pożyczyłem karimatę. Teraz poluję na śpiwór i mapy. Pierwsza część mojej wyprawy do Mławy poprowadzi szlakiem Motławskim do Tczewa i stamtąd do Elbląga. Potem się zobaczy.

    Idę tam gdzie idę
    Nie idę gdzie nie idę
    Idę tam gdzie lubię
    Nie idę gdzie nie lubię
    Idę tam gdzie idę
    Nie idę gdzie nie
    Idę, lubię, lubię, idę
    Ole!

    *

    Awari do psa Marzanów: Tam masz Kiszczaka.
    Jest tłusty, dorodny i brodaty…

    Ależ pięknie Cimoszewicz zgnoił tych głąbów z komisji prześladowczej. Nareszcie pojawił się ktoś, kto pokazał im ich miejsce, wstał i wyszedł dając wyraz absolutnej pogardy i niesmaku dla aparatu pseudo demokratycznej represji. Panowie o obrzmiałych, powykrzywianych atawistycznym złem twarzach przed chwilą równi w swym mniemaniu bogom, władni rzucać największych nawet na kolana i brukających najczystszych nawet ludzi swą zgnilizną, zostali strąceni na glebę, poinstruowani jak uczniaki, i olani gdy piskliwymi głosikami usiłowali stosować swoją „władzę”. Ten wyraz ich twarzy, gdy zostali sami ze stertami przygotowanych brudów, gdy zrozumieli, że nie pokażą się przed kamerami jako potężni inkwizytorzy i nie pouprawiają swoich małych, śmierdzących kampanii, wreszcie chwila gdy pojęli, że nie są w stanie doskoczyć Cimoszewiczowi, ze swoimi małymi, spróchniałymi ząbkami, choćby do kostek… o rany! Lata całe czekałem na podobną chwilę. Szkoda że nie nagrywałem tego na video. Wydłużająca się mina Giertycha, te jego mrugające, pomalowane oczęta. Wyglądał jakby przełknął zgniłe jajo, gdy musiał machać swoimi papierkami do pustej sali.
    A poza tym upał. Wszyscy jesteśmy gorący i lepcy. Miasto żywo mieni się w słońcu. Trwa Feta i ulicami wędrują teatry. Gra muzyka, na Długiej małolata z gitarą śpiewa Kaczmarskiego. Byliśmy na wystawie grafik Dalego w Sopocie. Oglądaliśmy zdjęcia z Peru Gudzowatego. Szykuje się też wyskok na wystawę chińskiej porcelany na Manhattanie. Wiatr porusza liśćmi, wędrujemy od jednego tańczącego cienia do drugiego. Magnolia przybyła na krótko z Niemiec. Zrobiliśmy jej powitanie w herbaciarni. Pazurek z Avatarem i Void jadą wkrótce nad jezioro, gdzie będą opalały sobie ponętne przyległości. Ja zamierzam ten czas poświęcić na jedno z moich życiowych zamierzeń i wyruszę piechotą do Mławy. Muszę kupić mapy i opracować jakąś fajną trasę, tak jakieś 300 km w tydzień. Potem zapadną trochę u babki, a potem zobaczy się, może pójdę dalej do Warszawy i podręczę Bajkę…no i wreszcie rzucę monetą z Pałacu Kultury, może trafię nawet Kaczyńskiego w ten jego zakuty łeb.
    Dzisiaj trochę zapolityczniłem, ale to przez upał, krew jest gorąca, a wskazujący palec wykonuje nieskoordynowane ruchy w poszukiwaniu spustu.
    Kisuna na swoim blogu zamieściła list gończy za mną. Na szczęście zapomniała o podaniu ceny za moją głowę, więc na lotnisku im. LECHA WALESY nie odnotowano zwiększonej liczby przybyć skrzypków, czy kontrabasistów obładowanych bardzo ciężkimi futerałami. Choć może nie najlepiej, że o tym wspomniałem, bo Młoda może naprawić swój błąd i zaraz będę miał na karku całą filharmonię chicagowską z wielkim Alem trzymającym batutę, na czele.

    - Czy zrobisz to czego żądamy? – spytali bogowie.
    - Nie! – odparł człowiek – odmawiam troski o losy
    wszechświata, który rozpada się tylko dlatego, że
    ja coś zrobiłem
    (Sheckley)

    *


    • RSS