kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 9.2005

    Nie kocie nie uciekniesz…no dobra uciekniesz.
    (Tau)

    W niedzielę przemykam trasą transferową Brzeźno – Gdańsk. Trasa przenika przez podszewkę miasta, po najmniejszej lini oporu. Świat który znajdziesz tylko na mapie, którego nie uświadamiają sobie nawet jego mieszkańcy. Gdy przenikam z ulicy w ulicę, dla miejscowych muszę być jak duch. W ich podświadomości pojawiam się z nikąd i nagle rozpływam się w nicości, bo przekraczam nieformalne granice wpływów i żyć, które oni instynktownie respektują.
    Świat jest blady. Słabe słońce ostatkiem sił zostawia odrobinę ciepła na skórze, mimo że niebo jest czyste a słońce wysoko, jest prawie zimno. Przemykam wzdłuż stoczni.Moje Maleństwo przyczaiło się po drodze, na metalowym kręgosłupie stoczniowego mostu i spadło na mnie niespodziewanie jak meserszmit, od strony słońca. Mam tylko moment na orientację nim dopadają mnie obleczone w pomadkę z brokatem usta. Świecę się do końca dnia.
    Wczoraj z kolei witaliśmy się w deszczu. Pazurek zaaferowana wyskoczyła z przejścia podziemnego Akademi, mówiąc: tam jest nietoperz! I rzeczywiście, na kafelkach leżała sobie mała puchata kulka z wyciągniętymi do przodu skrzydełkami. W tunelu jest echo, i biedactwo straciło orientację. Przeleciał małej pod nogami i obijał się o ściany.
    Zastanawiając się nad wszystkimi , ewentualnymi implikacjami dostania wścieklizny, złapałem stwora w koszulę i wyniosłem na zewnątrz. Wydawł przy tym taki dźwięk , że zastanawiałem się czy już dostał zawału, czy też właśnie szykuje się do zatopienia oślinionej paszczęki w moim nadgarstku. Włożyliśmy go w czołg. Położyłem go na gąsienicy, głęboko w cieniu błotnika. Za pomocą haczyków na końcach skrzydeł zaczął zasuwać przed siebie, aż znalazł sobie miejsce najwyraźniej odpowiadające jago nietoperzym potrzebom. Na odchodnym pogłaskałem drania w miękki grzbiet. Odgiął łepek do tyłu i zaterkotał. Nie wiem jak wy, ale ja nie spotkałem jeszcze nikogo, kto mógłby się pochwalić, że pogłaskał nietoperza.
    W herbaciarni urodziny Tau. A potem łzy Maleństwa pośród kropel deszczu. To klasa maturalna, widzimy się rzadko, a jej rodzice nie kochają mnie za bardzo. To dziwne, nikt nie chce mieć w rodzinie potwora, a przecież my potwory jesteśmy takie wrażliwe.

    Więc pewnego dnia, kiedy morze
    było tak spokojne jak niebo,a
    horyzont skrył się w zagłębieniach ziemi
    kiedy wszystkie gniazda opustoszały,kiedy
    je rozrzucono, a ciernie i głogi poraniły nam
    twarze, kiedy nasze pługi i koła garncarskie
    leżały połamane, pokryte kurzem, a nasze flety
    były jak milczące i posłuszne dzieci, kiedy
    nasze dzieci nie mówiły już naszym językiem, a
    nasze własne języki były jak kamienie
    kaleczące nam usta, śniliśmy o kraju
    leżacym w górze rzeki, w którym
    mężczyzna i kobieta stali nadzy w ogrodzie
    mieli twarze z których została starta pamięć

    (Susan Stewart „Eufrat”)

    *

    Widmo podczerwieni
    Uchwycone w przedziale myśli
    Tryumfalny masochizm
    Pod ostrym paznokciem
    (Goździk)

    Podobno człowieka ocenia się po tym co daje innym, a nie po tym co posiada. Ja mam taki bezczelny zwyczaj, że gdy ktoś znajomy wyjeżdża proszę go , by przywiózł mi czarną koszulkę z nadrukiem i miejscową czekoladę. Mam właśnie na sobie koszulkę zakupioną nieopodal klasztoru Szaolin, jeśli zaś chodzi o chińską czekoladę , to jest straszna, prawie tak straszna jak japońskie piwo. Ci którzy pamiętają jeszcze znaczenie terminu „produkt czekoladopodobny”, zrozumieją o czym mówię. W „produkcie” zatopione są orzeszki pinii, co nieco ratuje sytuację . Mielę pracowicie zębami w ich poszukiwaniu.
    Starsi wrócili cali i zdrowi, nie gdaczą, nie kaszlą, więc ptasia grypa najwyraźniej ich ominęła. Śmiałem się, że za to za chwilę z otwartej walizki, wyjdzie jakiś kaszlący ptak. Nie ominęła ich za to chińska kuchnia, ta prawdziwa, a nie zeuropeizowane popłuczyny. Przez pierwszy tydzień co chwila musieli szeptać w wielkie ucho.
    W ramach dnia dobroci, otrzymałem także kokon jedwabnika, gotowany…wolę nie wiedzieć czemu. W środku coś grzechocze, zapewne gotowany jedwabnik. Dostałem też chińskie monety i banknot, wymiaru mikro, za to ludowy. Na koniec jeszcze pachnący wachlarz z drzewa sandałowego , dla Pazurka.
    Starszy kupił sobie nowoczesną wersję chińskiego miecza, jest tak ostry, że jak się nim pomacha, to powietrze opada w płatach. Do tego przytargali jeszcze stertę drobiazgów, kafelki i zwoje z kaligrafią , ceramicznego smoka oczywiście. Nie przywieźli porcelany, ma co liczyłem. Kocham porcelanę.
    Odzwyczaiłem się od nich. Przez te dwa tygodnie uspokoiłem się i nabrałem pewności siebie. Teraz znowu przyzwyczajam się do chmur dymu generowaych przez matkę, bajzlu w kuchni i burczenia ojca, który oprócz zwykłego wkurwu, przeżywa jeszcze zmianę czasu..
    Wczoraj ewakuowałem się o świcie i wróciłem nocą. Dziś idę sprzedać Ciapkowi plastikowy szkielet, świecący w ciemnościach. Dostałem go kiedyś od ojca na Boże Narodzenie, co mówi cokolwiek o jego skomplikowanej psychice. Wieczorem zaś czeka mnie sesja filmowa u Pazurka. Temat : Wampiry.

    A! I do wszystkich którzy
    nie głosowali. Dziękujemy,
    zdecydowaliśmy za was

    *

    Sprawiedliwość jest ślepa.
    Wiem, bo tak jak tylu innych
    przede mną, sam zaszywałem
    jej powieki.
    (Jonathan Sarkos)

    Gdyby wszystko było czarne, czerń byłaby słowem pozbawionym sensu. Gdyby nie byłoby zła, nie mielibyśmy po co żyć, bo życie jest dążeniem do doskonałości. Gdyby nie było Brzeżna, wszechświat zapadłby się pod ciężarem dobroci. W ostatecznym rozrachunku okazuje się , że i diabeł jest pozytywną postacią, zresztą zawsze tak twierdziłem, jest naszym jedynym sojusznikiem w ratowaniu świata przed zagładą…to Bóg wygra Armageddon.
    Jak to kiedyś stwierdził Woland: Człowiek potęgi – ginie od potęgi, człowiek pieniędzy – od pieniędzy, poddany od służenia, poszukiwacz rozkoszy – od rozkoszy. Mnie w takim razie zabiją słowa.
    Na mój obrazowy komentarz rybaczków, barwy modrej zieleni i takiż plastikowych klipsów, wielkości spodków, Sylwia odpowiedziała cedząc przez zęby, że nie jestem glamur… Mój Boże!!! Nie jestem! Cóż za porażający wstrząs! Moja egzystencja nagle straciła sens. Musiałem natychmiast złagodzić skutki szoku zakupując kufel chmielowego chłodziwa dla moich reaktorów. Sami powiedzcie, teraz gdy już znam straszliwą PRAWDĘ, gdy już wiem, że nie jestem glamur, trendi, ani nawet dżezi…jak żyć???
    Ech, wczoraj leciał archiwalny film. Pokazywali przysięgę NRDowskich żołnierzy. Kamera objechała ich od tyłu, a tam większość trzymała ręce za plecami, krzyżując palce. Na wybrzeżu pogoda jak cukierek. Najwidoczniej lato postanowiło sobie jeszcze na chwilę przysiąść , przed lotem na południe. Położyło się pośród wzgórz nad miastem. Zwinęło w kłębek i grzeje teraz puszysty grzbiet na słońcu. Gdzieś tam daleko Bóg ściera z powierzchni ziemi Stany Zjednoczone gumkami huraganów, a ja sprzątam pokój, wgryzając się w dół przez kurz i niepamięć w prehistoryczne warstwy. Znalazłem między innymi wór z klockami Lego. To śmieszna sprawa. Za komuny klocki Lego były czymś w rodzaju waluty. Każdy starał się mieć ich jak najwięcej, i jak najciekawszych kompletów, bo stanowiły dobry produkt wymiany. W dzieciństwie zawsze chciałem mieć masę tych klocków, nocami śniłem o tym wszystkim co mógłbym z nich zbudować. I pewnego dnia spełniło się, uzbierałem pięciokilowy wór, skupując wszystko od kumpli, tyle tylko, że byłem już na to za stary. Wyrosłem, klocki poszły w ciemny kąt i zapomnienie. Teraz upychałem je w kartonie. W tym celu musiałem złożyć je w kostkę, by zajęły mniej miejsca. Widok był dość zabawny, stary chłop pieczołowicie skłdający przez 3h klocki. Pazurek twierdzi, że będą dla naszych dzieci…Moje klocki!!! Miałbym je komuś oddać?! Jeszcze by części pogubili! Nigdy!!!

    *

    Gdy wkładałem ziarenka do klatki, na szafce obok przysiadł kot, zamaszyście wiwinął ogonem i spojrzał , spojrzeniem typu: Daj chomika. Ja nic nikomu nie powiem. Cześć i chwała wszystkim kotom

    Gdanzig

    Gdanzig to moja twierdza
    Bastionów miliona dni
    Wśród pól minowych
    Kartek kalendarzowych
    Od wiosny do wiosny
    Się śni

    Zatopione w bursztynie myśli
    Mgła pamięci natrętna
    Nad łysinkami bruków
    Mariacko pachnie powietrze
    W godzinie pijaków i duchów

    Chwiejnym krokiem przemierzam
    Szpikulce cieni
    Gotyckich marzeń
    Wesoło przepijam życie
    Wśród witraży świtów
    Czekając aż coś się wydaży

    Z tła granitowych płyt
    Patrzę w niebo pomiędzy gołębie
    Przez torowisko horyzontu
    Dzień się toczy ku nocy
    Wśród liści księżyców
    I przez gwiazd żołędzie

    Tramwaj numer trzynaście
    Iskrzy się w białym mroku
    Pośród szyn momentów
    Gdy miasto stając się żłote
    Metalicznie skrapla się w oku

    Na wygiętym plastiku
    Pośród setki oddechów
    Mruczę szczęśliwy że „jestem”
    Skulony w sobie
    Z czołem przy szybie
    Płynę z mym miastem przez powietrze

    *

    …siedzę u Zwierzów gdzie przyciągnąłem zmuszony koniecznością nakarmienia porzuconych kota i chomika, które w przeciwnym razie mogłyby się nawzajem pożreć. Co nie znaczy, że mimo to nie próbują. Kota zastałem w trakcie mission imposible, przylepionego do drzwi szawki zawierającej chomika i usiłującego poradzić sobie z haczykiem bez palców. Gdy wszedłem, zrobił minę typu „nie widzisz tego. Masz schizofremię”,zaś z szafki dobiegały agresywne szelesty.
    Teraz siedzę przed ekranem, wyjadam Zwierzom kulki kokosowo – rumowe, zapijam colą i głaszczę kota, który jest najwyraźniej na głodzie dotyku. Na dworze jest szaro do bólu, jakby pogoda postanowiła przedstawić sobą jakiś stereotyp. Starsi przysłali smsa, że kończą rejs po Jangcy i jutro wracają do Szanghaju.
    Zaraz wstanę,wszystko powyłączam i pójdę do mojego zimnego , pustego domu. Będę leżał po ciemku, marząc o zmierzchu nad jeziorem, o grze świerszczy i pełni księżyca.
    Tak, to bardzo niekomercyjna notka. Właściwie to tylko kartka wyrwana z pamiętnika, pędzona wiatrem…

    Deszcz oczyścił świat. Po „Fabryce czekolady” uprowadziłem Maleństwo przez spadające krople do mojego domu z wieżą. Tam zapaliliśmy świece, zalaliśmy wrzątkiem pachnące liście herbaty i wyruszyliśmy w siebie na poszukiwanie nowych ścieżek. Gdy Maleństwo ujechało później w noc rozświetlonym tramwajem. Spojrzałem na wszystko i zaparło mi dech z zachwytu. Powietrze było kryształowe. Z góry, z absolutnie czarnej, skotłowanej półkuli aksamitu opadały w dół lśniąc zimnym blaskiem szpilki gwiazd, warstwami, milion za milionem. Mokre chodniki i ulice, budynki, drzewa i pomarszczone od wilgoci wyborcze plakaty, wszystko pokryte warstwą błyszczących drobnych kropelek , migotało w takt podmuchów wiatru. Poszarpane chmury jak szare upiory mknęły szybko po niebie , wiatr szumiał wśród liści, w tle rozbrzmiewał głuchy huk morza, pędzącego w pierwszym jesiennym szturmie na ląd. Ziemia drżała lekko od uderzeń fal a powietrze smakowało solą. Wokół było pusto, ludzie tkwili za osłonami drzwi i tarczami telewizorów, a ja stałem w tym pustym , szepczącym miejscu i czułem całym sobą , że wszystko wokół tkwi w absolutnej równowadze, że to niebo, ten świat , wszystko cieszy się mną , tak jak ja cieszę się wszystkim. I było to dobre.
    Dawno dawno temu w Mławie, szedłem spać. Było to niedługo po mojej pierwszej wielkiej a goSZkiej miłości. Można wręcz powiedzieć , że uciekłem do Mławy z miejsc kipiących pamięcią tego co było, a co nagle zniknęło, pozostawiając wielkie, ziejące rany. Była zima, babka nastawiała piec na pierwszą część dnia, potem z upływem godzin dom powoli stygł. Wieczorem było już prawie tak zimno jak na dworze. Łóżko na którym spałem stało tuż pod oknem, na południowym krańcu domu, tuż nad schodami prowadzącymi na werandę. W istniejących warunkach, kładzenie się spać stawało się całym ceremoniałem. Najpierw zrzucałem z siebie większość warstw ciuchów , potem odkrywałem kołdrę i energicznie nacierałem prześcieradło aż się rozgrzało. Wtedy błyskawicznie zrzucałem resztę ubrań i wskakiwałem do łóżka. Przykrycie się lodowatą kołdrą było straszne. Zwijałem się w kłębek na boku, zakrywałem się kołdrą razem z głową. Dmuchałem w dół wzdłuż nóg. Trwałem zwinięty w kulkę aż kołdra się trochę nagrzała, potem centymetr po centymetrze prostowałem się zwiększając strefę ciepła, na koniec podwijałem kołdrę pod siebie przykywałem całość kocem. Śpię na plecach.
    Tamtej nocy była pełnia, było zimno więc widoczność była świetna. Na niebie płynęła tylko powoli koronka chmur, które wyglądają jak żeberka, albo zmarszczki na piasku, czy dnie jeziora. Nad nimi wisiał niesamowicie jasny księżyc, rozświetlając je i zmieniając w płynne srebro. Całe niebo jaśniało, widać było zaledwie kilka największych gwiazd. Wtedy po raz pierwszy zachwyciłem się światem jako całością. Przedtem patrzyłem na widoki, szczegóły, krajobraz. Wtedy zobaczyłem wszystko i na moment przestałem oddychać przytłoczony i zachwycony całym tym ogromem i niewypowiedzianym pięknem.
    Gdy myślę o starości przeraża mnie tylko jedno, że mógłbym stracić mój sposób widzenia, że stracę tę dziecięcą moc widzenia i zmienię się w jeszcze jeden szary automat , jakich miliony nic nie dostrzegając wokół siebie, wędrują wokół mnie. Nie chcę być tylko migrującą kupą mięsa , zajętą przyziemnością i nieważnymi pseudoproblemami. Nie chcę być zwierzęciem społecznym, chcę być człowiekiem, tym czymś w małpie, co karze się zachwycać i pisać wiersze.

    *

    Osoby, które zjadły muchomora sromotnikowego i przeżyły, twierdzą , że jest on bardzo smaczny.

    Uwielbiam tę porę roku, gdy lato melancholijnie blednie i odchodzi a w jednolicie dotąd zielony i rozsłoneczniony świat wchodzi jesień, splendorem kolorów i odcieni,i pogodą pełną szleństw i kontrastów. Po zabieganym lecie, cicha, łagodna jesień jest balsamem na mą duszę. Jesienią zawsze dużo chodzę, myślę i marzę.
    Druga nad ranem, torowiska lśnią blado w słabym świetle księżyca. Księżyc jest prawie w pełni, ale za woalem pędzonej wiatrem mgiełki. Na tle nieba ostro odcinają się czernią kontury drzew. Wiatr jest ciepły i szlony, szarpie mi koszulę, rozrzuca kudły Michasia. Stoimy korzystając z krótkiej przerwy i gapimy się na ten najpiękniejszy ze światów. Jest druga nad ranem i każda sekunda sprawia oniryczną przyjemność. Reszta ekipy kuli się za załomem muru i ćmi malborasy Krętkiego. Oświetla ich żółte światło padające z otwartych drzwi magazynu. Z lewej ciągną się, zdawałoby się bez końca równe szeregi wagonów. Jakieś trzysta metrów dalej zakręcają, część idzie prosto, aż nad sam kanał portowy. Za chwilę przerwa się skończy i trzeba będzie dalej przeładowywać skrzynki, śmierdzą chlorem i cytryną, są opisane po niemiecku.
    Z perspektywy wszystkowiedzącego narratora wiem , że za parę godzin spotkam się z Maleństwem na schodach Dworu Artusa, Swiecić będzie blade słońce nie rzucające cieni, a ja będę mocno trzymał kartki „Stalingradu”, patrząc na zimową śmierć 6 armi.
    Potem w herbaciarni Herbaciarz poczęstuje nas orzeszkami, Maleństwo będzie senne i przytulne. Phantom obcy i myślami w dalekiej drodze. Void będzie miła, co świadczy tylko o tym jak wspaniali mogliby być ludzie, gdyby nie wysysała z nich tyle praca. Avatar przytuli do siebie najnowszą płytę The Rasmus.
    Zajrzę też na bloga i uśmiechnę się pod nosem obserwując mrowisko. Potem odprowadzę Małą, dojadę tramwajem do morza i posłucham , stojąc w ciemnościach, szumu jego fal.

    *

    Wyrokiem sądu gdański pisarz Paweł Huelle ma przeprosić gauleitera Jankowskiego za to, że nazwał go po imieniu, a ja leczę rany po wewnętrznej stronie policzka, po trafieniu łokciem. Uczciwie uprzedzam, to że Brzeźno się postarzało i zespokojniało, nie oznacza, że już nie ma zębów i nie potrafi gryźć.
    Panowie w ubiorach szeleszczących a kolorowych i pałach łysych do połysku przekonali się o tym dość gwałtownie opuszczając naszą narożną knajpkę oknem w towarzystwie solidnej , dębowej ławy. Następnie umykali przed nami po lesie niczym króliki.
    Chyba nie powiniennem pić po całym dniu roboty, do tego na pusty żołądek. Ale nie ukrywajmy, ostatnio łaziłem napięty jak struna, i gdy dyskusja Szopena z sąsiednim stołem, obsadzonym przez łysych gentelmanów, o hańbie polskiego sądownictwa i kapłanach nazizmu, osiągnęła swe gwałtowne apogeum, byłem już właściwie gotowy eksplodować w jakimkolwiek kierunku.
    Sympatycy brunatnego księdza mieli pecha. Było już raczej ciemnawo, a my lepiej znamy las i wydmy. Gdziekolwiek by nie pobiegli , my już tam na nich czekaliśmy. Mimo gorących protestów dotrzymaliśmy im towarzystwa aż do samej Zaspy.
    Potem zziajni i z lekka krwawiący wróciliśmy pod dach. Wnieśliśmy ławę. Skruszony Michaś pozamiatał nawet szkło. 3szklaneczki nie miała nam specjalnie za złe ani pokali, ani ławy, ani okna, ani nawet doniczki z fikusem , którą cisnął w ferworze walki Michaś. Podliczyła nas za to po równo za wszystko. Rannych bohatersko opatrzyła zaś na swej wątłej piersi.
    Wszelkie koszty potraktowaliśmy jako coś w rodzaju biletu wstępu/. Od łebka nie wyszło nawet tak drogo.

    *

    Czytam „Stalingrad” Pliviera, wczoraj skończyłem „Dzieje Rosji” Ochmanowskiego. Kończyłem je, o ironio , siedząc na gorącym od słońca pancerzu sowieckiego czołgu majora Miazgi, spoczywającego niczym martwy krab na skraju Alei Zwycięstwa. Czołg celuje lufą w Akademię Medyczną. Legenda głosi , że wystrzeli gdy Akademię ukończy dziewica.
    Harowałem cały tydzień. Chyba odrobinkę przesadziłem. Teraz zimny pot zalewa mi oczy, żołądek usiłuje wejść w nadprzestrzeń a ja usypuję zapory przeciw falom bólu z tabletek Ibupromu. Dziś oglądałem powtórkę relacji z Sopotu. Połasiłem się na Mandarynę. Chciałem usłyszeć ten jej legendarny śpiew. Usłyszałem, już nie chcę.
    Siostry chcą mnie zawlec w niedzielę na ‘Fabrykę czekolady” do kina. Zastanawiam się czy wolę iść do kina czy też może zapłacić za telefon. Starsi o 5 rano ruszyli w daleką drogę do Chin, światowej stolicy ptasiej grypy. Zostawili mnie z pustą lodówkę i niepospolitym burdelem szczelnie oplatającym mackami całe mieszkanie. Wracają za dwa tygodnie, ciekawe czy przyślą mi kartkę? Zastanawiałem się nad tym szorując garnki.
    Wczoraj razem z Pazurkiem odnalazłem grób, którego szukałem od lat. Podziabana, rzeźbiona płyta z początku wieku. Gdy komuchy po wojnie równali z ziemią stary cmentarz miejski i wykładali tymi wszystkimi , niemieckimi nazwiskami ulicę Spacerową, zostawili tę jedną płytę . Pod nią leży twórca linii kolejowej Danzig – Warszawa. Wiedziałem , że cholera gdzieś jest, nie wiedziałem gdzie. Szukałem jej po parku za każdym razem, gdy byłem w okolicy ,a miałem chwilkę czasu. Trzeba było jednak Pazurka, która ma dar przyciągania rzeczy zaginionych.
    Idąc dalej odkryliśmy część parku o której nie miałem bladego pojęcia. Ciągle więc jeszcze można odkrywać nowe drogi a mój świat codziennie staje się szerszy.
    Cudownie, bezruch to śmierć.

    Niedziela. Puck – Mechowo – Puck. Nawet nie wycieczka, zwykły spacer przez piękną krainę u nasady półwyspu Helskiego. Dla mnie jest to kraj ze snów. Droga klucząca wśród wzgórz, pnąca się z trudem na szczyty i zapadająca się gwałtownie w dół , by pogrążyć się w cieniu starych drzew. Krzyże i kapliczki pojawiające się znikąd, folwarki i gospodarstwa stojące tu od setek lat, miejscowości, wymoszczone idealnie w swoich miejscach. Kraj który przyzwyczaił się do ludzi ich dróg i pól. Kraj senny i zadowolony z siebie, przysypiający z lekka w cieple bladego słońca ostatnich dni lata. Koniec lata to moja ulubiona pora roku.
    Wyruszyliśmy by spełnić odwieczne marzenie Awari, która chciała koniecznie obejrzeć groty mechowskie. Szło mi się idealnie, byłem akurat w takim stanie, że mój mózg z radością powitał możliwość przerwania pracy. Wędrowałem więc i chłonąłem, A ten nowy świat wypełniał mi oczy i myśli.
    Szła z nami Magda z Koleżanką. M wróciła do Polski na egzaminy. Facet jej wyrażnie służy. Nabrała pewności siebie, zrzuciła łachy i wyeksponowała biust, którego istnienia dotąd nie podejrzewałem.
    Jej koleżanka wyśmiała moje poglądy na stwórczą rolę wiary i cywilizacji opowieści. Jakoś nie byłem w stanie się zebrać by się bronić. Za to odczułem to dość mocno. Chyba traktuję siebie zbyt poważnie.
    Wędrowaliśmy w słońcu , odpoczywaliśmy w cieniu konsumując lody z koniakiem. Zrywaliśmy z poboczy nagrzane słońcem jeżyny i młodą kukurydzę z pól.
    Pokluczyliśmy w szalonym biegu pośród jadących samochodów,w czasie „Wielkiej Wojny Rzepowej”. Jej eskalacja nastąpiła gdy za uzbrojonym w jeden rzepowy krzak Adamem biegał Phantom uzbrojony w dwa, tyle że większe. Choć może „biegał” nie jest właściwym słowem. On „kroczył”, czy też „nadciągał nieuchronnie”.
    Mijały nas kolorowe pielgrzymki zdążające do Swarzewa. Machaliśmy sobie wesoło, dzieci patrzyły z parapetów niskich okien. A na horyzoncie obracały się białe łopaty wiatraków i skrzył w słońcu głęboki błękit zatoki.
    Wieczorem wróciliśmy do Pucka. Wędrowaliśmy rozświatlonymi złotym światłem ciasnymi uliczkami. Dotkneliśmy głazów fundamentu dawnego zamku krzyżackiego, zajrzeliśmy w ciemną gardziel katedry , wreszcie zeszliśmy nad niespokojne morze w miejscu gdzie Generał Haller zaślubił całą tę wodę Polsce.
    Legenda głosi, że zaślubiny odbywały się zimą,a generał nie trafił pierścieniem w przygotowany przerębel. Pierścień pomknął po lodzie. W tym momencie młody kawalerzysta wyrwał się z szeregu, podalopował na koniu przez lód i strącił pierścień lancą w wodę. To naprawdę bardzo polskie, cholerne, czyste wariactwo, ale za to jakie widowiskowe.
    Zachód słońca odnalazł nas na molo, gdzie Phantom ze swojego zakrzywiającego czasoprzestrzeń plecaka wydobył wór, nie worek, wór pączków.Gdy już umazani lukrem, przełkneliśmy ich ostatnie muliste kęsy, powiedział że trzymał je od tłustego czwartku…Orientuje się może ktoś , kiedy był ostatni tłusty czwartek? Bo mój żołaek chciałby wiedzieć.
    Stwierdził że ma ich jeszcze więcej, a mi przed oczami stanęł wizja Ph stojącego w wątłym snopie, wpadającego przez piwniczne okno światła i wyciągającego z ogromnej lodówki zeszklone wypieki.
    Za nami, w wodzie wędrowały sobie jakieś półnagie postacie. Wędrowały, wędrowały a potem nagle znikały. Nad Phantomem wisiały chmury muszek. Z każdą chwilą większe. To zrozumiałe, taka okazja jak Phantom nie zdarza się często. Gdy się w końcu ruszyliśmy, Adam zawołał – Ej, ale kolegów to zostaw!
    Adamowi zrzedła mina gdy okazało się, że musi zapłacić za rower bilet 100%. Jego oburzone westchnienie doprowadziło pół dworca na skraj zawału. Potem podszedł do roweru, położył mu bilet na siodełku i mówi: Masz, jedź. Odgrażał się , że w pociągu usadzi go na fotelu.
    Na dworcu jakieś dziecie płci męskiej opuściło spodnie i zrosiło żółtą strugą torowisku. A z tyłu jego małoletnia siostra krzyczy: Patrz wujek, twoja krew!
    W mieście był Jarmark Wileński z tanim domowym,piwem i kiełbasą. Faszerowane papryki u Awari i przyjaciele w herbaciarni dyskutujący o wegetarianiźnie. A dziś pogoda znowu jest piękna i świat wydaje się podążać nadal we właściwym kierunku.

    *


    • RSS