kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 5.2006

    Jego Świątobliwość Wielki Roman obiecał nam za dwa lata maturę z religii i wychowania patriotycznego (znaczy, co: poprawne podnoszenie prawej ręki?). Iranizacja państwa polskiego postępuje z dnia na dzień szybciej, do tego nasz dzielny rząd, tradycyjnie bezradny wobec kłębowiska polskiej gospodarki, łata swoje nieudacznictwo biorąc kolejne kredyty. Ledwo komuchom udało się jako tako połatać dziury po poprzednim prawicowym rządzie, a już kolejny niweczy ich pracę. Moi drodzy jest gorzej niż przewidywałem, prawicowi nieudacznicy nie tylko zmarnują 4 lata swojej kadencji, ale i 4 lata pracy komuchów. Boże jak marzy mi się secesja Polski A od Polski B. Jakże bym chciał abyśmy oddzielili się wreszcie od zaboru rosyjskiego, z jego zaściankami, mentalnością i trującą tradycją, która usprawiedliwia nieudaczników i przegranych. Nie chcę żyć w kraju, w którym winni nie ponoszą konsekwencji swoich czynów. Nie chcę żyć w tym samym kraju, co ludzie niepotrafiący przewidywać następstw swoich czynów i uważający się za wielkich i ważnych tylko, dlatego, że są bardziej leniwi i niezaradni niż inne narody. Nie chcę chodzić po tych samych ulicach, co ci, którzy głosowali na II Targowicę.
    Nasz sejm wygląda jak, koło, ale zgodnie z polską logiką, to koło nie toczy się, leży tylko na boku i stawia opór. Mnie za to trzymają tu dwie rzeczy: kobieta i organiczna niezdolność do poddania się. Przyznać jednak muszę, że perspektywa emigracji staje się z każdym dniem coraz bardziej nęcąca, bo nawet, jeśli pozbędziemy się w końcu brunatnej koalicji to zniszczenia, jakich już dokonała i jeszcze dokona, będą widoczne jeszcze przez całe lata. Nie wiem czy potrafię być jeszcze lojalny wobec tego kraju po zdradzie ostatnich wyborów. Nie wiem czy chcę funkcjonować w państwie, w którym cenzuruje się literaturę i wymiata z sieci blogi, które tak jak blog Dr Lecter, nie brzmią tą jedyną Właściwą Nutą. Nie wiem czy jeszcze mi się chce.
    Jedyne, co ostatnio, choć trochę złagodziło ból to ta tęcza nad Auschwitz – Birkenau.

    *

    Człowiek we własnym życiu
    gra zaledwie mały epizod

    (Lec)

    Długi marsz z Wrzeszcza do Gdyni. Usiłowałem właśnie nie wybić sobie zębów na czymś, co zapewne dla autochtonów nosi miano chodnika, gdy natknąłem się na biurowiec. Nowoczesny budynek, niemający nawet 7 lat – opuszczony i niszczony gwałtownie przez nagromadzoną wokół entropię. Najeżone odłamkami dziury po wielkich taflach, przydymionego szkła, rozkradane powoli plastikowe okna i chromowane barierki. Elegancki i wyważony świat szklanej wierzy, w który niespodziewanie, przez wyrwane okna wdarła się rzeczywistość. Widok był tak zaskakujący, że przez moment myślałem, że były tu jakieś rozruchy. Ale nie, wszędzie widać zwykłe ślady dziczenia porzuconych dzieł ludzkich.
    Nigdy nie lubiłem Gdyni. Miasto zaczynające się z niczego i kończące się nagle w jakiś chaszczach, jak te rumuńskie 16-sto piętrowe blokowiska stojące pośród szczerych pól. Centrum dużego miasta wycięte nożem z innej scenerii, chaotyczne, doraźne i pozbawione duszy. Gdynie była, jest i będzie dla mnie, dziurą pustki w samym centrum tej krainy.
    „Strych” mieści się w małym domku rybackim, wciśniętym pomiędzy szkło-betonowe wysokościowce. Niewielka ostoja prawdziwej Gdyni zalanej niegdyś przez betonową lawinę postmodernistycznej inwencji. Piąte Pranie Poetyckie ściągnęło cała pomorską wierchuszkę poetycką. Może to krótka wizyta Baranowskiego, twórcy imprezy, który wrócił na moment z UK by wypromować swój pierwszy tomik, tak ich zwabiła. Pojawiła się nawet Sylwia na swym zabójczym wózku inwalidzkim, znanym jako „footcrasher” i Niedziela, (też na moment z UK), którym niezdrowe zainteresowanie wykazuje WKU. Konkurs jednego wiersza ściągnął też sporo amatorów, nieugiętych wierszokletów a nawet Więcka.
    I tyle, w sumie powinienem tu opisać te wszystkie wspaniałe i straszne rzeczy, które tam miały miejsce, ale już dawno odkryłem, że najfajniejsze zdarzenia najtrudniej opisać, bo ogromnego wysiłku wymaga przeniesienie ich na język słów, tak by nie straciły swego czaru. Ja zaś dziś na samą myśl o jakimkolwiek wysiłku, nie wspominając już o ogromnym, czuję się osłabiony i mam omamy (widzę aspirynę tam gdzie jej nie ma). Cóż, ja idę się leczyć a wam życzę wesołej przemiany materii i aspiryny we właściwym miejscu, o właściwym czasie.

    …a tupot ich nóg mógłby obudzić
    umarłych, gdyby ci nie zamykali
    pochodu…

    (Nuda pierścieni).

    *

    Marzan wydał książkę o pomorskiej literaturze. Marzan jest łazikiem, pisał ją więc według klucza miejskich ulic. Szedł ulicą i zastanawiał się, czy ktoś coś o niej napisał. Wczoraj wlokąc za sobą dwie niewiasty wylądowałem w Dworku Sierakowskich w Whitetown. Było warto, spłynęła tam okoliczna śmietanka akademicko – literacka, i prawdziwą przyjemnością było obserwować jak doktorzy i uniwersyteccy profesorzy wykłócają się o opowieść 26-cio letniego chłopaka, najwyraźniej zaskoczeni jego kątem spojrzenia.
    Potem było wino i Boros sprawnie otwierający piwo w kieszeni. Pazurkowata spojrzała na mnie i stwierdziła, że już wie, po co trójmiejskim poetom te długie, skórzane płaszcze…
    Po powrocie pomagałem starszemu uporządkować probiotyki w garażu. Dostał nowy służbowy samochód i tradycyjnie, jako rasowy, dźwiękowy kultysta zainstalował w nim wyjebiste radio. Zamknąłem się w wozie i otoczyłem dźwiękiem. Potężna, drenująca duszę muzyka operowa w ciemności rozświetlanej tylko stonowanymi światłami kontrolek. Czułem się jakbym leciał przez noc nad tworzącym się światem.

    *

    Wspinałem się właśnie na Błędnik, gdy zarejestrowałem nietypowe zachowanie ludzi. Stali na całej długości mostu patrząc na coś za moimi plecami, niektórzy wyciągali do góry telefony robiąc zdjęcia. Spojrzałem kątem oka, niebo z prawej było ciemne jak przed burzą. Przeszedłem jeszcze parę kroków wyżej i obejrzałem się.
    Przez krótki moment stałem oko w oko z niepojętym, gdy w zwykłym, dobrze znanym widoku musiałem umieścić nowy, niemożliwy element. Nad miastem tańczył purpurowy kwiat. Maźnięcie nasyconej czerwieni strzelające w niebo słupem czarnego dymu.
    Po mieście rozeszło się elektroniczne tsunami rozmów telefonicznych i wiadomości tekstowych. Fala uderzeniowa informacji rozeszła się kręgiem przenikając domy i ulice, zawracała ludzi i samochody, otwierała okna i przerywała dzień ludzi w pracy. Szedłem wychwytując strzępy rozmów. Sam wystukiwałem numery śląc w eter krótkie zdanie: Św. Katarzyna płonie.
    Znowu płonie. Ten kościół lubi się palić. A gdy się nie pali , to jest ulubionym miejscem strażackich ćwiczeń i pokazów ich umiejętności. Najwyraźniej Bóg ma poczucie humoru i postanowił je zweryfikować .
    Żar odczuwalny na kilkaset metrów wokół. Podpalające się od siebie kolejne dachy, jeden po drugim strzelające błyskawicznym płomieniem, niczym główki zapałek. Wyglądało to jak fale, ognisty przypływ. Ulicami niósł się niesamowity grzechot sypiących się na raz tysięcy dachówek.
    Wiatr rozwiewał wodę i układał z dymu żywe kompozycje. Miedziane blachy wieży rozgrzane do czerwoności podszyte pojawiającymi się co i raz pełgającymi płomykami. Wodospady wody lejące się ze sklepień wzdłuż wysokich ceglanych ścian i witraży, jakby kościół wynurzył się właśnie z potopu i czysty dźwięk dzwonów carillionu pośród dymu spowijających hełm wieży, gdy nie wiadomo, czy brzmią trącone strumieniem wody czy właśnie pękają z gorąca. Katastrofa jakże absurdalna w cieple i blasku majowego popołudnia, rozświetlona złotym słońcem na tle głębokiego błękitu nieba.
    Tak naprawdę nie stało się nic, myślę słuchając „Last day on Earth” Mansona. To co nienaprawialne uratowano. To miasto nie raz już rosło z popiołów, mamy ręce, mamy wolę, wszystko odbudujemy.

    Co było przed nami? Wszystko.
    Co będzie po nas? Wszystko.
    Życie to niedorzeczność w nie-
    skończoności. Ktoś mądry to
    zauważył: Gdy rodzimy się
    - my płaczemy, a wszyscy wo-
    kół się cieszą. Gdy umieramy
    - odwrotnie. Carpe diem.

    (Dżek)
    kosciol(10).jpg.jpegkosciol(11).jpg.jpegkosciol(13).jpg.jpegkosciol(14).jpg.jpegkosciol(15).jpg.jpegkosciol(16).jpg.jpegkosciol(18).jpg.jpegkosciol(19).jpg.jpegkosciol(20).jpg.jpegkosciol(21).jpg.jpegkosciol(22).jpg.jpegkosciol(24).jpg.jpegkosciol(25).jpg.jpegkosciol(28).jpg.jpegkosciol(29).jpg.jpegkosciol(30).jpg.jpeg

    *

    Pasja potrzebuje paliwa
    a ja mam puste baki

    Wczoraj razem z Pazurkowatą udaliśmy się na molo w Brzeźnie w celu pobrania próbki wody dla Tau, która zamierza ją wylać na pożywkę dla bakterii i zobaczyć, co się stanie. (Cthulu przybywa) Padać zaczęło, gdy byliśmy wystarczająco daleko od domu, by nie opłacało się wracać. Lało jak z cebra i przemoczyło nas do gaci. Na co akurat nie narzekam, bo wiązało się to z późniejszym, wzajemnym, gruntownym osuszaniem, mrrrrrrr.
    Akurat schliśmy nad herbatką, gapiąc się na „Od zmierzchu do świtu”, gdy rozterkotał się domofon. Słuchawka zabrzmiała babcią i paniką, więc tak jak stałem, w krótkich spodenkach i skarpetkach poleciałem na dół. Okazało się, że psica babci, najprawdopodobniej w celach kulinarnych, a na pewno morderczych, zagoniła w kąt młodego gołębia. Babka trzymała psa, ja ratowałem ptaka ganiając, niczym nasterydowana rusałka, na bosaka po mokrej rosie.
    Dopiero potem w domu uświadomiłem sobie, że skoro był na ziemi, do tego taki obszarpany, to mógł mieć na ten przykład ptasią grypę i teraz, aktualnie noszę ją na rękach…
    Moja hipochondria zawyła z rozkoszy, uderzyła w gong i odtańczyła kankana na włosach łonowych, ręce myłem długo i namiętnie.
    Oczywiście wszyscy mnie troskliwie uspakajali i głaskali po główce, że ptaszek pewnie uczy się dopiero latać. Faktycznie za kuchennym oknem widać było jak lata tam i z powrotem pod okiem pary starszych gołębi. No to, ostatecznie przestałem o tym myśleć.. aż do rana, gdy znalazłem gołębia martwego… grdyk.
    Załapaliśmy się dziś na zwiedzanie Katowni, przewędrowaliśmy ją po sam, szczyt szczytów pośród robotników szykujących całość pod przyszłe muzeum bursztynu. Zagłębiliśmy się w ceglane tajemnice, przemykaliśmy pod krokwiami, patrzyliśmy na świat dachów miasta z wąskich okienek. Są tam pomieszczenia, gdzie dawni więźniowie pokryli całe ściany od podłóg po sufity swoimi podpisami wyrytymi w cegle. Na ścianach tego niegdyś najcięższego więzienia Europy, z którego nigdy nikt nie uciekł są zapisane całe historie i niesamowite opowieści. Na szczycie zaś jest rzeźba mężczyzny bez głowy, któremu rzeźbiarz w odciętej szyi umieścił dokładne odwzorowanie kręgosłupa, tętnic i przeciętych mięśni.
    W mieście zaś porozwieszano plakaty, na których jakiś upośledzony młodzieniec, z szerokim uśmiechem podaje komuś pościel czy inne worki, pod spodem napis: Niepełnosprawni intelektualnie – pełnosprawni zawodowo. No i oczywiście ktoś musiał po prostu poprzyklejać wszędzie młodzieńcowi twarze Kaczyńskiego.
    Poza tym mamy na ratuszowej wierzy ogromny krawat, w dodatku czerwony.

    Pokaz mody dla anorektyków
    Dziś parasol jutro sukienka

    (Sigmar)

    *

    Mamy najnowocześniejszego
    premiera na świecie -
    Sterowanego radiem

    Pojawiłem się na Długim Pobrzeżu, gdzie w strefie wiecznego cienia, generowanego przez gotyckie mury i srające gołębie, dogorywał w swej budzie z badziewiem, mój drogi przyjaciel Dunedain. Wyglądał jak żywy trup i pełnym nienawiści spojrzeniem odstraszał potencjalnych klientów. Poranek był piękny i słoneczny, wiatr poruszał markizą zmieniając natężenie oświetlenia a D wciskał się w najciemniejszy kąt i krzywił się, jakby każdy pojedynczy foton sprawiał mu ból…
    Dnia poprzedniego Dune wylądował pośród jakiejś radosnej kompaniji, gdzie gęstym strumieniem lał się czeski Absynt, Curacao i piwo na popitkę. D jako prawdziwy Zaginiony Chłopiec, Absyntu niczym nie rozcieńczał, tylko pił go z palonym cukrem.
    Jeszcze rano nie mógł wyczuć smaku soku pomidorowego, Tymbark zakwilił nieśmiało nutką mięty, dopiero litr wody później był w stanie zidentyfikować smak chipsów z ostrą papryką.
    Wykorzystaliśmy brak jego koleżanki z pracy i na różowym aksamicie, na którym zwykle leży plastikowy bursztyn i szklane koraliki dla dzikusów z zachodu postawił mi kabałę. Wokół nas zaczął zbierać się wielonarodowy tłumek, padały różne inteligentne pytania. Zlaliśmy to totalnie. Dune tłumaczył z namaszczeniem, ja w skupieniu słuchałem, obaj wpatrywaliśmy się w piękne, malowane przez Luisa Royo karty tarota. Arkana błyskały kolorami spomiędzy palców. Wróżba wyszła dokładna, wręcz śmiertelnie precyzyjna zarówno, co do przeszłości, teraźniejszości i tego, co będzie. Najwyraźniej obecność dwóch takich aparatów jak my, zakrzywiła z lekka lokalną czasoprzestrzeń. Jeśli ktoś miałby jakieś wątpliwości to moją kartą jest oczywiście Głupiec. Co to oznacza sprawdźcie sobie sami.

    koty na kurasach zbieżnych
    przecinają wieczór
    latarnie kierunkowe
    jak mleczne plamy
    pośród ulic
    czas zwiedzania
    co bardziej interesujących dachów
    towarzyska śmietanka
    mruczy pod dotykiem gwiazd
    wschodzi Wenus
    nad polami kocimiętki

    *

    - Pij, pij będziesz łatwiejsza…
    - Ja już jestem łatwa, to ty jesteś dupa.

    (Lenn)

    Nie wiem, kto grał w sobotę, ale miasto wypełniło się policją. Na skrzyżowaniu przy rozprutym Błędniku stanęło na światłach z 30 radiowozów. Droga idzie tam do góry i w bok, tak, że wyglądały jak jakaś armia mrówek, czy może opancerzone żuki o niebieskich, lśniących w parującym słońcu odwłokach. Cały tramwaj patrzył w milczeniu jak mijają nas, jeden za drugim.
    Popołudnie zastało mnie i Lenn w Masłowska Town (znanym także niektórym autochtonom jako Wejherowo), pożerających łapczywie gyrosy pośród klimatycznego, dopieszczonego ryneczku. Po oblizaniu paluchów z sosu udaliśmy się, zionąc czosnkiem na koncert do kościoła. Koncert był średni, Bajka za to śliczna. Rozmawialiśmy z nią wcześniej, gdy jej chór szykował się do próby w pobliskim liceum. Zapoznała nas ze ślicznymi koleżankami, choć osobiście odniosłem wrażenie, że Lenn była bardziej zainteresowana żyrafiastym dyrygentem. Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że panny lecą na długie pałeczki…
    Wracając, jak to my, z tupotem, pośpiechem i ogólnym brakiem koordynacji, wsiedliśmy w zły skład i z potępieńczym zgrzytem i w ślimaczym tempie potoczyliśmy się tam, gdzie sypiają pociągi. Uratował nas jakiś znużony kolejarz.
    Wracaliśmy potem pośród torowisk, mijani przez puste, wolno toczące się składy. Lenn zawołała, żeby patrzeć w okna, to może zobaczymy jakiś innych, zagubionych podróżnych. Ja na to: Myślisz, że ktoś jeszcze byłby takim idiotą żeby… W tym momencie z otwartych drzwi mijającej nas powoli kolejki zakrzyknął jakiś Angol o rozszerzonych przerażeniem źrenicach: Hello!!! Is here Wejherowo?!
    Następna scena to Lenn krzycząca żeby skakał, odjazd kamery z oddalającej się postaci i lekkie uczucie występowania w „Dniu Świra”.
    Cóż mógłbym jeszcze w sumie napisać o panicznych wrzaskach Lennonki, gdy w ciszy, na otwartej szeroko przestrzeni torowisk, zaczęły mechanicznie strzelać zmieniające się bocznice, ale to w sumie inna i warta osobnego tekstu historia…

    Tańcz jak marionetka! – Rzekła
    rozentuzjazmowana Poltergeist
    i wróciła do starego zegara w
    którym zwykła przeczekiwać
    dzień.

    *

    Przed nimi łąki grzmiały
    Za nimi ryczał las
    I drogi uciekały
    I został tylko czas
    Zawirowały trzmiele
    I maków krwawy łan
    Potrzeba tak niewiele
    Już napełniony dzban
    Już tylko nogi niosą
    Już tylko serce mknie
    A śmierć swą tępą kosą
    Zarzuca cień na dłonie dwie

    (Freja z Tamtąd)

    Wydrukowała mnie lokalna Wyborcza. Zaskoczyli mnie totalnie i wydrukowali ten wiersz, którego druku najmniej się spodziewałem. Załączyłem go w sumie po to by było symetrycznie.
    Celnie wymierzonymi telefonami wywlokłem dziś spod prysznica Lenn i z wanny Awarii. Kurcze świat jest pełen nagich, mokrych kobiet, w wypadku Lennonki, także drżących.
    Dziś wybieramy się na Dni Morza do Masłowska Town, gdzie pod sklepieniami kościoła ma odbyć się wyścig chórów, i gdzie przy akompaniamencie innych chórzystów zaprezentuje moc swych strun głosowych Bajka. Wczoraj przysłała mi smsa: Gdańsk zostanie zniszczony…właśnie do niego wjeżdżam.
    Mamy w związku z nią taki drobny projekt mający coś wspólnego ze strzelaniem groszkami w rozwartą gardziel.
    O świcie demolowałem trzydziestoletnią szafę doprowadzając do zagłady jednego czy dwóch imperium korników. Z nieznanych mi bliżej, tajemniczych powodów, moja babka uparła się, że musi nastąpić to właśnie rano. Nie wiem, może miałem zaskoczyć te korniki we śnie…
    Ostatnio na plaży kumpela pytała nas o znane nam metody powiększania biustu. Propozycje były rozliczne, obsceniczne i przepojone właściwym nam, specyficznym poczuciem humoru. Gdy Seba zakończył już opis ekspresowego powiększania piersi z pomocą przepychacza do klopa, uśmiechnąłem się tajemniczo i stwierdziłem: Moja metoda jest dziecinnie prosta: zdejmuję maskę, a ty nabierasz powietrza żeby krzyczeć…

    I oczywiście zjawiła się Buka.
    Przyleciała żeglując po wodzie
    otoczona chmurą zimna,
    jak czyjeś nieczyste sumienie
    (Jansson „Tatuś Muminka i morze”)

    *

    Biel jest chaosem, połączeniem
    wszystkich barw. Czerń jest
    czysta, bo nie ma w niej światła
    (Modderit)

    Jakaś ciężka noc pełna myśli, pełna przewalania się z boku na bok i otwierania okien. W końcu zapadłem w pełen majaków sen. Nagle budzi mnie przenikliwy dźwięk. Otwieram przekrwione ślepia, patrzę, a tu na lampce przy otwartym oknie siedzi słowik i śpiewa.
    Pewnie odgryzłbym mu główkę, albo co, ale najwyraźniej wściekłość wydostała mi się z głowy krwistą postacią przez oczy, czy coś, bo drań prysnął.
    Rano obudziły mnie 3 osy tłukące o szybę.
    Starszy zlecił zrobienie termowizyjnych zdjęć domu, żeby dowiedzieć się, co ocieplić. Okazało się, że tam gdzie rozliczne, gnieżdżące się pod dachem ptaszęta mają gniazda, brakuje waty szklanej, która ocieplała strop i ciepło łuną uchodzi w niebo. A ja się zastanawiałem, czemu przez całą zimę odmarzały mi jaja.
    I jeszcze ta nasza wyrodna kuna mieszkająca nad balkonem. Przecież to ptaki, mają tam jajka, czemu więc ta puchata cholera ich nie zeżre, tylko co wieczór idzie stołować się do osiedlowych śmietników.
    A poza tym dopadła mnie ostatnio znajoma, która jest na 2 roku studiów. Usiedliśmy pod trzema krzyżami, a ona spojrzała na mnie znad paczki zwietrzałych chipsów i stwierdziła: Kiszczak, ale my się zestarzeliśmy…
    W tym tygodniu miałem zarobić 1200zł, zarobiłem 80. Nic mi się nie chce, mam deprechę i wszyscy mnie wkurzają.
    Praszczaj

    *

    - Można tu kupić człowieka za 100
    dolarów.
    - To straszne!
    - Można się targować…
    (Kopalnie króla Salomona)

    Dawno, dawno temu, kiedy kino Leningrad dopiero co stało się kinem Neptun, w ostatnim rzędzie tegoż kina siedziałem ja, Rak i Dzbun. W dłoniach dzierżyliśmy flaszki szlachetnego trunku za 3.99, z kącików ust zwisały nam niedbale i po męsku ćmiące się papierosy. Byliśmy ogólnie głośni, bezczelni i weseli. Filmu nie pomnę, w każdym razie w pewnej chwili film przerwano. Nagle zrobiło się bardzo jasno a zaraz potem bardzo ciemno, następnie w gęstym mroku, przez kilka megafonów rozmieszczonych na sali, ktoś zagrzmiał ponurym, pełnym ech, głosem: PANOWIE!!! NA SALI KINOWEJ NIE WOLNO PALIĆ!!!
    Po chwili film ruszył przy z lekka panicznym akompaniamencie syku topionych w wińsku petów.
    Wczoraj nie wrzuciłem notki bo oglądaliśmy „Dumę i uprzedzenie”. Usprawiedliwienie dobre jak każde inne. Gdy otrzymałem już tę stężona dawkę romantyzmu potrzebowałem czasu by wrócić w siebie.
    I tyle, starczy(uwiąd). W weekend Bajka będzie śpiewać w Wejherowie. Awari zaś została adminem, co zapewne wieszczy bliski koniec świata. Od mojej przyszłej teściowej otrzymałem książkę o poszukiwaniach Arki Noego, oraz wiadomość, że będzie na ten temat oczekiwać rzeczowej dyskusji. „Już się szykuję”, powiedział, a włosy zjeżyły mu się na karku.

    Cathar Kiss

    Błękitny kryształ
    Błękitna sukienka
    Pod błękitnym drzewem
    Błękitny uśmiech
    Opuszczający
    Moje łzy?
    Czytasz?
    To przymknij oczy

    (Esclarmonde)

    *


    • RSS