kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 7.2006

    …gorące powietrze wypełnia łoskot bębnów…

    Nie mam nastroju do poetyckich wynużeń,ostatnie przygody są zwykłe, codzienne i nie do opowiedzenia. Ludzie mówiąc co słychać opowiadają mi na który doszli lewel i jaki magiczny przedmiot zdobyli. Nie ma w tym życia, tylko trochę cyfrowej iluzji wypełniającej zmysły i niszczącej ograniczony czas.
    Globalizacja postępuje. chiński wzrost gospodarczy wpływa na obroty polskich złomiarzy, sprzedaż taniego wina i straty PKP. Ja jestem wyciszony i skoncentrowany. Kompletuję sprzęt na drogę, choć wyprawa będzie jak zwykle kiszczakowo niedoplanowana i nieodpowiedzialna, bez map i w trampkach. Będę szedł po liniach prostych pomiędzy miastami.

    Dlaczego kobiety uwielbiają tańczyć

    Taniec to obok mówienia ulubiona
    czynność pań. Jak twierdzi antropolog
    Margaret Mead z Ameryki „to rodzaj
    powtarzanej rytmicznie czynności ma-
    jącej na celu zwabienie najatrakcyjniejszego partnera”. Przy
    czym taniec należy rozumieć szeroko:
    może być niewinnym podrygiwaniem w
    rytm hitu Madonny, ale też chodzeniem
    w tę i wewtę między regałami w super-
    markecie. I to jest właśnie to co
    chcieliśmy ci powiedzieć o super- marketach

    (CKM)

    *

    W sobotę idę sobie piechotą do Mławy. Potem jak dobrze zawieje wyląduję za czas jakiś u Bajki w Warszawie i będę uczył jej dziecia brzydkich słów. Tak więc nie będzie mnie tu przez czas jakiś, co zresztą nie jest chyba aż takim halo, bo i tak większość z was wywiało w świat, a ci którzy zostali są milkliwi i piękni w swej powściągliwości.
    I tyle, czas na urlop.

    Życie składa się z 10% zdarzeń
    i 90% naszej reakcji na nie.

    (Lou Holtz)

    Wiatr jest niesamowity. Potężny i ciepły. Silny ale przyjemny, jak ramię przyjaciela. Idę ulicą rozkładając ręce i czuję jak dotyka mnie świat.
    W Mieście wybuchła Feta. Ulice wypełniły się wędrownymi teatrami. Zza zakrętu może wychynąć cokolwiek: mumia, francuski rzeźnik z nożem jak pałasz albo stary wóz strażacki. Wczoraj zamarynowany w olejnej farbie, a jakże, pistacjowej, stoczyłem się pośród ogłuszającego, wieczornego interludium świerszczy do centrum, by wtopić się w płynący ulicami kolorowy tłum. Kompanija czekała, machając energicznie z ganków na mariackiej. Potem była mowa o parasolce i gofrach.
    Ruszyliśmy na kolejne przedstawienie, na boisko szkoły zrobionej w starym kościele. W czasie powodzi pół tego boiska zapadło się i osunęło czasem nawet 2 piętra w głąb starych zasypanych piwnic.
    Zmierzchało, na tle zniebieszczałego nieba odcinały się czarno szczyty kamienic, szczególnie jedna, wysoka, tuż przy dawnych miejskich murach. Pozostała jako jedyna z całej wypalonej ulicy i teraz błyskała mozaiką okien.
    Teatr był mroczny i klimatyczny. Dzieciaki się bały. Wokół krążyli oprawcy na szczudłach. Strzelały baty i płomienie. Uciekali panicznie ludzie, łapani i wprowadzani w metalową bramę. Pokazywali zdjęcia swoich panien pijani żołnierze w długich płaszczach z bagnetami osadzonymi na drewnianych karabinach. Krążyła śmierć z czarną chorągwią i kalecy podzwaniający miskami na datki.

    Teraz zaś dla kontrastu będzie kawał specjalnie dla Void.

    Na dyskotece w Niemczech tańczy Rosjanin
    w koszulce z napisem: Turcy mają 3 proble-
    my. Oczywiście Turcy zaraz się do niego
    przypieprzają, a Rosjanin na to: To jest
    właśnie pierwszy problem – nieuzasadniona
    agresja. Potem wychodzi przed dyskotekę
    a tu już czeka na niego tłum Turków. To jest
    wasz drugi problem – mówi – nie macie hono-
    ru, nie potraficie walczyć jak mężczyźni, jeden
    na jednego. Zaraz to odszczekasz-mówią Turcy
    wyciągając noże. I to jest wasz trzeci problem –
    kończy uśmiechając się Rosjanin – zawsze
    na strzelaninę przychodzicie z nożami.

    *

    Na grillu u Krzyśków okazało się, że mają fascynujący wprost widok na rozświetloną niczym Manhattan rafinerię oraz krwiożercze hordy komarów nadlatujące znad kanału, który biegnie tuż za podwórkiem i w którym podobno niemcy topili motory.
    Krzysiek zabrał nas do rodzinnego warsztatu by pokazać Pazurkowatej różnicę między skrawarką a tokarką. Obżarliśmy się i oglądaliśmy nocą ” Świętych z Bostonu”. Upał nie dał mi spać. Mała oddychała obok spokojnie spowita w swą podniecającą koszulę nocną z Kłapouchym, a w moich półprzymkniętych oczach migotał wieczny płomień buzujący nad rafinerią.
    Gdy byłem mały… no dobra, młodszy, i wracaliśmy gdzieś z daleka, czekałem zawsze przylepiony do szyby, aż ten płomień pokaże się zza horyzontu. Był jak latarnia wskazująca drogę do domu.
    Jestem przesiąknięty kurzem i farbą, wonieje ode mnie rozpuszczalnikiem i przegrzanym wieprzkiem. Herbaciarz wpadł na pomysł by kobieta z Sanepidu zrobiła odbiór sklepu w poniedziałek, albo wtorek. Tak mniej więcej na tydzień przed terminem. Zapieprzam teraz po 12 – 13 h dziennie i po drugim tygodniu, muszę przyznać, że jestem już odrobinkę zmęczony.
    Herbaciarz postanowił, że sklep będzie w kolorze pistacjowym. Wszystko jest w kolorze pistacjowym: pistacjowe okna w pistacjowych ścianach, wewnątrz i na zewnątrz. Wchodzi się przez dwie pary pistacjowych drzwi, nawet klamki są pistacjowe. Oczoplazmy można dostać.
    Void pojechała na Grunwald. Nie wzięła łuku, za to wzięła czapeczkę, bo konsylium orzekło, że jej farbowane włosy wyglądają nienaturalnie.

    *

    Z braku ręczników wycieram się po robocie podpaskami marki bella, pozostałymi po jakiś prehistorycznych ekspedientkach.
    Temperatura na wybrzeżu dochodzi do 42 stopni, a sklep składa się głównie z okien. Przemykam z jednej chmury cekolowego pyłu w drugą, wszlifuwowując większe i mniejsze białe łatki w ściany i przecinając, co i rusz układające się w wirujących drobinach pyłu smugi światła.
    Ktokolwiek miał ten sklep wcześniej oddawał się zapewne egzystencjonalnym przemyśleniom i mrocznym fascynacjom. Pasjami rozmieszczał na ścianach haki, obscenicznie prężące się kołki i różne tajemniczo powkręcane śrubki. Kable wijące się w ścianach i na nich, to pojawiające się to znikające. Kluczące, krzyżujące się z innymi kablami i podążające w różnych tajemniczych kierunkach. Często z zapartym tchem śledzimy jakiś przewód, by dowiedzieć się dokąd podąża. Często nie dowiadujemy się.
    …wybaczcie na moment, potrzebuję Nightwish…
    …ok, już jestem. Otóż w zbożnym dziele doprowadzenia ścian do śnieżnej gładzi musiałem także przyciąć, zaizolować i zamurować kilka kabli. Odłączyłem wszystko, co się dało i zabrałem do roboty. W dwóch kablach nie było prądu. W trzecim był. Najwyraźniej zakurzonymi ślepiami nie dostrzegłem migania próbnika, za to następne mignięcie i owszem, dostrzegłem. Kabel trzymany przeze mnie w garści szerokiej a serdecznej pizdnął z hukiem, zalewając pomieszczenie różową poświatą, a ja zostałem z osmoloną centymetrową szczerbą w ostrzu ze szwedzkiej stali.
    W tej okolicy pozostałem dzięki mojej paranoi, która kazała mi podłożyć sobie pod nogi gumową wycieraczkę.
    Najfajniej jest jednak przy robieniu fasady. Front sklepu biegnie nad prywatnym ogródkiem, obsadzonym gęsto kwiatami i dużymi, solidnymi i zapewne chorymi na wściekliznę krzakami jałowca. Ziemia jest tam żyzna i pulchna, a pod samą ścianą ciągnie się zaś pobrzmiewająca echem otchłań, prowadząca gdzieś w dół. Sami więc rozumiecie, że staram się nie upuszczać narzędzi.
    Z tego frontu musiałem pościągać reklamy i szyldy, a z okiem pół miliona rwących się nalepek. Gdy sapiąc, bujałem się na drabinie z szyldem Liptona na grzbiecie, ludzie zebrali się w grupkę i bili brawo.
    Czas upływa mi więc wesoło i pożytecznie. Potańczyłem sobie z amperami, postepowałem ze stalową drabiną w ramionach, pośród tulipanów, a igły jałowca i zirytowane pająki wytrząsałem sobie z gaci jeszcze przez dwie godziny.
    Najfajniej jednak było przy ściąganiu głównego szyldu. Drabinę trudno postawić, bo wszędzie są krzaki. Musiałem wiec ją oprzeć o belkę nad oknem. Gdy juz znalazłem się na wysokości 3,5 metra, drabina postanowiła się zapaść z jednej strony.
    Z pewną fascynacja obserwowałem jak góra drabiny zaczyna się zsuwać z belki i zdążać ku niechybnej krawędzi, a dalej ku wielkiej, przyciemnianej szybie. Zdążyłem tylko sobie pomyśleć: „I po co zrywałem te wszystkie naklejki”.
    Oczyma wyobraźni widziałem już jak drabina przecina taflę, na której sterczące, ostre fragmenty nabijam się. Szkło precyzyjnie otwiera mi jamę brzuszną, a jelita majestatycznie wysuwają się by z lepkim mlaśnięciem spaść na podłogę i płożyć się u mych stóp, pośród butelek z wodą Żywiec o smaku cytrynowym.
    Na szczęście wbrew doświadczeniom, faktom i logice okazało się, że można chwycić się kurczowo gładkiej ściany.
    Ha ha ha, jeszcze muszę to wszystko pomalować. Ha ha, ratunku!
    Nie pamiętam czy o tym pisałem, ale zalało herbaciarnie. Pękł jeden niepozorny wężyk i o 6 rano ktoś zadzwonił do Herbaciarza, że na chodniku przed lokalem rozlała się już spora kałuża i wygląda na to, że ma dalsze plany. Herbaciarz powinien dziękować Bogu, że próg ma niski, a drzwi nieszczelne, bo inaczej mielibyśmy akwarium wypełnione ławicami filiżanek, a lokal trzeba by przemianować na: „Pod prąd” albo „Marzenie surfera”.
    Poza tym pojawił się z powrotem Dan. Pojechał z Robakiem na skałki i od jakiegoś czasu nie dawał znaku życia. Śmieliśmy się, że pewnie wpadli do jakiejś szczeliny i właśnie pożerają się na wzajem. Cóż za cudowna ironia losu: Dan pożarty przez Robaka.

    *

    Gdzieś za Chełmem i orbitą księżyca jest dawna osada, a obecna dzielnica Ujeścisko. Skupiona nad stawem, przeglądająca się w jego powierzchni, zieleni się na horyzoncie kłębami drzew i błyska czerwienią dachówek. Wokół ciągną się budujące się osiedla i wielki cmentarz łostowicki. Wygląda jak wyspa.
    Idzie się tam szerokim, sztucznie stworzonym wąwozem, przebitym przez wzgórza. Z dwóch stron zamykają go jezdnie, w środku natomiast jest wielki pas zieleni, na którym optymistycznie nastawieni do życia planiści z lat siedemdziesiątych przewidzieli linie tramwajowe. Coś niesamowitego, całymi kilometrami ciągną się słupy na trakcje, mosty i kładki dla pieszych prowadzące do nieistniejących przystanków. Środkiem szerokiego pasa trawy wiedzie ścieżka wydeptana przez zdenerwowane pokolenia, bo o chodnikach też jakoś zapomniano. Trasa prowadzi cały czas do góry i gdy się brnie po niej w tym upale wynurzające się zza szczytu zielone Ujeścisko wygląda jak zbawienie.
    Chodzę tam teraz codziennie, porwany przez siłę odśrodkową wizji Herbaciarza, który tam pośród budujących się osiedli postanowił mieć sklep. Ten sklep składam własnymi, cholernymi rękami.
    Miałem tu dziś opisać perypetie i przygody jakie spotkały mnie dotychczas na placu boju, ale wstęp mi się jakoś rozrósł a i nastrój zrobił się inny. Myślę, że to ten koniec tygodnia, gdy mogę wreszcie nie wstawać o piątej, gdy wreszcie coś zjem, na niczym nie będę się bujał i nareszcie będę mógł do końca zmyć z siebie pył. Zrozumcie ja nie narzekam, koniec tygodnia to dla budowlańców tradycyjny czas nostalgii… i piwa.
    A więc o jałowcu i porażeniu prądem będzie kiedy indziej. Ciao!

    *

    życie zdarza się raz

    Jest ranek., na zewnątrz 32 stopnie i pełznie nieubłaganie do góry. Przez okno wsuwa się powoli oślizgły blok żaru. Niedługo ruszam do roboty, wychodzi na to że na 2 – 3 tygodnie utknę w remontowej niszy pewnego sklepu na Ujeścisku czy innym Jasieniu . Tak więc z notkami w najbliższym czasie może być różnie. Czy wręcz różnorodnie. Na razie spakowałem narzędzie i moje seksowne, czarne ciuszki robocze, tak dziurawe, że wyglądają jak koronki.
    W mieście grał Scooter. Przed nim miał nieszczęście grać szwedzki zespół Charisma. Chłopaki byli naprawdę nieźli, ale tłum już nieco przetrzymany nie miał do nich cierpliwości i gdy przyszło do bisów i blondyniasta niunia z mikrofonem spytała czy mają jeszcze zagrać, rzesza dyskomułów odpowiedziała zgodnym, trzykrotnym „nie!!!”. Kobieta na moment zacięła się, najwyraźniej nie przewidziano podobnego obrotu sprawy, no ale po trzymanych przez dwie godziny na wietrze, ludziach można w końcu spodziewać się wszystkiego.
    Scooter podtoczył się pod naszą dziką scenę czarnym jamnikiem i na jego twarzy dłuższą chwilę widać było niedowierzanie na widok tych wszystkich drzew i krzaków. Poza tym żeby jeszcze było zabawniej organizator przegiął z cenami biletów i gdy na placach było dość luźno, to za płotami i na okolicznych stokach kłębiły się dzikie i nieprzebrane tłumy.
    Koncert był dobry. Techniczne standarty i nowości, dużo świateł, ognia, eksplozji i lasek potrafiących przerzucić nogę nad głowę. Muzyka odbijała się we mnie echem długo jeszcze, gdy wędrowałem przez noc, pośród lotnych grupek rozbawionej młodzieży.
    Wczoraj za to z Małą uskuteczniliśmy drugą próbę dostania się do nowootwartego muzeum bursztynu. Na razie wstęp jest wolny i po raz kolejny odbiliśmy się od półkilometrowej kolejki, parującej z lekka na słońcu. Zajrzeliśmy za to na Ołowiankę, gdzie przewieźli Aleję Gwiazd z Międzyzdrojów, oraz usypano kilkusetmetrową plażę. Klimat się ociepla, może posadzą palmy.
    A już skoro przy tym jesteśmy, to na ostatniej radzie miasta po raz pierwszy poruszono sprawę podniesienia się poziomu morza. Prognozy przewidują, że w ciągu 70 lat będziemy mieli w śródmieściu 2 metry wody.
    Na razie jednak pomęczyliśmy z Pazurkowatą Sławka sprzedającego Niemcom okropieństwa na wciąż suchym Długim Pobrzeżu, a potem słuchaliśmy znajomej kontrabasistki, która w tle skrzypiec swojego kumpla zagrała kawałek specjalnie dla nas.

    Dilemma , ja? Nie dopadnę twojego
    piwa??? Chyba nie wiesz z kim masz
    do czynienia. Pędząca z prędkością 3
    machów kula podrygującego tłuszczu
    kierowana nieomylnym instynktem
    drapieżcy i wykrywaczem aluminium
    w płacie czołowym. Powiedz swo-
    jemu piwu : so long!
    Płk Kiszczak
    (Władca fali dźwiękowej)

    *

    Ostatnio Tau puściła nam wstrząsające dzieło kinematografii światowej, jakim jest niewątpliwie „Atak pomidorów morderców”. Whoa! Odtąd tajemniczy odgłos bulgotania za rogiem będzie powodował u mnie stany lękowe, a sałatka z pomidorów nigdy już nie będzie taka sama.
    Wokół rozpanoszyło się lato. Okolicę zaległy wieloryby. Wprawiając grunt w drżenie zjeżdżają się z całej Polski by poopalać się pod dziurą ozonową i pokąpać się w toksycznym morzu. Długie godziny trawią na wciskaniu się z pomocą kolejowego lewara i hektolitra wazeliny, w bikini, stworzone z myślą o szesnastolatkach, po czym rozlewają się po plaży. Jak to niegdyś pisała Yennefer: Gdybyśmy mieli u nas rekiny, już dawno padłyby na arteriosklerozę. Gdy tak patrzę z daleka na te parujące cielska, to myślę, że muszą być świetnie widoczne z satelity: Milion cielistych naleśników rozplaskanego celulitisu.
    W domu za to mam antychrysta. Mój dawny wujcio – szefuńcio, z którym ułożyliśmy tryliard – sykstyliard metrów kwadratowych kafelków, podrzucił nam kukułcze jajo, znaczy się swego potomka, który jest równie głośny i upierdliwy jak tatuś.
    Nie wiem, może jego szanowni rodzice mają nadzieję, że bachora uśmiercimy. Wskazywałoby na to to, że przywieźli go nam o 6, wrzucili przez drzwi i szybko uciekli. Oczywiście w nanosekundę po przekroczeniu progu, pomiot pojawił się u mnie w pokoju, stojąc nad moim łóżkiem i pytając się, gdzie podziała się moja kolekcja pistoletów?
    Jako osoba przewidująca, a także ciężko już doświadczona poprzednimi tourne antychrysta, w przedziale czasu od odłożenia słuchawki domofonu a pojawieniem się rzeczonego w drzwiach, zebrałem i ukryłem wszystko, co chodź by mgliście przypominało zabawki, szybko, skrzętnie i na dużej głębokości. Po czym wskoczyłem pod kołdrę i na pytania rozżalonego gościa odpowiedziałem, że wszystko rozdałem biednym.

    …i ostatnie sprawa mecenasie, czy
    mógłby pan zjadliwie się zaśmiać,
    zaraz potem, jak odczyta im pan z
    testamentu: że mam ich wszystkich
    w dupie, a pieniądze przepuściłem
    na picie i dziwki?

    (Jakiś gazetowy żart)

    *


    • RSS