kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 4.2007

    Była noc. Szli przez błotniste pola i mroczne, pachnące igliwiem lasy. Wokół panowała ta cisza śpiącego świata, coś, co otwiera na powietrze duszę i sprawia, że w uszach słyszy się bicie nieistniejących dzwonów. A może one rzeczywiście biją? Gdzieś o rzeczywistość obok, ktoś kołysze spiżowymi konchami, uderzają metalowe serca i tylko echo dochodzi do wędrowców przez bariery światów.
    Od jakiegoś już czasu podążali w cieniu drzew, szukając ścieżek snopami latarek. W ciemnościach nocy las wydaje się wielki, wielki i nieskończony, i pełen niewidocznych obecności.
    Nagle las urwał się jak nożem uciął i stanęli na jego ciągnącej się po horyzont granicy. Pod butami zazgrzytał im asfalt, ogromna równina wylana asfaltem, w środku lasu, w środku niczego. Szli po tym asfalcie zadziwieni pod kopułą gwiazd. Co to było? Skąd to się wzięło? Po ostrym wysiłku i poszukiwaniu drogi wśród drzew nagle taki zalew niezwykłości.
    Po jakimś czasie domyślili się, że to lotnisko wojskowe, ukryte pośród lasów i teoretycznie ogrodzone, najwyraźniej jednak szlak pomiędzy światami omijał wszelkie płoty i teraz mimo niezwykłości całej sytuacji zrozumieli, że są w naprawdę niesamowitym i obszernym więzieniu. Gdy w końcu przecisnęli się pod szlabanem i ruszyli znowu w las, z opuszczonej zdawałoby się budki strażniczej wychynął jakiś kształt i ruszył ich tropem. Utrzymywali stałe tempo i po jakimś czasie kształt pozostał w tyle, najwyraźniej niezaniepokojony na tyle by rozpocząć polowanie.
    Wiele przygód spotkało ich tej nocy, spotkanie z kolegą Mariana, który wyszedł zionąc etanolem z miejscowej rozhuczanej remizy, tylko po to by ujrzeć pojawiający się z mroku dwa cienie, które, nim uzyskał jakąkolwiek pewność znów zniknęły w ciemnościach, policyjny radiowóz, który przerwał naszym zwidom konsumpcję kanapek z salami w przytulnej wiacie PKSu. Półtoragodzinny sen w jednej pałatce pod niebem bez dna, gdy październikowe zimno przenikało z wilgotnej ziemi prosto w kości. Wreszcie odpoczynek tuż nad ranem na opuszczonej, kolejowej stacyjce z pruskiego muru, obok zarośniętych torów ciągnących się znikąd do nikąd. I w końcu ten moment, gdy wymęczeni i wygłodniali weszli do jedynego otwartego nocą baru w Lęborku, gdzie uderzyło w nich ciepło i zapach jedzenia. Potem zaś ranek i kolejne kilometry do przejścia.
    Gdy snułem tę opowieść w herbaciarni Avatar spytała mnie, po co ludzie coś takiego robią. Po co się tak męczą, czemu przekraczają granice bólu i zmęczenia, skoro tak naprawdę nie muszą.
    Odpowiedziałem, że dla intensywności. Cały ten ból i zmęczenie jest po to by dotrzeć do własnych granic wytrzymałości, odkryć gdzie są i przesunąć je. Wszystko to po to by w tym momencie hiperaktywnego odczuwania poczuć intensywność otaczającego nas świata
    Codzienność wypłaszcza wszystko, kradnie kolory i kontrasty, dopiero, gdy człowiek otrze się o granicę, gdy wyjrzy za nią, jest w stanie dostrzec w jak wspaniałym miejscu pozwolono mu istnieć.
    Gdy Marzan i Phantom wędrowali te 107 kilo, trenując przed dwudziestym Harpaganem, Ja, Lenn i reszta gratkowej ekipy siedzieliśmy wysoko ponad światem na szczycie bastionu Żubr i patrzyliśmy ponad wzgórzami na południe. Spomiędzy chmur padały na ziemię snopy światła. Śmieliśmy się, że Marzan znów poprosił o wsparcie Matkę Boską, a ta swoim zwyczajem odpowiedziała i teraz oświetla im drogę.

    *

    Twarda baba, ostatnia, która by to zrobiła, zastrzeliła się pistoletem, który trzymała w łazience, w wilgotności do 100%, zastrzeliła się zamknięta z funkcjonariuszką w łazience, gdy nikt nie widział, na wyciągnięcie ręki, gdy na wyjęcie pistoletu, wprowadzenie kuli do komory, odbezpieczenie i strzał trzeba od 8 do 12 sekund. Strzeliła sobie w pierś, choć samobójcy zawsze strzelają w głowę… Martwi nie mogą się bronić w ich usta można włożyć wszystko.
    To, co mam dzisiaj w głowie nie ulega przekładowi. Jestem zbyt rozstrzelany własnymi myślami, by snuć opowieści.

    *

    Każdy przebyty kilometr stawał się
    dłuższy. Każde 10 metrów wydłużało
    się do nieskończoności. Nastąpiła
    straszliwa inflacja wieczności.

    (Marzan)

    Zaspa stanęła na starym lotnisku i sieci żył wodnych. Osobiście bardzo lubię to osiedle, bloki ustawione są tu w strukturę plastra miodu, uwięzione w nich podwórka, stanowią osobne i często niezwykle zaskakujące światy, a ustawienie budynków powoduje, że w przerwach pomiędzy nimi występują huragany przesuwające samochody, kiedyś nawet pisał o tym w swoim wierszu Majewski:

    Luźni chłopcy w dresach
    zostali wydymani
    przez przeciąg pomiędzy blokami

    W każdym razie, kręgosłupem Zaspy jest stary pas startowy, pamiętający czasy Luftwaffe i komunistyczny port lotniczy. To na końcu tego pasa, w Waiserze Dawidku, Elka przyjmowała między nogi srebrzyste cygara samolotów, to niedaleko tego pasa koparka wywlekła z ziemi kości obrońców Poczty Polskiej, to niedaleko stąd z kolei samolot wyrżnął w mieszkalne budynki Wrzeszcza przecinając na zawsze historię portu lotniczego na Zaspie. Zaspa obrasta swój pas jak bluszcz, spowija go siecią dróg i mostów, to na nim mężowie uczą jeździć samochodami swoje żony i tu ścigali się nasi „szybcy i wściekli”, dopóki ludność okoliczna a zirytowana rykiem wysokoprężnych silników ciemną nocą, nie ukróciła im tej możliwości kilkoma pasami betonowych przeszkód.
    Na początku lat 90 wielką betonową płytę pokryła kolorowa narośl bud i straganów. Tak właśnie narodził się 3kilometrowy Targ, Zawsze pełen wszystkiego, co rodacy byli w stanie przywieźć w bagażniku czy za tapicerką, ewentualnie wytworzyć w piwnicy. Dziwny twór, wyglądający jak linia przyboju na plaży, miejsce stworzone ze szczątków rozbitych okrętów i plastikowych butelek.
    Mamy początek lat dwutysięcznych i dzisiaj Targ umiera.
    Przelewałem się wczoraj leniwie przez złocistą melasę wiosennego popołudnia, patrzyłem wzdłuż pasa na skupiającą się w oddali grupę poszarzałych bud i straganów. Znacznie bliżej na betonie czernił się wykwit popiołu i zwęglonych szczątków. W błękitne niebo sterczą sczerniałe żebra konstrukcji jakiejś budy, która pozostała tu samotnie, gdy targowisko zaczęło się kurczyć i podążać w swą ostatnią drogę, w kierunku linii horyzontu.
    Nastrój był z lekka sawannowy i przyszło mi do głowy skojarzenie ze stadem, które wędruje powoli, ale nieprzerwanie przez pożółkłe trawy, a ci, którzy zwalniają i pozostają z tyłu giną, gdy w nocy przybywają z ciemności drapieżniki o ognistych oczach.

    *

    To uczucie gdy sen pierzcha
    Przed świtem, a w duszy i
    Poza nią panują całkowite
    Ciemności…

    (Aramis)

    Gdzieś tam wysoko Bóg ubrany w carski mundur ze złotymi epoletami, siedzi sobie na wózku dla niepełnosprawnych i z pobłażliwym rozbawieniem patrzy na swoje kreatury: człowieka i upadłego anioła, wadzące się u jego stóp. Patrzy na oświęcimskie hałdy, wciąga rozkosznie w nozdrza wielkie jak oceany smród kordytu, a twarz barwią mu stosy Hiroszimy, Warszawy i Drezna. Siedzi wysoko ponad trasami sępów i orbitami satelitów. Siedzi i uśmiecha się, uśmiecha się, bo zna zakończenie tego zachwycającego spektaklu.
    Kiedyś w Gratce Plagiat pytał Veneficę: Uważasz ludzi za twory chorej, powyginanej inteligencji, powołane do życia po to by umarły? Plagiat rozpłynął się w nicości a z Veneficy wyrosła super, blond laska, która idąc ulicami wywołuje wypadki.
    Czasem się boję czy Jego i moje poczucia humoru są zbieżne. Czasem zastanawiam się, czy człowiek nie powinien zrobić wszystkiego, by żyć wiecznie.
    Wiosna jest zawsze taka intensywna. To wiosną kolory są bliskie tym, które pamiętamy z dzieciństwa. Wiosną intensywnie jest też we mnie, nie potrafię opanować wszystkich dróg, na które się zapuszczam, wciąż nie jestem pewien, co z tego, co widzę i czuję istnieje naprawdę.
    Tymczasem rozmawiam przez telefon z Lenn. Opowiadamy sobie jak to będzie, gdy w trójkę z Marzanem będziemy schodzić lasem z Niedźwiednika. Wpadnę tam w przyszłym tygodniu do Mamy Lenn po kolejną porcję gazet, które tam specjalnie dla mnie odkładają. Będziemy staczać się w dół stromych stoków, a mi i Marzanowi przypadnie zaszczytna rola obrońców damy przed barbarzyńską ingerencją rozpasanych, miejscowych dzików, których owa panicznie się boi. Rechoczemy, gdy roztaczam wizję rzutu 30-kilowym plecakiem, pełnym Wyborczych i Wysokich obcasów w nadciągające z apokaliptycznym kwikiem, brunatne hordy. Miażdżąca siła słowa.

    *

    Około 13 osób rocznie, na całym
    świecie, ginie przygniecionych
    automatami do napojów…

    (CKM)

    No i mamy to EURO 2012, szkoda tylko, że w tym samym roku, w którym zapowiadają koniec świata… Chociaż w sumie wszystko się zgadza – świat się skończy, gdy Polacy wygrają mistrzostwa. Rasiak celnym strzałem ładuje piłkę w siatkę i w tym samym momencie, z wód zatoki za jego plecami wyrastają kilometrowe fale.
    Stadion stanie o półtora kilometra od mojego domu. Na dobrą sprawę będę miał na niego widok z okna. Najzabawniejsze jednak, że budują go w Letniewie, krainie kataklizmów i potworów, miejscu, które posiada własną garguliczną grawitację, która wciąga kartografów i listonoszy, a wypluwa hordy złomiarzy. To miejsce, które na mapach powinno się oznaczać „Tam będą smoki”. Wylęgarnia najwspanialszych morderczych kreatur tego Miasta. I tam właśnie przyjadą z całego świata ci bogaci turyści…
    A poza tym Olejnikowa gadała w radiu z Religą. Religa, stary, namiętny palacz mówi i co trzy, cztery słowa pokasłuje: echu echu. Wywiad się skończył i słychać zapowiadających: a to był właśnie minister zdrowia, echu echu, Religa.
    Po Abramowiczu, po niepowodzeniu, po piwie poszedłem w cień morenowych wzgórz, ale ani las, ani potrzaskane płyty starych grobowców nie dały mi jakoś wyzwolenia. Moja frustracja osiąga ponownie ten poziom, że chciałbym wrócić do „starego zawodu”. Znów być panem stworzenia w świecie gdzie wszystko jest proste. „Nie mam nic do stracenia” myślę patrząc w górę na gwiazdy i rdzawego Marsa prześwitującego przez młode liście, „nic prócz Pazurkowatej”, a to jest zbyt wysoka cena. Gdy wszechświat chce byśmy stali się lepsi wiąże nasz nicią zobowiązań. Z Lady Pazurek łączą mnie cienkie, srebrzyste nici pajęczej przędzy uczuć. Krzyżują się i splatają, drżą na wietrze, ale gdy spróbuję ruszyć w złym kierunku okazują się mieć wytrzymałość stali. Przez nią nie mogę być gorszy, mimo, że tak kocham upadek, popiół z osypujących się skrzydeł, wznoszenie poparzonej powietrzem twarzy ku lodowatym gwiazdom… Nie potrafię się już cofnąć.
    Tau mówi, że zdjęła zegar, bo przez słabą baterię zaczął się spóźniać. Włożyła go do szafy gdzie teraz zakrzywia czas, może pokazywać na przykład wczorajszy dzień a ona tego nie wie.

    Czemu tylko ja widzę
    tysiąc eksplozji
    rozrywających niebo
    Tylko wokół mnie
    dzwoni o bruki deszcz
    metalowych szczątków
    Czemu tylko ja
    widzę te żagle
    Przemykające po mnie
    cienie masztów
    i oddechy smoków

    *

    Droga Blanche. Piszę do
    Ciebie z wnętrza gigantycznej
    ośmiornicy potwora, papier
    listowy cudem ocalał…

    (Brodzki)

    W wigilię urodzin Wielkiego Wodza w krzepnącym jeszcze z lekka domu Marzanów, panował mrok. Świece rozświetlały ciemności, odbijając się siecią refleksów w szkle i giętym metalu puszek, w tym świetle twarze dziewczyn stawały się gładkie i elfie. Marzan z Fidelem rozmawiali o punku, Pazurkowata oddychała tuż przy mojej skórze żeby nie czuć dymu z cienkich, babskich papierosów. Ciemność rozsadzał „Pamięci Bema…”.
    Na tej podłodze pośród sałatek, chipsów, zdjęć, albumów i książek o Korei, pośród plecaków, talerzy i udrapowanych w przestrzeni ciał, w tej muzyce rodzącej się chyba w samych trzewiach Ziemi wykluwało się coś niezwykłego
    Jutro w ostatniej światowej ostoi stalinizmu miliony wzniosą krzyk i zaczną machać kolorowymi wstążkami, my w tym czasie nabijamy się z wiszących obok siebie obrazów Kimów, z których każdy ma plakietkę z tym drugim w klapie i ze zdjęć Jaruzelskiego w Korei, gdy na stadionie tysiące ludzi utworzyło jego „żywy obraz” o z lekka azjatyckich rysach.
    Gdy wracałem w pół drogi do pierwszej pod szpalerem drzew, Wielkiej Północnej, szło przede mną trzech nieco pochylonych do przodu typów w szalikach, którzy wydawali z siebie mniej więcej takie odgłosy: Wrgaaahhhh, grrroooaaarrr, grrrraaghhhh, lechiaaarrrrggghhh… i co jakiś czas skupiali się w jeden napięty organizm, by wywalić kolejny betonowy śmietnik, pojawiający się na ich drodze. Trochę mnie spowolnili, bo akurat byłem w kompletnym, kiszczakowym battle dress’ie, znaczy kompletnie na czarno z gestapowskimi skrzydłami powiewającymi na plecach, i musiałem trzymać od nich stały dystans.
    A potem nastały szalone dni i działo się strasznie dużo. Mroczny tester CD-Kuriera objawił nam, co znaczy nazwa PIS – piwo i sex. Choć ja osobiście zawsze bardziej przychylałem się do opinii, że powinno się to pisać jako piSS. Stworzyłem z Awarii moje pierwsze w życiu CV, teraz muszę się strzec, bo jakby dostało się w szpony Urzędu Skarbowego to po raz ostatni byłbym widziany na Okęciu przy wsiadaniu do samolotu do Rumuni. Złożyłem papiery i odbyłem rozmowę kwalifikacyjną. Teraz czekam na straszliwe efekty.
    Wczoraj z kolei, z Marzanem i Fidelem, pojawiliśmy się w ostatniej Miejskiej synagodze, robiącej w większej części za szkołę muzyczną, na wykładzie Abramowicza o Żydach z Langfur. Wokół krążyły znane twarze, tu wynurzył się Huelle, tam wyjrzał Pawlak. Abramowicz w mycce z długą brodą opowiadał o powstawaniu i zagładzie światów. O mało nie zrobiłem niesamowitego zdjęcia. Wnętrze synagogi, nad kartami siedzi stary Żyd a nad nim na ekranie rzutnika multimedialnego czerni się ogromna swastyka. Robiło wrażenie. Powiało smutkiem, przy opowieści o starym żydowskim cmentarzu, bo tam dzieło zniszczenia było efektem działania polskich rąk i do dziś w całym mieście za schody i podmurówki pomników robią osiemnastowieczne macewy.
    W drodze powrotnej spotkałem Ciapka z jego nową Miss. Zaprosili mnie na ognisko, ja im zaproponowałem sprzedaż karnistra wermahttu. A może wy chcecie kupić? Naprawdę fajne nieprzydatna do niczego konkretnego rzecz.
    Dresiarscy sąsiedzi Pazurkowatej zaczynają bruździć jej rodzinie. Zaczynam się zastanawiać, czy nie wjechać im na chatę z brzeźnieńskim einzac komando i nie wywieść kolesi w bagażniku na Szadółki. Przygłupy są na tyle pozbawieni instynktu samozachowawczego, że brużdżą na własnym podwórku.

    Reakcyjny czytnik poprawności,
    aktywny sędzia chaotycznego tła,
    odnowiciel ugoru, tropiciel ende-
    nicznej myśli ukrytej w pajęczej
    sieci zasad.

    (Goździk)

    *

    Na dnie zatoki, nieopodal wejść do portów, spoczywają cienie wraków. Trwają w zielonym półmroku w niekończącej się podróży. Wciąż o krok od celu. Widmowe postacie kapitanów wypatrują blade oczy w poszukiwaniu światła latarni. Pozbawione burt i nadbudówek pociętych butanowymi palnikami, smugi zakrzepłej w rdzy stali, zionącej dziurami po wyrwanych sercach silników i dział. Żelazne i drewniane, pełnomorskie i rzeczne, a na nich niezrealizowane cielska lotniczych bomb, holenderskich cegieł i kości szwedzkich marynarzy. Powoli obrastają lądem, który niestrudzone rzeki wciąż niosą na swych błękitnych grzbietach na północ. Nawet Zielona Brama stoi na wraku spalonej kogi.
    Czasem sztorm wyrzuci na ląd coś, co długo nosił na swym zimnym sercu. Kawałek rzeźbionego drewna, kryształek iperytu, monetę z Piłsudzkim czy srebrny medalik.
    Morze czeka, przechowuje zbutwiałe wręgi, ustawione w równe rzędy na półkach jakiś przydennych bibliotek, ustawia na postumentach zatopionych cmentarzy obłażące rzeźby galionów i zamyka skrzętnie skrzynie pełne czaszek. Morze jest cierpliwe, wie swoje. Czeka na nas wszystkich, na nasze miasta w dolinach, na nasz metal i kamień. Ciągle czeka na nowe cienie.
    Tymczasem jednak jest bardzo jasno. A u nas kwiaty wyprzedziły liście. We Wrzeszczu jest już zielono, tymczasem w Brzeźnie pojawiają się dopiero pierwsze nieśmiałe pączki. A przecież to tak nieznaczna różnica poziomów.
    Przyszli do mnie 3szklaneczki ze swoim Złodziejem Marzeń. Ona wplotła białe kwiaty we włosy i pokazywała głowę małego, drewnianego konika, którego znalazła na piasku szukając bursztynu na nalewkę. Złodziej Marzeń tradycyjnie milczał rozpatrując wszelkie aspekty ciążącej na nim klątwy. Oboje są lekko na zakręcie. Moje prawo to ich lewo. Gdy wyszli nawet niebo było z lekka przekrzywione.
    Starszy dzwoni, że zepsuł mu się w wozie GPS. I jak on teraz wróci do domu z tą swoją ociemniałą duszą?
    Moją babkę znowu przewrócił pies, tym razem walnęła głową w beton i bardzo się potłukła. Nie chciała lekarza, za to zrobiła się bardzo senna. Nie pozwoliłem jej zasnąć. Jeśli ten pieprzony kundel zrobi to jeszcze raz, ukatrupię go motyką.

    Nie pal za sobą mostów.
    Ja je wysadzę gdy będziesz
    wracał.

    *

    - Czy nie ma iskierki dobra w tej
    drużynie?
    - Ja!!! Ja jestem dobra!
    - Opuść te ręce, bo ci je utnę.
    - A w czym ona jest dobra?

    (sesja)

    W wejściu wskakuje na mnie siostra Pazurkowatej. Chwytam ją ręką w pasie i dźwigam w górę spodziewając się ciężaru, tymczasem ten chudzielec jest lekki jak piórko i leci wysoko do góry. Wiatr targa włosami Lennonki pod pomnikiem Sobieskiego. Ona mówi. Gorzkie prawdy utkane przez upływający czas. Mruży oczy w mocnym wiosennym słońcu. Słodkie dziecko „Gratki”, świetlista i jaśniejąca, zgubiła gdzieś płonące skrzydła. Upadła, lądując na mokrym asfalcie w pięknym, wampirycznym stylu Underworldu. Słońce przesuwa się, cienie ujawniają pierwsze smugi w twarzy ascety.
    Umarł Kurt Vonnegut, a Avatarowi ktoś buchnął w kościele święconkę. Ja konstruuję pierwsze w moim życiu CV. Jeszcze nie wiem jak pogodzić na jednej kartce trzy lata układania kafelków dla firmy „Termit” z pisaniem dla Wyborczej, teksty dla Wampa z wydaniem tomiku „Przebudzenie”.
    Jeśli bogowie postanowią cię zniszczyć, spełnią twoje modlitwy. Dwa dni temu skrystalizowała mi się ostatecznie w głowie forma książki, która dotąd była tylko zbiorem luźnych materiałów. Przemeblowałem pokój, żeby dało się dłużej pisać na kompie, przedtem klawiaturę musiałem trzymać na kolanach. Wiem, co chcę napisać, wiem jak i wiem, że jeśli to skończę i wydam mogę stracić wielu przyjaciół i znajomych. Z drugiej strony, co to za przyjaciele, których można stracić. Kompromisy zawiera się z wrogami, przyjaciół się ma, jeśli przyjaźń umiera to może wcale nie była przyjaźnią albo po prostu nadszedł czas na jej śmierć.
    Porwane spodnie zdjęły mi kawał skóry z obu nóg. Stałem wczoraj przed lustrem w łazience w samej koszulce, patrzyłem na tę całą krew po wewnętrznej stronie ud i czułem się jakbym miał pierwszy okres.
    Nadchodzą zmiany takie czy inne. Denerwuję się. Obracam twarz do słońca i mrużę oczy. Wspominam podobne minione chwile ciepła i jasności, myślę o innych, które dopiero nadejdą. Jak to mawiają Rosjanie: wczorajszego dnia nie dogonisz, przed jutrem nie uciekniesz.

    Borys – Uuu, Ewa Sonet to ma dużo
    miejsca na powietrze…
    Ja – No, w sumie przy tej ilości
    miejsca powinna burzyć za po-
    mocą głosu mury i przesuwać
    satelity.

    *

    Siedzę sobie sam po ciemku, pokasłuję w mankiet i oglądam „Moulin Rouge”. A tam siedzi sobie kobita, pokasłuje w mankiet, a lekarz mówi, że ma suchoty i umrze… a idźcie w cholerę z taką rozrywką…
    Tymczasem z radia dowiedziałem się, że jakiś, zdaje się belgijski biskup orzekł, że homoseksualiści są nienormalni. To ja przepraszam, to normalna jest banda facetów ubierających się w długie, czarne sukienki i twierdzących, że jedzą ciało i krew?
    Tu sobie pozwolę przerwać na chwilę, bo muszę odgryźć głowę czekoladowego zająca… No, już jestem z powrotem. Uwielbiam zmazywać im z pyszczków ten głupkowaty uśmiech.
    Tymczasem mój mózg po tej całej gorączce jest jak ciepłe, rozgotowane kluski. Powoli jednak zaczynam myśleć jak człowiek, a zmysły powracają na miejsce. Świat widzialny normalnieje a świat niewidzialny dyskretnie powraca za róg. Jestem jeszcze trochę rozedrgany, przedmioty toczą się po podłodze i pył sypie się ze szczelin w suficie mojej czaszki. Czuję się jakbym oberwał torpedą fotonową, ale teraz jestem już gotowy by wykonać zwrot i odpalić pełną salwę burtową.
    Promienie laserów są niewidoczne pośród gwiazd. Nie ma drobin powietrza, na których mogłyby zostawić część siebie. Za to mogą dotrzeć naprawdę bardzo daleko.
    Wczoraj w ramach nabywania wiedzy zbędnej a interesującej, dowiedziałem się, że to starożytni Egipcjanie stworzyli liczbę „milion”. Była to jedna z „liczb faraona”, liczby dzielili na grupy: najniższe – ludu, potem arystokratyczne. Potrzebowali zaś tak dużej liczby, by móc policzyć swych niewolników. Hieroglif przedstawiający liczbę „milion” wyglądał jak klęczący, proszący o łaskę człowiek z rękami wyciągniętymi ku górze.
    No nic, kończę, bo właśnie wparował Seba, który dorobił się ostatnio w Porcie mend i ma absolutny i całkowity zakaz korzystania z mojego kibla, i przyniósł rękodzielną kasetę video o rozgrzewającym serce tytule „Najlepsze szarże”. Morderczy zestaw dla koneserów, od „Ben Hura” do „Lord of the ring”. Życzcie mi smacznego.

    *

    Tau – Zrobiłam ci kawę, jest
    trochę mocna…
    Ja – Trochę mocna. Powinna
    się nazywać Pudzianowski

    Wczoraj w sumie dopiero wstałem i co jakiś czas jeszcze się kładę. Nie ścielę łóżka. Opadam w stany nieprzytomności, zwalam się w ciemność niczym w łono jakiejś mitycznej matki wszystkich facetów. Jakiejś srebrnoskórej Bogini, która zabija świetlistą strzałą jelenia, pozwala by szata spłynęła z jej doskonałego ciała i kąpie się w leśnym jeziorku i blasku księżyca. A potem odwraca się nagle do ukrytego wśród liści podglądacza, każe mu podejść, oślepia blaskiem i zabija za zuchwałość, gdy ten pełen podziwu i uwielbienia nadstawia pod białe ostrze bezbronną szyję.
    Ostatni tydzień wypełniały mi skoki temperatury pomiędzy 35 a 41 stopni i wszystko to co widziałem po drodze między nimi. Dni stały się niewyraźne i ostre, zmysły pochłaniały niesamowite ilości bodźców, w poniedziałek leżałem trzy godziny zastanawiając się nad wrażeniem dotyku pościeli na mojej skórze. We wtorek raziło mnie światło w moich własnych snach.
    Zdawało mi się, że jest 17 wiek, polskie kresy, a ja z resztą ewakuowanych przez czas Polaków, spolszczam ludność tatarskę. Jeździmy zdezelowanymi GAZami, łapiemy tatarskich jeźdźców, myjemy, golimy i zabieramy do nowoczesnej sterylnej kliniki, gdzie ich żony rodzą w wodzie a oni mają z nimi być i trzymać za rękę i widzieć wszystko i dziwić się, że tak mocno ściskają.
    Czułem jak przy kolejnym kaszlnięciu usta wypełnia mi krew, wylewa się ze mnie i zalewa całe łóżko. W ciemności była lepka i gorąca.
    Czułem na języku smak rozgrzanego plastiku i „smaki wewnętrzne przedmiotów”. Trzęsło mną pod trzema warstwami przykrycia a pościel i łóżko przesiąkło na wylot potem. Kaszel wybuchał przy jakiejkolwiek próbie odezwania się…
    Rzadko choruję, ale jak już to widowisko jest naprawdę niezłe i mam co wspominać przez długie lata.
    A w świecie zewnętrznym znajomi udali się do kina. Zbieraliśmy się na to wyjście od dwóch tygodni, ale raz Void nie mogła, raz Awarii, komuś coś wypadło, komuś przeszkadzało… Gdy tylko jednak choróbsko ścięło mnie a zaraz potem inne Pazurkowatą (Tak, nawet chorujemy w tym samym momencie) to nagle Awarii ożywiła się niesłychanie i błysnęła talentem organizacyjnym i to co nie mogło dojść tyle czasu do skutku w końcu udało się. Nigdy, powtarzam, nigdy już nie będę umawiał się z tymi ludźmi na jakiekolwiek wspólne wyjście. Gdy Void chorowała, poczekaliśmy, gdy Awarii miała swoje sprawy dostosowaliśmy się, choć było nam niewygodnie. My najwyraźniej nie okazaliśmy się na tyle ważni, by Planeta Awaria przestała się choć na moment obracać wokół własnej dupy.
    Tymczasem choroba kipi i przepływa wokół moich kostek, zanurzam w niej dłoń i dwoma mokrymi palcami zostawiam sobie smugę na policzku. We wszystkim tkwi wspaniałość.

    *


    • RSS