kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 1.2008

    Ciągle szukam swojego
    przeznaczenia, trwa to tak długo, że zaczynam wierzyć, że to poszukiwanie jest
    celem samym w sobie. Czarny szkuner przecina noc sypiąc rdzą z metalowych
    żagli. Wiatr odgrywa na wantach melodię. W dole zgrzyt zrudziałych blach, które
    przypływ przesuwa po błękitnej rafie. Łapię wiatr we włosy, wychylam się,
    słucham, mrużę oczy w oślepiającym blasku księżyca. Przenikam przez kolejne
    światy w odwiecznej pogoni za porankiem.
    Księżycowe armie przemykają przez podwórka, ostrza pobrzękują cicho o furtki i
    śmietniki, los skacze na cichych łapach z parapetu. W Mieście Miast nigdy nie
    jest zupełnie cicho. Zawsze na granicy słuchu wibruje pogłos działającej
    maszynerii. Czy to silniki obracające świat? Czy gdy kiedy obudzę się kiedyś w
    zupełnej ciszy rzeczywistość będzie jeszcze istnieć? Jaką mam ostatecznie
    gwarancję, że nie istnieję tylko ja, że wszystko co jest, jest w mojej głowie,
    świat pojawia się przed moim przyjściem i znika po odejściu .
    Pracowałem całą noc. O pierwszej wpadłem Na Róg i wciągnąłem zrobioną przez
    3szklaneczki jajecznice, ostatnio robi się tu pusto. Nie dlatego, że przychodzi
    mniej ludzi, dlatego że przychodzi mniej ludzi, których znam. Ostatnio kolejny
    as przestworzy skreślił się z listy, spadając z suwnicy w Southampton,
    jakkolwiek się to pisze. Część ludzi powiązała się, co jest jeszcze chyba
    gorsze niż śmierć, bo gdy ktoś umrze to przynajmniej można iść na grób,
    postawić świeczkę, ulać piwa. Gdy się kogoś znajdzie po człowieku znika wszelki
    ślad. Najwyżej gdzieś po wielu latach minie cię na ulicy jakiś cień.
    Na Naszej Klasie zaprosiłem do siebie Goszką. Beznadziejna starta czasu,
    beznadziejna sprawa, ćmi mnie jednak wiecznie ten ucisk spraw niedokończonych.
    Niektórych rzeczy czasem chyba lepiej niedokańczać.

    W Gdańsku, tak naprawdę,
    swobodnie można poruszać
    się tylko w nocy. Ci którzy
    nie śpią  prezentują jasne
    zasady

    *

    Z  serii,  kto 
    zrozumie  kobiety:
    Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy
    Rodziłaś. Bo to był dzień.

    (Lennonka)

    W starej walizce, która spoczywa w niezgłębionych odmętach
    mojego łóżka, trzymam 8 tysięcy żołnierzyków miniaturek, 78 czołgów i dział
    samobieżnych, 40 dział i 19 samochodów, okręt desantowy, 8 łodzi i 25 pontonów.
    Na szafie zaś pośród obłoków kurzu kryją się obłe cielska bombowców i
    myśliwców. Do tego dorzucić jeszcze trzeba modele 3 kanonierek, 12
    niszczycieli, krążowniki Aurora i Bluchter, pancerniki Graf von Spee, HMS Repulse
    i lotniskowiec USS Nimitz.
    W domu mam dużo miejsca. W czasach nim nastała i przeminęła era psów, w naszym
    domu, parkiet był wodą a dywany lądami. Wielkie, pomalowane na szaro styropiany
    robiły za fortece, do dzisiaj mam cały karton klocków z których budowałem
    bunkry i mosty.
    W swoim czasie, czekałem na wyjście rodziców i rozkładałem to wszystko po
    pokojach. Prowadziłem ataki i przełamania, organizowałem bohaterskie obrony i
    zmiatałem z powierzchni ziemi miasta. Czasem ułańska fantazja ponosiła mnie za
    daleko, tak jak wtedy gdy podpaliłem folię i zbombardowałem niemieckie pozycje
    pod Kurskiem katiuszami. Do dzisiaj ta część dywanu ukryta jest pod stołem.
    Pamiętam minę matki, gdy wróciła kiedyś wcześniej i ujrzała rozciągniętą na 50 metrach kwadratowych
    miniaturową bitwę. Okręty na odległej redzie, rozciągnięte linie zasiek i
    barykad przeciwpancernych, ruiny miasta i wspieraną przez czołgi linię ataku
    rosyjskiej piechoty. To już nie wyglądało na zabawę. To było coś monstrualnego,
    o setce zmiennych i tysiącu elementów.
    Dziś mam Europę Universalis i Cywilizacje, ale czasem sięgam do starej walizki
    by wyciągnąć garść zamarłych w chwili walki i umierania postaci. Gładząc
    pokryte najprawdziwszą sadzą burty Tygrysów i Pattonów przypominam sobie jak
    pokazywałem kumplom na podwórku jak zrobić mobilny czołg z cegły garści piachu
    i patyka. Przypominam sobie osiedlowe i międzydzielnicowe wojny. Kusze na
    gwoździe, smugi krwi zmywane z klatki gdy przynosiłem z podwórek chwalebne
    rany. 9 złamań, 34 blizny, krople potu rzeźbiące smugi w pyle pokrywającym
    twarz, dzika radość zwycięstw i gorycz porażek. Strach i chwała.
    Z perspektywy czasu wiem, że właśnie dla takich chwil żyłem. Zwycięstwo,
    porażka, walka, to wywołuje we mnie dzikość, pozwala poczuć się mężczyzną,
    zrywa wszelkie granice i pozwala sięgnąć absolutu. Całe życie szukałem dla
    siebie wojen w których mógłbym wziąć udział.
    Przez lata różnie mnie nazywano: Pelin, Paszczak. Herr Plik, Shadow Jack, ale
    jedna ksywa przewijała się wśród innych, stale powracała, trwała. Nieważne jak
    śmiesznie czy anachronicznie brzmi to w dzisiejszych, discopolowych czasach:
    teraz i na zawsze, nazywam się Pułkownik Kiszczak   

    …warto być Ikarem, by choć
    na chwilę  doświadczyć  pra-
    wdziwej wolności. Cena jest
    wysoka,  ostateczna, ale  pa-
    miętać  cię  będą 
    przez
    tysiąclecia…

    *

    Misiu, złap mi mewę.
    Obetniemy
    Jej nóżki bo nie pasują do reszty.

    (Lady Pazurek)

    Księżyc patronuje
    podróżom bez celu. Księżyc budzi tęsknotę i rozbudza magię. Księżyc jest
    kobietą, w odpowiednich dniach miesiąca: dziewicą, żoną i matką. Księżyc jest
    znakiem Bogini. Lubię noce gdy księżyc jest na niebie, gdy grzeje odsłonięty
    policzek. Ten rodzaj ciepła odczuwają kiszczaki i koty. Ktoś napisał, że gdy
    księżyc jest w nowiu przybierają wody i płodność, więcej w nas krwi i rosną nasze
    umysły. Księżyc jest kotwicą, która trzyma ziemię w równowadze, bez niego
    planeta tańczyłaby jak szalona baletnica. Jedna półkula płonęłaby w świetle
    wiecznego dnia, druga tkwiłaby w lodowych okowach wiecznej nocy. Bywało, że
    zastanawiało mnie czy ludzie przetrwaliby to, czy zamieszkiwaliby ten cienki
    pasek terminatora, tkwiący w niezmiennej równowadze światła i mroku. Żyliby w
    poświacie wiecznego przedświtu.
    W „Jack of the shadows” Zelaznego w takim właśnie świecie na wysokiej skale
    oczekiwał poranka anioł, i gdy ten w końcu przyszedł, anioł rzucił się na
    ratunek głównemu bohaterowi, mimo wszystkich popełnionych przez niego
    niegodziwości. Gdy po aksamicie nieba wędruje księżyc, skrząc się odbiciami
    pośród ziarenek miki w piasku pustej plaży, wydaje mi się, że na tej książce
    oparła się cała moja religijność.
    Kupiłem „Jestem Legendą”, książkę na której oparto film. Jest inna niż film,
    zupełnie inaczej się kończy. Szczerze mówiąc tak, że człowiek ma ochotę
    podwinąć pod siebie nogi i zapiszczeć.
    Na świat wokół spadła wiosna, niebo jest stalowo-błękitne. Moje wędrówki
    wydłużają się, jestem na lekkim rauszu, pogrążony w niedospaniu balansującym na
    krawędzi majaków. Wczorajszą noc mocno przechorowałem. Potworny ból głowy,
    karku i pleców. Rzygałem dalej niż widziałem i byłem tak słaby, że gdy już
    powlokłem się do łazienki to przesiedziałem tam oparty o wannę ze trzy godziny.
    Myślałem, że już po mnie. Czasem mi się to zdarza. Wbrew wszelkiej logice, gdy
    taki moment minie, lubię to. Kolejny poranek wydaje się tym najpiękniejszym w
    życiu, wszystko sprawia przyjemność.
    Rano zrobiło mi się lepiej, w ciągu dnia trochę mną jeszcze trzęsło, ale coraz
    słabiej. Wydaje mi się, że w zeszłym roku na przełomie zimy i wiosny miałem coś
    podobnego. Mimo wszystko wolałbym by nie powtarzało się to co roku.
    Wczoraj byliśmy u Marzanów, siedzą na kartonach. Dwójka ludzi którzy idą po tej
    samej drodze, ale każde w innym kierunku.

    -Misiu włóż rękę do dziupli
    -Jasne, i wyciągnę ją z grzechotnikiem…
    -„Odkrycie w Parku Oliwskim! Są ofiary
      ale wąż czuje się dobrze…”

    (My)

    *

    Kiszczak, wiesz jak to jest z siecią,
    dotykasz sieci i pająk wie.

    (Dan)

    Nie wiem czemu ale przypomniała mi się opowiastka Tau, którą
    przeczytała na Bashu. Jakaś dziewczyna napisała, że już nigdy nie zaśnie w
    nocnym autobusie, bo ostatnio nie dość że zbudziła się cztery przystanki za
    daleko, to jeszcze zamiast kitka miała dwa warkoczyki…
    Wiatr siecze szyby deszczem. Zwarta masa chmur sunie niebem z zawrotną
    szybkością. Rano śpiewają ptaki, jest ciepło a w powietrzu czuć już lekki
    powiew wiosny.
    Przedwczoraj, gdy noc rozlała się nad Brzeźnem wspiąłem się na metalowy
    szkielet rozmontowanej zjeżdżalni. Stałem wysoko nad piaskiem plaży patrząc na
    migoczące światła dzielnicy i fale mknące z ciemności wprost do nikąd. Przez
    powietrze niósł się jęk udręczonego metalu, z dźwigów, które wyrosły ostatnio w
    starej części dzielnicy.
    Widok był poruszający, lecz ja nie byłem poruszony. Świetlisty paciorek
    umykającego ku forsterowskiemu Wrzeszczowi tramwaju tęskny i melancjolijny,
    lecz ja nie czułem melancholii. Patrzyłem na niskie niebo łapiące łunę Miasta,
    odległą koronkę Whitetown, fale sunące u mych stóp w odwiecznym ataku na ląd i
    nie czułem ani tęsknoty, ani smutku, ani nawet samotności. Pomyślałem, nie
    przestraszyłem się, o tej mojej , nagłej, tępej samowystarczalności.
    Za dużo domu, tych samych form i miejsc. Za dużo ustalonych terminów i tras.
    Zbyt wielu wciąż tych samych ludzi.
    Za mało „krwi i panienek”
    Zszedłem na dół kontemplując ten pusty plac, który niespodziewanie odnalazłem w
    sobie. Nic nie postanowiłem.
    W domu usiadłem na chwilę patrząc bezmyślnie przed siebie, a potem zacząłem
    wyrzucać rzeczy.

    Czas nie płynie
    Czas istnieje jak morze
    Spokojnie i nieruchomo…
    To człowiek przepływa to morze
    I nigdy nie może się
    Z niego wydostać
    Chyba, że utonie…

    (Sue Kwiat Paproci)

    *

    -Kochanie, zaraz znajdę
    jakieś
     obiecujące skupisko łaskotek
     i zagram na tobie jak na harfie
    -Pfrrryyyy, pfrrrryyyy…
    -Co to miało być?
    -Tak nie robią harpie?

    (My)

    Ojca Awarii pochowaliśmy
    na małym poniemieckim cmentarzyku, który wraz z upływem lat zarósł polakami.
    Leży gdzieś wciśnięty między Park Oliwski, gmach telewizji a górną Olivę.
    Trumnę niesiono na tle rzędów wielkich anten satelitarnych, jakby cmentarz miał
    bezpośrednie łącze z dowództwem. Czas dobry na pogrzeb, szaro i mokro,
    cmentarne drzewa ludojady chylą lubieżnie gołe gałęzie, pod płytkim niebem
    pożądliwie drżą na wietrze. A my w tym naszym, sięgającym gwiazd gwarze i ruchu
    tak szybko nieważniejemy, ucinani cieniem wędrującym po wieku. Nasz głos gasi
    pierwsza łopata żwiru. Powszedniejemy, zmieniamy się w element pamięci. Wiosną
    tylko opowiadają o nas wiatrom roztańczone gałęzie. 
    Pożegnałem Krzyśków przy samochodzie. Krzychu doprowadził kobietę do wozu,
    otworzył bagażnik, a ja dałem nogę, żeby nie wiedzieć co będzie dalej. Wracałem
    piętnastką z Danem zwanym Przedświtem, który na pogrzeb przybył z najgłębszych otchłani
    kaca. I nie mając pewności co do miejsca, godziny czy nawet dnia pogrzebu
    odnalazł nas pośród grobów kierując się dźwiękiem trąbki.
    W nocy zerwał się wiatr i Brzeźno zajęczało jak stary wrak rzucony przez
    sztormy na mieliznę. Ja ostatnio wyczerpałem zasób łatwej rozrywki na ten
    miesiąc i teraz czytam jak Grass obiera cebulę. Jak na Grassa czyta się
    podejrzanie łatwo.
    Niedzielny poranek, nowy dzień. Zaraz wstanę, odprawię długą i skomplikowaną
    mantrę wyłączania mojej „kosiarki wśród komputerów” i udam się Pod Pomnik w
    niekończącym się rytuale nieistniejących spotkań gratkowych. Postoję 10 minut
    by mieć pewność, że nikt nie przyjdzie i ruszę dalej by utopić ze Szponiastą
    czas w herbacie.

    -Na naszym ślubie nie
    będzie
     tych głupich zabaw.
    -Dobrze
    -Weźmiemy zespół heavy- 
     metalowy
    -Niedobrze

    (My)

    *

    PS: Jeśli chcesz zagłosować na mój blog, to prześlij SMS na numer 71222 w treści SMS wpisując A01682.

    *

    Wiecie jaka jest różnica
    między
    psem a kotem?
    Pies myśli – Oto człowiek, karmi
    mnie, bawi się ze mną, wyprowa-
    dza, on chyba jest Bogiem.
    Kot myśli – Oto człowiek, karmi
    mnie, bawi się ze mną, wyprowa-
    dza, chyba jestem Bogiem.

    (Tau)

    Dziś w nocy umarł ojciec
    Awarii. Podobno do ostatniej chwili wkurzał pielęgniarki. Znaczy się do końca
    był sobą a taki drobiazg jak niezgłębiona ostateczność nie był dla niego
    wystarczającym powodem, by przestać być sobą. I za to dziadkowi wielki szacun.
    Tak, nie przejmuję się tym zbytnio. Śmierć jest niepoważna, poważne jest
    umieranie. I dopóki stary żył i męczył się martwiłem się o niego. Umieranie to
    często ostateczna próba naszego człowieczeństwa, a śmierć to tylko furtka na
    następny level. Bramka, przez którą wychodzimy z obozu szkoleniowego na
    prawdziwy świat. Życie to krótka nierealność, która kształtuje nas i przygotowywuje,
    a czas naszej śmierci zależy od tego jak dobrze się przygotujemy. Jedni
    umierają jeszcze przed urodzeniem inni muszą czekać kilkadziesiąt lat. Na
    śmierć trzeba sobie zasłużyć.
    Żal po kimś, kto odchodzi jest nasz, jest samolubny i egoistyczny, bo przecież
    nasz ból nie dotyczy już osoby, która odeszła. Myślimy o tym, czego nie
    zrobiliśmy, nie powiedzieliśmy, czego nie wytłumaczyliśmy.
    Jedyne, co może naprawdę wkurwić to to, że gość umarł, dlatego, że trafił do
    polskiego szpitala. Do tego, do słynnej „fabryki zgonów” na Zaspie. Tam do
    kompletu chorób, które same w sobie były ciężkie dołożyli mu przez niedbalstwo
    poważne zatrucie organizmu i zapalenie płuc, bo położyli go na zimnym
    korytarzu.
    Będzie brakować mi tego starego zrzędy. Jaki był taki był, ale jak dla mnie, to
    odszedł jeden z nielicznych ludzi, którzy naprawdę cieszyli się na mój widok.
    Pozostaje nadzieja, że po drugiej stronie czas rzeczywiście nie istnieje i że
    gdy w końcu sami tam dotrzemy, powitają nas „wszyscy nasi przyjaciele”.

    *

    Poczekaj, prawdziwe, ociekające
    hormonami  uczucie  przepchnie
    ci  kiedyś  pocałunek 
    z fizyki w
    metafizykę.

    Marzan stoi na rozdrożu. Zastanawiam się czy nie skorzystać
    z chwili i nie natchnąć go ideą stworzenia mini grupy rekonstrukcji
    historycznej, ja, on, może Fidel, mundury kawaleryjskie hallerczyków,
    rogatywki, szable. Ja naturalnie miałbym mundur pułkownika. Musiałbym zagrać na
    jego oksywskich ciągotach i rodzinnych echach. Robilibyśmy potem za panów
    oficerów krocząc ulicą Długą w czasie rozlicznych polskich świąt, wyłudzając
    alkohol i rwąc panny na nasz niewątpliwy urok i przystojne aparycje.
    Miałbym wtedy zapewne do czynienia z najprawdziwszą szarżą kawaleryjską
    dokonaną przez mą najdroższą Lady Pazurek na sprężystym grzbiecie szybkonogiej
    Awari, w celu ratowania wątpliwej czci panien i wybicia mi podobnych pomysłów z
    głowy tytanową patelnią kaliber 20, na specjalnym teleskopowym trzonku.
    Ale pomysł mi się podoba. Przekrzywiona rogatywka, płaszcz narzucony na
    ramiona, dotyk rękojeści szabli, dresiarze szlachtowani w ciemnych zaułkach,
    ech jooo…
    Ostatnio, gdy spijaliśmy uratowane z narażeniem życia i nietykalności cielesnej
    sylwestrowe resztki, Marzan opowiadał jak w przedwojniu, trzecia szycha II RP,
    generał Orlicz Dreszer zapakował się ze swą kochanicą do samolotu i nakazał
    pilotowi popisać się wirtuozerią lotu i zapierającymi dech w piersi
    akrobacjami. Pilot rzeczywiście się postarał, bo ostatecznie wyrżnął samolotem
    w dno Bałtyku i osobiście sądzę, że cokolwiek generał na ten temat pomyślał,
    dech zaparło mu na pewno.
    Anyway, w czasie wielkiego, uroczystego pogrzebu, na który zjechał się pierwszy
    garnitur Najjaśniejszej oraz „państw zaprzyjaźnionych”. Na piętrze wojskowego
    bloku siedział w oknie pradziadek Marzana z jego dziadkiem i mówił: O, a
    widzisz tego grubasa ubranego na biało? To Goering…
    A tak poza tym byliśmy wczoraj na „Jestem legendą”. Za stary jestem by naprawdę
    mocno przeżyć los głównego bohatera i jego psa, natomiast jestem pod
    niegasnącym czarem „świata bez ludzi”. To ciche, zarastające trawą miejsce w
    promieniach zachodzącego słońca to coś, co przez całe życie obijało mi się w
    snach i marzeniach. Na dodatek mogłem doświadczyć niebywałej przyjemności, jaką
    jest oczywiście trzymanie w czasie horroru za rączkę swojej dziewczyny.
    Niestety, jak w każdym raju i tu pojawił się wąż, w postaci pięciu odrośniętych
    pazurów wbijających mi się w rękę przy każdej gwałtowniejszej scenie.
    Dan po seansie milczał z tym swoim półuśmiechem kogoś, kto wie, że wszystkich
    pozostałych zaraz spotka niespodzianka, najprawdopodobniej poprzedzona falą
    ciśnieniową i ziejąca ogniem.
    Awarii się nie podobało. Ale jej w ogóle podobają się inne filmy w rodzaju
    „Wyznań gejszy”, których twórcy potrafią spieprzyć nawet coś takiego jak:
    zachód słońca w Japonii.
    Avatar natomiast, ze swojej pozycji adepta biol – chemu skrytykowała praktyczne
    aspekty działania śmiercionośnego wirusa. Można się spokojnie liczyć z jej opinią,
    bo w przyszłości sama planuje stworzenie czegoś podobnego, na moje zlecenie, co
    będzie straszne, niepowstrzymane i będzie zabijać wszystko, co mówi po
    rosyjsku.

    Mogli  tylko
    dojść  do 
    wniosku, że
    gdy przyszedł kres ludzie umierali
    w sposób schludny

    (Ostatni
    brzeg)

    *

    Wprawiło mnie to w oszołomienie
    A ja przecież nie miałem czasu się
    Dziwić…

    (Harrison)

    Ognisty welon opada na świat. Tramwaj lini 13 mknie jak
    rozświetlony transatlantyk przez mrok transprzestrzeni oddzielającej dzielnice.
    Opieram czoło o lodowatą szybę, serce przetacza kolejną porcję promili, stal
    porusza się przez ciemność, przetaczam się powoli przez bocznice myśli.
    Po śniegu nie ma już prawie śladu, gdzieniegdzie tylko sczerniałe, zaplute
    resztki. W kuchni Marzana puste butelki i puszki, echo rozmów i opowieści.
    Gdzieś w Beskidzie śnieg pokrywa pojedynczy ślad. Marzan do kolejnego
    schroniska dotarł już nocą. Schodził z góry kierując się ku światłom. Drzwi
    były zamknięte, zaczął więc obchodzić w koło budynek aż znalazł otwarte drzwi
    do piwnicy. Wszedł, minął piece, zegary i porzucone pary bamboszy. Przeszedł
    przez kolejne pomieszczenia, aż dotarł do schodów. Stanął przed nimi i spojrzał
    w górę. W ciemnościach gdzieś przed nim wrażenie ruchu, odgłos pazurów
    drapiących po drewnie i z ciemności wychynął warcząc ogromny wilczur.
    M zastawił się kijkami niczym pikinier i nie odwracając się cofnął się do
    poprzedniego pomieszczenia. Tam zatrzasnął drzwi i zaparł je łopatą.
    Gdy w końcu dostał się do środka, poszukał na słuch odpowiednich drzwi, zapukał
    i wszedł, a tam dziewczyna mało nie dostała zawału serca.
    Ja – Trzeba było poczekać, mogła być goła…
    M – Ale nie była…szkoda
    Ciekawe jaką miała minę rano gdy znalazła psa zablokowanego łopatą.
    Dużo wódki i wiele opowieści, biały kot śpiący mi w zgięciu ramienia. Z gór
    zejście wprost do kościoła na ślub znajomego poety. Jazda po Śląsku, blazy i
    talerz w Apollu. Zdjęcia z pielgrzymki do Wilna i te które zrobiłem Marzanom w
    Toruniu, a z których jedno umieścili potem na swoich ślubnych zaproszeniach…
    Tymczasem wracam w siebie. Tnę na kawałki „Wysokie obcasy”, czytam przelotnie
    jak daleko zostałem za Masłowską. Hitomi Kanehara pisze o bólu kolczykowania.
    Jest ranek, czuję brud na języku.

    Jaka  tęsknota  bardziej 
    boli:
    Za czymś konkretnym czy za
    czymkolwiek?

    (Babuchowski)

    *

    Jeśli nie podoba ci się
    mój  styl 
    jazdy, zejdź
    z chodnika.

    (naklejka na samochodzie)

    Na początku tygodnia była
    taka noc, gdy od wieczora do rana przychodziły z różnych stron smsy. Ostatnim,
    o uświęconej szaleństwem godzinie 3, rozradowany Seba płynący właśnie z
    Hamburga poinformował mnie, że daleko z przodu, nad wodą widać już pełgającą
    łunę Miasta.
    Ostatnio tłumaczyłem Awarii czemu nie przyprowadzam Seby do herbaciarni. Seba
    nie jest kopnięty, ale ktoś kto płynie trzy miesiące w towarzystwie 32
    nieogolonych facetów, agregatu prądotwórczego o chimerycznym usposobieniu,
    oparów mazutu i niemal uleczalnego afrykańskiego trypla, nie jest też tak do
    końca normalny. Żeby może to tak lepiej zobrazować dodam, że gdy opijaliśmy
    ostatnio jego powrót na plaży strzelał rozżarzonymi petami do łabędzi…
    strzelał, odpalał zaraz następnego i znowu strzelał… a one łapały… Gdy
    skończyły mu się papierosy rozpłakał się.
    W ostatnim rejsie coś im się tam obsunęło, poleciało na linach i trafiło Sebulę
    w lewą stronę twarzy. W niepowstrzymanym locie porwało go ze sobą, uniosło
    łagodnym łukiem i wypuściło w przestrzeń nad pokładem. Podobno leciał na tyle
    długo, że zaczęli robić zakłady czy przeżyje. Teraz ma twarzowy, biały, choć
    nieco sztywny kołnierzyk, pije piwo słomką przez druty na zębach i ogólnie
    wygląda jakby go kopnął pięciometrowy koń.
    Gdy już ekstremalnie skostnieliśmy w plenerze, udaliśmy się do mnie rozpracować
    „niezniszczalną połówkę”, którą dostałem w okrytych kurzem i legendą czasach czyli
    na 24 urodziny. Zawsze zlewam do niej imprezowe resztki i tak jakoś egzystuje
    sobie od lat wciśnięta w kolekcję nienoszonych swetrów od obydwu babć.
    Tradycyjnie używam jej do dezynsekcji ran.
    W pewnym momencie wydawane przez nas odgłosy wywabiły z jakiś niezbadanych
    odmętów, pogrążonego w mroku  mieszkania
    moją matkę. Gdy pojawiła się nagle wszyscy zamarli i umilkli. Popatrzyła chwilę
    na Sebę w tych wszystkich drutach, bandażach i mieniących się kolorach i
    najwyraźniej uznała, że śni, bo odwróciła się na pięcie i zniknęła bez słowa w
    ciemnościach.

    I JAK NIEWIDOMY

    SZCZYTUJĘ RYTM
    Z JEJ BIODER

    (Oli Wehr)

    *

    Znajomy starszego
    wylądował
    w czasie jakiejś zabawy w ki-
    belku. Nagle drzwi otwiera z
    rozmachem jakaś niewiasta:
    Ona – O Jezu!
    On – O Matko Boska!

    Wczoraj spadł pierwszy
    śnieg. Cicho i podstępnie, gdy siedzieliśmy w herbaciarni. Do centrum
    wędrowałem jeszcze przez suchego wyjałowionego trupa jesieni, z powrotem
    znaczyłem już swój ślad w skrzącym się białym puchu i całowałem Szponiastą na
    przystanku pośród jego wirujących szaleńczo drobinek.
    Świat potrzebował tego śniegu i ja też. Śnieg jest „ukryciem i oczyszczeniem”
    grzechów starego roku. Wygładza ostre kanty i tłumi dźwięki. Śnieg jest nową
    czystą kartką, którą Bóg wkręca w swoją maszynę do pisania.
    Mi też ten śnieg był potrzebny. Rozluźnił się i puścił nieco ten węzeł, w jaki
    zwinęło się ostatnio moje ciało. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy normalnie
    się wyspałem. To niesamowite jak mocno jesteśmy splecieni z mechanizmem
    wielkiej maszyny Bogini. Szept Gaii rozbrzmiewa cicho w dyskretnym cieniu
    naszych żył i autostrad splotów nerwowych.
    Na zewnątrz zrobiło się cieplej. Śnieg topnieje leniwie, Brzeźno dryfuje
    leniwie przez opar wypełnionej światłem mgły. Dobrze siedzi się w domu, kopie w
    stertach papierów i słucha muzyki. Dziś pierwszy raz w tym roku idę do kina.
    Nie wiem ile osób zabierze się z nami, ale na pewno idziemy ze Szponiastą. Nie
    potrafię już sam chodzić do kina. Zarówno samo przeżycie filmu, jak i późniejsze
    przywoływanie go, rozmowy o nim, oceny i porównania. Bez Niej to wszystko staje
    się niepełne.
    Wieczorem poszperam wśród płyt i szuflad i skompletuję jakiś ciekawy zestawik
    zdjęć na „Naszą klasę”, poszukam też co ciekawszych zdjęć Gratki, bo jakiś as
    przestworzy umieścił ją w rubryce „klasa” i ludzie powoli się tam zbierają
    wypełzając spod różnych oślizgłych kamieni i kątów Europy.

    Pierwsze Prawo Olusi:
    Nie drap tam gdzie nie swędzi.

    (Lady Pazurek)

    *


    • RSS