kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 2.2008

    A mówiłem ci co by nie strzelać
    do zajęcy nabojami na słonie…

    (Stary, zły dowcip rysunkowy)

    Koleś, nazwijmy go Budapren, myjąc ostatnio wannę po
    kąpieli, odkrył na jej dnie kulki rtęci. Teraz już drugi dzień siedzi u
    Siergieja w ciemnym kącie za przerdzewiałą osłoną silnika Messerschmita i
    twierdzi, że to jego teściowa nasmarowała go we śnie rtęcią, a kto wie może
    nawet wkropliła mu ją do nosa albo do oka. Budzio jest niegdysiejszym znawcą
    substancji lotnych i wirtuozem oddychania przez worek. Obecnie się ustatkował,
    ma żonę, pracę (oczywiście, że w lakierni) a nawet dziecko w drodze, co jasno
    świadczy, że 12 lat wdychania kleju nie czyni jednak bezpłodnym. Ma też
    teściową, której panicznie się boi.
    W sumie jest to dość pozytywne, jeszcze niecałe dwa lata temu jego przeżarty
    chemią mózg reagował często i z reguły niespodziewanie atakami paniki na różne
    przypadkowe bodźce. Muszę przyznać, że było to zabawne, a nawet odkrywcze,
    idziemy ulicą a B zaczyna nagle wrzeszczeć na widok własnej ręki, albo wciska
    się do czyjegoś mieszkania przerażony refleksem światła. Potem robiło się coraz
    mniej zabawnie, bo zaczęła przerażać go woda i gdy z rzadka opuszczał swoją
    altankę na działkach, to przy dobrym wietrze dało się go wyczuć z 200 metrów. Ostatecznie
    jednak poszedł na leczenie, wziął się za siebie a jego lęki skoncentrowały się
    na jednym punkcie rzeczywistości, tym, który podobno naciera go nocami rtęcią.
    I tu dochodzimy do sedna, jeżeli byśmy go tak zostawili to równie dobrze
    Siergiej z żoną mogliby znieść wersalkę ze strychu i pogodzić się z obecnością
    nowego, dygoczącego w kącie lokatora. Niestety, żona S nie słynie z
    cierpliwości, a raczej z celnych rzutów taboretem. Pozostaje więc tylko
    jedno… Posłać po budziową Nemezis…
    I tu ta scena. Słychać kroki. B zamiera i kieruje wielkie jak spodki oczy w kierunku
    kuchennych drzwi. Uchylają się one i w drzwiach obramowany słońcem staje
    złowrogi kształt… Pucułowata starowinka, metr pięćdziesiąt w błękitnym
    fartuszku, która cichutkim miłym głosem mówi: No chodź Marcinku, dziś na obiad
    będą łazanki.

    Problem   można  rozwiązać
    na wiele sposobów. Jeśli nie
    istnieje rozwiązanie-nie  ma
    problemu

    Taala

    *

    Muszę poznać nowych ludzi.
    Ludzie to możliwości

    Laska emeryta z zamocowanym bagnetem. Okulary poklejone
    niebieską taśmą, w całości i tak mocno, że przypominały jakiś wielki,
    powyginany serdelek noszony na twarzy, moherowe babcie rysujące gwoździami
    lakier na samochodzie nowego proboszcza Św. Brygidy. Rozmowa zeszła na
    katolickie miłosierdzie i znajomek z gazety wyciągnął z szuflady zdjęcia.
    Zabroniono im wtedy je pokazywać. Jedni mówili o prokuratorze, inni o bożym
    gniewie i butelkach z benzyną . Na paru zdjęciach widać kto bił kamerzystę
    TVNu.
    Gdzieś tam na zachodzie Marzan przemierza lasy swego serca, śle smsy o ogniu i
    piwie. Ja zbieram na dentystę. Zapłacę naprawdę kupę forsy za permanentne
    kłopoty z gryzieniem. Poza tym pogoda „przełomowa”, przetacza się to w jedną
    stronę to drugą. Niestety przetacza się po mnie i rzuca betonowe koła
    ratunkowe. Mięso rozwija mi się jak płatki tulipana. 5 tygodni bólu głowy
    spędziłem jako zwinięta z całej siły pięść. Teraz broczę metafizycznie ze śladów
    po widmowych paznokciach.
    Możliwe jest też, że nieco bredzę.
    A tak w ogóle to ma ktoś blade pojęcie ile kosztuje sms do Indii? Bo wysłałem.
    Ostatnio Lenn opowiadała, że widziała książkę, czy płytę o porażającym tytule
    „Jak zabijają zwierzęta”. Na okładce był rozszalały jeż, uchwycony w momencie
    drapieżnego skoku na umykającego w panice ślimaka. W tym momencie zacząłem z
    lekka rżeć, tak że fenomenalny obiad Mamy Lennonki rozpoczął wędrówkę w drugą
    stronę, a Lenn zaczęła się rozkręcać, bo dowiedziała się, że Francuzi przed
    konsumpcją karmią ślimaki pietruszką, żeby od razu miały nadzienie… I
    czosnkiem – parsknęła – a potem poją go masełkiem, a ślimak jest tak
    szczęśliwy, że sam ze szczęścia tarza się w panierce, i wychodzi ze skorupki do
    oleju, bo myśli, że chcą go wykąpać. 

    -Wosk  się  wylał 
    i  wlał się w tą
     szparę. Ciekawe gdzie popłynął?
    -Ja myślę, że w dół

    (My)

    *

    Tańczysz  jak  marionetka!
    Rzekła  rozentuzjazmowana
    i wróciła do starego zegara
    w którym zwykła przecze-
    kiwać dzień.

    (Ktoś Kiedyś)

    Tak jak przewidziała Loża Plażowa, Sebę wyrzucono z
    sanatorium, z dożywotnym zakazem wstępu i serdecznym kopem zainstalowanym w
    miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. W sumie nie zdziwiło nas to
    ani trochę, było wręcz oczekiwane, wysłanie Seby do miejsca, gdzie są kobiety,
    nawet sześćdziesięcioletnie, to tak jakby nałogowego palacza wpuścić do rafinerii.
    Chłopak dysponuje po prostu zestawem odruchów, który nieodmiennie każe mu
    powiedzieć coś w złym miejscu i w złym czasie, czy też z braku pomysłu na
    konwersacje, bezceremonialnie uścisnąć jakąś obwisłą pierś tudzież uszczypnąć
    zryty celulitisem pośladek.
    W każdym razie wrócił, przywiózł miejscowe piwo i po parze zerodowanych,
    damskich fig dla każdego, „żebyśmy i my mogli to poczuć”. Piwo wypiliśmy a figi
    zakopaliśmy na wydmach, gdy Wielki S się rozrzewnił w trakcie opowieści o
    wyjątkowo czułej i grubaśnej kucharce.
    Poza tym mieliśmy tu trochę wiatru. Drzewa frywolnie kreśliły ósemki na niebie,
    samochody sunęły bokiem po mokrych jezdniach a deszcz rozpędzony do prędkości
    światła rzeźbił fantazyjne wzorki na szybach. Miasto zniosło to z ceglanym
    spokojem, tylko w knajpach było ciaśniej, gdy lotne eskadry zostały wywiane z
    pleneru, ale jak dla mnie to właśnie było fajne. Parujący tłum okolicznej
    żulerii, śmierdzącej tysiącem podwórek, ciągnącej taniochę i snującej
    opowieści. A ja przecież cenię opowieści ponad wszystko.

    Ktoś wykrzyknął moje imię,
    i  naraz 
    coraz  więcej  ludzi
    zaczęło  powtarzać to jedno
    skromne słowo oznaczające
    mnie

    (Ktoś Kiedyś)

    *

    Pomyślcie   o  
    wszystkich   rozdeptanych
    mrówkach i żuczkach, o eksterminowanych
    na różne sposoby komarach i molach, pchłach
    i  karaluchach… Wszystkie one wrócą
    niczym
    głos  sumienia.  Może 
    się  okazać,  że 
    100  m
    pod   Wydziałem   Chemii 
    UG,  gdzieś  wśród
    teoretycznie   zamurowanych  korytarzy, 
    obca
    stawonożna inteligencja prowadziła intensywne
    badania nad Raidem dla ludzi…
    Najgorszy  jednak,  jak myślę, 
    los  czeka kole-
    kcjonerów motyli.

    (Wizjoner)

    Ostatnio u sióstr oglądaliśmy
    niezwykle zajmujący film, nazwany oryginalnie „Bad Aliens”. Awari wytrzymała
    całe dwie minuty po czym uciekła z kwikiem, myślę że sugestywny obraz obcego,
    spowitego w rury od odkurzacza, wkręcającego jakiemuś cieciowi w odbyt wiertło
    z zadziorami, mogło mieć z tym coś wspólnego.
    Urywane kończyny, szalone pościgi kombajnem, wyciskane ciąże strzelające z
    oślizgłym impetem po pomieszczeniach i trzej bracia Walijczycy. Młody Beksiński
    zakochałby się w tym wyciskaczu osocza, kręconym przez jakiś skrzywionych
    pasjonatów w garażu.
    Starsi mi wyemigrowali więc co wieczór puszczam sobie coś intrygującego na DVD.
    Przedwczoraj koreańskie Natural City, które mnie nawet trochę wzruszyło, a
    wczoraj jakąś spaczoną wersję Wojny Światów, nakręconą zdaje się przez
    amerykański Teatr Telewizji, gdzie po podpalonych ruinach wciąż tej samej
    fabryki, udającej zburzone miasta biegają żołnierze z nie strzelającymi
    karabinami a w piwnicach rozpuszczają się księża.
    Tak więc full wypas już nie mogę się doczekać wieczoru, żeby znowu sobie coś
    puścić.
    Marzan z Fidelem rozpoczęli operację Szengen i ruszyli za to w świat i wysyłają
    mi smsy. Dziś w nocy spali na jakiejś wyspie na Odrze. Będą teraz zdaje się
    podążać w kierunku morza by w pewnym momencie przekroczyć granice i dokonać
    blitzkriegu na najbliższą  niemiecką
    knajpę, w celu bezwzględnej okupacji miejscowych zasobów piwa…
    Właśnie dostałem smsa, że przekroczyli granicę widmo i wkraczają w głąb Rzeszy.

    I tyle kończę, bo Szponiasta już przybyła. Leży za moimi plecami i robi się
    głodna, a uwierzcie, nie chcielibyście mieć głodnej Szponiastej za plecami.

    Czytaj gazety. Bóg zawsze

    nas wyprzedza.

    (Dr H Lecter)

    *

    C4

    1 komentarz

    Mąż w piątą rocznicę małżeństwa
    mówi  do 
    żony. Wiesz  kochanie,
    nie  powiedziałem ci wszystkiego
    -jestem  daltonistą. Ja  też nie po-
    wiedziałam  ci  wszystkiego – na
    to żona – Nie jestem z Rzeszowa
    tylko z Mozambiku.

    (Weekend)

    Zero. Zero. Gołąb siada na dachu. Słyszę odgłos jego
    pazurków na blasze. Niebo jest niebieskie. Brak punktów odniesienia nie daje
    pojęcia o jego głębokości. Dzięki mediom świat wydaje się mały. Idąc pieszo z
    miasta do miasta człowiek zawsze zaskoczony jest odległością. Widzialna
    różnorodność jest przytłaczająca, jakby z każdego punktu, w którym się
    zatrzymujemy widać było inny świat.
    Ostatecznie przecież jest tak, że miejsce, w którym żyjemy traktujemy jako to
    prawdziwe, jako rzeczywistość. Wszystko pozostałe wydaje się trochę jakby
    opowiedziane.
    Dostałem stertę starych „Weekendów”, a tam rozpatrywane życiowe kwestie  typu „Co lepsze: dojrzały ogier czy młody
    fiutek”. Odpowiedź zawarta w pytaniu, ku pociesze wszystkich sflaczałych już z
    lekka panów w średnim wieku, którzy czytają takie pisma.
    Ostatnio po sztormie wysłuchiwałem wynurzeń znajomka, który spełnił swoje
    życiowe marzenie i ożenił się z „najpiękniejszą dziewczyną w klasie”. Pismo
    mówi: jeśli Bóg postanowi cię ukarać spełni twoje marzenia. I tak się stało bo
    „piękna” puszcza go kantem 2, 3 razy w tygodniu, a fakt, że gość nie ma jeszcze
    poroża jak Hern z Robin Hooda, można usprawiedliwić jedynie drastycznym
    niedoborem wapnia w organizmie.
    Siedzieliśmy sobie obok linii przyboju, krzywiąc się przeraźliwie do
    zakochanych, tak by omijali nas z daleka i śląc uśmiechy do ładnych pań z
    pieskami w celu wyłudzenia powłóczystych spojrzeń. Kumpel mówił i co czas jakiś
    wygrzebywał z piasku kamyk albo kawałek drewna i rzucał go w nadchodzącą falę.
    Nagle zamilkł. Patrzę na niego a on siedzi i wpatruje się w milczeniu w
    zwietrzały, pozieleniały kawałek ludzkiego piszczela. Ten grubszy kawałek,
    który jest zaraz pod rzepką. Chwilę panowała cisza. W końcu znowu popatrzyłem
    na linię horyzontu i stwierdziłem: Zawsze może być gorzej, a on cisnął kość do
    wody.

    „Jutro   też   jest  
    dzień”
    tak mówili na Melmaku,
    i to był błąd.

    (Alf)

    *

    Ty się nie śmiej ze
    swojego
    Kochania,  bo  potem,  
    na
    starość nie podam ci papki


    (Lady Pazurek)

    Będzie szybko i w
    kawałkach, bo jako że obchodzimy dziś naszą trzy- rocznicę zamarudziłem w
    sklepach i kwiaciarniach, o nagłym, niespodziewanym odśnieżaniu nawet nie
    wspominając.
    Przy okazji różnych świąt Szponiasta wykonuje dla mnie różne słodkie zakładki,
    były już kotki, dalmatyńczyki, my, ujęci w scenach szaleńczej namiętności itd.
    Wczoraj były walentynki i dostałem kolejną, pełną ślicznych serduszek,
    fantazyjnie pisanych „Dla Misia od Pazurka” i romantycznych zdjęć
    czołgów…  Taaak, oto kobieta, która wie
    jak roztopić serce mężczyzny.
    Wędrowałem ostatnio przez stronę wewnętrzną Wrzeszcza, to taki zabawny labirynt
    ulic i podwórek wewnątrz rozległych kwadratów domów. Naprawdę sprytny sposób by
    pozbawić anonimowości zwykłe blokowiska. W każdym razie nagle zza zakrętu
    wypada umazany sadzą kominiarz. Ja z kolei cały czarny, wyskórzony i z śladami
    farby na twarzy. Spojrzeliśmy na siebie z namysłem i równocześnie
    powiedzieliśmy: Cześć.
    Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że na początku tygodnia zostałem
    oficjalnie zaproszony na wieczorek kawalerski typa, którego roboczo nazwijmy
    „Komanczem”. (Już ty wiesz za co czerwonoskóry…). Zazwyczaj unikam takich
    imprez jak ognia, bo jak pokazuje praktyka dzieją się na nich rzeczy potworne.
    W końcu człowiek zdesperowany, nie mający już drogi ucieczki zdolny jest do
    rzeczy bohaterskich, groteskowych i nie dających się później wspominać na
    rodzinnym obiedzie u teściów. No, ale moi drodzy przyjaciele, którzy jeszcze
    pożałują, znając moje przyzwyczajenia i pożałowania godne słabości skłonili
    mnie podstępem do przybycia na miejsce.
    Ktoś, kto z pewnością ma już miejscówkę w piekle, postanowił urządzić imprezę w
    stylu tropikalnym. Dzięki czemu już wkrótce najbliższa okolica została
    zarzygana we wszystkich kolorach tęczy, a pobliskie drzewa przystrojone małymi
    parasolkami i plasterkami cytryny. Wynajęto też striptizerkę, która była tak
    brzydka, że gdybym nie był tak pijany, to pewnie bym ją ubrał. Znamienne jest,
    że nikt nie chciał potem jeść tortu z którego wyskoczyła. Za podwiązkę wciskali
    jej monety.
    Wczoraj z kolei było zapoznawanie się z nowym lokum Lennonki. Mieszkanie jest w
    fajnym miejscu, za to mniej więcej takiej wielkości, że gdybym postanowił
    położyć się na podłodze, to tylko w poprzek, bo inaczej musiałbym oprzeć nogi o
    ścianę. Podano tam za to rewelacyjną zupę grzybową i było wino, zagryzane
    kanapkami przy świecach.
    Wczoraj przez cały dzień pogoda była piękna. Wiosenny błękit nieba, modry jak
    oczy po płaczu. Ostre, pełne mocy słońce. Wracając wieczorem od Lenn wyszedłem
    spod wiaty na spotkanie nadjeżdżającej trzynastki i usłyszałem wycie, a potem,
    nagle uderzyła we mnie fala śniegu. W trzy minuty wszystko wokół stało się
    białe. Dziś rano musiałem odśnieżać, po raz drugi w tym roku. Wiatr jest dziki
    i szalony. Pod niesamowicie błękitnym niebem w jego wirach krążą mewy razem z
    porzuconymi foliówkami.

    Tylko Chuck Norris
    włączając TV
    Trwam  zawsze  trafia 
    na  pornola.
    Zawsze

    *

    -Nie bój się. Póki jestem przy
     tobie nic ci nie grozi. No to
     cześć.
    -Cześć….eeee, hm…

    (My)

    Poszliśmy sobie do kina na „Projekt Monster”. Spodziewaliśmy
    się lekkiej rozrywki w rodzaju „Godzilli”, gdzie rozwścieczona poczwara biega
    po Manhattanie, dzielni marines mogą postrzelać a błyskotliwi naukowcy
    zaskakują nas jakimś niekonwencjonalnym przebłyskiem geniuszu.
    To był błąd.
    To nieprawdopodobne jak punkt siedzenia zmienia punkt widzenia.
    Nie wiesz nic, nic nie staje się jasne, czas rodzi jedynie kolejne pytania. Nie
    ma początku ani końca. Całość jest amatorskim filmem, który zaczęto kręcić na
    pewnej imprezie. Film pochodzi z wojskowego archiwum i jest zatytułowany z
    typowo wojskowym poczuciem humoru: Projekt Monster. Zaczyna się słowami:
    Materiał uzyskany z kamery odnalezionej na terenie nazywanym kiedyś Central
    Parkiem… Może to równie dobrze sugerować, że ktoś tę kamerę odnalazł po
    setkach lat niekończącej się wojny. Tak naprawdę nie wiadomo, kto wygrał.
    Przez koszmarne obrazy przebija się czasami film uprzednio nagrany na tej
    kasecie. W połączeniu daje to upiorny efekt.
    Forma paradokumentu sprawia, że wszystko nabiera logiki koszmarnego snu,
    łącznie z tym ostatecznym momentem, gdy budzisz się krzycząc… Tutaj nie
    możesz się obudzić, widzisz co się dzieje do samego końca.
    Z kina wyszedłem  trochę wzruszony i
    strasznie przerażony. Nawet policjant, który mnie oczywiście dorwał na
    przełażeniu na czerwonym, puścił mnie po spojrzeniu w moją bezkrwistą twarz i
    grozę migoczącą na dnie oczu.
    Nie powinienem chodzić na takie filmy do kina. Za mocno utożsamiam się z
    postaciami. Lawina bodźców wypełnia mi umysł jak w „Strange days”. Żyję w
    bohaterze, odczuwam to co on i gdy ginie gasnę też na chwilę. Umieranie nie
    jest przyjemne.
    Pierwsza noc wypełniona gęstą mieszaniną strachu i smutku była ciężka, miałem
    wrażenie jakby ten film wszystko wokół zmienił, jakby świat stał się mniej
    stabilny. Wczoraj też zaśnięcie zabrało mi jakieś dwie godziny…
    Można oczywiście zabić to wszystko śmiechem, nawet jeśli brzmi on z lekka
    histerycznie.
    No bo przecież takie rzeczy, mogą wydarzyć się tylko w Ameryce, bo amerykanie
    tak fajnie biegają, krzycząc cienkimi głosami „Oh my God!” i mają mnóstwo
    broni. Gdyby monstrum spróbowało szturmować Moskwę, nikt by się specjalnie nie
    przejął bo wszyscy uznaliby, że to delirium. A bestia nie przeszłaby nawet
    dwóch kwartałów, bo miejscowi pocięliby ją na filety i zajęli się hurtową sprzedażą
    pamiątkowych figurek z kości, nie przejmując się faktem, że z takiej ilości
    kości dałoby się złożyć trzy kolejne bestie.
    U nas też wyglądałoby to inaczej: Kajak przewrócony na redzie Portu Gdańskiego.
    Z wody wypełzła osiemdziesięciometrowa bestia, która zdołała dojść do połowy
    plaży, zanim zatłuczono ją butelkami…
    -Czemu butelkami?- Zapytała w tym miejscu zdezorientowana Avatar.
    -Użyliby tego co było pod ręką. No dobra: Bestia została zatłuczona butelkami i
    jedną czerstwą bagietką…
    A tak poza tym, osobiście także postanowiłem stawić czoła potworom i zabrałem się
    za sprzątanie swojego pokoju. Mój pokój jako stwór złożony i złośliwie
    inteligentny staje się w takich sytuacjach ekstremalnie niebezpieczny. W ciągu
    dwóch dni pokaleczyłem się bardziej niż przez ostatnie trzy lata. Jak to bywa w
    podobnych sytuacjach wypływają na światło dzienne różne niepożądane ślady
    zatęchłej przeszłości, w stylu starych zdjęć, sprawdzianów, czy świadectw.
    Przysiadłem nad jednym ze sprawdzianów z polskiego, a tam komentarz mojej
    nauczycielki” Czołem Szadole, nos do góry, bo „… po nocy przychodzi dzień, a
    po burzy słońce”. Czymże są te wszystkie jedynki wobec wieczności
    wszechświata…

    *

    …tak właśnie 
    mówiła  Królowa  Ciemności
    o  Świetle: „Jest  młode. A to 
    co młode  jest
    niewinne, a  to co  jest 
    niewinne jest  cenne.
    Przyglądajcie się temu cudownemu dziecku
    I darzcie je szacunkiem

    (Erikson)

    Skrzydło kruka ponad miastem. Czerń pełna gwiazd,
    pomarańczowe oko księżyca. Na piasku plaży siedzą pierwsi zakochani, gdzieś
    daleko uderza dzwon. Od dziś mam 31 lat.
    Patrzę na srebrzystą sikorę Borysa. Cztery chromowane tarcze, kwarc lśni na wskazówkach.
    Sekundnik zatacza ostatnie koło i następuje północ. Od tej chwili jest
    niedziela, a ja myślę o tym jak mocno osadzeni jesteśmy w czasie.
    Według teorii światów równoległych wszystko co tylko potrafimy sobie wyobrazić
    gdzieś istnieje. To co najlepsze i to co najgorsze. Każda opowieść, każda
    teoria jest prawdziwa. Według tej teorii moje życie jest opowieścią. Jestem
    strasznie ciekaw, czy lektura jest zajmująca. Czy ktoś czeka niecierpliwie na
    wydanie kolejnego tomu.
    Ostatni zwietrzały łyk. Piknięcie telefonu Borysa, którego powoli acz
    nieubłaganie namierza żona. Reszta popełzła już w kierunku miejsc zamieszkania.
    Brzeźno piętrzy mi się za plecami, morze gna nieprzerwanie w moim kierunku, „I
    will die for you…”, zawodzi jakiś głos z daleka. To piosenka z „Kruka”, który
    pośród naszej krainy śliskich dachów i betonowych wąwozów, jest biblią i
    sztandarem. Unoszę denko ku niebu spadają we mnie ostatnie gorzkie krople.
    Zapisuję te słowa po ciemku, wyobrażając sobie ich wygląd na papierze. Coś się
    kończy. Ten kolejny rok życia, ta połowa nocy, ta kartka.

    Czerwona Wiedźma uniosła głowę.
    Mewy   krążyły   nad   domem  
    jak
    nad  trupem. „Nigdy  nie 
    patrz  im
    w  oczy” – rzekła – „ich spojrzenia
    niosą   trudną   śmierć”.  
    Stwórca
    zmrużył załzawione oczy.

    (Freya Ruda Wiedźma)

    *

    Nadchodzi  era 
    ciemności,  i  to  my
    będziemy tymi, którzy zgaszą światło

    (Avatar)

    „Transmetropolitan”,
    jedyny komiks na jaki byłbym gotów wydać 8 dych. Wspaniałe półtorej godziny
    intensywnego przebywania w świecie złożonej nienawiści Pająka Jeruzelem. Teraz
    jest mi smutno.
    Z ruin zęba coś przelazło mi na dziąsło, w przyszłym tygodniu znowu zapewne
    wydam średnią krajową pensję u dentysty. Siedem lat bezustannego bólu zębów…
    potraficie to sobie wyobrazić?
    Błysk złota, płat mosiężnej blachy powracający w jednym spazmatycznym rozkurczu
    do pierwotnej formy. Uczucie chłodu, przecięta tkanka. Byłem w drodze, cały
    złowrogi i czarny z widowiskowo rozkrwawioną ręką. Szlak do centrum znaczyłem
    kroplami rozpływającej się w deszczu posoki.
    „…te wszystkie chwile znikną jak łzy na deszczu…” zacytowałby pewnie Kerry
    Silvermountain King.
    Ostatnie dni Marzan spędzał w pozbawionym cech charakterystycznych mieszkaniu.
    Puste, pojedyncze meble, trochę kartonów, karimata. Ani radia, ani książki,
    dzwonił, żebym przyszedł spędzić z nim tą psią wachtę, żeby zapełnić ciszę
    ostatnimi w tym miejscu toastami. Byłem jednak zbyt zmęczony sobą, bólem i
    światem. Usiadłem w domu i znowu puściłem „Ayu”, ta nic nie znacząca piosenka
    jest jak stara stocznia w której czas złomuje moje serce.
    Już Nie Marzany usadowiły się na dwóch biegunach naszego miejscowego
    multiversum. Lenn na biegunie wschodnim patrzy na rozsmużone centrum z jednej z
    betonowych wież, wyrosłych u glinianych stóp Biskupiej Górki. Marzan na
    biegunie zachodnim na flance dworca głównego Gottenhaven, ma okna na wzgórza i
    lasy, w „Naszej Klasie” już zmienił „miejsce zamieszkania”, Mam nadzieję, że
    oboje nie zrobią złośliwie parapetówy tego samego dnia.
    Wczoraj z kompletną rodziną M przewoziliśmy mu meble. Dotarł też Fidel, którego
    nie poznałem, i odbyło się pierwsze kolektywne picie w nowej kuchni. Była Żołądkowa
    Gorzka, która jest słodka i Krupnik, który jest zadżebisty. Tata Marzana,
    wspierany przez żonę snuł opowieści z krypty, z czasów, gdy za komuny,
    mieszkali całą rodziną w ambasadzie polskiej w Phenianie. Brat M był ironiczny
    a sam M biegał do sklepu. Teraz jest już jutro, siedzę w domu i wciąż czekam na
    kaca.
    Prawdopodobnie wkrótce wesprę nieco finansowo Lenn, w ten sposób uzyskam wreszcie
    w miarę stały dostęp do sieci.
    A tak poza tym, wyzerowało mi licznik na blogu. Teraz codziennie liczy od nowa.
    Rozwiało się takie malutkie marzenie o ujrzeniu na nim śladu stu tysięcy wejść.

    -Usiądźmy
    -Kochanie, jak usiądziesz po takim
      marszu 
    na  zimnym  to skurczą ci
      się mięśnie…
    -Będę miała małe mięśnie!!!

    (My)

    *

    nie masz żadnych wiadomości
    eter milczy i nic
    żywego nie złapało się w sieć
    każda godzina przynosi nadzieje
    na kilka schwytanych słów pamięci
    zielone oko
    łypie tylko sygnalizując
    ubytek energii
    ładowanie za trzy dni

    *


    • RSS