kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 3.2008

    -Kiedy wreszcie powiesz, że
      mnie kochasz?
    -Pierwszego kwietnia…

    (Bash)

    Wyleczyłem zapalenie gardła w półtorej dnia. Kuracja była
    doprawdy mordercza i opierała się głównie na spirytusie 97% z Bałtyjska. Tak
    się zastanawiam, co jeszcze mógłbym w ten sposób wyleczyć.
    W ramach flashbacków z imprezy powraca do mnie opowieść Wild Winda jak to na
    terenie jego posesji znaleźli grób rzymianina. Wiosna przybyła i rozmościła się
    na mieście jak złotopióra kwoka. Wszystkim nam we krwi płynie bursztynowy
    szlak.

    o drugiej
    no ewentualnie drugiej dwadzieścia
    z trzeciej knajpy – „PUB KIN”
    wytaczam swój nocny upój
    przesiąknięty najtańszymi nastolatkami
    myślę o najdroższych chwilach
    które dostałem za darmo

    poetka po kilku kolejkach i jednym rozwodzie
    wiezie nas ostrożnie wręcz wolno
    od wczoraj jestem zwolniony
    a imię moje trzy miliony trzysta tysięcy
    powoli przyzwyczajam organizm do ograniczeń
    uśmiecham się głupio do słupów
    drzewa proszę o wybaczenie
    policjanci gdzieś daleko
    wyją przez sen ściskając pałki
    z myślą o jutrzejszej akcji TRZEŹWOŚĆ

    ja – ogólnie rzecz biorąc – jestem niezabijalny
    zwłaszcza po siedmiu piwach

    (Boros)

    *

    -Kocham cię  moja 
    kropeczko
    -Kocham cię mój przecineczku

    (My)

    Ciśnienie mamy takie, że
    mi się po prostu nie chce. Każdy dzień zaczyna się piękną pogodą, która gdzieś
    tak do drugiej przeobraża się niby dr. Jackyll, czy też Garfield po wyjątkowo
    skoncentrowanej w sobie kawie. Cały czas funkcjonuję na granicy bólu głowy.
    Niezwykle irytujące.
    Seba został obudzony we wtorek rano w nie swoim łóżku, a pierwsze co zobaczył
    to różowy, nabrzmiały sutek 10 centów od swojego nosa. Przeanalizował sytuację,
    rozejrzał i stwierdził, że znajduje się w łóżku znajomego a budzi go właśnie
    jego żona. Nie chciał za bardzo wdrażać nas w burzliwe wydarzenia jakie nastały
    potem, ale ostatecznie wyjaśnił, że znajomy był w kuchni robiąc kanapki, w łóżku
    zaległ i pozostał, ponieważ małżonkowie nie mieli serca, ani siły by go stamtąd
    zwlec, a żona jest ekolożką, naturystką i wykazuje inne istotne braki w zdrowiu
    psychicznym. Znaczy, że zupełnie jej zwisa, co kto u niej zobaczy, ku ogólnej
    uciesze sąsiadów z bloku naprzeciwko, ponieważ jest skażona bezgraniczną wiarą
    w „dobro, które tkwi w każdym człowieku” i „kosmiczną harmonię”. Jeśli zaś
    chodzi o Sebę, to akurat to co w nim tkwiło w tym momencie się uniosło,
    porywając ze sobą kołdrę, na szczęście zakłócenia kosmicznej harmonii
    spowodowane dnia wczorajszego przez butelkę smirnoffa i połówkę żołądkowej
    gorzkiej poniosły go jak na skrzydłach w kierunku łazienki, ratując przed
    jakimś czynem niegodnym, a Jagodę przed śladami po zębach, a kto wie, może i
    jakąś transplantacją.
    Wczoraj zaś u Sióstr oglądaliśmy coś dziwnego co zwało się
    Virgin Territory, a następnie
    drugi romans Obcego z Predatorem, wszyscy byliśmy nieco chorzy, pogoda zaś była
    nieludzko gwiaździsta i co za tym idzie lodowata. Nadzieja w jakiś dziwny
    sposób opuszczała nasze serca pod tym niezgłębionym niebem, i właśnie ten
    moment wybrał sobie Dan by stwierdzić, że w GB wykryli właśnie kilka przypadków
    jakieś Supergrypy, która zabija 98% zarażonych. Resztę drogi zaś poświęcił filozoficznym
    rozważaniom, że tak się to zapewne wszystko skończy, żadnych grzejących serce
    widoków atomowych grzybów, a jedynie skowyt cywilizacji umierającej na skutek
    własnego skomplikowania i zbyt dobrej komunikacji. W nocy śniło mi się jak w
    dzwoniącej ciszy wyludnionego Brzeźna usiłuję ustawić wiatrak i sadzę w
    skrzynkach na parapetach marchewki.

    Ominąłem wypalony korpus
    czołgu
    Stygnący u wejścia na Targ Węglowy
    Smugi gryzącego dymu
    Snują się w powietrzu
    Trzaski żarzącego się drzewa
    Od budynku Zbrojowni
    Jest bardzo cicho i pusto

    Zdaje się że
    Niechcący przespałem koniec świata

    *

    Kain(chyba)-Będziesz miał od tego
    włosy na rękach…
    Kolcia-Mmmhhhmmm, to może być 
    przyjemne.

    Jestem drżeniem liścia na wietrze. Jestem delikatną,
    porcelanową wazą na zaczepie pociągu. Rano skutecznie ogoliłem sobie pół twarzy
    zanim zorientowałem się, że nie zdjąłem z maszynki plastikowej osłonki.
    Wczoraj byłem jak zazwyczaj pierwszy pod pomnikiem. Stałem tam patrząc przez
    półmrok w przestrzeń, czekając na pierwszych gratkowiczów. Wszystko jak zwykle,
    to że ostatnie większe Spotkania wymarły parę lat wcześniej postrzegałem jako
    nieistotny szczegół.
    Pierwsza przybyła Korniczek, o której wiersze sprzedawałem niegdyś za złotówkę
    na Woodstoku. Potem Kerry, Kolcia, Agentka, Pazurkowata, Lennonka, Ela, Wild
    Wind, Ruda Kaśka, Aspis i długowłosy obecnie Mixer. Ostatni pod pomnik przybył
    Dan zwany niegdyś Przedświtem a obecnie Mrokiem, co ma pewną poetycką logikę,
    bo jak wie każdy zawodowy pijak – najciemniej bywa przed świtem, czasem też w
    dzień, ale to zależy od tego co się piło. Potem jeszcze w herbaciarni dogonił
    nas jeszcze Kain, obecnie bez długich włosów i gitary za to z zachęcającą
    łysinką. Kain jest wykładowcą, Kolcia okazała się zmysłowa, Kerry tradycyjnie
    gadatliwy, Korniczek za to milkliwa bo pozbawiona swojej frakcji, Ruda
    zwyczajowo ubrała coś z czego jej biust wypływał niczym fale przyboju, Ela się
    poprawiła i nie wygląda już jak śmierć na chorągwi dręczona ostrą osteoporozą,
    a Wind zachęcał mnie bym wykafelkował mu dom.
    Po mieszance piwno- herbacianej udaliśmy się przez monopolowy do domu Lenn,
    gdzie impreza nabrała rumieńców. Lenn robiła kanapki, wędrowały opowieści, ja
    zapijałem Krupnik Carlsbergiem, kot miał grzybice. Po prostu super.
    Końca nie jestem już tak pewien, było koło drugiej i znacznie mniej osób.
    Usiłowałem zdaje się odgryźć Kornikowi nos, a na pożegnanie, jak to się u nas
    ostatnio mówi, porozwieszałem girlandy szczęścia w klaustrofobicznym aneksie
    łazienkowym Lenn. Zdaje się że trafiłem nawet w kocią kuwetę, co ostatecznie
    postanowiłem uznać za akt dziejowej sprawiedliwości, w odwecie za to, że kot
    przez cały wieczór zalecał się do mojego plecaka.
    Kerry porozwoził nas po okolicy. Czas jazdy spędziłem pogrążony w straszliwej
    koncentracji, skupiony wokół własnego, drżącego w ciemności Ja. Dywaniki w
    samochodzie strasznie trudno się pierze.
    Ranek spędziłem siedząc smętnie na wielkim uchu, oddając daninę bogom
    kanalizacji. Patrzyłem przekrwionymi ślepiami na papier toaletowy i
    zastanawiałem się który z moich psychopatycznych rodziców kupił rolkę w
    uśmiechnięte szczeniaczki.

    -W tym 
    pomieszczeniu  jest morderca
      pana Thompsona,.tak jakieś pytanie?
      Pan z czekanem…
    -Czy mogę wyjść?

    (Garfield)

    *

     

    Mg-Krasnolud patrzy na ciebie,

           wyciągając
    rękę po twoją

           sakiewkę. Cała
    karczma

           czeka w
    milczeniu…

    G1-Niepostrzeżenie odrąbuję

          mu  głowę toporem.

     

    (Bash)

     

    Ja tam was nie rozumiem, chcieliście mieć śnieg na święta?
    No to jest, a że nie na te? Taki lajf.

    Ja za to straciłem obydwu pomocników. Jeden się ślizgnął na
    pokrytym śnieżną bielą granitowym schodku i stusześdziesięciokilowe okno
    poszybowało przez przestrzeń niczym puch ostu. Okienko kosztowało 2 tałzeny,
    chłopaki zrobili więc wszystko co mogli by je ratować. Abo ( Mamy ich trzech” A
    bo…, Bo mi…, No bo…) postanowił bohatersko powstrzymać upadek
    potrójnieszklonego monolitu za pomocą własnego uda. Co z pewnością nie było
    najszczęśliwszym pomysłem w pozycji półleżącej, gdy ciężar nie może zjechać w
    dół. Okno opadło miękko łamiąc z trzaskiem kość udową i nie zwalniając, złożyło
    nogę jakby była z gumy. W tym momencie bujnęło się w lewo i drugi z asów
    przestworzy postanowił je ustabilizować, za co odwdzięczyło mu się wyrywając
    palce ze stawów i pozbawione chwytu omsknęło mu się na nogę. Tu na szczęście
    fart zaczął ponownie działać, bo wszyscy obuci jesteścy w „olejoodporne”, w
    które można ze średnim entuzjazmem walić pięciokilowym młotem i które zapewne
    byłyby jedynymi butami, które przetrwałyby zagładę nuklearną.

    Skoczyliśmy z Malinowskim łapać całość zanim rąbnęła o bruk.
    Poszło dość łatwo, bo okno jeszcze nie nabrało rozpędu, za to opierało się już
    dość stabilnie w potrzaskanej nodze Abo, który wybrał akurat ten moment by
    zacząć wrzeszczeć. Pewnie uświadomił sobie, że oszczędzając1000 zł, załatwił
    sobie 3 miesiące na wyciągu, za które z braku ubezpieczenia będzie musiał
    zapłacić.

    I teraz morał drogie dzieci: Żadna rzecz nie jest warta
    waszego życia i zdrowia. Choćby to była Mona Lisa w płonącym budynku,
    prześliczne Faberge, waza z epoki Dynastii Ming czy pozłacany nocnik prababci.
    Przy odrobinie szczęścia, ludzkość będzie trwała dziesiątki tysięcy lat i
    stworzy jeszcze dziesiątki milionów dzieł, wam nikt zdrowia i życia nie zwróci.
    Więc jakby co rzućcie, niech leci. Może być niemiło, ale to da się naprawić, za
    to wieczorem przy piwie, cali i zdrowi, będziecie, klnąc, mogli opowiadać
    znajomym jaki to był cholerny huk.

    A tak poza tym skoro już przy dobrych wiadomościach
    jesteśmy, to LennonkaTass donosi, że Pratchett ma altzchaimera. Nie ma co,
    wspaniały początek wiosny. Szlus, idę na wagary.

     

    …postaw ją  przed
    sobą, może

    bestia    pożre i da ci spokój.

    poza tym z pełnym żołądkiem

    wolniej się biega.

     

    (Dan)

     

    *   

    Babka obudziła mnie o
    świcie. Okazało się, że w nocy napadało śniegu na pół łydki, a część sąsiadów
    już odśnieżyła. Dla babki to nie do przyjęcia by ktoś miał okazać się „lepszy”,
    więc musi coś z tym zrobić. Szkoda, że moimi rękami.
    Śnieg mokry i ciężki, oblepił każdą najmniejszą gałązkę, czy oczko siatki w
    płocie, w perspektywie moja ulica zakończona parkiem zdaje się być koronkowa.
    Na razie żadnych śladów kaca, choć wciągnąłem profilaktycznie ze dwie aspiryny..
    Takie uderzenie prewencyjne, lepiej żebym to ja go zaskoczył niż on mnie, nie?
    Wczoraj miodowy krupnik wchodził jedwabiście, a litrowy kufel piwska ciążył
    mile na kolanie, gdy wysiadując schody na Strychu wsłuchiwaliśmy się w płynną
    narrację Borosa. Gdy wróciłem do domu na moment przed północą siadłem tak jak
    stałem przy stole i jednym tchem wciągnąłem jego 40 nowych wierszy.
    Rzeczywiście po przeczytaniu wszystkich pozostałych ostatni jest masakryczny.
    Wcześniej wędrując przez zacinający syf wypełniający powietrze spotkałem
    Banana. Jak zwykle pękaty i wyższy ode mnie o głowę, jak to stwierdził Marzan
    „Gdyby Banan był warzywem, byłby dynią”, „Co ty powiesz, pietruszko” ja mu na
    to. Ubrany w czerwony sztormiak, który zapewne za pomocą delikatnej perswazji
    ściągnął w ciemnym zaułku z jakiegoś marynarza.. Cała życie w ochronie,
    stwierdził, że czas na zmiany. Jest teraz kierowcą nowoczesnej śmieciarki i w
    skłębionych mgłach przedświtu ściga po chodnikach zabłąkanych emerytów i
    oszalałe koty. Zaśmiałem się na to i mówię: Każdy chłopak w dzieciństwie o tym
    marzy, lepiej to już chyba tylko czołgiem…
    Nie żyje Czajnik, odpadł od jakiejś ściany na Kaukazie. Lepiej tak niż we
    własnym gównie na raka. Koleś był właścicielem pierwszego sklepu komiksowego w
    Trójmieście. Wędrowało się zapętlonymi korytarzami wrzeszczańskiego biurowca,
    wjeżdżało windami, i gdzieś tam pomiędzy pierwszymi rozbuchanymi firmami okresu
    transformacji i lokalami efemerycznych partii politycznych, był wciśnięty sklep
    Czajnika, do którego towar zwoził z Anglii i Niemiec. Kłębiliśmy się tam czasem
    w kilku, dodatkowo z babcią Czajnika i pochłanialiśmy „The Crow”, „Man in
    Black”, Spawn” czy pierwsze w naszym życiu hentai.
    Gdy rozbujani opuszczaliśmy  ciepłe
    wnętrze Strychu, wyszliśmy wprost na piętrzące się ku górze, żebrowane cielska gotenchwskich
    twin towers, w smugach deszczu i śniegu, wyglądały jak coś z „Obcego”, leże
    królowej kopca na tle pogrążonego w obłędzie nocnego nieba. Gdy potem
    przekraczałem podmokłą granicę Zaspy i Brzeźna, pękły chmury i wyjrzał księżyc.
    Na drogę przede mną padł mój wyraźny księżycowy cień.

    „Ciężko ranny kpt.
    Raginis podejmuje decyzję”

    Ledwie widzę na oczy. Dym
    przegryza wszystko.
    Straszny jest ten wrześniowy upał. Trzymam się zawleczki.
    To metalowe kółeczko pozwala mi zrozumieć kolej rzeczy.

    Idźcie już, chłopcy. Wy
    musicie przetrwać.
    Ja w tym schronie zaczekam na lepsze czasy.
    Idźcie już – ta cisza nie będzie trwać wiecznie

    (Boros)

    *

    Drim of
    californikejszon… nucił
    sobie przez sen, w cieniu  przy-
    tulnego  silosa  rosyjski pocisk
    transkontynentalny

    Historia zatacza koła.
    Być może kiedyś Władcy Czerwonej Europy kanonizują Lenina, tym bardziej, że
    przecież mają już relikwię. Życie zaś to jedna chwila, jak to nucił pijany
    kierowca buldożera, wjeżdżając do baru wegetariańskiego. Jesteśmy burzą w
    zamkniętym słoiku.
    Te i inne odkrywcze myśli płynęły nam nad głowami, gdy przysiedliśmy sobie
    kompanią na świeżym murku, oddzielającym wydmy od nowo powstającej promenady.
    Odchudzili nieco wydmy, żeby zmieściła się trasa rowerowa. Po koparkach można
    było obejrzeć ich przekrój i tu niespodzianka, wygląda na to, że wydmy w wielu miejscach
    pojawiły się dopiero po wojnie, a Brzeźno, wraz z domami i podwórkami sięgało
    samego morza. Pod warstwami zbitego, białego piasku pokruszona linia czerwonego
    gruzu i spalenizny. Gdzieniegdzie grubsza warstwa czarnoziemu z nieistniejącego
    ogródka, tyczki od pomidorów, kafle z pieca czy bruk uliczki. Trudno
    zobaczywszy coś podobnego nie popaść w lekką melancholię.
    Wczoraj byłem u dentysty. Znowu mnie cieli i wyciągali z dziąseł kawałki kości,
    32 szwy, na skołatanej duszy. Nadchodzi czas porcelanowego uzębienia, może
    zamówię sobie szczękę jak u rekina, to z pewnością urozmaiciłoby moje życie
    seksualne, już nie wspominając o załatwianiu rozlicznych, osiedlowych spraw,
    wystarczyłoby się ładnie uśmiechnąć.
    Kilka dni wcześniej zgubiłem w Przejściu Podziemnym 4 stówy. Skapowałem się po
    2 minutach, wróciłem… i znalazłem, ludzie kopali zwitek po posadzce, nikt z
    tłumu nie dostrzegł niemożliwego. To naprawdę cudowne jak ludzie nie potrafią
    dostrzec, tego czego się nie spodziewają. Dzięki temu właśnie przeżyłem 31 lat
    opierdzielając się po kątach.
    Ale wróćmy do murku. W dzień robotnicy przyczepiali do niego płyty piaskowca.
    To niewybaczalny błąd. Ktoś kto to projektował nie zdaje sobie najwyraźniej
    sprawy, gdzie mieszka, z drugiej strony może rzeczywiście to jakaś forma
    inteligencji człapiącej rodem z Warszawy. W każdym razie za rok, góra dwa
    płytki będą zachęcająco czarne z finezyjnymi szarozielonymi zaciekami. U nas
    grunt miewa 100% wilgotności.
    Nic to, zapijamy zmęczenie gruzińskim winem. Niebo migocze jak stroboskop, raz
    słońce i błękit, raz przytłaczająca szarość. Za tydzień w sobote spotkanie
    gratkowe po latach. W złym dniu i w złej godzinie. Każdy kolejny łyk sprawia,
    że mniej mnie boli.

    - Darzysz fakty dużym
    szacunkiem
    - Nie, nienawidzę ich, to wszystko co mam

    (Donaldson)

    *

    Człowiek nigdy nie uczy
    innych
    wszystkiego co sam umie…

    (Pratchett)

    Zagubieni w ciemnościach,
    gdzieś w parku w Brzeźnie, który noc zmieniła w nieskończony świat mroku i widm
    pni drzew. Ziejąc nieprzetrawionym alkoholem czekamy na dziurę w chmurach, by
    księżyc swym trupim blaskiem wyodrębnił nasze twarze z ciemności, by powołał
    nas do życia z ciemności.
    Echa daleko niosą się po betonach, drżą pośród uśpionych szyb. My zgarbione
    żywiołaki osiedli o świecących żyłach i oczach, w których w wyjątkowo
    ironicznych momentach dziejowych potrafi błysnąć czyste zło. Potrafimy
    zatrzymać się w pół kroku na piasku, i wsłuchiwać się w dźwięki muzyki niesione
    ponad wodami zatoki od WhiteTown, gdzie złota młodzież trawi srebro i platynę
    sekund, i pieniądze rodziców, nie czując jeszcze tej całej goryczy i bezczasu
    jaki te pieniądze kosztują. Granica wody u stóp, morze jak lustro i muzyka
    spośród dalekiej pastelowej mgiełki. Czasem czujemy się jak umarli obserwujący
    z drugiej strony Styksu nieświadomy świat.
    Jak wiele kosztuje nas utrzymanie myśli na wodzy, ta ekspresyjna równowaga
    samoświadomości, której nadmiar natychmiast rzuciłby nas w fale i wypełnił
    płuca słoną wodą.
    Czasem zabawna jest świadomość, że Sue Kwiat Paproci stojąc pośród piasków plaż
    WhiteTown miała w sobie to samo, gdy patrzyła przez wodę na połyskujące niczym
    garść klejnotów Brzeźno Wszystkich Żywiołaków. Potem zeszła z liny w powietrze,
    zeskoczyła z krawędzi, gubiąc ostatecznie równowagę. Pozostawiła zalaminowany
    dowód osobisty, papierowy dowód istnienia, wodorosty w długich, rudych włosach.

    Czasem jesienią gdy sztorm wyrywa oddech z płuc i niesie przez powietrze tysiąc
    lodowatych sztyletów myślę o tym jak przepłynęła zatokę i wyszła na jakiś
    odległy brzeg, a z jej ciała opadało ubranie jak zeschłe skorupy, gdy stawiała
    pierwsze kroki na dziewiczym piasku Dalekiego Kraju swego serca.
    Jedyne, co trzyma mnie tu jeszcze przy was to moja Pazurzasta Aleksandra,
    odrobina poczucia własności, garść ciekawości i uczucie, że nie byłoby fair tak
    się po prostu poddać. Niemniej coraz mniej mi zależy, coraz bardziej doskwiera,
    że zdecydowanie i siłę przenoszę na rzeczy, poluję na nie i cieszę się z samego
    ich posiadania. Tęsknię do czasu gdy wszystko było we mnie jak fale i tak
    naprawdę zależało mi by być po prostu z innymi.

    Z ciemności wyszła ona,
    by zamknąć jakiś związek.
    Podsyciła nieskończoność.

    (Majewski)

    *

    Za drzwiami kręcą się
    starsi, którzy spędzili ostatnie 25 godzin powracając z subkontynentu
    indyjskiego. Wyciągają z walizek łupy i poutykane wśród ciuchów opowieści.
    Podobno obok białego Tadź Machalu miał być drugi matowo czarny. Nie zdążono,
    dzieło pozostanie na zawsze niedopełnione a świat piękny w swym nieskończonym
    biegu ku doskonałości.
    Ostatecznie może to i lepiej, doskonałość to przecież ostateczna granica. Za
    nią nie ma nic, nic co można by jeszcze osiągnąć, nic za czym można by tęsknić.
    Doskonała jest śmierć.
    Ale od początku. Tydzień zaczął się przyziemnie, znaczy się je leżałem na
    ziemi, ewentualnie pełzałem sobie pojękując, tudzież charcząc. Od 11 lat nie
    miałem poważnego zatrucia żołądkowego, gdy więc się pojawiło to powetowało sobie
    za wszystkie czasy. Nie wiem, co to było, mało ostatnio jadłem, więc może pełen
    obiad i ciastka wszamane z okazji wizyty Pazurkowatej, okazały się zbyt wielkim
    obciążeniem, a może miało to związek z tymi „wczorajszymi” muszelkami z mięsem
    kurczaczym, które Lenn dała mi w słoiku po kremie? Któż to wie. Noc w każdym
    razie spędziłem upojnie na sedesie, dzierżąc bohatersko w drżących rękach
    przepełnioną miskę.
    Sobotę przeleżałem jak trup, w niedzielę zaś zwlokłem się z barłogu i zabrałem
    za mycie podłóg, dywanów, mebli i zmywanie fantazyjnych wzorków ze ścian. Potem
    poszedłem na umówione spotkanie do muzeum.
    Bujało mnie jeszcze dość widowiskowo. Rubensy i Memlingi migotały lekko w
    oczach, a ja spędzałem czas w upiornej ciszy koncentracji, żeby żadnego z
    nich  nie zarzygać. Mimo to wyjście było
    udane, choć potem w herbaciarni zabrakło mi odwagi by coś zamówić.
    Dotarłem od kolesi powracający z Irlandii na zew Tuska, replikę karabinu M-40
    naturalnej wielkości. Wtorek spędziłem na grabieniu liści i strzykawek w otoczenia
    domu, szybkim montażu 4 okien i wizycie u sióstr, gdzie obejrzeliśmy jakiś
    przeraźliwy, chiński film historyczny, w którym wszyscy mieli nieruchome
    twarze. Gdy wróciłem nie było prądu i przekroczyłem północ w pełgającym świetle
    15 świec.
    W środę dotarliśmy wreszcie punktualnie do herbaciarni. Ostatnio tak
    zapatrzyliśmy się ze Szponiastą w migoczącą, starą kopię Skrzypka na dachu, że
    spóźniliśmy się półtorej godziny. Awari zszokowała wszystkich przychodząc w
    krótkiej spódniczce, przyznać należy, że kończyny dolne ma jeszcze całkiem
    niezłe.
    Dzwonił Marzan, uczestniczył w jakiejś dyskusji o poezji z Odiją w Radiu Plus.
    To nowy cykl audycji, w których udział bierze publiczność. M mówi, że wchodzi
    sobie na salę patrzy a tam wpatrzeni w niego magnetycznym wzrokiem siedzą na
    widowni jego studenci… Mignął mi też gdzieś ostatnio w telewizji.
    Podobno Seba dowiedział się o naszym sprzeniewierstwie i widziano go ostatnio
    jak krążył z saperką po wydmach.
    Byliśmy z Pazurkowatą na „Mgle”. Amerykańskie filmy zawsze opierają się na indywidualizmie
    i przedsiębiorczości jednostki, w tym filmie właśnie te cechy prowadzą bohatera
    do upadku. Zdaje się, że miało nas to zaszokować, nie udało się. Za to można
    było się pośmiać z wrodzonego debilizmu amerykanów, którzy nie potrzebują wroga
    by mordować się i palić się żywcem.
    Przed kinem wpadliśmy na Kubika i Podwiązkę, co zdecydowanie uratowało dzień.
    Po 9 latach chodzenia zaczynają powoli myśleć o małżeństwie. Kątem oka spojrzałem
    na moją Lady, ale nie wyglądała na zachwyconą tą ideą, poza tym zdaje się że
    podobne rozwiązania nie leżą w jej naturze dzikiego drapieżnika.
    Koniec tygodnia przyniósł mi rodziców, oglądanie filmów i zdjęć oraz normalne
    jedzenie. I tyle, czas zacząć nowy.

    *

    Kupiłem sobie książkę. „Cyniczny podpułkownik Jerzy
    Grobicki, dowódca Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego, w
    najczarniejszych snach nie przypuszczał, że wraz ze swoją elitarną jednostką,
    zamiast w Afganistanie roku 2007, wyląduje pod Mokrą, w dniu 1 września 1939
    roku i z miejsca zostanie zaatakowany przez Wermacht”…
    O hosanno! Czytałem już podobne rzeczy pisane przez Flinta, Webera, Ringo czy
    Turtledove, ale zapewniam, podobna opowieść z naszej swojskiej perspektywy to
    zupełnie co innego, a teksty typu: „Huk wystrzału i ryk powietrza rozdzieranego
    przez ciężki pocisk kalibru 125 milimetrów prawie urwał mi głowę. Kurcewicz
    jak to Kurcewicz, efekciarz i pozer, zamiast podkalibrowego, który przez cienki
    pancerz starego transportera przeleciałby jak przez muślinową zasłonkę, użył
    pocisku odłamkowo-burzącego, w sam raz do rozbijania murów Bastylii”,
    rozczuliły moje stare, złe serce i wywoływały co i rusz łzy karmelowej
    rozkoszy  cieknące ciurkiem po
    policzkach..
    Taaak. Nad zachodnie ziemie II RP nadeszły gwałtowne opady płonących
    messerschmittów, a niemiecka posoka upstrzyła okoliczne lasy, stalowe gąsienice
    i reaktywne pancerze. Chyba miałem deficyt czegoś podobnego. W swoim czasie
    takim dziełem ku pokrzepieniu serc była króciutka „Noteka 2012”, ale dopiero teraz, gdy
    czule trzymam w rękach ów tom, wiem jak strasznie długo czekałem na coś
    podobnego. Miło odkryć w sobie w końcu jakiś narodowy kompleks.

    *

    Biały kamień. Z wyraźnym
    odciskiem muszli sprzed miliona lat. Gdy go rozbijasz, co niszczysz, kamień,
    czy mit?
    Wiosna uniosła szarą powiekę. Błękit runął na wszystko. Fala blasku i ciepła
    dotyka faktur powierzchni. Pod ich wpływem na wierzch wypływają barwy. Jestem
    wściekły i samotny, moja energia nie ma celu. Proza rzeczy zwykłych, ale
    koniecznych nie budzi we mnie zainteresowania. Przez to czuję się jeszcze
    bardziej obcy. Jeszcze mniej ludzki.
    Nocami uderza w nas wiatr. Deszcz tańczy po parapecie. Zwijam się w kręgu
    światła lampy. Czasem chciałbym być po prostu głupszy. Wiara to
    błogosławieństwo.
    Tymczasem upływający czas przyprawia mnie o spazmy wściekłości. Rzucam
    przedmiotami. Rzucam sobą. Rzucam słowa. Czasem żałuję.
    Kończę. Zostawiam to. Idę. Przehandlować kolejną minutę za haust powietrza.

    *


    • RSS