kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 4.2008

    Nie chcę sławy. Chcę
    nieśmiertelności. Nie chcę ambicji. Ambicja to bestia, która wszystko pożera i
    wiecznie pozostaje głodna. Mijam ceglaną podmurówkę, ziejące czernią otwory
    okien. Wokół rosną Jesiony Szwedzkie, mają korę szarą i gładką. Czuję się
    jakbym szedł pośród tłumu szaroskórych kobiet, które podążają wprost z
    „Jesteśmy snem” LeGuin, gdzieś w tył na podniebne łąki, ponad Akademią
    Medyczną. Te łąki są jak pasy startowe do nieba. Spojrzenie mknie ponad trawą by
    trafić nagle pomiędzy stado spłoszonych chmur.
    Idę lasem w drugą stronę. Niebo zostaje za plecami.  Ziemia przede mną nagle się urywa i 40 metrów niżej widać
    spiętrzone wzgórza dachówek, zaskakujące samo centrum Miasta, którego nie
    zapowiedział żaden dźwięk. Obok mnie staje kobieta, która napisała w nocy, że ”Już
    nie potrafi beze mnie żyć”. Trzymając się za ręce przekraczamy krawędź.

    *

    “Cosmopolitan”  sprzedaje 
    co  miesiąc
    średnio  120 000  egzemplarzy, a  czyta
    je  440 000  kobiet. Szansa, że żyjesz  z
    Cosmo-dziewczyną jest spora, a ryzyko,
    że po lekturze artykułu “99 dróg  do  ro-
    skoszy” ona  zrobi  ci w łóżku 
    krzywdę
    graniczy z pewnością…

    (Strona z gazety
    przywiana wiatrem)

    Szaleństwo rozbuchanej
    wiosennej pogody udzieliło mi się chyba, bo krążę ostatnio po okolicy
    przeczesując zapomniane kąty i lawirując pomiędzy licznymi ostatnio maszynami
    budowlanymi. Są chwile, kiedy wydaje mi się, że gram w Terminatorze a pod
    gąsienicami strzelają, nie archaiczne pokłady pustych butelek ale pożółkłe
    czaszki.
    Bruk pokrywa dawne gruntowe drogi, z ziemi wyrywane są tajemnicze przedmioty i
    łukowate, ceglane sklepienia dawnych podziemnych przejść i piwnic. Ostatnio
    Borys uratował skamieniały kawał drewna okręcony wrośniętym w niego drutem. Diabli
    wiedzą ile to ma lat, jak dla mnie wygląda jakby pochodziło z przed
    poprzedniego potopu. Wczoraj widziałem jak zszokowany operator koparki patrzył
    na łychę, która po lekkim zanurzeniu w ziemi wyciągnęła sploty starego drutu
    kolczastego, a na nich strzępki koloru feldgrau i coś co mogło być kośćmi.
    Moja teoria, że murki przy bulwarze mogą być elementami przyszłego systemu
    przeciwpowodziowego zdają się znajdywać potwierdzenie. Całe wydmy podniesiono
    średnio o metr a w wyjściach na plażę, w murkach zostawiono bruzdy z metalowymi
    szynami w środku, jakby po to by móc szybko wsunąć tam, od góry, płyty oporowe.
    To wszystko by tłumaczyło czemu murki mają tak głębokie fundamenty i szerokie
    łaty. Jak się nad tym zastanowić to jest to w sumie dość przerażające.
    Poniosło mnie też ostatnio do Letniewa. Podzamcze piekła, kraina zmarłych w
    pełnym słońcu. Ściany odrapane do kości i chodniki z wydeptanymi w nich
    szlakami. Widok z mostu na ogromne pobojowisko, na którym w grudniu zaczną lać
    fundamenty Baltic Areny. Po ostatnich dwóch latach, które pokrywała taka lekka
    mgiełka niezdecydowania, wszystko wokół zaczęło zmieniać się gwałtownie, jakby
    ktoś w końcu wypuścił to miasto na wolność.
    W niebo unosi się biały pył wzbijany spod kół, słońce wydobywa z wszystkiego
    kolory. Robi się gorąco.

    Zawsze  wściekły 
    na   zapas.
    Nieskazitelny jak jego szkice
    ołówkiem…

    (Grass)

    *

    Ojciec kropnął sarnę
    skodą. Oboje zdaje się przeżyli, stracił tylko lusterko. Zapada zmierzch.
    Przede mną rozżarza się koronka miast wzdłuż zatoki. Mam pepsi, lekkie myśli,
    krew na dziąsłach. Topię się w smaku Milki z kawałkami skórki pomarańczowej. Morze
    jest spokojne, niebo piękne, wzdłuż linii wody wędrują zakochani. Moment
    perfekcji.
    Są w moim życiu chwile, które staram się celowo zapamiętać.
    Późne, letnie popołudnie pod pomnikiem Westerplatte, gdy pomarańczowe światło
    zachodzącego słońca zmienia port w dole w złocistą impresję. Jest jeszcze
    komuna, w dole przepływa statek i jak każdy inny, mijając pomnik wyje syreną. Nagła
    dolina w dole, gdzieś za Nowym Sączem, wychodzę 
    spomiędzy drzew, w dole stogi siana i droga. Pastelowe dymy z kominów pod
    Masywem Śnieżnika. Zapach torowiska i pól w sierpniowym słońcu, po lewej równa
    jak nożem uciął granica Mławy. Leśna ścieżka pomiędzy Jelitkowem a Brzeźnem,
    gdy psy biegały wokół, co chwila sprawdzając czy im nie zginąłem, miałem
    pierwszą dziewczynę, pierwszą pracę i po raz pierwszy stanąłem otwarcie okoniem
    rodzicom, idąc pośród drzew, powiedziałem na głos, że “Właściwie to jestem
    szczęśliwy”. Noce, wiele nocy. I więcej i więcej.
    Co ciekawe moje najmocniejsze chwile przeżywałem z reguły w samotności i w
    plenerze. Bywali wokół mnie ludzie, ale nigdy nie przenikali we mnie zbyt
    głęboko. Pomijając banały i psychologiczne oczywistości. Sam nie wiem co to o
    mnie mówi.
    Po redzie przemyka stateczek pilota. Fale odkosu suną powoli ku brzegowi, jakby
    mogły tak przebyć tysiące mil, jakby miały nieskończoną ilość energii. Niedługo
    dotrą do brzegu i staną się słyszalne. Unoszę głowę, pojawiają się pierwsze
    gwiazdy. W powietrzu pachnie wiosną. Kończę, nadchodzi fala.

    Mieszkam w wysokiej wieży
    otoczonej fosą
    Mam parasol, który chroni mnie przed nocą

    (nie pamiętam kto)

    *

    -Pieprzę cię!
    -Och, tysiące tego próbowało, ale
      udało się tylko kilkuset…

    Kiedyś czytałem opowiadanie o gościu, który mógł między
    innymi manipulować czasem. Potrafił go spowalniać albo przyspieszać, np.
    spowalniał świat i szedł spacerkiem do odległych miejsc, nie przejmując się czy
    zdąży, a na zewnątrz ludzie wyczuwali jedynie potężny podmuch wiatru,
    ewentualnie nagłą stratę ręki, jeśli o kogoś niechcący zawadził. Zrobił wiele
    dobrego i złego i jak zwykle w takich sytuacjach raźno podążał drogą na
    zatracenie, aż spotkał kobietę o takich samych zdolnościach i książka stała się
    ogólnie, nieznośnie romantyczna. Teraz meritum do którego meandrując podążam.
    Oboje czuli się wyobcowani i samotni, rozumiani tylko przez tą drugą osobę,
    przyspieszyli więc cały świat wokół siebie setki razy i stali tak całując i
    przytulając się dłuższą chwilę. W końcu jednak powrócili do właściwego czasu.
    Okazało się, że minęły tysiące lat, specjalnie dla nich wokół wyburzono miasto
    i zbudowano wspaniały park, gdzie zakochani i samotni mogli przyjść, usiąść na
    ławeczce i obserwować ich trwające setki lat, powolne ruchy. Cały świat czekał
    i żył legendą ich powrotu.
    Tymczasem wracamy z łomotem do naszego czasu, matka ostrzy noże z dźwiękiem od
    którego mózg mi się kurczy i macha przez ucho białą flagą.. O wpół do drugiej w
    nocy smsowała Agentka by zdruzgotać mnie informacją, że dziś nie będzie jej w
    herbaciarni. Zaiste warto się było obudzić by się tego dowiedzieć.
    Pazurkowata ciągle zajęta, bo jakiś as przestworzy w jej uczelni orzekł, że
    studenci nie potrafią pisać i dopieprzyli jej referaty z każdego, pojedynczego
    przedmiotu. Jak nie pisze to czyta, praktycznie przestając żyć. Na nic nie ma
    czasu. W naszym wspaniałym kraju nawet archeolog nie jest po to by badać i
    odkrywać, tylko po to, żeby wytwarzać sterty niepotrzebnych świstków, gnijących
    potem tonami w archiwach. Od razu przypomina mi się Zwierzu, fizyk, liczyć,
    badać ok., ale pisać? Gość nie potrafi napisać poprawnego zdania po polsku, a
    na państwowej uczelni są przewidywane, zdaje się, cztery publikacje rocznie.
    Pachnie mi to z lekka bandą starych pryków, którzy załatwili sobie ciepłe
    posadki. Żeby nie robić niczego konkretnego piszą jakieś farmazony, by potem
    zamęczać nimi audytoria i spijać darmowe winko.

    *

    Wiecie dlaczego kobiety
    perfumują się,
    malują  i 
    chodzą  na  szpilkach? Bo są
    małe, brzydkie i śmierdzące.

    (Lenn)

    Stół mi się już z lekka
    lepił, na szczęście wczoraj wylało mi się trochę herbaty z cytryną i przy
    ścieraniu zadziałało jak rozpuszczalnik.
    Lenn miała w empiku najazd jakiś szych. Zawlokłem więc ją do herbaciarni w celu
    odstresowania, oczywiście nie było tak łatwo, bo mały złośliwiec ma tendencję
    do dryfowania w stronę wystaw, albo zapadania na niekończące się minuty w
    sklepie z olejkami, którymi obficie się namaszcza. Kiedyś skończy się to
    tragicznie, gdy ktoś rzuci w nią niedopałkiem.
    W herbaciarni jakiś podstarzały Angol śpiewał i grał na gitarze stare standardy.
    Lenn weszła w trans i zaczęła nucić, po chwili przyłączył się do niej typ ze
    stolika obok, a w końcu i sam Angol. Czułem się trochę jak w amerykańskim
    filmie, gdzie główny bohater biegnie ulicą śpiewając, a wszyscy wokół znają
    słowa i kroki. Odstresowywanie zakończyło się widowiskowo w Norce Lennonki (Tak
    mi też się skojarzyło), gdzie obejrzeliśmy „My sassy girl” zagryzając
    pizzowatym misterium grozy jakie Lenn stworzyła w swoim chimerycznym prodiżu.
    Zaś główna bohaterka wieczoru śmiejąc się i ślizgając na pizzy, usiłowała
    otwierać otwarte butelki. Obserwowaliśmy te wysiłki z naukowym
    zainteresowaniem.
    Wczoraj za to trafiłem na cmentarz. Został taki w Brzeźnie sprzed wymiany
    mieszkańców. Dotąd zawsze był za płotem, istniał więc w mojej świadomości jako
    cztery nadniszczone, betonowe filary dawnej bramy. Jeden zwieńczony
    pordzewiałym krzyżem, który przetrwał tam 90 lat i dwie wojny, ale nie
    złomiarzy. W każdym razie płot zniknął. Z doświadczenia wiem, że wydarzenia
    takie zwiastują rychłą zagładę danego obiektu. Gdy odchodzi stary właściciel,
    zabierając ze sobą wszystko, po ostatnią wiązkę siatki, oznacza to nadchodzący
    czas buldożerów.
    Oczywiście nie byłbym sobą gdybym tam nie wlazł. Lasek z niską ściółką,
    gdzieniegdzie spod trawy sterczą jak stare kości porozbijane płyty nagrobne.
    Dwa czy trzy odtworzone groby, ale bez napisów, po co drażnić miejscowe potwory
    językiem niemieckim. Dalej chaszcze, więcej kamiennych szczątków, potem
    jeziorko!!! Jak Boga kocham nigdy bym nie pomyślał, że mamy tu nawet i
    jeziorko. Dalej ruiny ośrodka wczasowego. Rozbity budynek jakby ktoś w niego
    strzelał, betonowe drogi, słupy, fundamenty baraków i słupki z resztkami
    kolczastego drutu. Jakbym patrzył na pozostałości obozu koncentracyjnego. Teraz
    staną tu hotele, w których brzeźnieńska brać kroić będzie przyjezdnych na Euro.

    Padał deszcz, a mnie oblazła jak jakieś czułe robactwo melancholia. Chodziłem
    pośród tych drzew i nagrobków strącając krople z pierwszych, świeżych listków i
    myślałem o przemijaniu. Tak wrócić po kilkudziesięciu latach do rodzinnego
    miasta i znaleźć w jego miejscu taki rzadki lasek i wystające gdzieniegdzie z
    ziemi obrobione kamienie.
    Szlus. Za moment przyjdzie Szponiasta, będziemy oglądać „Ranczo” z kasety i
    „Gatunek” z płyty. Mamy też w niecnych planach zrobienie dwóch jajecznic,
    jednej na pomidorach, drugiej z cebulką. Tu odgłos gromu, szatański chichot i
    krzyk: Stworzyłem potwora!!!

    Krzycz jakby ci miażdżyli
    głowę windą!
    Jakby ci przykładali do oczu druty wy-
    sokiego napięcia!!

    (Regge Rabbits)

    *

    Miałem  do  wyboru: 
    a) wykonać
    unik i kopnąć z półobrotu, b) dostać
    szponem w twarz i umrzeć…
    JEB!
    Mogłem wybrać a)…

    (jakiś kretyński film)

    Na zajęciach u Avatara przychodzi gość z wątrobą, kładzie na
    blacie, tnie na plastry i wyciąga dorodne okazy motylicy wątrobowej. Cisza,
    nagle ktoś z audytorium „Skąd pan to ma?. „To? A od rzeźnika tam za rogiem”.
    Podobno dorosłe formy są nieaktywne i nie szkodzą, więc nikt nie prowadzi badań
    w celu ich poszukiwania. Mówię wam, niewiedza to błogosławieństwo.
    Wczoraj nagrywałem ojcu drugą część XXX. Facet strzelał czołgiem z katapulty,
    ciekawe co dalej Batman u psychoanalityka czy Aliens vs Aniołki Czarliego.
    Marzan przebąkuje coś na liniach o męskim spotkaniu. Znaczy się chlanie,
    ułańska muzyka, rzyganie, przekleństwa i murzynka w torcie. Już nie mogę się
    doczekać. Idę stroić banjo.
    A poza tym co? Mgła. Ostatnio, znaczy dzisiaj koło drugiej w nocy, gdy
    spokojnie wracałem napierdolony jak ruski lotnik po plaży, z tej mgły wyskoczyła
    na mnie terenowa Toyota pełna karków i góralskiej muzyki. Ja pijany, znaczy się
    szaleńczo odważny, ale też cokolwiek znieczulony stanąłem tylko prowokacyjnie i
    spojrzałem z pogardą pomiędzy reflektory. Karki wykazały się refleksem i minęli
    mnie z lewej rozpryskując wodę i wykrzykując coś niepochlebnego pod moim
    adresem.
    A w ogóle to w powietrzu wisi jakieś szaleństwo, dwa dni temu znaleźli na
    wydmach ludzką rękę i nie było o tym nic w radiu, zobaczymy kto będzie wył do
    księżyca.

    „Kobieta”

    lata depilacji
    zbyt długich neuronów
    i tlenienia na blond
    istoty szarej

    narastają paranoją
    i wypływają
    co miesiąc

    czerwonym
    cichym
    szaleństwem

    (Lennonka)

    *

    -Nigdy nie wierzyłem w czarną
    magię…
    -Nie musisz ona i tak działa

    (Bryant)

    I oto znad oceanu nadlatują
    majestatycznie smoki. Jadły niedawno, więc weźcie lepiej parasole. W kole czasu
    jestem jak jesień. Mimo że piękna, schyłkowa i ospała jest procesem gwałtownej
    reakcji, diametralną przemianą świata. Jestem emocją  w milionie barw i odcieni. Ja nie muszę się
    bronić, ja atakuję.
    Miałem pisać dziś o Igrzyskach w Chinach, o tym, że żaden uczciwy czy religijny
    człowiek nie powinien ich popierać. Nie powinien wykupywać praw do transmisji,
    nie powinien wysyłać sportowców. Rzeźnicy powinni zrozumieć, że ludzkość nie
    jest całkowicie pragmatyczna i przeżarta hipokryzją, a protesty przeciwko
    pacyfikacji Tybetu, to nie takie tam sobie gadanie w niczym nie powiązane z
    praktyką, jak u nich. Trzeba dać im po kieszeni, sprawić by te wszystkie
    zakrwawione miliardy, które wydali poszły psu na budę.
    Niestety to tylko idealistyczne pierdolenie, nikt nie podskoczy chińczykom, przecież
    zainwestowaliśmy, przecież nam płacą. Etos świata zachodu jest żałosny.
    Dla mnie Tybet nigdy nie będzie chiński.
    Miałem napisać o tym znacznie więcej, ale przybyła Szponiasta, a przy niej
    znacznie trudniej jest mi przywołać gniew, dekoncentruje moją nienawiść. W
    takich warunkach nie da się zabijać, nawet słowem.

    Nie   jestem  
    sama.  Jest  ze  mną
    drzewo, wplatam  palce pomiędzy
    spętane gałęzie, i jest ze mną wiatr

    (Orinoko)

    *

    Jestem imperatorem zagubionych oddechów, pary wydostającej
    się z ust w zimne wieczory i osadzającej się szronem na anielskich skrzydłach.
    Jestem panem blokowisk pełznących wraz ze swą śpiącą zawartością ku linii
    przyboju. Praocean wspomnień jest letni i z lekka różowy. Ma konsystencję rzadkiej
    galaretki wirują w nim zawieszone wszystkie wspomnienia jakie kiedykolwiek
    zaistniały. Bloki pełzną chrzęszcząc spękanymi pancerzami betonowych płyt.
    Rozszczelniają się okna i pękają szyby, dzięki temu mam potem robotę. Tak
    bliskie spełnienia, zatrzymują się patrzą na różowiącą się na horyzoncie
    bezwzględną jutrzenkę. Ich masywne cielska przechodzi delikatne drżenie
    osypującego się tynku. Zawracają, wracają, odnajdują poszarpane fundamenty. Noc
    jest za krótka, ale jeśli kiedyś potrwa dłużej, jeśli słońce się spóźni, jeśli
    zajdzie za daleko… Wtedy milion osób obudzi się tylko na sekundę zalewana
    falą wspomnień. To będzie koniec, bo nic nie może istnieć w przeszłości.
    Stoję na asfaltowym jęzorze wylewającym się na plażę z brzeźnieńskiego parku.
    Za plecami mam czarne legiony drzew. Rzucam wyzwanie falom. Uderzają we mnie
    odliczając minuty, z sykiem wściekłości pchają ku mnie ziarenka piasku. Za mną
    czai się Brzeźno, najeżone pordzewiałymi lufami barierek, pełne osypujących się
    granatów szyszek, barier szyb, podszyte stuletnimi bunkrami, w których do
    dzisiaj znikają ludzie, pożarci przez ciemność.
    Strasznie mało mi trzeba. Ta chwila wypełnia wszystkie moje potrzeby, wszystkie
    trzy głody Guntera Grassa, wszelkie tajemnicze pustki Waisera Dawidka.
    Odwrócony tylko w jedną stronę, wyłapujący pojedyncze fotony, oparty plecami o
    ląd.
    Górą suną w milczeniu eskadry ptaków. Ruchome cienie na tle gwiazd. Radio
    podaje, że zachód pochłania fala mroku i na ulice wyjdzie wojsko. Podobno z
    wzgórz schodzi mgła, zajmując dzielnice po dzielnicy. Ja, ostatni pułkownik
    wymarłej armii, kłaniam ci się lekko odwieczny przeciwniku. Kłaniam się twym
    falom, milczeniu i głębokości. Zasługujesz na moją uwagę. Stawię Ci czoła.
    Zaraz wzejdzie słońce.

    *

    Dowódca   piechoty  
    morskiej  dźgnął
    Kancelistę bez słowa w nerkę kciukiem
    wielkości   sporego  kołka. Wykazując
    dziwną solidarność, skłóceni zazwyczaj
    przedstawiciele   kawalerii,  piechoty 
    i
    korpusu    inżyrenijnego    podtrzymali
    omdlałego  urzędnika, a  kilku 
    barczy-
    stych marynarzy zasłoniło natychmiast
    całą scenę przed oczyma cesarza.

    (Przechrzta)

    Magiel jest efemerydą.
    Teoretycznym poetą, który wydał naręcze tomików, które rozdawał dzielnie przy
    każdej okazji, każdemu, kto je chciał lub nie. Dbał też o odpowiednią ilość
    skandali: w restauracji, gdzie po jakiejś imprezie stołowali się poeci wywalił
    kutasa do talerza wypełnionego kotlecikiem, ziemniaczkami i sałatką i zaczął
    wydzierać się na kelnerkę „Żeby TO zabrała”. Klasycznie „szkodziło mu picie”,
    po paru głębszych potrafił wejść do kościoła i zacząć odprawiać mszę. Na
    ścianie trzymał rentgena z połamanymi żebrami swojej dziewczyny, które zresztą
    sam połamał. I co? I nic. Rozpływa się w stylistycznej mgle miasta. Wystarczyło
    trochę nie pisać, trochę się nie pokazywać. Ślad zostanie tylko w takich
    miejscach jak to, ale czy można być z tego dumnym?
    Tymczasem Marzan dzięki rosyjskiej Naszej Klasie odnalazł się ze swoją pierwszą
    miłością, jeszcze z czasów gdy mieszkał w Korei. Mówi, że uczy się rosyjskiego
    na nowo, bo zasób słów nastolatka nie dostaje do języka flirtu. Wspomina coś o
    wyjeździe do Tatarstanu. Niecierpliwie czekam na kartki spod Uralu.
    Tu należy wspomnieć, że parę lat temu, przez 2 czy 3 lata dostawałem kartki z
    całej Polski od Wuja Matta z Podróży, pisane charakterystycznym fraglesowskim
    stylem. Ja jako istota wolna i subtelna nie dociekałem specjalnie autora,
    przyjmując całą sprawę jako jeszcze jeden zadziwiający fakt, rozjaśniający moją
    mroczną egzystencję (…czy piszę jak emo?). Ostatnio do autorstwa przyznał się
    Marzan, a od Wuja Matta zacząłem dostawać smsy.
    Dwudziestego koncert Haydamaków w Uchu. Istnieje poważna możliwość mojego
    pojawienia się tam w zacnym celu picia po ukraińsku. Gotenhaven jest miastem z
    wszech miar obrzydliwym, ma jednak jeden ogromny plus, z każdego miejsca tej
    przyszłej, peryferyjnej dzielnicy Miasta blisko jest do morza. A nie ma
    lepszego miejsca do alkoholizowania się niż jego brzeg.
    Hmmm, tak sobie przeczytałem tą miłą i miodem płynącą notkę i stwierdzam, że
    mam chyba dziś jakiś kompleks. Nic to, jak to powiadał Pan Michał, na moment
    przed tym jak jego poszarpane flaki zaścieliły pięć kilometrów kwadratowych
    okolicy, zaraz pójdę na spacer, pooddycham wiosną, popełnię jakiś czyn karalny…

    *

    PS: Koncert Haydamaków został
    odwołany przez organizatorów.
    Z poważaniem, Lady Pazurek.

    *

    Moja gwiazdka;)

    - Jeśli chcesz, panie, mogę ukarać
      żonę. Dam  jej  parę  klapsów, a
      nawet ugryzę tu i ówdzie…
    - Twoje poświęcenie dla  imperium
      mnie wzrusza.

    (Prawie Przechrzta)

    Avatar nabyła drogą kupna czerwone szkła kontaktowe z pionowymi
    źrenicami. Ubierze do tego czerwoną kamizelkę, puści w tle nagranie
    bicia serca i przedstawi komisji maturalnej swoje opracowanie o
    wampirach. Szkoda, że za moich czasów tak nie było, pisaliśmy na
    maturze o miłości, pewnie bym przyszedł w podwiązkach, makijażu i
    polizał polonistę w płatek ucha…
    Lenn dementuje informacje, że jej kot ma grzybice. Ma pleśniawki.
    Właśnie widziałem zdjęcia z imprezy, rozjarzony bladą, etryczną łuną
    biały kot, oblizujący się czerwonym ozorkiem w bezpośredniej blizkości
    mojego plecaka. ARGH!  Już nigdy go nie nałożę. No chyba że po
    uprzednim wymoczeniu w ługu. Kota najlepiej też.
    Nadal nieznany jest los maszynki do golenia Marzana, która zniknęła
    tajemniczo w czasie imprezy. Ktoś zapobiegliwie odczepił od niej
    ostrze, żeby ewentualnie nie zarazić się od M jakimś grzybem, a resztę
    przyswoił sobie czule. Nabijaliśmy się ostatni z M w związku z tym,
    metodą „Wcale o tym nie mówimy”. Ostatnia zdaje się niewinna uwaga
    brzmiała: że powinien zagrać w reklamie Gillette.
    No nic idę teraz zajrzeć na blog Baj, która groziła pierwszego, że
    kończy pisać. Jeśli dotrzymała słowa to trzeba będzie wybrać się do
    Wawy i nakopać jej w ten jędrny tyłek.

    *  


    • RSS