kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 5.2008

    - Kiiissszczak, ja muszę posprzątać
      swój pokój!
    - Wrzuć granat i poczekaj.
    - A jak nie wybuchnie, to myślisz,
      że
    go tam znajdę?!

    (Ja i Dan)

    Tydzień temu dotarłem jak zwykle od długiego szeregu lat,
    pod Pomnik i przeżyłem wstrząs. W naszym miejscu, na naszych ławkach, pod
    naszym Pomnikiem zebrała się inna ekipa. To oczywiście nic niezwykłego, to jest
    miejsce stworzone do spotkań, jednak w mojej prywatnej duchowej krainie było to
    porównywalne z wybuchem Św. Heleny. Bo to było „Nasze” miejsce. Jeden z symboli
    Gratki, tego stowarzyszenia dusz, tej wspaniałej przystani wyrzutków, centrum,
    wokół którego zwijały się nasze losy jak miliard gwiazd wokół jądra galaktyki.
    A teraz to miejsce przestało być nasze a stało się czyjeś. Spotkania gratkowe
    wyczerpały się lata temu. Jedynie ja jeszcze przychodziłem tu regularnie co
    niedzielę wypełniając jakiś wyimaginowany obowiązek względem własnej pamięci.
    Tego dnia patrząc na tę obcą, roześmianą młodzież czułem jak coś się kończy.
    To naprawdę wielka rzecz ujrzeć na własne oczy Przemijanie.
    Może nie byłoby to takie mocne, gdyby nie połączyło się z innym, niedawnym
    szokiem. Przez ostatnie lata byłem mocno skoncentrowany na sobie i na tym co
    otacza mnie bezpośrednio i ostatnio, parę tygodni temu dostrzegłem jak zmieniło
    się postrzeganie mnie przez młodych ludzi. Nagle zobaczyłem, że nie jestem już
    jednym z nich, że zachowując się jak jeden z nich powoduję zdziwienie,
    zaniepokojenie, a cholera wie czy nawet nie zażenowanie. Nagle okazało się, że
    jestem starym zgredem, wyłączonym poza obieg młodości. Widziany z drugiego
    bieguna poczułem się delikatnie rzecz ujmując dziwnie, bo nie czuję w sobie by
    coś się zmieniło. Jak to kiedyś napisał Pratchett: Starość to ten moment gdy
    młody człowiek budzi się w starym ciele i pyta: co się do cholery stało?!!

    - A kim ty jesteś?
    - Ja? Nikim
    - I takie nic chce mnie pouczać?
    - Oczywiście. Nic jest synonimem wszystkiego.
      Gdy jesteś niczym możesz być wszystkim,
    nie
      widziałaś „Zagubionej autostrady”?

    (Ja i Żaneta)

    *

    Czy wam też na zajęciach
    wychowania  fizycznego
    kazali  robić  kurczaki?

    (Z serii egzystencjonalne pytania Lennonki)

    W Teksasie jakieś miejscowe leszcze siedziały sobie z piwem przy ognisku. Jednego użarło coś w plecy, postanowił się więc w nie podrapać. Nie mógł sięgnąć ręką, wziął więc to co miał pod ręką… a co ma każdy Teksańczyk pod ręką?! Właśnie, no i o jedną nerkę mniej.
    W tym tygodniu prawie nie spałem. W poniedziałek pracowałem, we wtorek czytałem po nocy. W środę miałem odespać, ale okazało się, że dla takich marnych, przychodzących zaledwie od czterech lat klientów nie ma miejsca w herbaciarni, bo nasz stolik komuś zarezerwowano, pokrążyliśmy więc po okolicy aż wylądowaliśmy na wielkim obżarstwie “Pod smokiem”, z radością skorzystałem z mikrych , dziewczyńskich żołądków i zżarłem łącznie trzy potrawy. Potem zaś jakoś tak spontanicznie, od słowa do słowa, wyruszyliśmy w daleką podróż do mitycznego Brzeźna, by zaopatrzywszy się w suchy prowiant i mokre picie, zapaść ostatecznie w mojej Twierdzy Cieni.
    Lenn przyniosła trochę filmów i spijając Adwokata z mlekiem i chrzęszcząc czipsami oglądaliśmy je do białego rana.
    Najpierw były “Opowieści z Ziemiomorza”, o rany, ktoś zrobił film dokładnie w klimacie książki: wooollllnnnny i sppoookkoooojny, nie wiem ile trwał ale nam wydawało się, że ze 4 godziny, potem był „Most do Terabithii”, który okazał się naprawdę fajny i zupełnie inny niż się wszyscy spodziewali.
    Świtało już gdy przed moją szafą pojawiły się dziewczyny, żądając koszulek na noc, no i debatowaliśmy z 15 minut: Nie ta. Ja chcę czarną! Kkkiiiszszczak, ale ta prześwitujeeee.
    Lenn umieściłem z Danem w łóżku moich starszych. Lenn zażądała miecza, żeby położyć na środku, ale zasugerowałem co się może stać jeśli przez sen przetoczy się po jego ostrzu. Na szczęście łóżko jest szerokie jak lotniskowiec, każde mogło więc znaleźć sobie jakiś zakamar. A i tak jak rano wyszli, to rechotali się z “mokrych bobrów”.
    Pazurzasta miała mszę na 9 a kładliśmy się koło 4, śniadanie robiłem jej więc w lekko nieprzytomnym widzie. Potem wstała reszta i spędziliśmy upojnie czas do południa studiując zawartość jednej z moich kaset z teledyskami. Okazało się, że jest tam między innymi bitwa z filmu “Megido”, której uporczywie a bezskutecznie szukałem już od jakiegoś czasu.
    Potem udali się na północ w kierunku tramwajowej pętli a ja popatrzyłem z okrąglaka jak szarpie nimi ciepły wiatr.
    W radiu podali, że rzucony w przestrzeni kosmicznej bumerang wrócił do rzucającego. Cholera, zawsze myślałem, że do tego potrzebne jest powietrze.

    - ten ser jest spleśniały
    - świetnie, bardzo lubię spleśniały ser
    - ten jest bardziej spleśniały niż pan lubi

    (Monty P)

    *

    Drogę przebiegł mi czarny kot i to tak, że nie było co się łudzić, jak zwykle, że nie był całkiem czarny albo szedł po prostu załatwiając swoje sprawy. Nie, ten był czarny jak grzech i czaił się za drzewem, tak by przebiec truchcikiem tuż przede mną. Potem jeszcze bezczelnie odwrócił się, że tak powiem, przez ramię, zerknął na mnie i zamiauczał.
    W trzy minuty potem schodząc z Mostu Głupoty trafiłem na dresiarza dobrotliwie bijącego dwóch rowerzystów.
    Gnojki minęli mnie na moście i tarabaniąc się na dół jeden z nich przyładował sprzętem w dresa, a tu sobota-wieczór, białe spodnie i plany kopulacyjno-towarzyskie. Kopał kolesia i nawalał pięścią, mocno ale z takim lekkim pobłażaniem, zupełnie bez agresji. Gdy typ zachwiał się na krawędzi murku, podtrzymał go i pełnym troski głosem ostrzegł: uważaj bo spadniesz. Potem kontynuował lekcję pytając o pieniądze i telefon, następnie wspiął się z rowerem i spuścił go z góry krzycząc “łap”.
    Następnie wskoczyłem w kępę drzew, z której wszelkie łaziki korzystają w celach fizjologicznych. Włażę, kroczę w skupieniu pośród produktów przemiany materii, rozpinam spodnie, wywalam pytona… Patrzę a tu z 20 centów przede mną kuca panna, w celach wiadomych, tak że miała moje przyległości akurat na wysokości zadania. Dzięki Bogom oboje obdarzeni byliśmy poczuciem humoru i nikt nikomu niczego nie odgryzł.
    Za zakrętem za to czaił się koncert organizowany przez Polibudę na Juwenalia. Musiałem obejść imprezę tyłem za basenem. Tak się akurat składało, że szedł tam sobie patrol policji. A że szli niewiele wolniej ode mnie, to gdy rozstąpili się by mnie przepuścić, przez moment szliśmy sobie równym rządkiem jak na patrolu. Nie muszę dodawać, że jako rasowy ulicznik miałem w tym towarzystwie zjeżone nawet takie włosy o jakich nie miałem pojęcia.
    Na końcu parku siedziały za to jakieś panny, które widząc, że obcinam je wzrokiem zaczęły wydawać zachęcające odgłosy:
    - Ej masz piwo?!
    - Wypiłem
    - A kasę?
    - Wydałem
    - A telefon?
    - Przepiłem
    A to wszystko dopiero wieczór.
    Ekipa zebrała się w herbaciarni. Najpierw pocwałowaliśmy do Zielonej Bramy, gdzie wystawiany jest Duda Gracz. Czadzik, bardzo obleśnie i po polsku. Awarji się nie podobało, nam bardzo. Z wybiciem 21 pojawiły się tańczące niewiasty oraz wychynął z pomroki dziejów Herr Kosiorek, niegdysiejszy klasowy Jonasz. W korytarzu Lenn odnalazła się jeszcze z Babuszką, którą niegdyś uwielbiałem irytować nawiązując do jej kresowej urody.
    Potem ściegami uliczek dotarliśmy do Żurawia. Zgubiliśmy po drodze Awarję, której tradycyjnie “Się Nie Chciało” i pod prąd rzeki wparowaliśmy na Dolne Miasto do Centrum Sztuki Współczesnej “Łaźnia”. Tak, byliśmy nocą na Dolnym Mieście. Nie, wróciliśmy wszyscy.
    W Łaźni pośród innych ekspozycji zdjęcia niesamowicie zaprojektowanych cmentarzy w Katyniu i Miednoje, zadziwiające maszyny i rzeźby. Sala pełna pustych bud i nasuwające się niepokojące pytania: Gdzie są te wszystkie psy. Poza tym niesamowite, nieoświetlone zakamary starego budynku, mroczne schody i sterczące znienacka metalowe elementy. Przed wejściem zaś w migoczącym świetle światełek jakaś postać owinięta folią na fotelu ginekologicznym. Postaliśmy chwilę zastanawiając się głośno, czy w ramach happeningu postać nagle nie zapłonie i zawróciliśmy w kierunku światła i centrum miasta. Po drodze przechodziliśmy pod Oddychającym Mostem. Jest tak zrobiony, że gdy coś po nim przejeżdża powstaje DŹWIĘK. Coś jak bicie ogromnego serca. Dolne Miasto, podmostowa pustynia i ten dźwięk, a te bydlęta w tym właśnie momencie przypominają mi “Projekt Monster”.
    W końcu Dwór Artusa. W środku bankiet, opowieści i przepych dawnego Miejskiego parlamentu. Krążyliśmy zadzierając głowy, pogłaskałem po wystawionym tyłku Dyla Sowizdrzała. Gdy wyszliśmy na zewnątrz czekał na nas zapach pierwszych kropel deszczu.
    Potem już tylko wina u Lennonki, talerz serów i pomidory. Teledyski Lady Punk i pokaz rozciągliwości zaserwowany przez dziewczyny. Lenn zrobiła ten numer z kolanami koło uszu, Szponiasta prezentowała szpagaty bez rozgrzewki. My z Danem prezentowaliśmy pociąg do wina i fety.
    Nocny pęd do domu. Drzwi zamknięte na zły zamek i przespanie dwóch ostatnich godzin do świtu na stercie gazet ułożonej na klatce. Ziemia spija ciepło i jest twarda. Dzień, który nadszedł był czysty i pełen energii. Poczułem, że żyję.

    *

    Nie miał czasu sprawdzać
    jakich
    zniszczeń dokonał, ale bestia za-
    wyła obiecująco…

    Hipotetyczny dzwon
    wybijał godzinę trzecią w nocy, gdy nad uśpionym Brzeźnem rozległ się zgodny
    chór jakiś świrów, śpiewających Mydełko Fa. Pamiętacie ten mega hit epoki
    transformacji?

    Chciałbym cię mydlić
    mydełkiem Fa
    Byłoby fajnie siabadabada
    Byłbym ci robił z mydła balony
    Byłbym szczęśliwy i zadowolony

    Ijoorrrrr! Aż się łza w
    oku kręci, sam nie wiem, z wzruszenia czy rozpaczy.
    Do Wawy oczywiście nie jadę, co wepchnęło mnie w lekki dołek i zaniżyło na
    jakiś czas moją samoocenę. Teraz przez dwa tygodnie będę Emo, muszę tylko
    odszukać odpowiednie płyty.
    Ostatnio pojawiają się znajomi, Struś Pędziwiatr wyskoczył lekko rozbujany z ogródka
    Maxa, gdy przecinałem linię kolejki. Wyskakuje, staje tak blisko, że muszę zadrzeć
    do góry łepetynę i pyta “Czy wiem kim jest”. No kurde tej blizny na pół paszczy
    nie da się zapomnieć. Jest teraz monterem w stoczni i właśnie pił ze swoim
    majstrem. W herbaciarni pojawił się Sigmar, aktualnie obywatel Hiszpanii.
    Kiedyś mroczny, metalowy młotodzierżca, obecnie z krótkim punkiem i wąsikiem,
    wygląda jak ci bezrobotni z przedmieść Sheffield z “Goło i wesoło”. Nie smakują
    mu hiszpańskie potrawy i nie lubi wina… chyba postanowił doskonalić tam swój
    charakter. Pokazał hiszpański dowód, w odpowiedzi dowody wyciągnęli wszyscy
    pozostali. Przechwyciłem kartoniki, złożyłem w talię i stwierdziłem, że mam
    trzy damy.
    Przez herbaciarnie przemknęła też Czarna Natalia, jeszcze piękniejsza niż
    kiedyś w splotach czarnych loków i z diabelskim błyskiem w migdałowych oczach.
    Poza tym wiosna. Umyłem więcej okien niż wyobrażałem sobie że mamy. Piasek na
    plaży robi się cieplejszy, zęby bolą słabiej za to regularnie i roboty jest
    tyle, że wieczorami ledwo się ruszam. Muszę znaleźć stałą pracę bo to
    bezrobocie mnie wykończy. Ćmi mnie każdy mięsień i kość z osobna, mógłbym grać
    na tym bólu jak na fortepianie.
    Kończę bo babka jęczy mi żebym znów powyrywał psu kleszcze. Zawsze je ma na
    brwiach i pysku, co dość jednoznacznie świadczy o tym, że głupie bydle pcha nos
    w nie swoje sprawy.

    Dobra,  zmieniamy 
    taktykę. Idziemy
    Prosto  na  stolicę, a jeśli napotkamy
    coś z czym nie będziemy mogli sobie
    poradzić, poradzimy sobie z tym.

    (Erikson)

    *

    Nie ma w nas  nic  kruchego.
    Życie   trwa  do 
    chwili   gdy
    musi   się   poddać, 
    a  nawet
    wtedy zdoła jeszcze zapewne
    splunąć w twarz  temu  co  je
    zabiło

    (Erikson)

    No i chuj. W pełnym słońcu, na soczystej trawie porastającej
    ziemną tamę Agentka zdecydowanym głosem ogłosiła prawdę objawioną: Jadę do
    Wawy, nawet sama, bez względu na wszystko! Ha, prawdziwa Madafaka, aż człowiek
    zadrżał i wstyd mu się zrobiło z powodu własnego niezdecydowania i starczego
    wytrząsania się nad ulotną mamoną. A wczoraj? A wczoraj: Nie jadę! A wiecie
    czemu? Bo bilety kosztują więcej o 30 zł. Do tego powiedziała to GŁOSEM, tak,
    właśnie tym, który wyszlifowała do ostrości obsydianu, który oddaje całą
    kwintesencję jej natury, tym który obraziłby bazalt. Głosem, który mówi całemu
    światu: Poddam się za wszelką cenę i marny los tego, kto stanie mi na drodze.
    Bogowie na dole i w lodowatych rubieżach stratosfery, jak ja czasem nienawidzę
    tej kobiety. To jedna z nielicznych osób, które potrafią wycisnąć jeszcze ze
    mnie to uczucie.
    Naprawdę moi drodzy, niech mnie ktoś uratuje i jedzie ze mną do tego
    przeklętego miasta, gdzieś nieopodal Skierniewic, bo nad moimi wyjazdami tam
    naprawdę ciąży jakaś klątwa. Wszystko mi zwisło, potrzebuję motywacji i
    towarzystwa. Jeśli na horyzoncie nie błyśnie zbroją jakiś rycerz na białym
    koniu albo jakaś piersiasta Xena, to przysięgam, że nie ruszę dupska z Brzeźna,
    pójdę na plażę, siądę w wodzie na granicy przyboju i będę pił przeklinając
    wszystkich po kolei i po imieniu. Potem pewnie przeziębię sobie nery i zdechnę
    w mękach rzucając niewypowiedziane klątwy na cały rodzaj ludzki.
    A tak poza tym to wszyscy zdrowi.
    Radio Zet podało właśnie wiadomość, że Brytyjskie Ministerstwo Obrony
    potwierdziło kilkanaście przypadków spotkania z UFO. Też coś, sam mógłbym to
    ogłosić. Często po tym co przywozi Seba widuję małe, szare ludziki, błyszczące
    tajemniczym światłem kule i inne takie.
    A jeśli chodzi o Sebę to dzwonił, jest gdzieś na środku Zatoki Biskajskiej,
    mówi, że w sumie nudy i oparzenia po kilku gorących momentach w komorze
    generatorów prawie się już zagoiły. Gdy widzieliśmy go ostatnim razem
    dostaliśmy fazy i nabijaliśmy się, że mamy do czynienia z Panamczykiem. To
    zabawne ilu ludzi nie orientuje się, że Polska teoretycznie posiadając parę
    tysięcy statków prawie ich nie ma, bo wszystkie rdzewieją sobie radośnie pod
    obcymi banderami. Zostały nam holowniki i może jakiś statek pożarniczy.
    Dobra starczy na dzisiaj. Idę gdzieś skanalizować nieco agresji. Szponiasta
    jest zajęta mrocznym zjawiskiem, znanym chińskim mędrcom jako Ses-Ja i nie ma
    ostatnio dla mnie czasu. A jak mogą potwierdzić miliony ofiar dyktatorów,
    zdobywców i tyranów a także wyborcy Kaczyńskich – niekochani mężczyźni są
    niebezpieczni.
    Na razie, idę zrobić komuś krzywdę.

    -Czy kwestionujesz moje zdanie?
    -Kwestionuję? Nie, czasami tylko
    je  sprawdzam,  jeśli 
    uważam, że
    powinienem je lepiej zrozumieć.

    (Erikson)

    *

    Dawniej z drewna budowano
    okręty, dziś robi się papier. Papierowe okręty, jak z wierszy madmuazel
    Milewskiej o włosach jak pszenny wodospad.
    Nauka jest systemem wierzeń. Kolejną religią bazującą na domniemaniach i
    ignorującą każdy fakt, który narusza spójność wizji. Fundamentalistyczny system
    wierzeń, żyjący podskórnym strachem przed niestałością fundamentów. Jak
    wielokrotnie pokazało życie – łatwiej kogoś zniszczyć niż przekonać.
    Gorące niedzielne popołudnie zastało nas zgrzanych, oblepionych potem i liśćmi,
    strącających z siebie grona kleszczy, sączących piwo na tamie nieopodal Kolbud.
    W dole za naszymi plecami, jakieś laski wędkowały wystawiając do słońca uda, i
    doprawdy trudno orzec, która czynność była dla nich bardziej absorbująca. Nad
    nami krążył myszołów, Dan dyskutował zawzięcie z Krzyśkiem, Agentka żuła, woda
    płynęła leniwie a Meave spoczywała w świeżej trawce wystawiając ku niebu biust,
    zresztą jeden z lepszych jakie w życiu widziałem, stały element dusznych snów
    połowy ochroniarzy z Empiku.
    Gdy dowlekliśmy się do Kolbud, przeżyłem mały szok, bo spodziewałem się
    miasteczka, a zastałem wioseczkę. Obżarliśmy się tam pizzą, ładując się na
    jakieś „janiołkowe” przyjęcie. Nazwa wzięła się z tego, że jak byłem mały…
    Tak byłem mały, w każdym razie, gdy byłem… młodszy, moja uczynna rodzina
    wcisnęła mi kit, że te dziewuszki w białych sukieneczkach i wiankach to
    aniołki, w co przez wiele lat święcie wierzyłem.
    W każdym razie, gdy wędrowaliśmy do autobusu mijał nas pewien, młody człowiek w
    garniturku testując z poważną miną, świeżo uzyskany rower.
    Siedemnastego jest noc muzeów w Wawie i najprawdopodobniej wyprawię się tam z
    Agentką. Rozsiejemy tam śmiercionośnego wirusa w centrum handlowym, zdemolujemy
    mieszkanie Zwierzom, zakosimy nocą czołg z Muzeum Wojska Polskiego i porzucimy
    go w sieni u Bajki.

    Tylko spójrz na te kury.
    To ty będziesz
    z nimi spał na dole. Wydziobią  ci oczy.
    Zło  wzmacniało  się 
    w  nich  przez nie-
    zliczone pokolenia hodowli, aż wreszcie
    ich  maleńkie  jak 
    groszek  mózgi  prze-
    rodziły  się  w 
    węzły  skondensowanej
    nienawiści…

    (Erikson)

    *

    -To dość dziwny wybór
    -Nie zwykłem dokonywać innych

    (Erikson)

    Ostatnio dotarło do nas Cynamonowe rodzeństwo. Oboje są
    harcerzami, Cynamom nawet jakąś szychą. Dogonili nas, gdy spoczywaliśmy w
    ruinie na wydmach wznosząc toasty za dobrą drogę, sunących z pobliskiego
    wejścia do portu masowców. Byli niedawno na jakimś międzynarodowym zjeździe
    skautów, a że harcerze w serduszkach niosą myśl braterską i skumulowany
    altruizm, to przywieźli nam dwie dwulitrowe flachy Tokaju i półkilowy owczy
    ser. Myśmy konsumowali a Cynamon opowiadał o zjeździe i przygodach jakiejś
    ekipy, która spłynęła Wartą, na własnoręcznie skleconej tratwie.
    Tokaj zagrał w żyłach spotkawszy tam przedtem, zasiedziałą już, gościnną
    Żołądkową Gorzką, a zew przygody wypełnił serce. Do tego jeszcze Cynamonka,
    niezła siedemnastka, zaczęła opowiadać o mrocznej grozie wolontariatu na Dolnej
    Oruni. Kurcze pamiętam ją jako małą, zalęknioną siksę, wiecznie milczącą i
    gapiącą się z kąta oczyma jak talerze, a teraz po dwóch latach w mundurze mamy
    wyszczekaną szprychę, która potrafi przegonić stado potworów z odrapanej bramy,
    tak, że odchodząc gorączkowo powtarzają „przepraszamy, przepraszamy”.
    Z harcerzy ludzie się śmieją, bo im się wydaje, że harcerz to typ w krótkich
    gaciach, układający drewniane strzałki w lesie. Tymczasem Cynamon jest specem
    od reklamy w prywatnej firmie, gdzie zarabia w miesiąc więcej niż ja w rok. A
    zaczynaliśmy przecież tak samo, jako dwa prześladowane na szkolnych korytarzach
    grubasy.
    Czasem szkoda mi tego harcerstwa. Poszedłem w swoim czasie własną drogą, choć
    nie do końca dobrowolnie, (Miało to związek z KBKSem i płonącą sześciometrowym
    płomieniem kuchnią od której zajęła się sosna) postawiłem na miejską
    partyzantkę, na wędrówki podszewką Miasta i grzebaniu się w jego oślizgłych
    tajemnicach. I chodź mam przyjaciół i bywa, że okrutnie nabijam się z
    „Ciapciaków”, to czasem ciągnie mnie do lasu, albo na pokład. Czasem brakuje mi
    sztandaru powiewającego nad głową.
    A jeśli ktoś ma chęć i czas, to we wtorek Phantom organizuje spacer szlakiem
    gdańskich fortyfikacji. Zbiórka o 17:30 pod Neptunem. Przewiduje się
    trzydziestometrowe podejścia odradzam więc szpilki.

    *

    Nadchodzę…
    Seba-Spójrzcie tylko na te posuwiste
              ruchy i sprężysty chód!
    Borys-Błysk w oku drapieżcy…
    Seba-Precyzję ruchu gdy sięga po
             nie swoją puszkę z piwem…
    Borys-Oto Kiszczak w samym środku
              Brzeźna. Oto bestia w naturalnym
              otoczeniu…
    Seba-I co ty na to Kiszczaku?
    Ja-Mraauuuu!

    Wuj Szponiastej brał
    udział w walkach o Berlin i był świadkiem kulminacyjnego momentu umieszczania
    flag na Bramie Brandenburskiej. Najpierw wyrwał Polak, biegnie z flagą a tu go
    PACH! Ruscy, padł. Zaraz zerwał się Rusek, biegnie z flagą a tu go PACH! Nasi,
    i tak kilka razy. Potem jakoś się w końcu dogadali, ale polska flaga, obok
    ruskiej, powiewała nad Berlinem tylko kilka godzin. Janka Kosa z czapką
    rotmistrza nie zauważono.
    Skończył się Długi Łikend i od razu się rozpogodziło. Wczoraj zniosłem 40 kilo
    gazet z Niedźwiednika przez Wrzeszcz. Pięknie popękały mi od tego żyłki na
    ramionach i pod pachami. Chyba zacznę tę metodę reklamować jako alternatywę
    tatuażu. Z drugiej strony wyglądam jakbym popękał i miały mi odpaść ręce. Dziś
    od rana przedzieram się przez tą hałdę papieru, walcząc dzielnie z mistrzami
    felietonu i gdańską debatą na temat wieżowców.
    Ostatnio przeglądałem też „Śliską stertkę” czyli zbiorek zdobycznej pornografii
    i trafiłem na zdjęcia laski kropka w kropkę jak Bajka. Tylko oczywiście trochę
    bardziej nagą, rozrzuconą po okolicy i obficie oblaną oliwą. Chyba dam to
    Lennonce, razem z jakimś pismem dla dewiantów pełnego murzynek z podczepionymi,
    plastikowymi kutasami, jurnych kobiet w ciąży i innych amatorów złotego
    deszczu. Niech to podłoży komuś do torby z Empiku. Będzie heca.
    No bo co? Jak stwierdził ostatnio Profesor L czasie wykładu na filozofii UG:
    …bo czymże jest masturbacja? To ręka w służbie wyobraźni…
    Dziś ma wpaść Tau, która naczytała się mojego bloga i koniecznie zapragnęła
    przygód. Zabieram ją więc na umarły cmentarz i inne mętne odmęty brzeźnieńskich
    wymiarów. Muszę ją tyko trzymać z dala od plaży bo tam przedłużają sobie ostatnio
    majówkę znajome potwory, które na mój widok wydają z siebie nieartykułowane
    okrzyki i ciskają we mnie puszkami i butelkami, czasami nawet pełnymi, te
    łapię.
    I tyle, biorę się za gazety. Mam taką cichą ambicję przejrzeć je do wieczora.

    Ona jest chora
    psychicznie!!!
    Ale jak pięknie pachnie…

    (Dr House)

    *

    Tjall, widok nadlatującego
    Kiszczaka  byłby  ostatnią
    rzeczą jaką  byś  zobaczył
    na tym świecie.

    Spacja mi lata. Chyba niepotrzebnie rzucałem wczoraj
    klawiaturą o blat. Potem miałem do ułożenia puzzle z literkami. Przy okazji odnalazło
    się kilka zagubionych niegdyś przedmiotów.
    Poza tym odczuwam ostatnio głęboką potrzebę rozjechania kogoś spychaczem, parę
    razy. Zrobienia kilku wiraży i nagłych hamowań. Co zrobić, gdy nie ma chętnych,
    znajomi nieomylnie rozpoznają symptomy i chowają się po bramach. Nawet Agentka
    zwiała w góry. Cierpią więc przedmioty.
    A skąd ten nastrój? Diabli wiedzą (oni na pewno), załóżmy bezpiecznie że mózg
    mi menstruuje, albo co. Mam okres, wiec jeśli kogoś zabiję to każdy sąd mnie
    uniewinni. Są chętni?
    Zaraz ruszam do miasta. Może po drodze trafią się jacyś jechowi, to
    poprzekonuję ich by zaczęli oddawać cześć Niosącemu Światło i jego piekielnym
    kohortom. Przydałaby się tylko jakaś broszurka, może „Szubienica”, z osobistą
    adnotacją Azazela.
    Arrrr! Krwi i panienek…

    *

    Dopiero gdy przychodzi
    burza i słychać jak odgłos gromu tłucze się tysiącem ech w wielowarstwowej
    przestrzeni, człowiek uświadamia sobie jak ogromne jest niebo.
    Czy wy też macie takie muzyczne kawałki, które spetryfikowały wam jakiś ściśle
    określony moment? To co widziały oczy, czuła skóra, to co się słyszało,
    zapachy, temperaturę, uczucia…
    Pada. Po piekielnym początku na tygodnia na trasie, to wręcz bolesna ulga.
    Twarz i ręce mam sfajczone, nogi ukiszone w glanach. Wiem, powinienem kupić
    jakieś lżejsze buty na lato, ale jakoś mi szkoda rozstawać z tym, że teraz
    jestem wyższy i taki przystojny. Z drugiej strony, jak tak dalej pójdzie, to
    będę wyższy, przystojny i wykrzywiony grymasem bólu.
    Pod empikiem koło dworca musi być jakaś żyła wodna, bo jak się tam za długo
    siedzi to człowiek zaczyna odlatywać. Ja gdy jestem wyjątkowo zużyty, a zagadam
    się z Lennonką, to czasem bujam się tak z lekka na granicy omdlenia. No i
    wszedłem tam ostatnio taki wysmażony i lekko półmiękki. Odpływam, koncentruję
    się na zmysłach, podpieram o szafkę i ogólnie staram się skoncentrować na
    rzeczywistości, a Lenn opowiada dzieje swojego kota, który ma ruję co dwa
    tygodnie. Tak stoję i słucham, a ona opowiada, że zaniesie bestię do
    sterylizacji, i że widziała książkę, i zdjęcia, te małe rozprute brzuszki, i te
    małe wycięte maciczki… a ja czuję jak umysł wyrywa mi się z pęt ciała i
    galopuje na soczyste łąki abstrakcji.
    Wiecie istnieją jednak na świecie rzeczy zadziwiające, np. „ładny zapach
    zaprawy do kafelków”. Tak naszło mnie to, gdy mijałem Castoramę i wiatr zawiał
    w moją stronę. I to fakt, zawsze bardziej lubiłem Ceresit, który ładnie pachnie
    od Atlasu, który w praktyce jest lepszy. To czasem przerażające jak bardzo
    rządzą nami emocje.
    Kupiłem nowy Heavy Metal zamiast zapłacić za telefon. Musiałem w środku były
    dwa komiksy, które podpalały mi duszę.
    Oglądaliście Con Air? Tam miejscowy psychopata amator tłumaczy, co to jest
    ironia: Jest to banda idiotów śpiewająca na pokładzie samolotu piosenkę
    zespołu, który zginął w katastrofie lotniczej. Doświadczyłem czegoś podobnego:
    Facet pod czterdziestkę, w starej, spranej, czarnej koszulce, z rysunkiem
    zaciśniętej pięści i napisem „No
    future”, pchający spacerówkę z dzieckiem.
    Zauważyłem, że gromadzę coraz więcej zdjęć ludzi, jakby nagle miało ich
    zabraknąć.

    To życie, ten świat,
    nigdy nie był naszym
    Domem. To tylko przystanek po drodze

    *


    • RSS