kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 6.2008

    Siły ciemności  nie 
    lubią
    Gdy wszystko jest jasne

    (Dan)

    Wczoraj była impreza z
    okazji czterolecia herbaciarni. Lud zwalił się tłumnie, z czym pewnie miało coś
    wspólnego to, że tego wieczora wszystko miało być za darmo. Kolejne postacie
    wynurzały się z kurtyny deszczu za drzwiami. Światła wygaszono, zapalono za to
    kilkadziesiąt małych świeczuszek. Konsumowaliśmy srogo, usiłując w jeden
    wieczór nadrobić 4 lata bezwzględnego wyzysku. Przetestowaliśmy wszystkie
    najdroższe kawy z likierami i drinki po kilkanaście złotych. Opychaliśmy się
    lodowymi deserami, szarlotkami i pistacjami. Do tego były butle wina,
    donoszonego natychmiast gdy w poprzedniej flaszce ukazało się dno, piwsko no i
    oczywiście herbaty. Było fajnie, świece i deszcz, sprawiły, że było tłoczno i
    przytulnie. Pazurkowata przylgnęła do mnie chwytem koali, a Awari, choć raz na
    nic nie narzekała. Gdy wracałem pośród nocy, natknąłem się na granicy
    Najwspanialszej Dzielnicy Świata na znajomków, którzy przybyli właśnie ze
    Szkocji i celebrowali to z pomocą Wiśniowej Klasyki. Ugościli mnie oczywiście
    dlatego teraz z imprezy herbacianej jestem w stanie przytoczyć, drżące oderwane
    od kontekstu obrazy, np: moją rozmowę z dwoma wesołymi gejami, Dana który przybył
    lekko zamyślony z krainy alkoholu i RPG, czy też moment, w którym nagle się
    zorientowałem, że jestem zamknięty w ciasnym kiblu z wielkim, łysym,
    wytatuowanym facetem. Na szczęście on krzyczał głośniej niż ja.
    Dziewczyny wpadły na pomysł, że na pożegnanie Szponiastej zabierzemy ją do kina
    na „Wanted”. Wspaniały pomysł, tyle, że miałem akurat w kieszeni 3 złote, była
    23 i pojawił się mały problem z kasellą na bilety. Męczyło mnie to przez połowę
    drogi do domu, ale jak już wspomniałem napotkałem ziomków i od butelki do
    butelki, doszliśmy do stanu, w którym młodzi mężczyźni ujawniają drzemiące w
    nich pokłady szaleństwa i czynić poczynają rzeczy straszne a wspaniałe. My zaczęliśmy
    grać w noża, i nie, nikt nie stracił palców u nóg, chociaż Szpunt biegał przez
    dobrą chwilę chichocząc z majcherem sterczącym z glana. Od słowa do słowa zaczęliśmy
    się zakładać i rzucać do starego dowodu Jareczka, który umieściliśmy na
    pobliskim klonie (Zabrakło portretów przodków). Normalnie rzucam nożem jak
    noga, wszyscy o tym wiedzą. Trafiam nawet w cel, ale zazwyczaj rączką a nie
    ostrzem. Broniłem się więc przed udziałem w zabawie, jednak po kolejnej flaszce
    znajomi moi kochani, sądząc, że robią mi psikusa namówili mnie w końcu. No i
    rzuciłem, bujając się na miękkich nogach i chyba nawet nie patrząc, a rano w
    kieszeni znalazłem sto złotych. Chyba będę musiał zadzwonić i zapytać jak mi
    poszło.
    Teraz kończę, bo ranek jest z typu tych po których piszą w gazetach: „Zatłukł
    rodzinę kartonem od mleka, po czym oblał się oliwką dla niemowląt i podpalił”
    albo „Poćwiartował teściową skrobaczką do kartofli”. Ostatni łyk zielonej
    herbatki i ruszam wkurzać świat.

    Tymczasem obiekt podrapał
    się ze stoickim
    spokojem  trzecią,  zaprzednią, 
    lewą, tylną
    łapą  za 
    środkowym  uchem,  jednocześnie
    z  namaszczeniem dłubiąc sobie  końcówką
    ogona w zębach, skąd wysypywały się
    jakieś sporawe niewiadomocosie.

    (Void)

    *

    - O idzie Dan
    - To nie mogę go widzieć
    - Dlaczego?
    - Bo ostatnio powiedział:
      Do zobaczenia
      w sierpniu…

    (My)

    Za tydzień mam ślub
    kuzyna, nie mam kasy na prezent i nie mieszczę się w czarne spodnie. Lady
    Pazurek jedzie na sześć tygodni na praktyki na jakąś pipidówę koło Wawy i też
    nie widomo czy uda jej się dotrzeć na ślub, bo komunikacja jest tam raczej
    teoretyczna. Na dwa dni przed ślubem idę wyrwać ostatni ząb, znaczy na imprezie
    będę pogięty z bólu, no bo przecież nie wezmę tabletek pod wódkę, już nie
    wspominając o tym, że z tą cieknącą dziurą zjedzenie czegokolwiek zmieni się w
    piekło. Okazało się, że nie za bardzo da się zmienić termin. Zresztą co ja się
    przejmuję, na to też nie mam kasy. Baj pisze, że za nami tęskni, a ja nie mam jak
    jej odpisać. Dzwonić nie chcę bo nie potrafię rozmawiać z nią tak, żeby nie
    wyjść na nawiedzonego egocentryka. Do tego już jest czas rachunków i znów muszę
    zarabiać te setki złotych dla kogoś. Itd. Itp. Zrzędu zrzędu…
    Dobra starczy (chyba uwiąd). Po prostu mi się już nic nie chce. Budzę się
    zmęczony i jakoś ostatnio brakuje mi jakiejkolwiek motywacji. Może skorzystam z
    wyjazdu Małej i udam się na te półtora miesiąca do lasu, zarosnę, pokryję się
    warstwą jedną i drugą, pośpię pod sosną, albo może pojeżdżę sobie pociągami. Muszę
    się choć na chwile od tego wszystkiego odciąć, choć na chwilę zmienić ciąg
    myślenia, bo zaczynam się czuć jakbym w pełnym słońcu wędrował przez równiny
    popiołu. Muszę choć na moment odstawić tę sztuczną nadbudowę, którą nazywamy “codziennością”
    i pobyć trochę człowiekiem.

    Przeszkody “Nie do
    przejścia”, jak wiadomo
    Dzielą się na: A. Można ominąć. B. Da się coś
    Zrobić. C. I tak nie uciekniesz…

    (Void)

    *

    Co łączy anioła i diabła?
    Obaj są wierzący

    Wracaliśmy o świcie. O
    trzeciej niebo jest świeże i przesiąknięte światłem. Smugi chmur mają tą
    głęboką srebrzystość platyny, a myśli po nieprzespanej nocy stają się
    wolniejsze i specyficzne. Zabrałem Szponiastą na Długą, chciałem jej pokazać
    jak wygląda miasto o świcie, puste i rozświetlone wewnętrznym blaskiem, ale
    okazało się, że tamten świat minął. O trzeciej ruch samochodowy jest już jak w
    dzień a ulice pełne ludzi. Może to i dobrze, że po dziesięcioleciach komuszego
    zlodowacenia nocne życie powraca, ale jak każdy zysk i ten ma swoją cenę.
    Gdy tak o tym myślę, to wydaje mi się, że moje dzieciństwo przypadło na
    najlepsze dla dziecka czasy. Lata 80 gdy wszędzie wkradła się sepia i szarość,
    a wszystko wokół pokryło się już pewną warstewką kurzu i zieleni. Miasto
    wypełniały ogromne opuszczone tereny, pośród których znajdowało się jakieś
    ruiny, piwnice czy fascynujące przedmioty. Pamiętam gdy kopałem w piasku pod
    schodami i znalazłem pierwszą stłuczoną skorupę jakiegoś bibelotu. Kopałem tam
    przez trzy kolejne dni, aż odnalazłem wszystkie kawałki. Czułem się jakbym
    odkopywał Pompeje. Podwórka były dzikie, pełne wraków, spiętrzonych, starych
    materiałów budowlanych. Nikt nie myślał o czyjejś własności. Wędrowało się na
    skos, przełażąc przez kolejne płoty. Gdy odnajdywało się coś, opuszczoną
    ciepłownię, działa na kępie, czy stary sad w środku lasu to były to prawdziwe
    odkrycia, ponieważ wszystko to zostało dawno zapomniane i pojawiała się tam
    tylko nieliczna grupka wtajemniczonych. I jeszcze to, poczucie wspólnoty z
    jakimiś anonimowymi łazikami, których nigdy nie widziało się na oczy, ale
    których obecność była wyczuwalna poprzez jakąś zagubioną butelkę, czy
    niewyraźną ścieżkę. Żyło się jakby w świecie Tolkiena, gdzie pośród zieleni
    niespodziewanie trafia się na posąg czy ruiny miasta. Ślady dawno minionej
    świetności, które pokrył czas i tajemnica.
    Teraz ludzie są bardziej ruchliwi, mniej się boją. Wszędzie rozszerzają się
    nowe dzielnice. Czasami to powraca. Nawet teraz, choć już nieco inaczej.
    Wracamy, a tu na tle nieba rysuje się coś. Patrzę i myślę, kuźwa, co oni
    zbudowali nowy wieżowiec gdy nie patrzyłem? Okazało się że nieopodal Raduni
    zbudowali wielkie, zadaszone rusztowanie nad starym domem, zdjęli z niego dach
    i najwyraźniej będą go podwyższać o dwa piętra. Nareszcie. Budynki „na
    zakręcie” to zagospodarowane kikuty po wypalonych eklektycznych pałacach, które
    stały tam przed wojną. Miło wiedzieć, że ktoś ma jeszcze miasto w żyłach .

    Najskuteczniejszy sposób
    zniszczenia więzi:
    Obstawanie przy swoim

    *

    Człowiek staje się milszy gdy
    spadnie niżej. Widzi wtedy
    więcej

    Dag Hammarskjodl pisał w „Drogowskazach”, że człowiek nawet
    najbardziej aktywny, jeśli nigdy nie zbliżył się do drugiego, ma uczucie
    obracania się w świecie nierzeczywistym. Przekonuje mnie to. Czym mniej zostaje
    mi znajomych tym bardziej narasta we mnie pewność, nie uczucie, pewność, że
    obracam się w środku jakiejś onirycznej opowieści, której autor niespecjalnie
    wie dokąd podąża fabuła. Mam też dość niemiłe uczucie, że tym autorem mogę
    okazać się ja.
    O drugiej obudziła mnie burza. Usiadłem półprzytomny na łóżku wsłuchując się w
    bicie deszczu i trzaski przepięć w elektronice, przy każdej kolejnej
    błyskawicy. Zupełnie jakby cały dom kulił się ze strachu. Wieczorem dokonałem
    niemiłego odkrycia nad umywalką pełną krwi. No dobra, przesadziłem, nie wiem
    nawet czy mam tyle krwi by wypełnić umywalkę. W każdym razie krwią była pokryta
    dość dokładnie. Okazało się, że ten ból paraliżujący mi pół twarzy od tygodnia,
    to nie od gojących się ran po zębach, tylko rana po znieczuleniu. Jak kobita
    mnie nakłuwała to trafiła w jakieś naczynko czy inne ścięgno. W każdym razie
    chlapnęło na pół gabinetu. W natłoku kolejnych wrażeń zapomniałem o tym, aż do
    chwili gdy zahaczyłem wczoraj szczoteczką o strup. Wyobraźcie sobie ten moment
    gdy spluwacie pastą do umywalki a tu chlap czerwono i do tego jeszcze posoka
    ciurkiem leje się z ust.
    Na zewnątrz leje z męczącą regularnością. Wczoraj w sumie nie robiłem nic,
    czytałem złe książki i grałem w Europę. Trochę popomagałem babce, choć to już
    trochę bezwiednie. Babka jest tak absorbująca, że człowiek nawet nie czuje
    kiedy wpływa na jej orbitę.
    A poza tym agent Bolek, a jak wiadomo gdzie Bolek tam i jego brat Lolek,
    próbuje odsunąć uwagę od swej agenturalnej przeszłości i kieruje podejrzenia na
    Wałęsę. Niestety Wałęsa nie jest miłym, stetryczałym dziadkiem i jak pierdolnie
    w stół to wyskakuje kornik jak wół. Aż miło popatrzeć jak kolejne pokolenia
    Hist(o-e)ryków z Instytutu Prześladowań Narodowych łamią sobie na nim zęby.
    Szczerze mu kibicuję. Wciąż żyję nadzieją, że dwumetrowe potwory będą testować
    jędrność zwieraczy Kaczorów i Ziobry.

    Stefan! Stefan! Pod łóżkiem piszczy mysz!
    I co mam zrobić, naoliwić ją?

    *

    Wchodzi   facet 
    do  apteki
    I  cichutkim  głosem 
    mówi:
    - Poproszę Nerwosol…
    - Co proszę?
    - NERWOSOL, KURWA!

    Amerykanie kręcą
    ‘Hyperiona”. Biblia duszy, rozrywająca na strzępy impresja, opowieść opowieści.
    Reżyserować będzie Scorseze, ale osobiście wątpię czy istnieje ktoś kto
    potrafiłby przetłumaczyć tę książkę na obraz. Chyba, że wujek Chyżwar sam
    pofatyguje się by dopilnować sprawy…
    Na zewnątrz otworzyły się spusty nieba, miliard ciężkich kropli uderzał w
    zgodnym rytmie, pięć razy na minutę. Staliśmy z Pazurzastą w Brzeźnieńskim
    Samie razem z tłumkiem ludzi skupionych przy drzwiach i czekających na dziurę w
    chmurach. Grzmiało. Zawsze gdy grzmi, a nie chce mi się rozłączać całej
    elektryki w domu, pocieszam się, że wokół jest kilkanaście wyższych budynków,
    ze stalową latarnią morską włącznie, i jakby miało walnąć to w wiele innych
    celów do wyboru. Nagle, gdy tak staliśmy, w oku wykwitł mi powidok białej smugi
    i na chodniku pośród placu rozbłysła różowa gwiazda. Łoskot uderzył w ścianę
    sklepu i w nas, dzwoniąc wokół szybami. Po kałużach przebiegł pierścień fali
    uderzeniowej.
    Ktoś krzyknął, że walnęło w drzewo, pod którymś ktoś stał. Bardzo po polsku, od
    razu najgorszy wariant. Ktoś inny stwierdził, że to petarda, to mnie z kolei
    rozbawiło, ludzie gdy nie mogą w coś uwierzyć usiłują to zracjonalizować.
    A tak poza tym: Howard, why? – For money! Myślę, że tego Euro nie zapomnimy bardzo długo, a już szczególnie meczu z
    Austrią. Jak po meczu pokazali Tuska, to stwierdził z mordem w oczach, że tego
    sędziego to by zabił. No i od razu przyznali Howardowi ochronę. Miło wiedzieć,
    że ktoś traktuje nas poważnie.
    Byliśmy na drugiej Narni, klimatycznie i pięknie, ale znowu, jak za pierwszym
    razem, do kręcenia bitwy powinni zatrudnić drugiego reżysera, bo ten gość od
    nastroju i widoczków nigdy zdaje się nie słyszał o dynamicznej pracy kamery. Po
    raz pierwszy też wylądowaliśmy w złowieszczym domostwie Dana. Wąskie, strome
    schody, mnóstwo, ciemnych zakamarów, widok z okna wprost na wierzę Polibudy. Ujrzeliśmy
    też w końcu Ciotkę Dana, której mroczne atrybuty wielokrotnie opisywał. Kto by
    pomyślał, że takie pokłady nihilistycznych namiętności mogą się pomieścić w tej
    maleńkiej starowince. Nie pokazał nam niestety pokoju z fortepianem, ten dom
    musi zakrzywiać czasoprzestrzeń, bo cały wydaje się niewiele szerszy niż
    fortepian. No i nie zobaczyliśmy pokoju słuchającego radia gołębia, który
    siedzi tam za każdym razem gdy się zajrzy i w sumie tak do końca nie wiadomo
    czym się żywi.

    Każdy paznokieć kobiety z
    Statuy
    Wolności waży 50 kg.

    (CKM)

    *

    - Piekli dzika, ale on
    nie miał nóg!
    - Pewnie  wbiegł  na 
    jedną  z min
     talerzowych rozłożonych  wokół
     ośrodka, 
    potem  leżał  tak sobie
     wymachując  kikutami, 
    dzięki
     czemu 
    dłużej  był  świeży.

    (ja i Lenn czyli zwykłe
    potworów rozmowy)

    Tylko 1300 dolarów
    kosztuje w Kambodży rozstrzelanie krowy… z granatnika RPG. To taka luźna
    sugestia dla Lennonki z jej migrującą fobią związaną z dzikami. Czasem mam
    wrażenie, że widzi je wszędzie, jak skradają się za nią na czubkach racic
    ulicami, wyglądają ze świńskim uśmiechem zza winkla. Wszędzie widzi ich małe
    pożądliwe oczka i słyszy porozumiewawcze chrząknięcia. Spróbujcie ją w tej
    sytuacji zaciągnąć do lasu.
    Pogoda była średnia, wiatr niósł luźne ławice deszczu. Krople uderzały w dach
    liści, zostawiały drżące linie na stalowej pokrywie morza. Przekraczaliśmy cieniste
    doliny pełne powalonych drzew, wspinaliśmy się na strome stoki pocięte liniami
    okopów. Mech pokrywał ziemię i betonowe kopuły bunkrów strzeleckich. Na
    szczytach wzgórz zaś czaiły się działa, mierząc smukłymi lufami w przeszłość.
    Spotkaliśmy się na molo w Orłowie. Siedzieliśmy tam ze Szponiastą patrząc na
    kolejne pary młode robiące sobie zdjęcia na tle morza. Wyglądało to cokolwiek
    hurtowo. W końcu dotarli Chwila i Dan, i mogliśmy ruszyć podsypaną ostatnio
    piaskiem plażą w kierunku Gdyni. Poczekaliśmy aż zza stoku wynurzyły się Sea
    Towers i skręciliśmy w jedną z mrocznych dolin przecinających klif. Potem była
    i wspinaczka i staczanie się w wirujących chmurach sypkiego piasku. Działami
    wyraźnie ktoś się w końcu zaopiekował. Bunkry sprzątnięto, armaty pomalowano,
    ustawiono nawet tablicę z planem rozmieszczenia baterii. Rozczarowało mnie to
    trochę. Zaginęła dawna dzikość tego miejsca, widoki zarosły, ścieżki się
    rozszerzyły. Wędrowałem przez okolicę, ale chyba bardziej byłem w tej krainie,
    która pozostała jeszcze ukryta w mojej głowie.
    Z Gdyni wypłynął ten turystyczny pseudogaleon. „One zawsze nadpływają z lewej”
    zaśmiał się Dan. Racja, w każdym świecie i w każdym filmie. Z wysokości 40 metrów sunący bez
    żagli po szarej tafli żaglowiec wyglądał jak widmo z opowieści.
    Gdy ostatecznie dotarliśmy do Sopotu, Dan z Chwilą zabrali nas do fenomenalnej
    knajpki niedaleko dworca. Tak wyglądałaby knajpa gdybym ja ją prowadził.
    Mnóstwo zadziwiających gratów i mebli, zakamarki, masa książek rozmieszczonych
    w najbardziej niespodziewanych miejscach. Żarówki, nie świecące, ale żarzące
    się właśnie, stare wojskowe radiostacje i landszafty, na których dopisano dymki
    z tekstami. Wybaczcie, że nie podam koordynatów, ale chcę zachować to miejsce
    dla ludzi, których sam zechcę tam zaprowadzić.
    Potem Chwila ruszyła do Wawy, Dan odprowadził ją do torów. Ja zgubiłem
    Szponiastą na pętli w Jelitkowie i przez puste, pachnące lasy dotarłem do
    macierzy wszystkich Kiszczaków. Było mi naprawdę dobrze, świat był pozbawiony
    ludzi, środki przeciwbólowe działały. Cisza była wokół i we mnie.

    To właśnie cały nasz
    profesor. Wiosną
    słucha  pierwszego ptaka i chce zrobić
    mu sekcję…

    (Williamson)

    *

    Z listów do redakcji:
    - Mimo, że przemywałam pochwę
     po stosunku coca colą zaszłam w
     ciążę, dlaczego?
    - Żadna  irygacja  przed 
    ciążą  nie
     chroni…
    Pewnie nie wstrząsnęła butelką…

    (Dziunia, Lekarz, Ja)

    Nigdy, powtarzam nigdy
    więcej nie będę pił z psychopatami. Człowiek sobie siedzi, grzeje na słoneczku,
    patrzy pogodnie na świat, a tu taki psychopata, który ukrywał się dotychczas w
    formie dobrego znajomego, unosi swój wraży łeb i robi coś śmiertelnie
    niespodziewanego. Takoż i zalegliśmy z Cieniastym i Pultyną na jednym z
    nadkruszonych wsporników dawnego dźwigu, któryż to ślad pośród gęstych chaszczy
    świadczy, że niegdyś właśnie, tu nad rzeką rozciągał się najprawdziwszy port.
    Słoneczko zniżało się powoli ku liniom linii. Robiło się złoto, pokrewne żury
    delektowały się atmosferą co parę kolejnych metrów.
    Mieliśmy dwie flaszencje wina, co w związku z jedną napoczętą uprzednio w
    knajpie miło się sumowało. Mieliśmy też wafelki, które przywieźli mi z Mławy
    oraz truskawki, nie zapominajmy o truskawkach. Mechanika przypadku jak zwykle
    objęła mnie czułem ramieniem i szepnęła “teraz”, pociągnąwszy przedostatni łyk
    trunku podałem butelkę Cieniastemu. Oczywiście dokładnie w tym momencie zza
    krzaka wychynęła straż miejska. My byliśmy grzeczni, oni mili no i udało się zmniejszyć
    klasyfikację czynu na śmiecenie, co kosztowało o połowę mniej. Straż ruszyła i
    wszystko byłoby cudownie gdyby nie Pultyna. Od rana miała migrujące ADHD,
    słowotok i ogólnie frywolny kurs na samozniszczenie.
    No więc rzuciła truskawką. Ale nie po prostu rzuciła, ona RZUCIŁA, pełen
    pogardliwej nonszalancji olimpijski zamach, wielgachna truskawa mknąca przez
    eter w kierunku strażników. Zanim skończyłem ten opis rzuciła już drugą. Należy
    zaznaczyć, że aż do tej chwili nie zareagowaliśmy. Wiecie to jedna z tych
    sytuacji kiedy mija chwila zanim człowiek sobie uświadomi, że to się dzieje
    naprawdę.
    W każdym razie zdążyłem powiedzieć “Przestań”.
    Nawet jeśli strażnicy postanowili zignorować ten pocisk to Pultyna zdołała
    jeszcze cisnąć trzeci, który przeleciał chyba już tak blisko, że poczuli
    powiew. W każdym razie wrócili. No i był drugi mandat za śmiecenie. Nie
    mogliśmy się nawet za bardzo wyłgać, bo gdy byli tu poprzednim razem P pochwaliła
    się tymi cholernymi truskawkami, jedną nawet podniosła i lubieżnie obracała za
    ogonek.
    Jako jedyny, który jeszcze nie dostał mandatu zaproponowałem ostrożnie abyśmy
    ostatnią butlę skonsumowali w ogródku herbaciarni, kupując dla porządku po
    kielichu wińska na miejscu. Tam też nastąpiła ostateczna erupcja wulkanu
    Pultyna. O czym może opowiedzieć solidnie posiniaczony Cieniasty i imponujące
    smugi po winie barwiące okolicę.
    Do ogólnej katastrofy doliczyć jeszcze można telefon Pultyniastej do mamy, bo
    nadmienić należy, że cała sytuacja z truskawkami rozbawiła ją setnie i
    postanowiła się swoim osiągnięciem pochwalić. Mamy to nie rozbawiło, usłyszała
    raczej słowo “mandat”, a zaraz potem “Kiszczak”, bo miałem tego pecha, że z
    obecnych zna moje nazwisko. Mama obiecała, że gdy mnie spotka to rozerwie mnie
    na strzępy. Mam tam u nich być w niedzielę.

    No nareszcie mam wakacje,
    ale co
    ja  będę 
    robiła?…  najpierw  będę
    długo spać, a potem sobie poleżę…

    (Lady Pazurek)

    *

    …widzisz tą
    czterometrową
    wierzbę za płotem? Jest taka
    rozwidlona. To mój  starszy
    wbił kiedyś sobie patyk jako
    podpórkę pod wędkę.

    (Krzysiek)

    Czy wierzysz w tę
    ciemność? Czy potrafisz poczuć oddech wieczności? Czy gwiazdy to okna, w
    których pali się światło, tak, że widać, że „są w domu”? Czy warto odpowiadać
    na bezcelowe pytania?
    Wczoraj padające iskry ze spawarki spaliły mi zarost na prawym policzku i
    musiałem zjechać wszystko na okrągło maszynką. Patrzę na swoją zakrytą zwykle
    twarz. Zniknęła ostatnia resztka dziecięcych rysów. Zastanawiam się, czy
    ukrywam tę twarz przed sobą czy przed czasem.

    Nie chciało mi się
    dzisiaj spać. Czytałem książkę za książką. Brytyjski niszczyciel rakietowy z 21
    wieku płynie na spotkanie zespołu prowadzonego przez superpancernik Tirpitz, a
    osłania go polski dywizjon 303. Krwawa łaźnia, atomowy wyścig. Pociski Laval
    równające z ziemią
    Pearl Harbor i niewidzialne dla radarów trimarany wrośnięte w
    syberyjski lód.
    Dziś czeka mnie bieg przez dzielnice. I stopniowanie. Stopniowanie jest wtedy
    gdy zaczynając dzień z 20 zł usiłuję go skończyć z kilkuset, znaczy poluję aż
    znajdę monetę wartą 70 zł, ale sprzedawaną przez kogoś za 15. Potem sprzedaję
    monetę za 60 i kupuję za to stertę starych komiksów Relaxów, od człowieka który
    myśli, że robi dobry interes. Jadę do kolesia, który pchnie to na Allegro za
    300 ale mi da 200 itd. Dużo biegania i niepewności i ten dreszcz polowania na
    różnice w świadomości. Ktoś kiedyś powiedział, że wiedza to potęga…
    Byliśmy ostatnio na grillu u Krzyśków. Była konsumpcja w rajskiej dekoracji
    ogrodu. Sto żab i milion komarów. Opowieści i strzelanie do puszki z wiatrówki,
    kiedy to snajperem tygodnia okazała się niespodziewanie Szponiasta. Za kanałem
    nowy płot i tereny przeznaczone dla wysiedleńców z Letniewa, którym na głowę
    spadła Baltic Arena. Równe smugi piaszczystych dróg podążających w kierunku
    dalekiego, stalowego cielska rafinerii, przy nich jak nagrobki w równych
    rzędach skrzynki z prądem. Gdy jechaliśmy do domu, właśnie skończył się mecz.
    Ludzie w tramwaju płakali.

    W wodzie z kranu jest wszystko
    co potrzeba do życia… istotom
    żyjącym w wodzie z kranu.

    (Dan)

    *

    Otwieram okno. Wpada
    ciepło…  i kot.

    (Lady Pazurek)

    Od 10 lat nie ukończyłem żadnego
    rysunku. Rysuję, coś rozprasza mnie na moment, albo nagle brakuje duchowego
    paliwa, wracam potem do kartki, patrzę, i widzę, że jest dobre. I koniec, boję
    się narysować kolejną kreskę, by nie zniszczyła harmonii tego co już jest.
    Wędrowaliśmy jakiś czas temu Jarem Raduni. Są tam takie wcinające się głęboko w
    ląd zatoczki, w które przy wyższym poziomie wody wiatr zagania śmieci. Potem
    woda opada i pośród zwartej zieleni człowiek nagle trafia na plastikowy
    pancerz. Taka plastikowa butelka w sprzyjających warunkach może się rozkładać
    4000 lat. Zaczęliśmy snuć z Danem wizje, że ktoś wypił taką Ice Tea, zakręcił
    butelkę i wyrzucił. Otoczyły ją mokre papiery i szmaty, skamieniały, a za
    dziesięć milionów lat, ktoś wykrywa w skale inkluzję w kształcie butelki i bada
    zawarte w niej powietrze. Skład naszej atmosfery i oddechu bezimiennej osoby.
    Wczoraj zabrałem Szponiastą na pucharkowe lody i spacer po rozsłonecznionym
    mieście. Patrzyliśmy na świat z Góry Gradowej i wysiadywaliśmy na osmołowanych
    deskach nabrzeży Ołowianki. Na palu ktoś ustawił kieliszek z resztką wina. Stał
    tam łapiąc złoty blask zachodzącego słońca. Lekko surrealistyczny w tle
    poruszających się drobnych fal.

    W sądzie na ławie
    oskarżonych
    siedzi  mrówka   podejrzana 
    o
    zabójstwo  słonia.  Lew-sędzia
    pyta: Dlaczego  oskarżona  do-
    konała  tej  zbrodni?
    Mrówka  opuszcza   głowę,
    milczy chwilę w końcu  patrzy
    na sędziego i mówi:
    Prawo Dżungli…

    (Metro)

    *

    Co mają wspólnego ze sobą

    miasta Hiroszima i Teheran?
    na razie nic…

    (CKM)

    Policja w Bukareszcie
    urządza obławy w metrze na Tajemniczą Striptizerkę. Dziewczyna wkracza do
    wagonu, odpala muzykę i urządza profesjonalny pokaz wykorzystując liczne rury i
    pasażerów, następnie zbiera datki w pończochę i odziana jedynie w kusy
    płaszczyk opuszcza ruchomą scenę. Policja ma spory problem bo większość
    przesłuchiwanych świadków twierdzi, że nic nie widziała, uśmiechając się jednak
    przy tym błogo…
    Ja za to w domu miałem ptaka. Tak mi coś ćwierkało, że w końcu skapowałem, że
    jakoś tak za głośno. Udałem się więc na rekonesans na południowy-wschód od
    okrąglaka i na palmie odkryłem coś małego, pierzastego i nieproporcjonalnie do
    wyglądu głośnego. Na początku usiłowałem go namówić, żeby wlazł mi na palec,
    tak jak to Lennonka robi z muchami, ale bestia przestraszyła się i smyrgnęła do
    okrąglaka, gdzie rozpłaszczyła się na szybie. Drugi raz się już nie bawiłem
    tylko ująłem potwora delikatnie w dłonie i wyniosłem na balkon. Potem wydzierał
    się z ocalałej topoli i sam nie wiem czy mi dziękował czy mnie przeklinał.
    A właśnie. Na początku tygodnia przybyła „Zieleń” i ścięła kolejne dwie topole.
    Teraz z początkowych 8 zostały mi za płotem 2, a i na tych już widać
    oznaki choroby. Pamiętam jak ryliśmy z ojcem dziury w gruzie gdy je sadziliśmy.
    Teraz gdy padały pnie trząsł się cały dom.
    Na jesieni posadzimy parę brzóz, mniej chorują i są bardziej odporne na
    zwiększającą się temperaturę.
    Wczoraj poszliśmy na spacer Doliną Radości z Phantomem i wesołą ferajną z jego
    Forum. Wspinaliśmy się po szyszkach na trzydziestometrowe zbocza, żeby oglądać
    rozliczne kamienie z napisami czy resztki skoczni narciarskiej. Część ekipy
    odpadła po pierwszym wzgórzu, na którym była kamienna tablica, ku pamięci
    jakiegoś niemieckiego skoczka narciarskiego, który skręcił tu sobie kark w 40
    roku, może miało to związek z tym, że jedna lasia wyruszyła na wyprawę w lasy w
    sandałkach. Był za to typ z rowerem i wnosił ze sobą ten rower po stokach o
    nachyleniu 70°. Ciągle żartowaliśmy, że za to na dół może sobie zjechać.
    Słońce długo zachodziło i przez las rozciągały się smugi złotego światła,
    którego kolor tak strasznie lubię. Pośród zieleni połyskiwały strumienie i
    stawy, weszliśmy nawet na Wzgórze Danza, które przed pierwszą wojną leśnik Danz
    tak obsadził, że jesienią żółknące brzozy pośród świerków tworzyły na zboczu
    ogromny napis: Jego imię i datę.
    Zakończyliśmy w oliwskim EL Paso, płucząc gardziołko zimnym piwskiem i zagryzając
    naczos w topionym serze i z papryczkami. Papryczki nasączali chyba napalmem,
    żułem ostrożnie jedną stroną bo na początku tygodnia bohatersko usunąłem sobie
    dwa najbardziej zniszczone zęby i pięcioletnie złoża ropy z niekończącego się
    zapalenia przestąpiły w końcu brzegi i obrzydzały mi każde pojedyncze
    przełknięcie śliny. Mam teraz piękną trzycentymetrową bliznę na dziąśle. W
    sumie to oscyluję cały czas z lekka na granicy szaleństwa bo ledwo ból się
    kończył to zaczęła się druga faza… 
    swędzenie.

    Do eleganckiej
    restauracji wchodzi
    klient. Przychodzi kelner i pyta:
    - Czym mogę panu służyć?
    - Hm, jestem ciekaw jak przy-
      gotowujecie kurczaki?
    - Jak je przygotowujemy?
     Nie mamy jakiegoś szczególnego
     sposobu. Po prostu mówimy im
     „dziś umrzecie ptaszyska”

    *


    • RSS