kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 7.2008

    Samotność czeka na raj,
    cierpliwie w przedsionku
    i czesze włosy przed lu-
    strem, dłougie  proste
    włosy. 

    (Wiedemann)

    Piękna pogoda wszystko schnie. Śnią mi się przerdzewiałe wraki statków leżące na pustyni. Leżę w ich cieniu i odczytuję sanskryt chmur.
    Jarmark w tym roku jest jakiś taki słabszy i biedniejszy. Widomy znak dotyku władz, pewnie ustalili jakieś regulacje no i nie ma trzech-czwartych interesujących stoisk, które jeszcze dało się znaleźć w zeszłym roku. Zastanawiam się czy w dobie obciążeń budżetowych spowodowanych przez Euro, nie jest to jakiś widowiskowy sposób na finansowe samobójstwo władz Miasta. Może są już tak znużeni rządzeniem, że podświadomie prowokują jakegoś solidnego, społecznego kopa w dupę.
    A może to po prostu dlatego, że był wtorek a artyleria wyjedzie dopiero w łikend.
    Jutro zaczynam kolejną robotę. Remont piwnic. Kraina gdzybów i starych, metalowych regałów o morderczych skłonnościach. Znów przez dwa dni nie będę widział słońca. W niedzielę być może wybiorę się z Gwardią Phantoma 35 kilo wzdłóż Wisły. Marsz pośród szumiących traw porastających wały bywa czymś niesamowitym.
    Odliczam dni do powrotu Szponiastej. Każdy kolejny dzień przybliża koniec tych moich „100 lat samotności”.
    Ze znajomymi odwiedzam różne zadziwiające miejsca i konsumuję w wilgotnych głębiach aromatyczne owoce z dna baniaka z winem. Myślę o niebieskich migdałach i za mało cierpię żeby dobrze pisać.
    A tak poza tym dowiedziałem się gdzie mieszka Jacek Kurski i aktualnie jestem bardzo zajęty wyrobem napalmu.

    Herr Majer
    niczym poeta romantyczny
    w rozchełstanej, białej koszuli
    z bokobrodami

    lodówka mruczy 
    swoje murmurando

    biedna kuchnia
    w fazie larwalnej
    mały kot, małe dziecko
    i żona nosząca
    w sobie rys konkretu

    pijemy piwo

    za oknem przesuwa się świat
    tramwaje się przesuwają
    mija czas

    piwo gasi ból mięśni
    ból duszy
    i łagodzi chropowaty
    upływ minut

    gdzieś w środku
    rodzi się muzyka

    *

    Ja  do  Szponiastej – Zabierz  nóżkę
    Dan – To nie jest nóżka, to kończyna
    kopacza…

    W Gotenhaven jakieś typy ganiały po kościele z fajfusami na wierzchu za staruszkami. Czy staruszki uciekały nikt nigdzie nie napisał. W Rzymie za to odnaleziono jaskinię w której mityczna wilczyca wykarmiła Remusa i Romulusa. Ściany były bogato zdobione a całość wyglądała na popularną, starożytną atrakcję turystyczną. Wypełniło mnie to błogą nadzieją, teraz oczekuję odnalezienia pierwszego szkieletu jednorożca.
    A poza tym wróciliśmy z Wawy. Jeszcze w drodze Tam straciliśmy Lenn, która musiała wrócić do naszej stolicy wszechświata wezwana przez więzy krwi. Reszta eskadry dotarła bezpiecznie na miejsce i po odnalezieniu się w podziemiach Centralnego ruszyła na eksplorację tego zadziwiającego miejsca. 
    Eksplorację rozpoczeliśmy od przepastnych głębin lodówki Zwierzów. Zaś po przetrwaniu upalnej nocy ( ja ją przetrwałem wspólnie z moją Panią pod śpiworem typu „mumia”, który po rozłożeniu przyjmuje formę trójkąta. Zgadnijcie pod którym końcem leżąłem…) ruszyliśmy w odmęty miejskiej dżungli. Wawa wygląda jak bardzo duży Wrzeszcz. Jest wielka i bezosobowa i w sumie niewiele poza tym. Do tego była pusta. Nigdy nie widziałem tak pustego miasta. Ja wiem, że to letni łikend, ale to wyglądało jak po wojnie atomowej. Ostatecznie Dan stwierdził, że to oczywiste, bo przecież u nas zaczyna się właśnie Jarmark Domienikański i warszawiacy wolą być tam niż tu. 
    Zmoczyła nas fontanna w Ogrodzie Saskim, spenetrowaliśmy starówkę, pogapiliśmy się na Wisłę, zjedliśmy w Sphinksie na Złotych Tarasach. Obeszliśmy dookoła Pałac Kultury, pośmialiśmy się z cen w miejscowym Multikinie, potem dotarliśmy do rozkopanego  Mostu Poniatowskiego i przetrząsneliśmy plac Muzeum Wojska Polskiego. Popołudnie zastało nas w Łazienkach gdzie drażniliśmy pawie, dziwiliśmy się karpiom i oglądaliśmy myszona. Tau zrobiła zdjęcie wiewiórki – mutanta. Swoją drogą z niemałym szokiem odkryliśmy, że pawie latają. Te bydlenta siadywały wysoko na gałęziach i majtając monstrualnymi chwostami wydawały z siebie dzwięki jak kot pędzony segmentową biegunką.
    Zwierze mieszkają w widłach pasów Okęcia i po powrocie przez jakiś czas zastanawiałem się czego mi brakuje, dopiero później  skumałem, że odgłosu startujących samolotów, który tam rozlega się tak często, że już się go nie słyszy.
    Wieczorem zakupiliśmy Malibu, wina i inne przyjemnostki w Realu i ścieżką przez łąki na których chwasty wyrastały często ponad głowę powróciliśmy do Zwierzów. Ścieżka wyglądała jak w dżungli, brakowało tylko raptorów.
    Obrzarliśmy się zwierzowym spagetti, uzupełniliośmy zapas płynów i przez pół nocy oglądaliśmy filmy. Nazajutrz zaś pogalopowaliśmy do Muzeum Powstania i zapadliśmy tam na parę ładnych godzin.
    A potem… potem zaczął się czas odwrotu. Pierwsza wyruszyła Pazurkowata, która w drodze na wygnanie chciała jeszcze zachaczyć o kościół w Lektorowie. Nas zaś czekał powrót ekspresem który w pełnym słońcu, aż do okolic Nasielska gnał z zawrotną prętkością szarżującego jamnika.
    Na porzegnanie w rękę udziabał mnie szponem Mixer pomieszkujący u Zwierzów, aktualnie obserwując ranę zastanawiam się czy nie był on aby jadowity.
    Wawa poprawiła mi humor. Poznań czy Wrocław przytłaczają swoją wysublimowaną miejskością, w Krakowie czy Lublinie czuć w powietrzu historię a Wawa? Z Wawy naprawdę się świetnie wyjeżdża. Tylko dzięki zmianie perspektywy człowiek może dostrzec ile ma.

    Jestem nekrofilkiem
    zgwałcę was za chwilkę

    (Tau)

    Gdzieś w sieci jest podobno jest filmik z kukurydzą, która otoczona
    dzwoniącymi  telefonami komurkowymi zmienia się w popkorn. Hmmm,
    kogóż nie lubię tak bardzo by zacząć do niego wydzwaniać…
    Ostatnie dni spędziłem intensywnie na Chełmie, remontując mieszkanie
    pewnego sympatycznego geja. o lodowatym, błękitnym spojrzeniu, z tych,
    które tak uwielbia Awarja. Gej ma chłopaka, który ciągle chichocze, jak
    ta dziewczynka co oberwała szyną i psa – psychopatę, który ciągle
    szczeka, i to tak, że człowiek boi się otworzyć drzwi spodziewając się
    sześdziesięciokilowej rozwścieczonej kuli kłów i pazurów.
    Tymczasem  po wejściu można zauważyć małego kundelka
    rejtartującego w głąb mieszkania i ogłądając się asekuracyjnie za
    siebie.
    W mieszkaniu mieszkała jakaś rodzina z dzieckiem, ale co to za dziecko
    to nie wiem, chyba Rosmary. Pokój dziecięcy był tak jebitnie różowy, że
    wypalało oczy. Po otwarciu drzwi na zawnątrz wylewała różowa zorza
    jakby w środku paliła się jakaś frywolna żarówką.
    A na jaki kolor to przemalowałeś – zainteresowała się moja jedyna matka.-Na żarówiasty pomarńcz…
    Fajnie się tam idzie. Wędruje się pośród osiedli, aż tu nagle trafia
    się dolina. Jakby z nieba sięgnęła jakaś łapa i rozorała ją pazurem.
    Bloki kończą się ze wszystkich stron na jej krawędziach, w środku kłębi
    się bezwstydnie rozbestwiona zieleń. Wygląda to jak jakaś wklęsła wyspa
    w betonowym oceanie.
    Dobra, koniec. Nie sprawdzam nawet błedów, bo lecimy zaraz stadem na
    pociąg do Wawy.  Czas zakończyć definitywnie historię tego miasta.

    Lennonko jaką masz dziurkę?
    Okrągłą czy podłużną?

    (Tau porzyczając ładowarkę)

    *
     

    …odradzamy wakację na Syberii.
    Komary  osiągają  tam rozmiary
    małych koników.

    (Glamur)

    Na Stogach piasek jest drobny, biały i puszysty. Czasem w śladzie po stopie pojawiają się rozmyte warstwy żółci i brązu. wszystko pokryte jest milionami drobnych kawałeczków bursztynu. Są wszędzie, skrzą się w słońcu niczym krew ziemi, czy może łzy morza, które musiało stąd odejść, a po którego dawnym dnie wędrujemy.
    Niekończące sie, suche łąki porasta ostra trawa. trzeba uważać, bo w jej gąszczu bywają ukryte, czasem nawet półtorametrowe zastrzały, po bursztynowych płukankach. Z lewej ściana lasu, pośród drzew przyczjone sylwetki bunkrów. Niektóre betonowe lewiatany zwaliwszy swe cielska na skraju lasu wyczekują czegoś czujnie. Wiatr przysypał wejścia, zaślepił otwory okien i wycina cierpliwie wzory na ich kostropatej powierzchni. Wiatr jest sprawiedliwy, stara się sprowadzić wszystko do wspólnego mianownika ziaren piasku.
    Przedtem teran Terminalu Kontenerowego. W nocy wzejdzie ogromny księżyc w pełni. Morze cofnęło się daleko i można przejść dookoła częściowo pogrzebanego w plaży płotu. Mieszanina uczuć czynienia czegoś ekscytująco nielegalnego z dreszczykiem jaki daje pozostawienie pierwszego śladu na  nienaruszonej ludzką stopą plaży.
    Lenn wiruje w koło na bosaka. Później już pośród osiedli zarząda od Dana by nosił ją na rękach.
    Ogromne silosy czekające na swój czas, to jedna z tych rzeczy które bez nas będą w stanie trwać dziesiątki tysięcy lat.. Betonowa wieża artyleryjska, wygląda jak coś ściągniętego z okrętu. Kiedyś miałem właśnie taki sen, flota pogrzebana w pustyni, ponad sunące przez czas wydmy sterczące tylko stalowe wierze i kominy, spetryfikowena na kursie ku wieczności.
    Wokoł wieży dziesiątki kolorowych kulek do pistoletów na farbę. Trafiliśmy zdaje się na pozostałości jakiejś bitwy. Rzucamy nimi o beton. Lenn robi zdjęcia chemicznie błękitnych glutów na liściach. W środku lasu przechodzimy pomiędzy słupkami jakiejś zapomnianej bramy, przekraczmy puste drogi prowadzące do innych opowieści.
    Ostatecznie powracamy do cywilizacji. Mijamy kościół w którym odbył się ślub Krzyśków. Potem ogółna zbiórka pod sklepem, kupno półtora kilo kiełbasy i zapach płonacego węgla drzewnego pośród rozbuchanej obfitości ogrodu Mamy Krzyśka. wszędzie jakieś kwiaty, wszędzie jakieś owady, część z nich na krzyczącej Lennonce.
    Żarło, piwsko i komary. Sporo śmiechu i telefon od Szponiastej z miasteczka na którego murach namalowano pełnowymiarowe obrazy Chełmońskiego. Ostatnie, złote błyski słonca na stalowych jelitach rafinerii.
    Powrót w ciemnych pastelach zmierzchu. Platynowa srebrzystość rzak i kontury dźwigów na tle nieba.

    …jakby mnie pobił karzeł. jeden karzeł,
    drugi karzeł, trzeci karzeł, czwarty mnie
    w końcu spowolnił i wtedy dopadła mnie
    reszta…

    (Dan sponiewierany przez Lennonkę)

    *

    Lenn – Wezmę vermut z lodem.
    Ja – Nie za dużo ostatnio pijesz?
    Lenn – No dobra, wezmę piwo.

    No i tak, dentystka nie wyrwała mi zęba bo jest w ciąży O_o. Pod
    paznokieć wlazła mi półcentymetrowa drzazga i musiałem zeskrobać sobie
    połowę pazura nożem do tapet, żeby się do niej dobrać. A skoro
    przy pazurach już jesteśmy to Szponiasta ryje pracowicie
    archeologiczną bruzdę pod autostradę A4. Kopią dokładnie tyle za
    ile im płacą, znaczy się tną na połowy domy i podwórka z czasów
    rzymskich. Moja Lady opisywała mi jak pozostawili w ścianie połowę
    paleniska, przekrój przez warstwy popiołu.
    Ciężko jej tam bo trafiła się jej szefowa o mentalności sfrustrowanego
    sierżanta. Poza tym mają tam gówniany zasięg, ostatnio rozmawiając z
    nią zacząłem wspinać się coraz wyżej, a że byłem przy Placu Wałowym
    więc wlazłem na bastion. Dopiero po chwilio uświadomiłem sobie, że
    stoję z włączonym telefonem w najwyższym punkcie okolicy, a wokół
    pomrukuje radośnie nasza kraina burz.
    Awari zaprasza na sobotę na grilla, mamy tylko przynieść ze sobą własne
    kiełbasy i napoje, o węglu nic nie wspomniała, choć Lenn zaoferowała
    się z zapalniczką.
    Łaziłem też ostatnio po naszym eksplodującym mieście. Wszystko zmienia
    się w oczach, człowiek pojawia się gdzieś po 3 tygodniach i napotyka
    nieznany budynek. Podobno mamy najwyższe pensje w kraju i 30 tys
    wolnych miejsc pracy.
    W każdym razie łaziłem ostatnio zaglądając w różne dziury i otworki, aż
    dotarłem do świerzutkiego wykopu nieopodal mariny, który najwyraźniej
    rzucono właśnie archeologom na pożarcie, a tam w porzuconym, żółtym
    parasolu siedział sobie lis. Kurcze, najwyraźniej inwazja dzików na
    centrum to był dopiero początek. W końcu rudy bydlak zauważył, że robię
    mu zdjęcia, przeszedł parę kroków do tyłu i usiadł tak, żeby móc się na
    mnie gapić.
    Co poza tym? Byliśmy ekipą na Hancoku. Żeby było śmieszniej na seansie
    dla singli. Było więc wiele radości związanej z możliwością, że
    koło Dana siedzącego na skraju wymości się np jakiś roznamiętniony,
    studwudziestokilowy skinhead. Ogólnie jednak doszliśmy do budującej
    konkluzji, „że my single musimy się trzymać razem”. Z tyłu zaś
    podłapałem  kawałek rozmowy ludzi, którzy żywili podobne obawy:
    Lasia – Kino podsyła czasem swoich ludzi, żeby rozkręcali zabawę, ale
    oni są obleśni…, Gość, słabym głosem – To właśnie chciałem od ciebie
    usłyszeć, Lasia – Spoko, gorsi są ci wyluzowani…

    - Skończyłeś swoją kawę?
    - Chyba  żartujesz,  za 6
     dolców za kubek zamie-
     rzam  zjeść  krzesło  na
     którym siedzę.

    (Garfield)

    *

    Grześ lekko bujający się: Młodzi,
    ja wam zazdroszczę…
    Chór  głosów  z  tyłu  autobusu:
    Wątroby!!!

    Patrzę na zdjęcie młodej dziewczyny o poważnym spojrzeniu, której
    stanęło serce gdy biegła do tramwaju. Gdzieś, tam jakiś facet wyskoczył
    nocą z wozu by bić mieczem prostytutki. Taki zmotoryzowany, chodnikowy
    Archanioł Gabriel. Ja zaś kupiłem drugie wydanie „Apokalipsy wedłóg
    Pana Jana”, bo zakochałem się w okładce  i ostatni, brakujący tom
    „Hyperiona” Simmonsa” by mieć wreszcie całość tego szczytowego
    osiągnięcia ludzkiej cywilizacji.
    Pouczają mnie upadłe anioły. Przeceniają swoke znaczenie.Wyobraźnia to
    broń która rozrywa duszę. Gdy nad nią panujesz jesteś wszechpotęźny,
    ale ceną za nią zawsze jest strach.
    Odjeżdżając z Mławy widziałem łzy wielkie jak grochy płynące po
    policzkach Lady Pazurek, która została na tym rozgrzanym słońcem placu,
    by pojechać w drugą stronę świata.
    Dwa dni miałem kaca. Mój kanciasty kuzyn Witold ubzdurał sobie, że
    skoro jest wychowankiem Warszawskiego AWFu, to ma moc i siłę by mnie
    spić. Lał więc równo w szkło nie wiedząc o tym, że my ludy północy,
    traktujemy takie picie jako dobrą rozgrzewkę podczas trwającej tu
    odwiecznie polarnej nocy.
    Udało mi się profesjonalnie uniknąć „weselnych zabaw”, choć nie było to
    łatwe, bo tym razem wybrali przewidująco imprezownik z dala od
    gęstszych chaszczy.
    Na weselu miał być dzik z rożna. Każdy spodziewał się stwora
    skwierczącego nad ogniem, a tymczasem dali po plastrze mięsa zalanego
    sosem i smażone jabłko, chyba po to by każdy sam je sobie włożył w ryj.
    Antychrystyczna latorośl Grzesia, chyba po raz pierwszy w kościele,
    podniecona opowieściami o dziku, rozglądała się niecierpliwie. W końcu
    młody nie wytrzymał  i w środku mszy, scenicznym szeptem zapytał:
    No i gdzie ta świnia?

    Nie  powinnam  tyle pić staję
    się  od  tego  łatwiejsza. Nie
    „ekstremalnie trudna”, tylko
    „trudna”

    (Lady Pazurek)

    *

    Rano obudziłem się w strefie jęku. Znaczy dziupli bólu, czy co tam chcecie. Wczoraj świętowaliśmy u Lenn jej rozstanie z Kolejnym Tymczasowym i z tego co pamiętam zapijałem szampana piwem.
    Wczoraj też załadowaliśmy do pociągu Lady Pazurek i Kudłatą jechały na wykopaliska na prowincję, bo aż pod Warszawę, gdzie zapewne wkrótce zdewastują jakieś unikalne stanowisko, tudzież zbeszczeszczą świątynię jakiegoś starożytnego bóstwa, które potem będzie je ścigać klątwą świerzbu. Pojechały na 6 tygodni, ale obładowały się jakby zesłano je na Syberię, każda miała plecak dwa razy większy od siebie i jeszcze tobół z przodu, żeby nie przeważyło.
    Co tam jeszcze… A w niedzielę miastem przejechała, prowadzona przez policję kawalkada luksusowych samochodów. Trzy pasma szczelnie wypełniły ferrari, porszaki i lamborgini, zastanawiam się tylko co robiło pośród nich to porykujące potężnym silnikiem „Mini”.
    Poza tym łaziliśmy z Krzyśkiem po mieście robiąc zdjęcia. Obleźliśmy chromy most i Górę Gradową, na której kłębiły się w oślizgłym szale kohorty parek. Przed  budynkiem Solidarności ustawili milicyjnego Skota. Na koniec pękło mi serce bo dowiedziałem się, że chcą przebudować Jana z Kolna i jakiś debil z zarządu miasta postanowił przy tej okazji wyburzyć całą okoliczną dziewiętnastowieczną zabudowę. I tyle, koniec, bo obok siedzi Ciapek z którego maszyny właśnie korzystam i latają mu kończyny. Może to od muzyki a może to nałóg, kto wię.

    *


    • RSS