kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 11.2008

    To błąd w Tao. Chiński mur
    nie tylko bronił ale i więził.
    Nie może być wolnym ktoś
    kto wyrzeka się działania.

    (Moore)

    Mój ojciec przywiózł ze sobą w piątkowy wieczór śnieg. Całą
    noc z nieba padał lód dzwoniąc w blaszane parapety. Nad ranem przyszły burze.
    Flesze błyskawic wypełniły biały pył wewnętrznym światłem.
    Potem wszystko stopiło się i zamarzło i znowu stopiło i znowu zamarzło i tak aż
    do teraz. Marzy mi się prawdziwa zima, prawdziwy śnieg. Nie było go u nas od
    lat. W snach wędruję białymi tunelami ulic. Biel tłumi dźwięki a powietrze jest
    przejrzyste. Po przebudzeniu zaś oscyluję pomiędzy zeszkleniem świata a stanem permanentnej
    breji.
    Najchudsza z Herbaciarek, ta co twierdzi, niesłusznie, że ma kościsty tyłek,
    podgrzewa co jakiś czas elektryczny czajnik, by potem grzać się dociskając go
    sobie do brzucha. Widok jest rozczulający, gdy tak siedzi maksymalnie owinięta
    wokół ciepła.
    Przeprowadzam się na dniach. Jestem zdenerwowany. Wciąż mam za mało kasy.
    Bletsien! Co ja pieprzę?! Przecież zawsze jest za mało kasy. Wzbogacam się
    intelektualnie oglądając Resident Evil, Piąty element i Lejdis. Ten ostatni
    oddaje niemalże chaos napędzający płeć przeciwną.
    Moi starsi parę lat temu płynąc po Jangcy robili zdjęcia bawiącym się nieopodal
    statku rzecznym delfinom. Dzisiaj gatunek ten nie istnieje. W jakimże
    niesamowitym wszechświecie istniejemy. Wydaje nam się, że istnieje jakaś
    stałość, jakaś normalność. Hołdujemy jej, wierzymy w nią. Jesteśmy najbardziej
    niesamowitym z gatunków. Gatunkiem, który w samym środku eksplozji potrafił
    wynaleźć nudę.

    Seks oralny, jak to robić? Jeśli mamy
    suchość w ustach, gdyż zwykle pijemy
    wino na randce, dobrze mieć wodę. W
    trakcie oddychać przez nos. Nie trzeba
    połykać, ale warto, bo to dla niego naj-
    bardziej spektakularny afrodyzjak. Poza
    tym ma dużo mikroelementów, witami-
    nę C, cynk, endorfiny działające przeciw-
    depresyjnie. Ma tylko 5 kalorii, czyli tyle
    co 2 Tik-Taki.

    (Polityka)

    Chyba zacznę sprzedawać to w tubkach)

    *

    - Poproszę księgę skarg i zażaleń
    - Nie mamy, ale dla pani możemy
     zamówić.

    (Dialogi empikowe)

    Ktoś ostatnio opowiadał w herbaciarni jak u znajomych mąż
    asystował przy porodzie. Gdy na koniec doszło do szycia, mąż rzucił lekarzowi
    przez ramię, że „może by tak dodać jeszcze ze dwa szwy”…
    Nie dzieliłem się z wami zdaje się wrażeniami z Festiwalu Najgorszych Filmów
    Świata. Otóż dokładnie w chwili gdy wygasły światła, niczym westchnienie
    pradawnego oceanu ozwał się gremialny odgłos otwieranych puszek, a zaraz po nim
    ogólny śmiech tych wszystkich, którym się wydawało, że będą tacy dyskretni.
    Gumowe potwory w rolach gumowych potworów okazały się wybitne, a Giron walczący
    z Gamerą, tak jak to stwierdził prelegent przed seansem, miał rzeczywiście
    wygląd jedyny w swoim rodzaju. Całość okraszały kultowe teksty w rodzaju:
    Doskonale, a teraz wyjedzmy im mózgi by przyswoić ich wiedzę…
    Wczoraj za to, oglądaliśmy u Sióstr rozszerzoną wersję Hancoka z wytryskiem
    dziurawiącym dach oraz przyniesiony przez Lenn „Crank”, z tym gościem z
    „Transportera”, któremu zaaplikowano truciznę spowalniającą akcję serca, więc
    aby przeżyć musi dostarczać sobie wodospady adrenaliny. Film zadżebisty, a
    końcowa scena z telefonem rozgrzewa pompkę do czerwoności swą cudowną absurdalnością.
    Jeśli dostanę jakiegoś nieuleczalnego paskudztwa z radością sam to powtórzę.
    Dziś natomiast Miasto tkwi w dolinie pomiędzy chmurami. Mamy chmury płynące z
    prawej i z lewej, ale samo Miasto sunie pod błękitnym niebem, w złotym
    splendorze rozwiewanej powoli wiatrem jesieni. W nocy za to ciągle pada,
    powietrze robi się przejrzyste, światła odbijają się w mokrych asfaltach i
    bruku. Deszczowa woda podtapia ulice i czarne fale, wzbudzane przejazdem
    samochodów, biją w plaże zabłocone chodników. W powietrzu czuć już śnieg i robi
    się strasznie dużo miejsca na wyobraźnię.

    W naszym mixerze
    zmiksujesz nawet
    szynę kolejową…

    (Mój starszy porażony reklamą)

    *

    - Czy macie jakieś ciekawe książki
     o encefalografii mózgu?
    - Nie, same nieciekawe…

    (Dialogi empikowe)

    Amerykańska astronautka jest pierwszą kobietą, która zgubiła
    torebkę w kosmosie. Już się zaczyna. Ciekawe czy w środku były kluczyki od
    wahadłowca?
    Ciśnienie tańczy sobie radośnie. Skacze w górę i w dół, a ja jem już chyba
    więcej Ibupromu niż chleba. Zrobiło się też zimno, a wczoraj wieczorem opadły
    na ziemie pierwsze nieśmiałe płatki śniegu, by po chwili stopić się ze wstydu. Zbieram
    intensywnie kasę na przeprowadzkę, przez to brakuje mi wiecznie na wszystko.
    Dziś będę płacił w herbaciarni w dwudziesto groszówkach.
    Dzięki Texxowi odkryliśmy, że odbywa się jeszcze Temple of Ghots, najbliższe
    jest 12 grudnia w Uchu. W stanie ogólnie wskazującym acz radosnym ustaliliśmy
    gremialnie, że wybierzemy się tam mrocznym stadem. Muszę tylko namówić Marzana,
    by zgodził się przyjąć potem imprezę do siebie. No i oczywiście skołować
    Szponiastej jakąś długą czarną kiecę i koronki… Nie ma ktoś czarnych firanek?

    W nocy śniła mi się Matka Boska, taka jak stoją zazwyczaj w przydrożnych
    kapliczkach. Rozłożone ku dołowi ręce, błękitna szata, aureola z gwiazdkami.
    Tylko, że ta moja ze snu miała czerwone, gorejące oczy, których spojrzenie
    czuło się po wewnętrznej stronie skóry.
    Zaczęli robić główny dach Św. Katarzyny, a ja postanowiłem skonsumować w końcu
    owoc granatu. Zostałem zaskoczony ogólnie rzecz biorąc przez strukturę
    wewnętrzną owocu, oraz ilość soku. Ostatecznie postanowiłem się nie przejmować
    i pod koniec wyglądałem jakbym kogoś zagryzł.

    - Czy macie coś odpowiedniego
     dla dwuletniej dziewczynki?
    -Nigdy nie byłem dwuletnią
     dziewczynką, ale zawołam
     kogoś kto był. Kamil!

    (Dialogi empikowe)

    *

    - Zostaniesz tu
    - Dlaczego ja?
    - Bo jesteś niezawodny

    Byliśmy niedawno u Krzyśków na gofrach. Gofry tradycyjnie
    robione są tam w piwnicy. Krzysztof jako mistrz ceremonii dokonuje
    wtajemniczenia nowych akolitów. Smaruje z pietyzmem tłuszczem gofrownicę, leje
    ciasto a następnie woła ofiarę i zamykając klapę mówi: trzymaj tę wajchę,
    cokolwiek by się działo… i ucieka. Chwilę później gofrownica zaczyna się
    trząść i z sykiem rzyga parą na boki i charka dookoła surowym ciastem.
    Nadciąga wieczór. Wchodzimy ze Szponiastą do Samu. Drżącymi z lekkiego delirium
    dłońmi wyciągam kasę by zakupić w monopolowym Ibuprom, a tu jakiś typ o
    zagubionym wzroku patrzy na mnie z rozpaczą i pyta: Panie a teraz to jest
    wieczór czy ranek?
    Gość wydostał się niespodziewanie z etylenowych oparów na powierzchnię
    rzeczywistości, zobaczył na budziku szóstą i myślał, że to już czas do roboty.
    Gdy udzieliliśmy mu niezbędnych informacji, zapakował wprost do torby 6 Voltów
    i udał się uspokojony i pogodny w kierunku bliżej nieokreślonemu miejscu konsumpcji.
    A my kłusem dopadłszy przystanku pomknęliśmy przez noc listopadową w kierunku
    centrum, gdzie mieliśmy rozwijać się kulturalnie podczas seansu filmowego w
    Domu Harcerza, o wiele mówiącym tytule „Zabójcze ryjówki”. Kasy otwierali za
    15, byliśmy za 25 i już nie było biletów. Pogrążeni więc w żalu i rozpaczy
    zakupiliśmy bilety na niedzielny pokaz filmu „Gamera kontra cośtam” i poszliśmy
    na poszukiwanie jakiegoś przyjaznego lokalu. Ostatecznie zaanektowaliśmy piętro
    u Aktorów i piliśmy stadnie a wesoło aż po ostatni tramwaj.

    *

    - Kto by chciał zabić karła?
    - Na przykład mój ojciec,
    dał mnie do straży przedniej
    - Zrobiłbym to samo, mały
    człowieczek z wielką tarczą.
    Doprowadzisz ich łuczników
    do szału.

    (Martin)

    Marzan pisze, że śpi pod otwartym, górskim niebem. Prawdziwy
    z niego Dziki Człowiek Gór. Czasem odnoszę wrażenie, że rozwód to najlepsze, co
    spotkało go w życiu.
    Wczoraj Miastem szła parada. Ludzie jeszcze się nie przyzwyczaili. Parada dość
    nieporadna, dezorientujące przerwy i denerwujące przestoje. Parada z samej idei
    to zabawa dwustronna, widzowie cieszą się i bawią z paradującymi, tymczasem
    widownia stała w milczeniu, jak na jakimś freek show. Ludzie stali, patrzyli,
    czasem ktoś zrobił zdjęcie. Myślę jednak, że na stulecie niepodległości
    będziemy już nieco innym narodem, pod warunkiem oczywiście, że nadal będziemy
    niepodlegli.
    Tymczasem mieliśmy Sobieskiego z Marysieńką w otoczeniu husarii, amerykańskich
    marines i Piłsudskiego w otoczeniu Hallerczyków. Sunęły stare samochody i
    ryczały Harleye. Na hondzie siedziała szprycha w skórach a spelującą literki
    harcerską gówniarzerię prowadziła drobna harcereczka o tak fenomenalnym
    biuście, że jeszcze strzelają mi ścięgi w karku. Na wyciągnięcie ręki od nas
    przeszedł Adamowicz, z drugiej strony pełzł Głodź może to i dobrze bo mógłbym
    napluć na buty temu złodziejowi parków. Równym krokiem dudnił oddział
    partyzancki i reprezentacyjne jednostki Wojska Polskiego.
    Krążyliśmy potem z Krzyśkami w ostrym słońcu uwieczniając cyfrowo wysokie
    detale kamienic. Pokazałem im szczyty rynien w kształcie żuka i żaby na
    Powroźniczej. Okazało się, że dalej jest jeszcze śmieszniej, bo ktoś zrobił
    szczyty wyglądające jak zegar z kukułką czy głowa słonia.
    Potem weszliśmy sobie na przedproże ratusza, akurat w momencie, gdy na Długą
    wkroczyła parada. Stałem tam tak sobie dociskając do boku Lady Pazurek i
    przyjmowałem defiladę na moją cześć. Krzychu zrobił mi niezłe zdjęcie od tyłu,
    jak stoję unosząc rękę na tle gęstego tłumu. Taki ze mnie przypadkowy Duce.
    Później była szarlotka z domową bitą śmietaną w posiadłości mojej Lady,
    Appelseed 2 u sióstr i jakaś kreskówka o rudej która biegała z pochwą by włożyć
    do niej magiczny miecz.

    Jęzory płomieni strzeliły w niebo
    by polizać brzuch nocy

    (Martin)

    *

    - Przyprowadziłeś tu złodzieja?
    - W zbyt przejrzystej wodzie
      nie ma ryb…

     (TV)

    Skłębiony błękit przelewa się z góry przez szarość. W
    Stanach mają czarnego prezydenta, my mamy ciemnego. Samoloty spadają znów w dół
    na płatki lotnisk. Umarli wstają nocami by nucić cicho znane standardy pośród
    rzeźbionych kamieni lapidarium.
    Miękko opada szery śnieg popiołu ze spalonych skrzydeł, gdy przenikam przez
    brukowane uliczki przy Polibudzie. Istnienie w tym miejscu i czasie nie ma
    głębszego sensu, patrzę przez chwile w rozmigotane okno Dana. Oddycham nocą.
    Noc przynosi mi zawsze ulgę, to zdaje się jeden z objawów depresji.
    Tymczasem mam spalone oczy, białe strupy kruszą mi się ze zmarszczek.
    Poparzenia mają jednak charakter wewnętrzny. Tłumię w sobie chęć odwetu,
    wrodzoną radość z czynienia prostego zła. To naprawdę przygnębiające, że będąc
    dobrym czuję się niezrealizowany.
    Każdy ma jakiś cel dla którego istnieje, może niektórzy powinni być źli,
    przecież dobro bez zła nie miałoby sensu, nie istniałoby. Postępując uczciwie i
    akceptowalnie czuję się dogłębnie nieszczęśliwy a jestem zbyt niecierpliwy by
    wdrożyć się w rolę tła.
    Męczy mnie właściwe zachowanie, dbam o przyjaciół, co jest nawykiem z czasów
    Gratki, ale prawda jest taka, że z natury jestem samotnym wilkiem i czasem
    duszę się gorącą rządzą by ich krzywdzić. Sprawiam więc wrażenie wyzerowanego,
    powstrzymuję agresję i złośliwość, przez co brak mi już siły na zaangażowanie i
    radość. Czasem myślę, że warto byłoby wszystko spalić, ci którzy zostaliby przy
    mnie otrzepując się z popiołu byliby tymi, którzy potrafią kochać mnie takiego
    jakim jestem.

    *

    Powtórzcie na jutro
    ciosy mieczem – będzie
    test z patroszenia

    (Ci koszmarrrni Celtowie)

    Zastawiony stół na imieninach taty Szponiastej. Klopsiki w pieczarkach
    i panga w galarecie. Ruszając w trasę musiałem wziąć pod uwagę oficjalność
    imprezy i przewidywaną po niej tułaczkę. Wychodząc obrałem się z koszuli i
    nasunąłem na siebie mój miękki, upstrzony powypalanymi dziurami golf.
    Odprowadzałem przez noc Avatara. Oboje w długich czarnych płaszczach z połami
    powiewającymi wokół nóg, wyglądaliśmy jak para żydów z jakiejś gotyckiej
    diaspory.
    Potem zmienna trajektoria przez nocną sieć miasta. Nim nastała trzecia
    spenetrowałem, bawiąc się w chowanego z ochroną, wymarłe skrzydło stoczni,
    odlałem się na koło transportera opancerzonego przy Muzeum Solidarności i
    rozgadałem o ezoteryce i kryształach z prostytutkami przy dworcu. Strach
    pomyśleć co niektóre chowają w stanikach.
    Obudziłem się skostniały w śpiworze na szczycie bastionu Żbik. Długo patrzyłem
    na leżące w dole pośród złotej mgiełki Miasto. Popatrzyłem też na piętrzący się
    za liniami fos blok Lennonki, zastanawiając się, czy nie wprosić się na
    śniadanie.
    O dwunastej bujającego się nad czekoladą z miętą w herbaciarni dopadły mnie
    Dannonki (Dan&Lenn). O 16 zaś wpakowałem się w Olivie do kolejki jadącej do
    Gottenhaven. Marzan zrobił żurek i podał go w talerzach, w których monsieur
    Palikot z pewnością zdołałby zaserwować świński łeb. Słuchaliśmy jazzu i
    monologu Konja o kocie Antku i spuszczaniu się na twarz kurwiszonowi z Army of Lovers.

    Potem był Blues Club, dobre piwo w dobrym miejscu i koncert Haydamaków w Uchu,
    który podgrzał krew i wypełnił duszę łomotem. Muszę przyznać, że pierwszy raz w
    życiu widziałem rokową solówkę na akordeon.
    Potem zaś zaśpiewały pod sceną dziewczyny i zrobiły to tak, że wspomnienie o
    tym zatrzymam zasuszone pomiędzy kartami mojej pamięci na zawsze.
    Tuż przed koncertem skonfliktowałem się z Castro, kolesiem Marzana, przywlókł
    ze sobą jakąś pannę ze Śląska i najwyraźniej chciał przed nią dobrze wypaść…
    wypaść w każdym razie. Kłótnia była przedziwna, ponieważ ani jej specjalnie nie
    prowokowałem ani nie kontynuowałem. Odniosłem wrażenie, że Castro toczy monolog
    w swojej głowie, wypowiadając na głos swoje kwestie. Jechał mi sienkiewiczowską
    staropolszczyzną, splagiatowaną zresztą żywcem z trylogii. Chyba najbardziej
    zirytował się, gdy orzekł, że „jesteś chamem”, a ja ochoczo to potwierdziłem,
    uprzejmie się przy tym kłaniając. Na koniec stwierdziłem, że jego zachowanie
    wydaje się być nieadekwatne do sytuacji, wtedy zerwał się, chwycił niewiastę
    pod pachę i zrejterował w jakiś ciemny kąt. Wszystko to odbyło się dość szybko
    i niespodziewanie. Zostaliśmy z M zdziwieni nieco przy stole i zaczęliśmy się
    wspólnymi siłami zastanawiać, czy aby się nie przejąć. Ostatecznie doszliśmy do
    wniosku, że to nie pierwszy taki przypadek w karierze tego osobnika, a
    wydarzenie miało charakter humorystyczny, ponieważ nieczęsto zdarza się
    zaobserwować połączenie furiata i safanduły. Jedyne co nie jest śmieszne to to,
    że gość uczy historii w szkole i strach pomyśleć co taki mały, apodyktyczny
    prymityw może zrobić tym wszystkim, chłonnym umysłom.
    Do domu dotarłem ostatecznie w poniedziałek po południu, przemoknięty i z lekka
    dygoczący. Mówię wam mało kiedy spanie we własnym łóżku i najzwyklejsza w
    świecie herbata smakowała tak dobrze.

    Filimonow jest cudownie miękki,
    Wspaniale pracuje udami

    (relacja z olimpiady)

    *


    • RSS