kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 12.2008

    …bo  Kaczyński  nadal nie potrafi
    zrozumieć,  że  nie 
    jest  po  to, by
    oceniać Wałęsę czy Jaruzelskiego,
    on jest po to by ich reprezentować

    Jutro nastąpi ostatni akt przeprowadzki. Wyniosę szczątki
    doczesne szafy i zacznę remont starego pokoju. Babcia jeszcze nie wie, że
    wkrótce potknie się w ciemnościach o narwala pośród szaf, a moi starsi nie
    podejrzewają nawet, że już za chwilę będą ścierać ze wszystkiego cekolowy kurz.
    Ja po prostu uwielbiam szerzyć dobro i ogólne zaangażowanie.
    Zaraz ruszam do epicentrum, Szponiasta jest nadal chora, jadę więc bez połówki
    i czuję się trochę kulawo. Jako cel życiowy na dzień dzisiejszy wyznaczam sobie
    poszukiwanie deski do chleba, anteny do tv i dziurkacza do papieru. Okazało
    się, że właśnie te przedmioty wygrały w konkursie rzeczy absolutnie,
    najbardziej niezbędnych. Jutro za to muszę kupić jakieś farby. Zastanawiam się,
    czy nie uszczęśliwię starszych pięknym odcieniem sraczkowatego, albo żarowiasto
    zielonym, świecącym w ciemnościach, ewentualnie intensywną, krwawą czerwienią.
    Na pewno by się ucieszyli.

    Wydaje  ci  się, że 
    jesteś
    najjaśniejszą kwarcówką
    w tym solarium?

    (Juno)

    *

    Co najmniej 140 ciał zmarłych
    tragicznie wspinaczy spoczywa
    na zboczach Mount Everestu

    Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że nie dźwignę kartonu
    kaset magnetofonowych to bym go wyśmiał i nazwał bęcwałem o żółtym mózgu.
    Tymczasem zapakowałem wszystkie taśmy jakie znalazłem w pokoju po usunięciu mebli
    do kartonu po telewizorze, ogółem jakieś 800 sztuk i dźwignąłem… Dźwignąłem,
    wydałem dźwięk, odstawiłem, i z pokorą przełożyłem połowę do kartonu po
    odkurzaczu. Tak moi drodzy, w starym pokoju pozostała obecnie jedynie
    zdekompletowana szafa, którą usiłowaliśmy, bez powodzenia przewlec z Danem,
    pościel i sfatygowane łóżko, które ewakuując się ostatecznie z dziką radością
    obleję benzyną i podpalę, za te wszystkie zaostrzone sprężyny pomiędzy żebrami
    o poranku. Nowe lokum jest gotowe, umeblowane, ułożone i czeka na pierwszych
    gości, którzy dokonają pierwszych zniszczeń w czasie sylwestra.
    Powiesiłem sobie w drzwiach nawet znalezioną na miejscu główkę Mikołaja z gęstą
    brodą. Jest dość mała i wygląda jakby wyrwano ją z kotła Pigmejom. Cały czas
    zastanawiam się czy części brody nie farbnąć na czerwono, wyglądałoby jakbym
    upolował i spreparował Mikołaja a następnie powiesił ku przestrodze Dziadkowi
    Mrozowi.
    Co tam jeszcze, aaa, były niedawno podwójne urodziny Lenn i Avatara. Avatar
    zażyczyła sobie w prezencie bombki choinkowe, wszyscy przynieśli, ale niektórzy
    bardziej, albowiem Dannonki spędziły upojny wieczór na drobnych przeróbkach
    kilku kupnych bombek. Była więc np: bombka wyglądająca jak mała, rozwścieczona
    główka z paszczą pełną zębów i skrzydełkami po bokach, była tez taka duża,
    biała z wystającymi wulkanami, wielką różą i stojącym nad nią papierowym Małym
    Księciem, czy też maj fejwryt, bombka oblepiona futrem z wiszącymi łapkami i
    ogonkiem, wyglądająca jak pół obciętego kota.

    Poza tym wszyscy jesteśmy chorzy, bo po Mieście rozniosła
    się ostatnio jakaś zaraza. W czasie gorączkowych majaków śniło mi się ostatnio,
    że gwałcę wampiry, opracowałem przy tym jakiś skomplikowany system, żeby mogły
    ssać nie ssąc, jeśli wiecie co mam na myśli…
    Do tego święta, u mnie w domu tradycyjnie na krawędzi wymiany ciosów
    nuklearnych. Dziś wybieram się do przyszłych teściów. W sylwestra zaś z ekipą
    tradycyjnie udamy się na plażę obserwować fajerwerki we mgle i dokonać równie
    tradycyjnego rzutu Lennonką. Choć w tym roku, wyjątkowo ze względu na jej stan
    błogosławiony a wzdęty, ktoś będzie musiał ją łapać w locie.

    Co robi Szkot po postawieniu
    wszystkim kolejki? Budzi się
    z krzykiem na ustach…

    (CKM)

    *

    Jak ty pięknie czipsy przeżuwasz…

    (Krzysztof do Mevy)

    Wszystko mnie boli. Przenosiłem swój dobytek przez tydzień,
    aż ostatecznie udało mi się przenieść wszystko po ostatnią, zatęchłą broszurkę
    jehowych. Teraz udam się do wanny, zaleję wrzątkiem i przez dwie godziny nie
    będę robił nic, tylko leżał i puszczał bąbelki.
    Potem wyjdę miękki i pomarszczony i zacznę ten cały burdel układać…
    Babka chodzi nad tymi parującymi stertami i buja się jak stary żyd. „Aj jaj
    ileż tego jest”.  Zastosowałem w
    przeprowadzce sprawdzoną Metodę Krasnoludzką z „Hobbita”. Najpierw weszło dwóch
    krasnoludów i zaczęło opowiadać, potem następnych dwóch i w tym momencie
    opowiadający wspomniał o następnych dwóch, i tak, aż w środku była cała
    czternastka. Ja też zacząłem od kubków a kończę na brontozaurze pośród szaf.
    No, wczoraj miałem już nawet pierwszych gości. Pomogli mi znieść lodówkę po
    wąskich, krętych schodach i pomyć szafki w kuchni…

    Dwie młode dreslejdis w tramwaju:
    - To jaki to jest w końcu kolor?
    - Flamandzki róż metaliczny…

    (Avatar)

    *

    Dan-Weźmiemy gumki recepturki
           i przetniemy je na pół
    Lenn-Wzdłóż czy wszeż?

    Mam nowe klucze z gejowskim bryloczkiem i urojoną przepuklinę. Taaak, zacząłem przeprowadzkę i tacham teraz na grzbiecie cały mój majątek, składający się głównie z papieru w przeróżnych formach i stanach skupienia. Jak już wszystko przeniosę to zabiorę się za sprzątanie, bo ostatnia lokatorka miała wyraźną awersję do chemicznych środków czyszczących i używała czystej wody (Jak się wylała). Tak więc obecnie wkraczam ostrożnie na teren mroczny i skażony niczym Czernobyl. Czuję się z lekka jak stalker z Braci Strugackich, trafiam czasem nawet na różne artefakty.
    I tyle na dzisiaj. Siedzę właśnie na Niedźwiedniku. W przedpokoju czai się wypchany plecak, a na zewnątrz wilgoć zmienia się właśnie w lód. Tak więc będę za chwile zapewne mknął po stoku niczym Małysz, a na końcu może nawet polecę jeśli trafi się jakiś krawężnik.

    „Prawie” liczy się tylko
    przy rzucie granatem…

    Przeciekam na złączach. Wszystko dzieje się na raz: Nawał
    pracy pośród tego oślizgłego gluta bezśnieżnego grudnia, projekty rodzące się i
    upadające, wtręty dyletantów i rodziny, fale depresji walące równym rytmem o
    brzeg i niepewność zmian doprowadzająca do szaleństwa. Do tego jeszcze
    odpaliłem sobie w nocy obydwa „Ostatnie brzegi’. Chcę umrzeć.
    Frustracja wywołuje agresję, diabeł ładuje jej akumulatory tysiącem rozkosznych
    drobiazgów. Waliłbym pięściami w mur, gdyby nie to że będą mi jeszcze
    potrzebne. Nawet pisanie nie pomaga, to co zżera mnie od środka nie maleje.
    Stada stalowych wilków gnają nocnymi ulicami. Ich metalowe boki ocierają się ze
    zgrzytem o rogi budynków, krzesząc białe chmury zerwanego tynku. Każdy kto
    znajdzie się na ich drodze zasila policyjne listy zaginionych. Węszą złe myśli
    i namawiają ludzi do samobójstwa, by potem u bram piekła, ułożywszy sobie
    spokojnie łup pomiędzy przednimi łapami, wyrywać smakowite ochłapy. Cóż może
    być lepszego od jędrnego ciała nastolatki. W jej oczach wciąż widać świadomość
    i nieme przerażenie, gdy bestie rozrywają jej piersi i brzuch rozgryzają z trzaskiem
    kości twarzy, wychłeptują wciąż żywy mózg, wysysają duszę wraz ze szpikiem. Cóż
    może być smaczniejszego niż przesiąknięty czosnkiem i alkoholem wisielec z
    parku czy soczysty yappie, z kulą w czaszce.
    Za każdym razem gdy wpadają na mnie w ciemności, hamują, skrobiąc pazurami po
    bruku. Otaczają czujnym kręgiem, wciągają w nozdrza smród Brzeźna. Potem zaś
    biegną dalej odwracając się ze wzgardą.
    Mała, dziewczynka w białej sukience, stoi u wylotu ulicy. W jej ogromnych oczach
    widać czerń i wirujące gwiazdy. Patrzy na mnie smutno, odwraca się, odchodzi.
    Jestem sam w ciemnościach. Opuszki palców mam starte do krwi od wymacywania
    sobie drogi przez mrok. Czasem trafiam za róg, wprost w ruch uliczny i światła
    sodowych latarni. Jest jeszcze gorzej.

    Jesteśmy 
    ostatnimi  ludźmi,
    którzy widzieli San Francisco

    (Ostatni Brzeg)

    *

    Statki z Krain Fantazji przybijają do ziemskich portów
    zawsze wczesnym świtem. Zapach mojego plecaka nieodmiennie wywołuje ruje u
    kotów. Nie znoszę ich, więc one z reguły mnie uwielbiają, ktoś mi kiedyś
    tłumaczył, że bestie posiadają wykrywacz takich ludzi w płacie czołowym, tuż
    obok sektora odpowiedzialnego za wykrywanie alergików.
    Łeb boli mnie tak potwornie, że walczę z nieprzemożoną chęcią by walić nim o
    ścianę i skowyczeć. Jeżeli Bóg istnieje i rzeczywiście mnie kocha, to uczyni mi
    tę łaskę i po śmierci rozpuści mnie w niebycie, tak żebym nie musiał już
    niczego czuć, niczego postrzegać, czy być czegokolwiek świadomym. Liczę na tę
    jego litość.
    Pogoda jest obmierzła. Jesień już umarła i za oknami leży jej wyschnięty trup.
    Zima nie przyszła i wszystko co żyje męczy się w zawieszeniu. Muszę zaraz
    wyjść, a nie chce mi się. Tak dobrze mi się leży pod tym workiem wypełnionym
    lodem. Rano naprawiałem parapety kobicie, która waży 160 kilo i cierpi na
    nieuleczalną manię mycia okiem. Byłem u niej po raz czwarty. Poprzednio byłem
    tam w okolicach Wielkanocy, a poprzednio też przed Bożym Narodzeniem itd… Tym
    razem władowałem pod parapety po solidnym kątowniku. Jeśli teraz ten majdan
    znowu się urwie to z połową ściany.
    A co ze statkami? Ano nic. Jak wiadomo statki z Krain Fantazji wyruszają w rejs
    powrotny do domu zawsze o zmierzchu. Do zmierzchu już niedaleko. Jest szansa.

    Powiedziałem narkotykom
    stanowcze: NIE! Ale one
    nie posłuchały…

    (Z muru)

    *

    - A ty Kiszczak kim byś był
     w Władcy Pierścieni?
    - Królem Rohanu
    - Ale on przecież zginął.
    - Ale jak…

    Sfora z którą pijam wykopała gdzieś ostatnio pięciometrową
    lufę działa. Z braku miejsca wtachali ją, kosząc zakręty, na trzecie piętro w
    bloku i upchnęli na sztorc w pokoju Bladego Stefana, opierając czubek w lewym,
    górnym rogu i zostawiając nad łóżkiem taki prześwit, że Stefek może się co
    prawda w łóżku położyć, ale z naciągnięciem kołdry może mieć już pewne problemy.
    Gdy pierwszy raz ujrzałem owo misterium grozy, zapytałem przytomnie: A co jeśli
    w tej całej rdzy siedzi jeszcze pocisk? Seba odparł, że pomyśleli o wszystkim i
    lufa jest wycelowana w kibel nader nieprzyjemnych sąsiadów Stefana, którzy z
    nieznanych nam bliżej przyczyn nazywają naszego zacnego towarzysz lumpem i
    pijakiem. Tak więc jeśli ktoś z was mieszka na czwartym piętrze i ma na dole
    upierdliwego lumpa i pijaka imieniem Stefan to osobiście radzę: Załatwiajcie
    się bardzo, bardzo ostrożnie i delikatnie spuszczajcie wodę.
    A tak poza tym zabrałem Szponiastą na gdański festiwal czekolady.
    Delektowaliśmy się widokiem czekoladowych rzeźb i smakiem rozlicznych darmówek.
    Zapach przylgnął do mnie taki, że w tramwaju ludzie uśmiechali się błogo w moim
    towarzystwie. Dziś rano za to w ramach kontrastu wyciągałem spod zdjętej wanny,
    wprost z kanalizacji 236 skamieniałe gumy do żucia. Wiem ile bo potem
    policzyliśmy z właścicielką mieszkania oraz jej gumożerną latoroślą znaną
    szerzej jako Bartosz.
    Podjąłem też ostatnio wiekopomną decyzję o zmianie okularów na kontakty. Stało
    się tak oczywiście dlatego, że nadwyrężone wspólnym wysiłkiem Lenn i Phantoma
    stare patrzałki rozpadły mi się całkowicie i definitywnie. Od paru dni chodzę
    więc bez okularów zadziwiony szeroką perspektywą, nie ograniczoną horyzontem
    oprawek. Moje oczy zaś usiłując złapać ostrość wyglądają tak lśniąco i
    tajemniczo, że oglądają się za mną na ulicy panny.
    Oczywiście gdy już podjąłem decyzje zgłosił się mój starszy z propozycją, że mi
    nowe okulary kupi na święta… Jeżeli świat jest oparty na jakiejś zasadzie to
    jest to z pewnością ironia…
    I tyle. Kończę, bo siedzę u Awarii i chcę zanim wróci wykasować jej z kompa
    wszystkie zdjęcia Rammsteina. Ciau

    Dziewice jako jedyne nadają się
    do  niektórych  rodzajów magii,
    posiadają jednak pewne wady,
    poza oczywistymi

    (Chalker)

    *

    Gdybyście naprawdę mnie kochali
    wszyscy zabilibyście się

    (Pająk Jeruselem)

    Zakrzewska ociera się o mnie swoim ciepłym i wilgotnym
    wzgórkiem w ciasnym korytarzyku Kasjopei, i mruczy coś o zimnie na zewnątrz i
    cieple „w środku”. Oświadczam jej nieco bełkotliwie, że jestem już
    wystarczająco gorący i idę wytarzać się w śniegu. Ona otwiera szeroko te swoje
    modre oczy i mówi, że przecież nie ma śniegu. Odpowiadam: Nie szkodzi, pójdę
    poszukać…
    Czy gdybym uzależnił się od narkotyków to miałbym jakiś cel w życiu?
    Ciekawe cóż się takiego stało z nami – legendami. Czy Agentka nadal łapie we
    włosy wiatr wichrowych wzgórz? Czy Kerry Silver Mountain King spotkał swoją
    Eneę w ciemnych zaułkach, pośród nabrzmiałych swą ważnością kamienic Krakowa?
    Ciekawe, czy dotknęła palcem jego ust, rozmazując mu na nich kroplę swej
    inteligentnej krwi. Czy Raczek nadal jest boski, czy Merigold maluje wyobraźnią
    po szkle, czy Mars – Zielony ma piczę w poprzek?
    Te i inne pytania i odpowiedzi na nie w wiecznej sprzedaży na Targu Wyobraźni.
    Paradoksalnie będzie mi brakowało małego mieszkanka Lenn, wysoko ponad Biskupią
    Górką, a jeszcze bardziej wieczornych wędrówek do niej.
    Na moje strony na Webshocie ostatnio włazi nawet 90 osób tygodniowo. Muszę tam
    zajrzeć, żeby sprawdzić czy któryś rysunek nie zmutował w hardpornograficzny grejpfrut
    audiowizualnego grzechu. Podłoga w herbaciarni wybrzuszyła się na pół metra do
    góry w miejscu gdzie dziś będą urodziny Awarji. Czy to jakiś znak?
    Wychodzę. Oddycham. Zakrzewska staje w drzwiach z Kumpelą. W Kucykach i w mini
    do pępka. Odpalają długie papierosy. Krzyczą za mną: Czy wiem po co się myje
    szklanki? – żeby zmieściło się więcej herbaty. Kraczemy razem, to ten rodzaj
    śmiechu w którym więcej jest kwasu niż zasady.

    Chciałbym być Barbie,
    ta kurwa ma wszystko

    (Ze zderzaka)

    *

    Wilgoć. Szarość nieba, szarość kamienia. Pacyny rdzy oddzielające
    się warstwa po warstwie z wręg sterczących ku niebu niczym żebra przedpotopowej
    bestii. Kwadraty płyt poszycia, pochylone, sczerniałe, powyginane od dawno
    wygasłego żaru. Z każdym kolejnym sztormem pozostaje ich coraz mniej.
    Wystrzępione monowłókna, osypujące się rurki węglowe. Mrok we wnętrzu setek
    bulajów, czeluście obnażonych pokładów, powietrze tańczące w cembrowinach luf
    ogromnych dział. Nad przechylonymi nadbudówkami zapada powoli noc.
    Nie powiewa żadna flaga, kroki nie rozbrzmiewają w stalowych jaskiniach
    korytarzy. W ciemnościach spowijających mostek, słabym rubinem żarzy się
    jedynie ekran radaru. Przemykający promień wyciąga z nicości echa milionów
    spiętrzonych czaszek, żeber i piszczeli.
    Mewy o skrzydłach z postrzępionych gazet szybują z wietrze,. Panuje ogromna
    cisza, słychać tylko niemrawy plusk fali. Na ubitym piasku plaży nie widać
    śladów ludzkich stóp.

    *


    • RSS