kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 1.2009

    Jest coś niezaprzeczalnie przyjemnego
    we wsiadaniu do samochodu sportowego
    typu kabriolet, kierowanego przez piękną
    kobietę. Człowiek ma uczucie jakby
    wsiadał do metafory

    (Laurie)

    Szkoda, że nie widzieliście miny kota Lennonki, gdy wyrwaliśmy
    mu spod tyłka mieszkanie. Pozostał mu kojec i miseczka z wodą pośród pustki,
    pyłu i popierdalających krzaków. Bydle leżało zaciskając ślepia jakby wierzyło,
    że to tylko sen i kolejne spojrzenie ujawni na powrót oczywisty porządek
    świata.
    Niestety świat odjechał ciężarówką ze mną i Danem na Morenę, gdzie dorzuciliśmy
    do niego lodówkę. Potem zaś już w cieniu Polibudy zawędrował ze zgrzytem i
    trzeszczeniem na pięterko iluzorycznego domu Dana. W sumie mam wrażenie że kot
    będzie tam najszczęśliwszy. Mimo że metraż nie jest zbyt duży to jest mnóstwo
    zakamarów i kątów. Myślę, że nie minie zbyt wiele czasu nim bestia przedostanie
    się pod podłogę, albo znajdzie dziurę w ścianie na zewnątrz i zazna dzikiej
    wolności i wyuzdanego seksu z pobliźnioną i poszarpaną elitą tutejszego,
    kociego półświatka.
    Dziś za to wieczorek Marzana. Idziemy tam stadem zrobić jakąś borutę i wypić
    wino. Wczoraj rzeczony przysłał mi smsa zaczynającego się od słów „no no”, i
    poprosił bym na moim blogu uważał co o nim piszę bo mogą to czytać jego
    przełożeni…
    Fardamt! Czyli nie będę mógł już napisać o tym jak Marzan budzi się czasem nagi
    i drżący pośród wrzosowisk z dłonią zaciśniętą na zakrwawionym nożu i
    powtarzając niczym mantrę: Chomiki! Wszędzie chomiki! Całe zastępy
    syryjczyków… albo też o tym że smaruje się cały masłem orzechowym, do sutków
    przyczepia dzwonki i biega po kanałach ciepłowniczych krzycząc: Avanti!!!. Nie
    powinienem o tym pisać… ups! Za późno.

    Jaką piosenką Rosjanie
    lubią wkurzać Polaków?
    -Będę brał cię, w Jałcie…

    (chyba Neonówka)

    *

    - Kiszczak czemu ty się tak kochasz
    w tej wojnie i katastrofach, czemu
    tak uwielbiasz opowieści o końcu
    świata?
    -Bo w obliczu ostateczności ludzie
    stają się bardziej intensywni.

    W obecności absolutu wyłażą na wierzch nasze najlepsze i
    najgorsze cechy. Gdy stajemy na granicy stajemy się prawdziwsi.
    Pożałowania godne towarzystwo, w którym się obracam, zawitało do mnie wczoraj,
    za dwadzieścia pierwsza w nocy, wpierdzieliło na sucho trzy zupki chińskie,
    zajebało rolkę papieru toaletowego i w ramach nacieszenia się fałszywą wiosną
    wywlekło mnie z domu.
    Nawiedziliśmy następnie Borysa w celu uzyskania z jego piwnicy
    dwudziestolitrowego baniaka buzującego i cokolwiek szlamiastego roztworu
    winopodobnego, i tak wyposażeni udaliśmy się do ruin na wydmach, gdzie przy
    niewielkim ognisku ukrytym pośród załomów potrzaskanych murów wysłuchaliśmy
    opowieści Aleksa, Szufli i Karoliny, którzy powrócili właśnie na wypalone łono
    ojczyzny z wysp zielonych a deszczowych. Teraz raczą nas tekstami typu: To ma
    być deszcz, ha! Tam to był deszcz i opisują mgłę która potrafiła leniwie
    przelewać się przez krawężniki i wpływać do zostawionych na stoliku szklanek.
    A tak w ogóle to Karolcia pracowała w zakładzie fryzjerskim nieopodal Fleet
    Street. Po usłyszeniu tej informacji wszyscy jakby nieznacznie się od niej
    odsunęli.
    Świt spędziliśmy pracowicie rzygając na plaży i zakopując uzyskane w ten sposób
    różnokolorowe chemikalia. W przejaskrawionych flashbackach wracają do mnie
    zdania typu: O patrz wisienka! albo Pestki, skąd tu się wzięło tyle pestek.
    Obecnie jestem w stanie takim sobie, wystarczy powiedzieć, że robiąc zakupy
    kupiłem kolę light, której przecież nie pije nikt zdrowy na umyśle. Albo kola
    albo light.
    Z ogłoszeń parafialnych: W niedzielę odwiedziliśmy muzeum w Błękitnym Baranku,
    gdzie jest całkiem niezła „Średniowieczna wystawa”. Szponiasta walczy pośród
    sztormów sesji, aczkolwiek średnio jej się chce, więcej dzielny galeon raczej
    leniwie przewala się po falach niż mknie na czole burzy. Uniwerek postanowił jednak
    Marzana ze swych szponów nie wypuszczać. Dał mu pracę. M został adiunktem.
    Trzydziestego o 18.30 w bibliotece na Mariackiej ma wieczorek z Majerem.
    Podobno Czesi przedrukowali jego ostatni tomik i czytają jego teksty w mediach.
    Wyobrażenie sobie wiersza „Szhizy Hobbickie” po czesku na razie przerasta moje
    możliwości.
    Jutro przeprowadzamy Lennonkę. Będziemy raźno biegali po piętrach przenosząc
    jej dobytek do ciężarówki, a potem z ciężarówki z równym wigorem tachali je po
    klaustrofobicznych i grożących spektakularną katastrofą budowlaną schodach
    Dana.
    W sobotę lądujemy na krawędzi Dolnego Miasta by wznieść toast herbatą na
    podwójnych urodzinach Void i Stasia połączonych z parapetówą.
    Tyle, idę kontynuować umieranie.

    *

    Przyrody nie da się chronić, jest niezależna.
    To co nazywamy ochroną środowiska jest
    w gruncie rzeczy naszą samoobroną.

    (cyt)

    Ostatnio znowu mnie naszło, że zostałem sam na Ziemi. Po
    kilku latach, gdy trawa porosła ulice a szaleństwo zaczęło dyskretnie pukać do
    drzwi, doszedłem do wniosku, że przeżyłem po to by odtworzyć ludzkość. Zacząłem
    się uczyć obsługi sprzętu i informatyki, uruchamiać serwery w zalanych
    pomieszczeniach Polibudy. Krążyłem po domach pobierając próbki z wyschniętych
    ciał. Potem zakopałem się z tym moim drętwym mózgiem w zasobach Akademii
    Medycznej. Wyprawiłem się zmieniając samochody przez dziczejący świat do
    Berlina i Heidelbergu. Ucząc się oczywiście na powrót jazdy samochodem, która
    to wiedza z lekka mi już zaśniedziała. W końcu zmontowałem sprzęt do klonowania
    na całym środkowym piętrze mojego domu i zacząłem uzyskiwać pierwsze zarodki. W
    piwnicy zaś miałem wielkie lodówki a w nich zgrabne pakieciki zawierające
    włosy, krew i próbki skóry, podpisane: Dan, Lenn, Pazurkowata…
    Przy końcu, gdy wyciągałem pierwsze dzieci z inkubatorów, dopadła mnie
    świadomość, że cokolwiek zrobię nie odzyskam ludzi których straciłem, bo nie
    będę w stanie odtworzyć warunków, które ich ukształtowały, ani dać im dawnej
    pamięci. Zostanę z gromadką dzieci, które mogę wychować najlepiej jak potrafię,
    uczyć je, kształtować ich świadomość i odbieranie świata. Mogę tworzyć następne
    klony i zapełnić od nowa świat, ale już na zawsze pozostanę sam, ponieważ będą
    to nowi ludzie, stworzeni bez kontekstu i brzemienia historii, która
    niezauważalnie odciska się w nas wszystkich. Będę wśród nich kochanym i
    szanowanym obcym, dinozaurem i nigdy nie pojmę jak oni myślą, a oni nigdy nie
    zrozumieją jak myślę ja. Moja samotność nie skończy się nigdy.
    Na koniec siedzę w półmroku pośród lodówek, z góry, z laboratorium dochodzi
    gwar wesołych głosów, a ja patrzę na kosmyk blond włosów w pakiecie
    „Pazurkowata” i boję się ją odtworzyć. Bo przecież prawdopodobieństwo, że znów
    się we mnie zakocha w tym nowym świecie jest nieprawdopodobnie małe. Może
    przecież już zawsze traktować jak rodzica… Siedzę tam w milczeniu i
    zastanawiam się czy ją zniszczyć.

    *

    …a za mną wciąż chodzi
    „Zapach Kobiety”…

    (Lady Pazurek)

    Najgorsze roboty w herbaciarni już zrobione. Kurz opadł,
    finezyjne wycinanki z kafelków zasiedliły ściany, aczkolwiek z wrodzonej,
    brzeźnieńskiej uczciwości dodam: Nie opierajcie się o ścianę na lewo od
    wejścia, tą za łazienką, NIE-OPIE-RAJ-CIE-SIĘ! …bo was wessie.
    Zaczęliśmy składać bar, dziś zaczynamy też malowanie. Wczoraj za to spędziłem
    upojne chwile obcinając dół od stuletniego kredensu.
    I w sumie tyle. Jestem zagrzebany w herbaciarni i niewiele nosa poza nią
    wystawiam. Teraz też zaraz się tam wybieram by stawiać czoło alternatywnej
    rzeczywistości. Nara.

    *

    - Och kochanie, tu są krety!
    - A co któryś cię wciąga?

    (My)

    W środę gdy wracaliśmy wieczorem ze Szponiastą narysowałem
    palcem na brudnym szkle przystanku tramwajowego twarz dziewczyny. Codziennie
    patrzę czy jeszcze tam jest. Jest piątek, dziewczyna dorobiła się blizny na
    czole, ale nikt jej nie zmazał ani nie oszpecił. Żeby było śmieszniej ktoś
    zerwał z niej naklejone po drugiej stronie szyby ulotki. To w pewien sposób
    miłe… i pocieszające, że ludzie jednak chcą mieć koło siebie coś ładnego,
    choćby na tak prosty, kafelkarski sposób. Ekran na Krewetce rozjaśnia powietrze
    kolorami i w tym zmiennym świetle szklana dziewczyna patrzy na świat.
    Przebudowa herbaciarni trwa. Przez dwie noce wycharkiwałem z siebie smołę, która
    wypełniła mi połowę płuc po zrywaniu parkietu i szykowaniu podłogi na kafelki.
    Dziś był drugi dzień układania tego pseudobruku i musiałem robić to czego
    najbardziej nie znoszę, i czego przysięgałem się nigdy więcej w życiu nie
    tknąć. Znaczy ciąłem kafelki i robiłem w nich wycinanki szlifierką. Jutro będę
    musiał wstać o 5, żeby sprzątnąć babce a potem dotrzeć na czas do herbaciarni.
    Herbaciarz chce mieć to zbożne dzieło ukończone do poniedziałku, by za lokal
    mogli zabrać się artyści.  
    Gdy wynosiłem parkiet na pobliski śmietnik, za każdym razem był tam inny nurek.
    Do tego najwyraźniej chłopaki były wyspecjalizowane. Jeden zbierał żelastwo i
    szkło. Inny wyciągał słoje z resztkami przetworów. Jakaś babcia wyciągała
    szmatki i resztki materiałów. Poza tym są tam dyżurne gołębie, które
    najwyraźniej zamieszkują tutejszy gzyms, zaś w bezpośredniej ich bliskości
    krążą koty. Cały ekosystem.
    W środę z bezdomną Herbacianą Kompanią udałem się do Cico w cieniu Kościoła
    Mariackiego. Gdy zejdzie się pod ziemie to odkrywa się ogromne kanapy, na które
    można wpełznąć, po uprzednim pozbyciu się obuwia. Kelnerki przynoszą specjalne
    rozstawiane, małe stoliczki. Lokal jak dla mnie zbyt nowoczesny i snobistyczny
    (choć może moje złe samopoczucie miało coś wspólnego ze smołą na rękach i
    większości twarzy a także z połatanym swetrem), ale żarcie i picie mają tam
    wybitne. Herbata piernikowa z pomarańczą. Poezja.
    Awaria przysłała mi smsy pisząc jak stała pośród gór na środku zamarzniętego
    Morskiego Oka. A Seba, że kupił w Amsterdamie za 99 Euro gumową lalę, której
    wzorem była Carmen Elektra. Może się podzieli…

    Blondynka do blondynki:
    -Patrz , martwy ptaszek!
    A druga, patrząc w niebo
    -Gdzie?

    (Twój Weekend)

    *

    Cnotą piękna jest prostota.
    Każda
    komplikacja formy musi być uza-
    sadniona treścią.
    Duszą piękna jest
    dystans.

    (Simone Veil)

    Od chwili przeprowadzki straciłem
    prawie 7 kilo. Gubię tłuszcz w tempie 3,5 kilo na tydzień. Jestem
    bez przerwy głodny, ale też cholernie ożywiony. Czuję że
    oczyszcza mi się krew, wyostrzają zmysły a myśli są lżejsze.
    Czuję też jak budzi się zagubiona gdzieś po drodze drapieżność.
    Przed słowem Kiszczak znów krystalizuje się słowo
    pułkownik.
    Wczoraj poszedłem po prostu przed siebie, bez
    wyraźnego celu. Skręcałem pod wpływem impulsu. Niebo było
    czyste, popołudnie zaś złote i piękne do bólu. Szedłem pod prąd
    złocistych strumieni światła, skręcałem w zagubione ścieżki,
    przystawałem by pogapić się na kolory i formy… Nie robiłem tego
    od lat. I po raz pierwszy od naprawdę dawna nigdzie mi się nie
    spieszyło. Przedtem czułem ciągle w sobie coś skurczonego i
    drżącego co cały czas goniło mnie do domu, kazało mi się w nim
    kryć, przez świat zaś przemykałem pogrążony głęboko we
    własnej głowie.
    Krążyłem po zarośniętych ruinach, w miejscu
    dawnych azbestowców, poszedłem przez lasy zarastających
    pozostałości starych działek i kempingów, powędrowałem wzdłuż
    wyschniętego rowu melioracyjnego, skakałem po resztkach śluz. W
    zagajniku odkryłem miejsce do picia. Chłopaki w formie stołów
    wykorzystali betonowe ławki, wykopane zapewne gdzieś w okolicach
    odległego o kilometr bulwaru, przytachali też betonowe stołki,
    które miasto ustawiło koło molo razem z kamiennymi stołami do gry
    w szachy. Spodobała mi się ta ich pomysłowość i determinacja.
    Tuż obok jest mały, choć nadspodziewanie wytrzymały szałas
    sklecony z różnych przypadkowych elementów. Nie dałem rady
    zajrzeć, ale całość sprawia wrażenie używanej. Nie zazdroszczę
    komuś kto tu sypia o tej porze roku. Niemniej gdy zrobi się cieplej
    i pojawią się liście miejsce musi być idealne i świetnie
    ukryte.
    Na działkach mało nie wglebałem się do starej piwnicy.
    Wrzuciłem tam płonącą gazetę, żeby się rozejrzeć i ze środka
    buchnął błękitny płomień, mijając mnie o centymetry. Muszę
    tam jeszcze wrócić z latarką i saperką. Nic nie będzie bezkarnie
    ziało na mnie ogniem.
    W niedzielę opijaliśmy doktorat Zwierza i
    nasze liczne stado zasiedliło cały tył herbaciarni. Zwierzu jest
    śliczny. Ostrzygł splątaną i zapewne radioaktywną gęstwę
    rudych kudłów, drań nawet częściowo się ogolił i założył
    marynarkę, a mama owinęła mu szyję dziecięcym szaliczkiem, który
    mógłby spokojnie nosić jako bransoletkę. Było nas wystarczająco
    dużo by podzielić się na frakcje. Dzięki temu Lady Pazurek mogła
    zobaczyć cień tego jak wyglądały dawne spotkania gratkowe.
    A
    jutro z Robertem wypruwamy herbaciarni bebechy i zaczynamy remont. Z
    niecierpliwością czekam , by zobaczyć co czai się pod parkietem,
    zalewanej regularnie przez sąsiadów podłogi. Spodziewam się
    czegoś w rodzaju płaskiej wersji Davego Johnsa, jego bijące serce
    Robert trzyma zapewne skrzętnie ukryte w mikrofalówce.
    W sumie
    lubię pracować przy herbaciarni, bo potem przesiadując tam mam
    takie, miłe wrażenie jakby częściowo było to też moje, jakbym
    był w jakieś formie domu. Zawsze pozostaje jednak trochę niesmaku,
    bo Robert lubi sobie oszczędzić. Z reguły nie biorę od niego
    więcej niż połowę tego co bym wziął gdzie indziej, a on jeszcze
    z tego zdziera. Tu już nawet nie chodzi o kasę choć też jest
    ważna, jakby nie patrzeć ładuję w to czas i energie, które
    mógłbym wykorzystać gdzie indziej, chodzi o to, że gdy ktoś cię
    tak traktuje to zdaje się zwyczajnie sugerować, że cała ta ciężka
    robota i wysiłek były gówno warte.

    Zawsze gdy człowiek zaczyna wątpić
    w
    siebie palnie takie głupstwo, które
    go zachwyci

    (Lec)

    *

    Chuck Norris dementuje:
    Moje łzy nie leczą raka…

    (Sieć)

    On nie śpi, on czeka… Śniegu już nie ma. Będzie za to
    Zwierzu w herbaciarni i tłum jego fanów. Zwierz od piątku jest doktorem. Miał
    obronę na Polibudzie i naprawdę żałuję, że nie mogłem tam być by zadać kilka
    pytań nie na temat.
    Mam nowe okulary. Muszę się teraz przyzwyczaić do nowej twarzy. Po dziesięciu
    latach przerwy znowu wzbudzam na ulicach żywiołowe zainteresowanie płci
    niewieściej, co każe mi przypuszczać, że tym razem wybór oprawek był właściwy.
    Kawałki poprzednich okularów zakopię w jakimś opuszczonym, wilgotnym miejscu,
    szkłami do ziemi i posypię solą. Nigdy więcej miłej aparycji didżeja z lat 50.
    No i oczywiście wgrałem na mój nowy komp, nową Europę Uniwersalis, teraz będę
    podbijał świat Czejenami. Rzeź w Izbie Lordów i totemy ma ulicach Londynu…
    Seba dzwonił z Lizbony, że z paroma typami z załogi spędził dobę w areszcie.
    Podobno wepchnęli jakiemuś tubylcowi 23 banany w rurę wydechową samochodu.
    Czasem żałuję, że nie zostałem marynarzem jak mój dziadek, podoba mi się ta
    zdrowa doza buzującego szaleństwa, którego nagłe przejawy wzbudzają mój
    niekłamany zachwyt, a czasem i zazdrość. Nie powiem nie jedną rzecz wciskałem w
    rury wydechowe, możliwe, że zdarzył się nawet jakiś banan, ale 23?! To cała
    operacja, jak przy strzelaniu z działa. Jeden obierał, drugi podawał, trzeci
    upychał, a to wszystko na ulicy, pośród praworządnych obywateli Unii  Europejskiej. Na Dadźboga, przecież to cholerstwo
    jest miękkie i się gnie…
    No dobra, wyszło słońce czas ruszać na żer, choć szczerze mówiąc wciąż czekam
    na reakcje organizmu na te lekko przejrzałe ogórki kiszone, które wciągnąłem na
    śniadanie razem z prehistorycznym pasztetem i zdębiałą cebulą. Zobaczymy jak
    daleko uda mi się zajść nim dopadną mnie sępy z Orkiestry. Ostatnio byłem już o
    300 metrów
    od  herbaciarni.

    Komentarz na sieci pod reklamą
    kolczyków z pazurzastych łapek
    wiewiórek: Ozdoba dla kobiet,
    którym nie leży na sercu dobro
    środowiska naturalnego, a już
    na pewno los wiewiórek.

    *

    Chcę mieć jasność. Zamartwiasz
    się nie dlatego, ze jedziemy do
    domu pełnego wampirów, ale
    dlatego, że mogą cię nie
    zaakceptować?

    (Meyer)

    Właśnie zakończyłem lekturę „Zmierzchu”. Cóż za wspaniałe,
    wampiryczne romansidło, gdybym był ponętną siedemnastolatką to pewnie płakałbym
    jak bóbr w poduszkę i w zapamiętaniu nacierał sobie smukłą szyję wodą różaną.
    Zawsze rozczulają mnie opowieści o Nocnych Wędrowcach, o ileż mniej
    romantycznie wyglądałoby to w rzeczywistości w naszych prozaicznych czasach
    hipermarketów i banków krwi.
    A jeśli o oddawaniu krwi mowa, to jutro kupuję nowy komp. Jestem już
    szczęśliwym posiadaczem monitora i przyległości. Jutro też się dowiem czy
    poszczególne elementy pasują do siebie czy też nabyłem bardzo kosztowną
    podpórkę pod biurko.
    Myślę, że gdy już za parę miesięcy wydostanę się spod zwęglonych gruzów mojego
    budżetu to zajmę się instalacją sieci, co z pewnością będzie widomym znakiem,
    że świat się kończy i nadszedł kres ery ludzi i serwerów.
    A co poza tym? Delektuję się pogodą. Doczekałem się prawdziwej zimy. Jak byłem
    ostatnio na zakupach spojrzałem przed siebie na otwór wyjściowy z pasażu w
    Czerwonym Domu. Stali tam ludzie w formie nieruchomych, czarnych konturów, a
    wyjście zamykała zwarta, szara płyta i to było powietrze. Odśnieżałem tego dnia
    pięć razy, w sumie za każdym razem dochodząc do końca chodnika, mogłem wracać
    na jego początek i zaczynać od nowa. Niemniej wśród ludzi widać namacalną ulgę
    i nagły spadek agresji. Potrzebna była nam ta świetlista biel przykrywająca
    pogrążony we śnie świat.

    Wychodzi tirówka
    Z samochodu  i na
    pożegnanie mówi:
    Bądź zdrów!

    *

    Podobają mi się stare Buicki
    Riviera, moim  zdaniem  to
    najpiękniejszy   samochód
    wszech  czasów. Miał  nie-
    samowitą sylwetkę, która
    łączyła najlepsze cechy
    bolidu  wyścigowego i
    niemieckiego czołgu

    (Statham)

    Ostatnim miejscem, którego jeszcze nie umyłem jest
    prysznic… no boję się po prostu. Podejrzewam, że moja poprzedniczka urządzała
    sobie kąpiele błotne z płynnym karmelem w formie szamponu. Nawet kafelki w tym
    kącie mają inny kolor. Wczoraj dokonałem pierwszych prób i walnąłem na bok
    wszystkie gąbki, drapaki, cify i ajxy, i wziąłem rolkę papieru ściernego.
    Na święta dostałem książkę o Brzeźnie. Przestudiowałem ją dokładnie, po czym
    odstawszy 40 minut na naszej poczcie, gdzie rozpryskując błotną breję,
    pokrywającą podłogę, biegał jakiś rozwrzeszczany bachor, co chwila z
    plaśnięciem się przewracając, udałem się obejrzeć te wszystkie opisane cuda na
    żywo. Przy okazji wychynąłem z końca Północnej na plażę, żeby popatrzeć na
    przestrzeń.
    Nadchodził wieczór. Błękit nieba nabierał tej głębokiej barwy sugerującej, że
    jest tylko delikatną otoczką, za którą kryje się niezgłębiona czerń tajemnicy.
    Jasno świeciła połówka księżyca. Nad morzem niczym ogromna postrzępiona dłoń
    wysuwająca szpony ku lądowi, kłębiła się ogromna, pomarańczowa chmura. Nabrzmiała
    śniegiem przesłaniała cały wschodni horyzont. Gdzieś, pośród lasów nad Orłowem
    od szyb odbijały się złoto ostatnie promienie słońca. Zaś pod tym całym
    majestatem i potęgą moi znajomkowie w liczbie siedmiu i przedziale wiekowym 17
    – 48, ganiali po śniegu, obrzucając się śnieżkami i tarzając w świeżym puchu.
    „Jak dzieci”, stwierdziłem z pełną wyższości dezaprobatą i to był oczywiście
    błąd, bo jak w filmach wszyscy nagle znieruchomieli i spojrzeli na mnie.
    Następnie spojrzeli na siebie i szeroko się uśmiechnęli. Reszta jest
    historią…
    Rozebrałem się przed domem, bo miałem śnieg w takich miejscach, że chyba
    wstrzykiwano mi go pod ciśnieniem sondą. U sąsiadów poruszyły się gwałtownie firanki
    w oknie, dziwni ludzie, nigdy nie widzieli faceta w samych slipach i
    skarpetkach przy minus siedmiu?

    Przychodzi złota rybka do baru
    - Co podać?- pyta barman
    - Woooodddyyyy….

    *

    Na tym działanie rycerza się
    zakończyło, dalsze kroki po-
    dejmował jedynie potwór…

    (Nie pamiętam skąd)

    Tak, tak moi drodzy, ci którzy pochodzą z naszej szlachetnej
    dzielnicy, lub czerpią perwersyjną przyjemność przebywania w jej bezpośredniej
    bliskości, z radością dowiedzą się, że Borysiątka mają kolejnego psa. Jest
    jeszcze brzydszy niż poprzednie a nie gojące się , rozliczne rany szarpane
    zdają się sugerować, że będzie od poprzednich jeszcze bardziej wredny. Tak więc
    Seba, nigdy nie mów nigdy, bo w naszym miejscu zamieszkania granica
    niemożliwego ma tendencję do przesuwania się pod wpływem jakiejś
    niewytłumaczalnej przekory wiszącej w powietrzu, nieco nad powierzchnią
    bruków. I tak, Borys nazwał to kłapiące
    coś Epsilon Eridani, co w sumie nie powinno dziwić jako wersja rozwojowa po
    Wedze i Proximie, oraz jako koronny dowód, że małżeństwo rozpuszcza mózg.
    Na tym zakończymy ogłoszenia drobne.
    Wiecie, strasznie lubię ten moment, gdy kładę się spać i ściągam ciuchy… mam
    nadzieję, że ktoś się zaślinił… w każdym razie, uwielbiam ten moment, gdy po
    całym dniu noszenia ściągam sweter i w ciemnościach rozbłyskują w nim
    dziesiątki ładunków elektrycznych. Wygląda jakbym ściągał z siebie skłębioną,
    czarną chmurę z piorunami.
    Jeśliby rozważyć to w większej skali, mogłoby to wyjaśnić pewne zjawiska
    atmosferyczne.
    A poza tym odnalazłem TVN…   Powiedz
    gdzie, powiedz gdzie, jest TVN…   W
    moim polowym, strzelającym iskrami telewizorze, który odziedziczyłem po
    Siostrach znalazłem wszystko, nawet śnieżącą jak Alaska Jedynkę, tylko TVN krył
    się pośród tych małych fikających punkcików, w które wpatrywałem się z uporem
    przez trzy dni przeszukując cierpliwie skalę. Zaczynałem w tym już dostrzegać
    jakieś wzory i doznawać cyfrowych objawień. Na szczęście z śnieżnej kurzawy
    wychynął niespodziewanie wyraźny obraz Niani całującej Skalskiego i nie
    poznałem PRAWDY. Bo gdybym poznał, to możliwe, że jak w tym opowiadanku o
    odkrywaniu na świecie zakonspirowanej obecności smoków, potrzebowałbym azbestowego
    koca i dwóch gaśnic pod łóżkiem.

    -Poproszę te ogórki
    -Ale to nie są ogórki
      to biała kiełbasa
    -To dlaczego jest zielona?
    -Bo jest jeszcze niedojrzała
    -A dlaczego ona ma meszek?
    -Bo to jest proszę pana abso-
     lutna nowość – kiełbasa
     przytulanka   

    (CKM)

    *


    • RSS