kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 2.2009

    Majka – Czemu ona tak kręci
    nosem na tę sukienkę?
    Ja – Bo Avatar chce być na
    tym ślubie niewidzialna…
    Pazurek – No to sukienka niech
    będzie przezroczysta

    Profanowane mogiły historii. Odkryte groby starych bomb,
    lotki pokryte rdzą od dziesięcioleci nie smakujące powietrza. Może nigdy go nie
    zaznały. Jest coś smutnego w niezrealizowanej potędze, w tych pordzewiałych
    cielskach, w pokrytych mchem bunkrach brzeźnieńskiego parku czy porozrzucanych
    po polach kamieniach Muru Hadriana.
    Czasem odnoszę wrażenie, że jestem biedny i pozbawiony jakiejkolwiek władzy,
    ponieważ gdybym miał możliwość zrobiłbym rzeczy wspaniałe ale straszne.
    Potraktowałbym ludzi i narody jako zmienne w moich planach. Nie przejmowałbym
    się ceną, nie patrzyłbym na konsekwencje. Od połowy XIX do połowy XX wieku
    mieliśmy czas marzycieli, wybitnych jednostek, które siłą swojego umysłu, swych
    wizji pociągnęły za sobą miliony i miliardy, czasami do piekła. Potem nadeszło
    zmęczenie, zmęczenie i pragmatyzm. Obecnie nasza cywilizacja jest praktyczna do
    bólu. Nie latamy na księżyc, nie tworzymy wielkich ruchów społecznych, nawet
    terroryści zabijają teraz dla pieniędzy, traktując bez przekonania wiarę czy
    idee, jako mało wiarygodne przykrywki. Poparzyliśmy się marzeniami.
    Może to dlatego czuję się tak nie na miejscu. Ja marzę, a moje marzenia są
    czasem tak silne, że zlewają się z rzeczywistością. Czasami sam już nie wiem co
    jest naprawdę a co nie.
    Gdy mówię ludziom, że żyję cztery razy szybciej niż oni, uśmiechają się. Moi
    rodzice nie potrafią zrozumieć dlaczego nie gnam w szczurzym pędzie by „coś
    mieć”. Jak mam im wytłumaczyć, że mam wszystko, że widzę, słyszę, dotykam i
    smakuję.
    Czasem zastanawiam się czy to nie jest choroba. Czasem też nachodzi mnie myśl,
    że istnieję tylko ja, a wszystko pozostałe jest we mnie. Istnieje tylko w moim
    umyślę. W tym słodkim promieniu obłędu przeciąga się rozkosznie moje
    rozmruczane ego. Na szczęście zaraz przychodzi refleksja, że to by było za
    łatwe. Nic nie może być takie proste, myślę, a rzeczywistość zaraz ochoczo to
    potwierdza.

    Gdy uderzył mieczem w przeciwnika
    zachwycił się dźwiękiem zbroi. To go
    zgubiło. Tak właśnie giną romantycy

    (Lec)

    *

    Ja – znam parę
    dziewczyn z tego przybytku
    Krzych – Ha! A ja znam szefową…
    Ja – Ok, dobra, wiem co to szarża

    Piątkowa impreza
    wyszła nawet fajnie. Hitem okazały się francuskie bułeczko-paszteciki Kudłatej,
    był też barszcz z uszkami przytaszczony przez Awarii, który kończyłem zresztą
    wczoraj z strasznymi konsekwencjami. Lenn zrobiła makaron nadziewany mięsem w
    maku, wszyscy zresztą naznosili żarcia, była to chyba pierwsza nasza impreza z
    nadmiarem środków spożywczych. Dan przyniósł nawet wór ziemniaków i zwalił mi
    go pośrodku kuchni.
    Nie mam „gościnnych” kapci, zaoferowałem więc dziewczynom skarpety, każdą w
    innym kolorze. Mam ich całą szufladę. Same lewe, ponieważ z różnych
    tajemniczych, zapewne także fizjologicznych względów przejawiam ubolewania
    godną tendencję do przecierania skarpet prawych. Dziewczyny skarpety przyjęły,
    uśmiechając się podejrzanie szeroko. Jak na razie nikt nie stracił stóp.
    Tylko z piciem coś słabo szło, co prawda była między nami jedna abstynentka z
    zasadami, druga z zakładem oraz Awaria, ale trzy i trochę opróżnionych flaszek
    wina to trochę za mało by mogło się wykluć jakieś widowiskowe szaleństwo. Już
    nie wspominając nawet, że Awaria ku powszechnej rozpaczy, znów nie zatańczyła
    na stole.
    Na pożegnanie któryś dowcipniś zakręcił mi zawór wody zimnej, skutkiem czego
    przez dwa dni zastanawiałem się patrząc na wątły strumyk lecący z kranu, gdzież
    się ona do diabła podziała.
    A tak poza tym? Cóż, Szponiasta zakończyła sesję, i jest szczęśliwa…
    Szczęśliwa! Szczęśliwa i wolna jak dzika świnia. Przetacza się tylko z boku na
    bok w piżamce z Kłapouchym, kiwa nóżką i czyta „Zmierzch” do 3 nad ranem.
    Ostatnio na zajęciach składali jakieś przedśredniowieczne szkielety dzieci.
    Ucieszyła się bardzo, bo zawsze lubiła puzzle, a tu jeszcze szereg
    niespodzianek „że to nie było jeszcze zrośnięte z tym”. Wychodząc z sali po
    zajęciach ich miejscowy as przestworzy znany jako Robin, wskazując pod  ławkę zakrzyknął z entuzjazmem: O a tam leży
    jeszcze paluszek…  Kurcze, a nas na
    studiach wysyłali tylko z kamerą na Targi Ezoteryczne.

    Nieznany  oficer 
    sygnałowy  do
    pilota marynarki, po jego szóstym
    nieudanym  lądowaniu  na 
    lotni-
    skowcu: „Tutaj musisz wylądować,
    synu. Tu jest jedzenie”.

    (Angora)

    *

    Było gorące lato. W tramwajach brakuje czasem jednego
    krzesła, tam usadziłem właśnie odwłok, był tłum a we wnęce przede mną upakowała
    się zgrabna laseczka o krótkich kręconych włosach, zwiewnej białej koszuli
    zapiętej tylko na dwa środkowe guziki i z błyskiem złośliwej wesołości w
    oczach. „Zobaczyliśmy się” i coś między nami przeskoczyło. Było naprawdę
    gorąco. Zaczęło się coś w rodzaju mentalnego tańca drobnych ruchów, tak że
    ostatecznie ja byłem lekko wychylony w przód a ona wyginała nade mną swój
    gładki, odsłonięty brzuch. Temperatura wzrosła nagle o jakieś 4000 stopni.
    Miałem jej skórę dosłownie o trzy centy od twarzy.
    Wszyscy znają mój niezwykły rozsądek, skłonność do długiego, głębokiego
    namysłu. W dwie setne sekundy jak na twarzy poczułem bijące od niej ciepło i
    zapach, robiłem już „glonojada”. Dla niewtajemniczonych – niezbyt szybkie
    przejechanie po czyjejś skórze półotwartymi ustami, takie lekkie muśnięcie
    wargami i oddechem czyjejś skóry i tego delikatnego puszku. Dotyk bez dotyku,
    taki leciuteńki podmuch erotyki.
    Na chwilę wygięła się nade mną mocniej, po czym zaśmiała się perliście i
    mruknęła: No co ty. Po czym odskoczyła tak, że cofnęła brzuch, za to nachyliła
    górę, tak że praktycznie znalazłem się wewnątrz jej dekoltu. Nie muszę
    oczywiście dodawać, że o żadnym staniku nie było mowy i znalazłem się oko w oko
    z ładnym, brązowym sutkiem.
    W innym świecie zostalibyśmy pewnie idealną parą a nasze czyny na drodze
    szalbierstw i rozboju opiewane byłyby w pieśniach snutych w przyplażowych
    smażalniach i mrocznych tulejach odrapanych podwórek. Tak się jednak zdarzyło,
    że ja od paru miesięcy zawracałem głowę niejakiej Lady Pazurek, a ona od trzech
    lat prześladowała szlachetnego poczciwinę (Zapewne za ten opis znajdę jutro w
    łóżku okrwawioną głowę konia) o imieniu Mieczysław.
    Trafiliśmy ostatnio na niego inaugurując uroczyście uruchomienie przez Borysa
    jakiejś mutacji Skejpa. Zapytał nas nieopatrznie co zakupić dla swego
    ukochanego szaleństwa na urodziny, na co my oczywiście ochoczo uraczyliśmy go
    mrożącymi krew w żyłach opowieściami o facetach robiących prezenty swoim
    kobietom.
    Tak więc jesteśmy ze Struną dobrymi kumplami, ja odkładam dla niej Polskę
    Zbrojną a ona przywozi mi z Malty arabskie świerszczyki. Za każdym razem gdy
    przyjeżdża wita nas w swoim roboczym stroju francuskiej pokojówki i stawia na
    blacie jakieś eukaliptusowe, procentowe paskudztwo, które smakuje jak płyn do
    naczyń i generuje napady nostalgii.

    *

    Tydzień pogrążony w depresji. Za mało zrobiłem, za mało
    zarobiłem, nie osiągnąłem prawie żadnego z założonych celów, nie załapałem się
    na żadnego pączka. Niemoc przechodzi we wściekłość. Czujcie się pobici,
    splugawieni i stratowani. Dwa razy.
    Ukończona praktycznie łazienka Dannonek wygląda jak zamrożone trzęsienie ziemi.
    Zresztą czym ja się przejmuję, i tak wszystko wisi na ruchomych płytach
    zgrzewalnych i zacznie odpadać najdalej za pół roku. Muszę doradzić dziś Danowi
    kupno pistoletu do sylikonu i poinstruować jak przyklejać kafelki w miarę ich
    odpadania. Nigdzie nie mogę zdążyć ani do Marzana, ani do Awarii ani nawet do
    herbaciarni. Czasem naprawdę mam ochotę poddać się i iść do stałej pracy. Oddać
    odpowiedzialność za swój czas komuś innemu. Wolność to ogromny ciężar, trudno
    się dziwić, że ogromna większość ludzi woli się od niej trzymać jak najdalej.
    Dobra starczy tego defetyzmu, będzie wierszyk:  

    Na północ od dwunastej
    Nocy Walpurgii
    sześćdziesiątego sierpnia
    woda spłynie ze zmurszałych pokładów
    stalowego cielska

    złoty księżyc w blask oblecze pagony
    szpikelhaube mostka
    osypie gwiazdy rdzą
    rozbudzony sztandar zrzuci z siebie morze
    z omszałym hakenkrojcem roztańczy się wiatr

    lufy pełne szlamu zatoczą półkola
    śruby zamarłe w pół wieku
    znów poczną mleć czas
    w kadłub uderzy zdziwiona teraźniejszość
    w drugą stronę zakręci się ten jeden raz świat

    zdziwiona Home Fleet zobaczy na radarach
    echo czaszek, piszczeli i gałęzi żeber
    zdziwiony Lucyfer Hustlera upuści
    gdy w stałym rachunku wyjdzie 6 – 6 – 7

    Przez dziury w poszyciu rzygnie brudna woda
    rozgwiazda i jeżozwierz wyślizgnie się spod blach
    w niebo wystrzeli polarna zorza
    spokojne wybrzeża zaleje upiorny blask

    wiek legend powróci
    dźwigną się z dna bestie
    smukłe krakeny, i stalowe harpie
    pożółkłe kości dłoni znów ujmą manetki
    pod postrzępionymi skrzydłami znowu zagra wiatr 

    …kiedyś wymyślę resztę

    *

    Lenn – Te kafelki…
    Ja – Nie pytaj, bo się
    dowiesz  i  będzie ci
    smutno

    Lenn opowiadała o neurozach. Podobno była jakaś kobita,
    która ciągle drapała się w głowę, nawet przez sen. Nie dało się tego w żaden
    sposób powstrzymać. Pewnego dnia poczuła na palcach jakiś płyn… Dodrapała się
    do mózgu. Lekarze usunęli jej operacyjnie fragment mózgu odpowiedzialny za
    chorobę, to jednak jej nie powstrzymało… No i co, nie swędzi was coś?
    A skoro już jesteśmy w mroku to przypomniało mi się jak koleś postanowił
    przerobić swoją piwnicę na modelarnię. Dom był powojenny, ale stał na starych
    murach, w czasie wojny miał tu być bunkier dowodzenia miejscowym odcinkiem
    obrony Festung Danzig. gdy wpełzaliśmy długim, ceglanym korytarzem stanąłem jak
    wryty. Na zakręcie cegły były strasznie podziabane, miejscami świeciły
    jaśniejsze betonowe plomby, a na przeciwko mnie, na ścianie był kształt
    człowieka z rozrzuconymi rękami. Ktoś tam musiał wrzucić granat a ciało
    zatrzymało część odłamków. Zawołałem resztę. Koleś od piwnicy stwierdził, że
    przechodził tu ze sto razy i nigdy tego nie zauważył.
    Pominę już opis pół metra szlamu, który stamtąd wytachaliśmy, wspomnę tylko o
    rurze. Pod sufitem wisiała gruba, żeliwna rura. Jakiś czas temu wyłączono ją z użytku,
    bo ciągle się zapychała. Zerwaliśmy to siedlisko zarazy i odskoczyliśmy z
    lekkim obłędem w oczach, albowiem ze środka spłynęło z przedwiecznym śluzem coś
    co wyglądało jak sięgająca po nas ręka Chyżwara. Było to kilkaset żyletek,
    scalonych rdzą i brudem w jedną kolczastą masę. To tak fajnie ogląda się
    horrory i śmieje się z nich w kompani, ale wtedy przez moment byliśmy pewni, że
    coś potwornego przybyło po nas z otchłani czasu.
    Z rzeczy niesamowitych i przerażających wspomnę 
    jeszcze tylko, że Lenn przyniosła do herbaciarni czekoladę o smaku
    czarnego bzu z gruszką i drugą: pomarańcza z chili. Ta druga była niezła,
    smakowała  trochę jak kurczak.
    W piątek robię imprezę będziemy świętowali instalację mojego nowego napędu DVD,
    czwartą rocznicę nieformalnego pożycia z Lady Pazurek a także opijali, bądź
    zapijali jej ostatni egzamin. Oprócz stałej brygady potępionych pojawi się
    Kudłata, która w ogóle nie pije alkoholu, co zmusi zapewne mój otłuszczony mózg
    do twórczej improwizacji i być może Hania, której femfataliczną emanację tak
    lubię.

    Ciekawe jak wyglądałoby spotkanie
    Dr Housa z Dr Lecterem?

    (Kudłata albo Lenn)

    *

    -Prehistoryczne wieloryby
     rodziły się na plaży…
    -No i wszystko było w po-
     rządku aż przyszedł Green-
     peace i wszystko spieprzył

    (RMF Max)

    Miałem ostatnio wizję ostatniej szarży polskich wojsk
    pancernych na Posleenów. Kto czytał Ringo ten wie. Jednak w nas Polakach wciąż
    gdzieś tam na dnie żarzy się węgielek szaleństwa. Marzy nam się czasem coś
    obłędnego i wspaniałego do bólu. Wychowywanie młodzieży na literaturze
    romantycznej to przekleństwo, a polityka historyczna to sport dla psychopatów.
    Zapewne małych obleśnych kurdupli obwiązujących w domowym zaciszu taśmą klejącą
    koty, co by się nie rozpękły.
    Obudziło mnie przepiękne słońce. Teraz gdy szykuję się do wyjścia, niebo
    zasnuły ekspresowo chmury, hamując nad moim domem z piskiem opon, czy co one
    tam mają. Wyglądają na brzemienne w skutki, mam więc dziwne wrażenie, że suchy
    do Epicentrum nie dojdę. Poza tym nie miałem za bardzo nic do żarcia, bo
    wczoraj nie chciało mi się pełznąć do sklepu w tej rzadkiej sraczce siąpiącej z
    nieba. Na dnie szafki odnalazłem jakąś zatęchłą kiszkę ziemniaczaną, upiekłem i
    zjadłem… Teraz czuję jak we mnie chodzi, a przecież starałem się dokładnie
    wysmażyć z niej wszelkie życie.
    Osz kurva! Właśnie winamp poczęstował mnie śpiewającym Brosmanem z Mamamii. Czy
    ktoś z was nie bawi się przypadkiem tłustą, woskową figurką, jeśli tak to
    proszę szpilę pod lewą łopatkę, bo swędzi. 

    To stworzonko nazywa się
    Minut. Wielkość – setki od
    wódki. Cel życia rozmnażanie.
    Czas życia 60 sekund 

    (Kuluary gry RPG w kompie Dana)

    *

    -Strzelę!
    -I co?
    -I stąd wyleci kulka
    -Skąd? Wyleci? Uj, to
    słabo przymocowana…

    (Potem)

    Kładziemy kafelki w Stanicy Stanów Granicznych zamieszkałej
    przez Dana i jego maleńką, zasuszoną, demoniczną Ciocię, a wkrótce też przez
    Lennonkę z krakenem w jamie brzusznej. Komp przeskoczył na liście na muzykę
    japońską. Po 2,5 godzinach brzdąknięć, plipknięć i przepuklinowych jęków, Dan z
    uśmiechem stwierdził: spoko, za pół godziny będzie jedna trzecia japońszczyzny…
    Już wiem czemu Amerykanie zrzucili na nich bomby atomowe… Ależ Ike,
    zbombardujmy Pałac Cesarski w Tokio, albo Osakę z fabrykami, czemu Hiroszimę,
    tam przecież nic nie ma! – Jest, największa szkoła muzyczna…
    Mieliśmy szlifierkę, ale bez diamentowej tarczy, mogliśmy więc sobie nią
    pomachać albo pokręcić za kabelek. Wszelkie otwory na rury itp. wycinałem
    ręcznie kombinerkami, okruszek po okruszku. Jakie to cholerne szczęście, że nie
    muszę pisać tej notki długopisem.
    Dzięki Bogu i Bogini Dan wykopał z jakiegoś kąta, zakurzoną butelkę
    Kadarki i od tej chwilki kafelki układały nam się równo i pięknie, niemalże
    same, pod koniec rozważaliśmy już „czy nie zostawić tej dziury za kiblem, bo
    przypomina niewidzialny bombowiec B-2”.
    Zawsze można by powiedzieć, „Ha! A ja mam za kiblem niewidzialny bombowiec!”,
    „Gdzie, nie widzę”, „Bo jest niewidzialny”…
    Wracając pławiłem się w mocnym, jasnym świetle ogromnego księżyca w
    pełni, który wychynął nad stare dachy Wrzeszcza, dodając okolicy kilka
    wymiarów. Po drodze miałem wizję bitwy kosmicznej o takiej wspaniałości i
    natężeniu bohaterów z krwi i kości, że niemal zatonąłem we wnętrzu własnej
    głowy. Pewnego dnia zapędzę się tam zbyt daleko i już nie wrócę.
    W domu niemal pękło mi serce gdy okazało się, że nie jestem w stanie
    tego zapisać na papierze.

    Zgwałcić logikę mógł tylko
    ten co ją posiadł

    (Lec)

    *

    Lubię  nastrój  zapomnienia,
    to tak jakbym miał dla siebie
    całą historię jakiegoś miejsca

    (Lewandowski)

    Na autostradzie w Niemczech kierowca nie zauważył znaków i
    wjechał na most w remoncie. Ujrzawszy przed sobą sześciomerową dziurę i
    wyceniwszy szanse na to, że zdoła się zatrzymać, dał po garach i przeleciał nad
    nią czterdziestotonowym tirem. Polizei mówi o cudzie i latającym tirze,
    kierowcą oczywiście był Polak.
    Babka kupiła mi na urodziny obcisłe bokserki z tygrysem. Wyglądam w nich jak
    baletmistrz z filmu Top Secret i czuję się trochę jak Robbie Williams.
    A poza tym przeprowadzka sprawia, że dotkliwość świata narasta. Ciągle
    zastanawiam się czy to dobrze czy źle. Wiadomo, bezpośrednie dotknięcie
    rzeczywistości wypala ludzi w parę miesięcy. Wszyscy mamy prywatne systemy
    obronne, które pozwalają nam trzymać świat na dystans, jedni żartują, inni są
    aroganccy czy mają misję, jeszcze inni robią z siebie nieudaczników, by nikt
    niczego od nich nie oczekiwał, jeszcze inni dołują się albo zwyczajnie nie
    widzą niczego poza zawartością własnej głowy. Ilość możliwości jest ogromna. Ci
    którzy pozwalają dotknąć się światu bezpośrednio i do końca, płoną krótko
    oślepiającym płomieniem, po czym rozsypują się w popiół pozostawiając powidok
    odciśnięty na zawsze na siatkówce oka ludzkości.
    Moim nieszczęściem jest to, że nigdy nie potrafiłem zdecydować. Najwięcej i
    najlepszych w życiu rzeczy stworzyłem, gdy nagle przestałem być Mistrzem
    Małgorzaty a mój świat runął na 17 miesięcy. Budził mnie ból, nie trzeźwiałem
    tygodniami, prawie nie spałem. Postarzałem się wtedy o parę lat, ale dzięki
    temu mam tysiące wierszy, tekstów i opowieści na których mogę teraz żerować.
    Tak wiem smędzę, ale akurat w tym tygodniu oberwałem skoncentrowaną dawką
    mocnych filmów i komiksów, które splotły się we mnie w siną gulę melancholii.
    „Zdarzenie” miażdżące przerażającym wdziękiem, film po którym szelest liści w
    ogrodzie nigdy już nie będzie taki sam. Potem „Astropia” niespecjalnie ambitna
    i robiona w garażu gdzieś na Islandii, ale niosąca ze sobą dużą dawkę optymizmu
    i wiary w marzenia. Potem w Empiku: „Lwy z Bagdadu”, „1001 nocy Królewny
    Śnieżki” i kilka innych.
    W Astropi jest zadżebisty moment gdy blond dziunia szukając pracy wchodzi do
    sklepu z RPG. Tipsy, spiętrzone włosy, długie golenie, obcisła kieca klasy
    ABBA, a tam długie ciemne pomieszczenie, pełne nerdów. Pryszcze, rogowe
    oprawki, wyciągnięte swetry. …Zapada cisza, wszyscy zamierają w bezruchu, komuś
    z tyłu coś wypada z rąk na podłogę… aż chciałoby się dodać: Gdzieś w dali
    zawył pies.

    Chaos to ład, który zniszczono
    przy tworzeniu świata

    (Lec)

    *

    Generalnie bardzo się spodobał
    (prawie  wszystkim)  pomysł
    mrugania biurowcem. Obecnie -
    po 10 godzinach – moi naśladowcy
    mrugali  już  całymi 
    miastami.
    Jakiś kretyn w Oklahomie mrugał
    elektrownią atomową…

    (Lewandowski)

    Nienawidzę, gdy odzywa się do mnie moja telefonia komórkowa.
    Gdyby chociaż jak w opowiadaniu Synowca, chciała powiedzieć, że mnie kocha, ale
    nie, dostaję tylko oferty dla debili pod wspólnym hasłem „Daj nam swoje
    pieniądze”, a ja lecę za to zawsze, rozbijając meble, do telefonu w nadziei, że
    ktoś o mnie pamięta.
    Wieczorek M&M (Marzana i Majera) był do dupy. Twórców zastaliśmy na ganku
    biblioteki na Mariackiej sączących Żołądkową Gorzką jak mi się zdaje. Trudno
    określić bo zaraz uciekli do wnętrza. Ludzie wypełnili jakoś te 30 krzeseł,
    choć szczerze mówiąc większość widowni znałem po imieniu. Majer nie zawiódł i
    był ożywczo arogancki i nadęty jak zwykle, okazało się, że ma nawet 2 czy 3
    dobre wiersze, choć na tle Marzana ledwie się odznaczał niczym czerwony karzeł
    pośród błękitnej heliosfery gwiazdy olbrzyma. Czytali na zmianę tocząc coś w
    rodzaju dialogu. W sumie wybrali sam mrok i mgłę. Licytowali się
    nieszczęściami: mi umarła matka, a mi dziecko, mam problemy w domu a mnie żona
    zostawiła samego w kuchni, płyta nagrobna, moknący miś.
    Do tego jako konferansjer wystąpił typ o głosie niczym szelest październikowych
    liści i inwencji mistrza w układaniu bibliotecznych katalogów.
    Podejrzewam, że to wszystko by tak nie bolało, gdyby ktoś pomyślał
    strategicznie i poczęstował ludzi winem i choćby minimalną ilością krakersów.
    Wystarczyłoby postawić te flaszki na stole obok, żeby ludzie mieli na co
    czekać. A tak całość nie miała charakteru celebry, wydarzenia, była tylko
    sprawą po drodze.
    Milej było za to na potrójnej imprezie w nowym mieszkaniu Stasia i Ne…tfu,
    Void. Świetne, ciepłe miejsce do gadania i konsumpcji frykasów. Dochodzą powoli
    do końca remontu, wokół widać autorskie rozwiązania, typu niesklepowe meble.
    Mnie najbardziej rozczuliły dwie, gorące rurki od ogrzewania, przechodzące z
    góry na dół przez środek kuchni. Pozostały po zburzeniu ściany. Nabijałem się,
    że laski mogą potańczyć sobie przy rurce i zawsze będą gorące.
    Void opowiadała o rozmowie z jakimś gościem, który wrócił z misji w Iraku.
    Obstawili ich od razu specjalistami od traumy, psychologami itd. Opowiadał
    historie frontowe, na co Void uśmiechnęła się tylko półgębkiem i zaczęła mu
    opowiadać codzienne historie ze szpitala. Podobno gość miał oczy jak spodki.

    -Kiszczun, i na co ci te wszystkie
    książki, tylko zbierają kurz…
    -Wiesz kto to jest Sknerus McKwacz?
    -Coś kojarzę…
    -Postać z Disneya, miliarder, który ma
    ogromny skarbiec wypełniony złotymi
    monetami, w które skacze na główkę i
    pływa w nich jak w wodzie. Ja jestem
    kimś takim jeśli chodzi o książki, wy-
    kładam nimi ściany, a potem się do
    nich przytulam i mruczę.

    *


    • RSS