kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 3.2009

    …urządź  sobie 
    weekend, a  jeszcze
    lepiej   tydzień  z 
    kinem  irańskim.
    Uświadomi  ci  to 
    błyskawicznie, że
    Irańczycy  muszą,  po 
    prostu  muszą,
    zbudować bombę atomową, Z nudów

    (CKM)

    Dziś w nocy wyśniłem cały,
    nieistniejący odcinek Housa. Logiczny, bez żadnych przerw i nieścisłości.
    Oglądałem go doprawdy z zapartym tchem, choć czegoś mi brakowało. Potem,
    zamiast wstać od kompa, obudziłem się, a brakującym elementem okazała się
    Pazurkowata, którą z reguły trzymam podczas seansów pod ociężałym, opiekuńczym
    skrzydłem. 
    Na zewnątrz drugi dzień wspaniałej balsamicznej pogody. Soczysty błękit aż trze
    w oczy, wszystko kąpie się w złotym, słonecznym blasku…  Zaczynam coś podejrzewać. Tylko co ze sobą
    nosić, ponton czy rakiety śnieżne?
    Seba dzwonił pośród podzwrotnikowych trzasków i zwierzał się z entuzjazmem, że
    załapał jakąś chorobę skóry od ładunku bananów, które nam tu wiozą. Obiecał, że
    jak już dopłyną to mnie przytuli. Wszystkim fanom bananów życzę smacznego.
    Mnie za to znajoma, nazwijmy ją Genewa, zawlokła na spotkanie nowo powstałego
    klubu wegetarian. Nie wiem co ją napadło, może postanowiła zmienić moją
    ociekającą posoką naturę. W każdym razie broniłem się dzielnie siekaczami i
    pazurami, ale ostatecznie: Któż wygrał z nawiedzoną kobietą nie obrażając jej?
    Przysięgam! Nie chciałem tam iść, ale gdy już się tam znalazłem, spojrzałem na
    te jaśniejące, pełne nadziei i ufności twarze, nie mogłem, po prostu nie mogłem
    się powstrzymać. Byłem niczym lis w kurniku, rozszalały mrówkojad w mrowisku,
    który trafił trąbką na królową i magazyn jajeczek, niczym King Tiger pośród
    pierzchających ociężale Shermanów. Wtrącałem się, komentowałem odpowiadałem,
    snułem me zabójcze dla duszy teorie, gdy mi ich brakowało wymyślałem następne,
    a nadzieja gasła w ich twarzach, a niewinność topiła się niczym gromnica w
    piekle.
    Nie ma to jak oczyszczająca moc zniszczenia, przez resztę wieczoru naprawdę
    zrobiło mi się lepiej.
    Genewa oczywiście i tak się obraziła, ja z kolei radośnie zgłosiłem chęć
    dalszego uczestnictwa w spotkaniach. Spotkało się to z pełnym wrogości
    milczeniem. Słyszałem też coś o zmianie miejsca spotkań.

    Müller usłyszał kroki za oknem
    -Kto tam? – spytał
    -Deszcz – Odpowiedział Styrlitz
    i zabębnił palcami po szybie

    *

    Och kochanie, zawsze wiedziałam,
    że możesz uratować świat, jeśli
    naprawdę się postarasz

    (Harrison)

    O wpół do drugiej sms od Marzana z
    samego końca mola w WhiteTown. Molo wisi pośród mgły M patrzy w otchłań i myśli
    o samotności. To jeden z tych momentów, które wypełniają człowieka życiem aż po
    brzegi.
    Ja za to czuję się jak gówno. Dan urządza sesję u siebie i nie dojdę dzisiaj
    Pod Pomnik. A dochodzą tam przecież twardo od 11 lat, albo i więcej. To rodzaj
    zdrady, złamanie jednej z własnych zasad, a przecież to narzucone zasady
    sprawiają, że nie jestem zbyt niebezpieczny dla świata, dzięki czemu świat może
    mnie tolerować.
    Kiedyś Pod Pomnik przychodził taki dziadek, dosiadł się kiedyś do mnie, a było
    to już lata po tym jak na spotkania Gratki przestali przychodzić ostatni
    ludzie, i mówi: Widzę jak pan tu przychodzi co niedzielę od tylu lat. Moja
    wnuczka co tydzień biegnie do okna zobaczyć, czy pan przyszedł. Ja to pana
    podziwiam… Dziadek umarł chyba w 2004. Jeszcze jeden cień, który zostawiłem
    za sobą.
    Czuję przeciąg, niesie mnie za drzwi. Za tydzień tam pójdę nie zawiodę siebie.
    Nie zawiodę moich cieni. Stanę tam i jak zawsze będę obracał głowę patrząc w
    perspektywę ulic. Poczekam. Parominutowy sfinks, strzegący nieistniejących od
    dawna tajemnic. 

    My jesteśmy tymi bohaterami,
    którzy w razie niebezpieczeństwa
    zmieniają się w zwykłych ludzi i
    uciekają

    (Avatar)

    *

    Gadam z Mevą w empiku
    M – O nowa kurtka…
    Ja – Nowa ale się nie zapina
    M – A tak, czytałam, hahaha!
    Znikąd pojawia się Harry
    H – O cześć kopę lat, mm nowe
    okulary.
    M – I nowa kurtka.
    H – A tak czytałem, hahaha,
    Mister Śnieżka haha…

    Słucham właśnie Moon River śpiewaną
    kocim głosem przez pannę Hepburn. Na zewnątrz topnieje świat. Wewnątrz mnie
    tyka zegar a cały dół mojego lokum zalewa blask. Tak, szarpnąłem się i
    wstawiłem nowe okno w łazience. Po wywaleniu okiennic jest tam teraz jasno
    nawet w nocy. Muszę tylko wymyślić jakiś witraż na folii, albo rolety, bo nie
    minie wiele czasu jak dorobię się śliniącego się za płotem tłumu fanek.
    Szczególnie, że mam zwyczaj po wylezieniu spod prysznica golić się na golasa,
    pozwalając by woda sama obeschła, czy też jak to było do niedawna, zamarzała i
    odpadała płatami. Taaak, będzie mi trochę brakowało lodowatych powiewów wiatru
    na plecach…
    Ostatnio krążyliśmy po nocnych ulicach z Krzyśkami i Texxem. Texx opowiadał o
    tańczeniu w ciemnościach. A myśmy rozsnuwali wizję majowego podpalania domku na
    Mazurach. W tym roku, w pierwszy dzień wiosny, znowu nie utopiliśmy Marzana.
    Kocham moje miasto nocą. Ten z lekka erotyczny blask świateł spływający miękko
    po starych cegłach i lśniący pośród wilgotnych łusek bruków. Każde miejsce zna
    mnie i jest mi znane. Nosi pamięć o mnie, zna mój dotyk i ja też znam jego
    fakturę, a czasem nawet smak. W szczelinie muru gotyckiej bramy, oprócz
    rozlicznych patyczków od lodów umieściłem kiedyś zwinięty rulon z moim
    wierszem. Potem były prace konserwatorskie i szczeliny już nie ma. Moje słowa
    śpią w ścianie czekając na jakieś obce oczy, które przebiegną po nich za
    dziesiątki a może i setki lat. Może ten ktoś będzie szukał po słownikach: jaki
    to język?
    Tymczasem koniec. Scooter krzyczy: stand up. Czas zacząć gotować makaron dla
    wszechstronnie nienasyconej Szponiastej, która najprawdopodobniej jest już w
    drodze… głodna i niebezpieczna.

    A w moim świecie wszyscy jesteśmy
    Konikami Ponny. Jemy tęczę i sramy
    motylkami…

    (Coś żółtego i przerażającego w
    „Horton słyszy ktosia”)

    * 

    On nienawidzi wszystkich z
    zarzecza…. a mieszka na wyspie

    (Sesja)

    Wiosna tradycyjnie powitała nas
    śniegiem po kolana. Odrzucałem go dziś radośnie przed śniadaniem, wyrzucając
    pod niebo chmury białego puchu i znaczące je finezyjnymi, różnokolorowymi
    szlaczkami psie kupy, czające się pod powierzchnią. Potem poszedłem negocjować
    z moją zamieszkałą przez Lucyfera kuchenką opieczenie grzanek.
    Od poniedziałku pełzałem w pierwotnym szlamie prostego zarobku przygnieciony
    pogodą. Bo w poniedziałek gość który wisi mi za remont trzy kafle odleciał
    nagle do Irlandii. Przyswoiłem sobie tę informację z właściwym mi spokojem i
    pogodą ducha. Niestety spóźniłem się na lotnisko z wyrzutnią pocisków ziemia –
    powietrze i znajomka nie zdążyłem serdecznie pożegnać. W niedzielę płacę
    czynsz, tydzień zaś zacząłem z sześcioma złotymi w kieszeni, których połowę
    wydałem na lotto. Było więc dość wesoło.
    A w lotto zagrałem, a jakże, i trafiłem! Szóstkę!!!… o jedną liczbę niżej.
    Każda z 6 cyfr była o 1 niżej od tej, która wygrała. 
    Zazwyczaj gdy pozwolę sobie zagrać w grę losową dzieją się podobne rzeczy. Z
    reguły wygrywam mniej więcej zwrot losu, jakby coś chciało powiedzieć: „Daj
    sobie spokój stary”. Czasem jednak dzieją się prawdziwe cuda. Próbowałem oczywiście
    być sprytny, pierwszy zakład waliłem na chybił trafił, a w następnych
    obstawiałem liczby wokół tych z pierwszego, itp. Zawsze padały liczby obok. To
    ostatnie to jednak już przeginka, nie wiem czemu odnoszę wrażenie, że ktoś robi
    sobie ze mnie jaja.

    Void – jaki jeszcze obdarzony mocą
               artefakt można by mu dać?
    Ja – Daj mu bobra, który zna tysiąc
            bitów…

    (Sesja)

    *

    Zwracaj się zawsze do bogów
    obcych, wysłuchają cię poza
    kolejką

    (Lec)

    Pani Matka Szponiastej jest
    nauczycielką i poprosiła mnie, żebym dał jej jakiś film o drugiej wojnie  w celu podbudowania patriotyzmu i wytworzeniu
    odpowiedniej postawy u podległej jej młodzieży szkolnej. Pogrzebałem w
    przepastnych otchłaniach chaosu wypełniających moje szafki i dałem jakieś CD.
    Zastrzegłem jednak, żeby przejrzeć zawartość, bo kupiłem to kiedyś przy okazji
    z czymś innym i sam nigdy nie oglądałem. Szponiasta zdaje się też o tym
    wspomniała, ale rozmyło się to jakoś widocznie w treści i nasza przyszłość
    narodu ujrzała film o Kampanii Wrześniowej jako pierwsza. A tam… wojna z
    punktu widzenia Niemców. Żelazna pięść Wermachtu wbijająca się w żałosne szyki
    rozbiegające się w popłochu szyki Polaków. Krew niewiniątek na podkutych
    podeszwach itd. Seans został oczywiście przerwany. Mam dziwne wrażenie, że po
    tym spektakularnym sukcesie moja edukacyjna rola została definitywnie i na
    zawsze zakończona.
    Ostatnio, gdy byłem u Ciapka, usiłował sprzedać mi kurtkę. Nie chciałem jej tak
    długo i usilnie, że w końcu otrzymałem ją za darmo. Postanowiłem się dziś w nią
    przyoblec, by pokazać światu jaki ze mnie Maxi Kazz. Było słoneczko, plamy
    błękitu, ciepełko. Padać zaczęło, w chwili gdy opuściłem przytulne wnętrza i
    ruszyłem w noc. Zrazu opadło mi na nos parę zabłąkanych ziarenek drobnego
    śniegu, wzbudzając lekkie rozbawienie. Pół godziny później pełzłem przygięty do
    ziemi przez antarktyczną zadymkę oblepiony śniegiem niczym Odwrót Spod Moskwy.
    Nie muszę chyba dodawać, że kurtka nie ma kaptura, ani, żeby było śmieszniej,
    się nie zapina co odkryłem oczywiście w ryczącym dziko oku cyklonu. Byłem biały
    od góry do dołu, za wyjątkiem zgięć, okulary miałem oblepione z obydwu stron a
    na głowie dziesięciocentymetrową zaspę, niesymetrycznie większą od zawietrznej.
    Czym bliżej było domu, tym wiatr przyspieszał. W połowie Brzeźna widząc na
    jakieś dwa metry i strząsając z butów przylepiające się grudy śniegu, kląłem
    już w najlepsze, głośno, wyraźnie, wygrażając co jakiś czas pięścią niebu. W
    tym momencie zrobiło się biało. Równocześnie uderzył grom, sugerując, że potwór
    jest tuż nade mną i drugi raz może wycelować lepiej. Śnieg wokół lśnił przez
    moment wyraźnie a mi zjeżyły się wszystkie włosy, co przy mojej wybuchowej
    anatomii oznacza, że całe ubranie na moim ciele na moment się uniosło i
    zafalowało niczym wypełnione jakimś morskim zielskiem.
    Pomny działającego telefonu na piersi oraz niedogodności geograficznej jaką
    jest bycie najwyższym i przemoczonym obiektem w okolicy w czasie burzy,
    przyspieszyłem kroku. Zwolniłem dopiero przy domu, rzuciłem ostatnie spojrzenie
    w niebo, po czym wydeptałem na chodniku przed moim domem, dwumetrowymi
    babolami, wielkie KURWA.

    I animal to You
    -zwierzę ci się

    (skądś)

    *

    Pretorianie House’a wpadają do
    pokoju, gdzie spoczywa ich mistrz,
    wprost z obserwacji pacjenta.
    C – Mamy krwawienie z odbytu!
    H – Wszyscy?

    Przyśniło mi się, że kładę się spać
    i wtedy obudziłem się. Od tego czasu jest mi lepiej. Świadomość, że to może być
    po prostu sen sprawia, że wszystko staje się lżejsze. Obojętnie kto to śni, czy
    to dobry sen czy koszmar. We śnie wszystko jest możliwe.
    Ostatnio odkryłem też jak trudno żyje się w teraźniejszości. Jestem jakoś tak
    poskręcany, że normalnie funkcjonuję w trzech czasach równocześnie. Kłopoty z
    przyszłości, czy z przeszłości wykańczają mnie jakbym przeżywał je „teraz”, a
    przecież tak naprawdę nie istnieją i większość ludzi ich nie postrzega w ten
    sposób. To czego nie pamięta nikt inny, i to co ma byt jedynie potencjalny
    potrafi sprawiać mi fizyczny ból miesiącami. A wspomnień i potencjalnych
    możliwości są przecież tysiące. Teraz już wiem skąd mam tyle siwych włosów.
    W każdym razie zmuszam się i pilnuję by myśleć tylko w czasie teraźniejszym, by
    tylko w nim postrzegać. Jest to dla mnie cholernie trudne, ale odkrywam też
    dzięki temu jak możliwe jest wiele rzeczy, które robicie na co dzień.
    Tak więc poruszam się ostatnio w czasie teraźniejszym, jeszcze nieco sztywno i
    niezręcznie, i co jakiś czas powtarzam sobie: to tylko sen.
    Czuję się trochę tak jak wtedy gdy przypadkiem odkrywam jakąś dzielnicę, albo
    stary, zapomniany park. Ten dreszcz i złośliwy uśmiech, który nie chce spełznąć
    z twarzy.

    Tłum łatwo wpada w panikę,
    lecz wraca by sprawdzić przed
    czym uciekał – lubi jaskrawe
    kolory i łatwe do zrozumienia
    kwestie.

    (Pratchett)

    *

    He he, Kiszczun popatrz tylko,
    Cruse w Walkirii wygląda jak
    Grebo u Pratchetta

    (Tomasz)

    Szaro. Nic nie robię, tylko piję i sikam. Skończyłem „HMS
    Ulisses”, pod koniec tradycyjnie upuściłem parę łez. Babka dała mi talerz
    białego barszczu, składającego się głównie z rozgotowanych, kapuścianych liści.
    Bez żadnych planów wiszę sobie w próżni.
    Ostatecznie, wydostałem się z domu. Zmusiłem się by iść. Iść aż stopy pokryły
    odciski i pojawiła się krew. Mówią: „Jeśli nie wiesz co robić, zacznij robić
    cokolwiek, aż coś zacznie się dziać” – To działa!
    Pozwoliłem sobie zagubić się w mieście, skręcałem, gdy przychodziła mi ochota,
    dążyłem do małych celów, miejsc na które chciałem po prostu popatrzeć.
    Praktycznie wyburzyli ten niezwykły, potrójny budynek koło Żurawia, który
    niegdyś zajmowała ciepłownia a potem część ekspozycji Muzeum Morskiego. To był
    chyba jedyny, istniejący przykład tego jak patrycjuszowskie kamienice
    budowaliby komuniści. Nie był specjalnie piękny, był interesujący. W jego
    miejscu stanie coś lepszego. I tak właśnie powinno być. Na Grząskiej, w miejscu
    gdzie wykopano średniowieczną aptekę, dla odmiany wychynął już z ziemi parter
    nowych kamienic. Wykop przesunął się o przecznicę w kierunku Kościoła
    Mariackiego i sięgnął aż do zmurszałych, drewnianych kratownic wczesnego
    średniowiecza i przekroju krzyżackich wodociągów.
    Zdechło „Ciuciu”, jedyny taki sklep w Polsce, gdzie na oczach ludzi robiono
    ręcznie cukierki. To strata niepowetowana i szczerze mówiąc uważam, że takie
    miejsca Miasto powinno dofinansowywać i chronić, jako wyjątkowe skarby. Będzie
    mi brakować słodkiego zapachu wypełniającego Powroźniczą.
    Koło Polibudy spojrzałem w rozświetlone okno, wyjąłem telefon i zadzwoniłem.
    Lenn przebijając się przez warstwy i prądy niczym transatlantyk, dotarła do
    szyby i zamachała mi pękatym brzuszkiem.
    Przez Wrzeszcz w tętnicę Hallera aż do Morza, potem zmuszony linią brzegu na
    Pętlę, gdzie pod krzyżem dopadła mnie telefonem Szponiasta. Krążyłem
    rozmawiając z nią po nowo zbudowanym skwerku. Potem już tylko kupiłem chleb i
    snikersa i udałem się do domu by suszyć strupy na stopach w rozmigotanym
    świetle telewizora.

    Gdy przestrzegasz zasad
    zadowoleni są wszyscy
    inni

    (Dr House)

    *

    Był sobie raz chłopak i dziewczyna. Bóg stworzył ich oboje.
    Trudno powiedzieć jak do tego doszło, ale na jakimś rutynowym badaniu wyszło,
    że ona ma HIV. Oparli się wtedy o siebie czołami i współprzepłyneli przez ten
    ocean żałości. Pewnego dnia przy piwie on powiedział, że to nie do zniesienia,
    że ta historia się tak nie skończy, a nawet nie zacznie, że albo oboje albo
    żadne. Jak postanowił tak zrobił, trudno dziś powiedzieć jak i kiedy, ale krążą
    opowieści, że gdy się skaleczyła nabrał na palec jej krwi i włożył sobie do
    ust.
    Bardzo, barrrdzo romantyczne, niepojęte i niewymownie głupie, bo ona nosicielką
    może być do późnej starości, a on przez cztery lata i osiem miesięcy grał z
    Kostuchą w warcaby.
    I chuj, stopklatka. Dziewczyna pozostawiona z pochyloną głową na dworcu, gdy
    pociąg jedzie do Honolulu. Błoto na butach i deszcz na szybie. Jutro, kurwa,
    idę na pogrzeb.

    09.03.2009 

    *

    Niepojęte dlaczego ofiara nie
    dała się złożyć…

    (Madagaskar2)

    Publikacje, stypendia od wojewody, nagrody i nuncjusz
    papieski. Zagubienie się w Wawie i bieg pod prąd ruchomych schodów. Marzan
    przemknął przez noc obleczony w mundur i czapkę kubańskiego compadres,
    obładowany bagażem opowieści. Wciągnęliśmy po dwa piwa i skomentowaliśmy
    ostatnie pięć miesięcy. We wtorek być może podążę do Gdyni i podemoralizuję na
    Strychu jego studentów.
    Wyprawa do rozpadliny udała się nam niezwykle, jeszcze wszystko mnie boli.
    Wspomnieć chyba tylko wystarczy siedzenie na łyżce spychacza, którą jeden z
    dowcipnisiów postanowił umieścić w pobliskim, piaszczystym stoku. Z mroków nocy
    przybył dziki tłum jakiś zalkoholizowanych, a nieznanych mi bliżej osobników,
    który dołączył się do naszej wesołej brygadki. Co ważniejsze przynieśli dwie
    zgrzewki paliwa do reaktorów. Z oparu onirycznych przejść przebija się do mnie,
    że chyba wspomnieli, że paru z nich czyta mojego bloga i przybyli zza gór i
    rzek na mój przedwieczny, zachrypnięty zew, by oddać cześć mej mrocznej
    potędze, czy coś w ten deseń. Przybyły z nimi niewiasty, z których dwie
    urządziły wkrótce zapasy w słonym błocie, zakończone wyrwaniem kolczyka z
    dolnej wargi. Zdaje się, że interweniował uczynny jak zwykle Seba, sadzając
    okrwawione dziewcze na osłonie silnika czegoś wielkiego i żółtego i tłumacząc,
    że ślina ma właściwości lecznicze. Rano pozbierałem się w domu w miarę
    sensownie, choć z początku trochę kulałem, bo najwyraźniej jakiś kutas ugryzł mnie
    w łydkę. A, i nigdy nie szukajcie bursztynów po pijanemu, w nocy i przy świetle
    telefonów komórkowych. Ciągle jeszcze znajduję w różnych dziwnych miejscach
    oszlifowane przez wodę kawałki butelkowego szkła..

    Meva – Empik, to byłaby świetna praca
                 gdyby nie ta gówniana centrala…
    Ja – To ogłoście secesję.

    *

    Ostatni czerwony Kapturek niósł
    ostatniej babci ostatnią kolację

    (Potem)

    No nic. Nadszedł kolejny dzień. Za oknem zaprątkowało niebo
    pokryte pleśnią?. Przeżułem ostatni kawałek wyschniętego chleba z nieświeżą
    parówką, zdechłym ogórkiem i cebulą w stanie terminalnym. Założyłem „Zew
    Cthulu” zakładką w słodkie kotki i powlokłem się do babki gnieść ciasto na
    pierogi… Jeśli jeszcze się nie domyśleliście, to nie mam pomysłu na notkę i
    piszę z czystego poczucia obowiązku i ogromnej, zapewne sympatii jaką dla was
    niewątpliwie żywię.
    Dziś w nocy idziemy stadem na rozkopane plaże WhiteTown. Robią tam jakiś
    fascynujące eksperymenty z odpływami rozlicznych strumieni i ogromny wykop
    ciągnie się kilometrami. Praktycznie plaża przestała istnieć a wzdłuż brzegu
    ciągną się wielgachne góry piasku, na które będziemy się ochoczo wspinać i z
    których będziemy się radośnie staczać. Taka miniatura historii RP. W każdym
    razie dno Wielkiej Szczeliny zasiedlają koparki, spychacze i inne narzędzia
    chaosu, które w naszych wprawnych rękach na zawsze zmienią życie całych
    dzielnic, a w ludzkich sercach posieją pokorę i bojaźń bożą. Seba całą noc
    dorabiał wytrychy. Jeśli ktoś z was mieszka w okolicy niech wyjedzie. Byle
    szybko, bo z nami, po paru piwach, jak z tyranozaurami – ruch dopinguje nas do
    pościgu, a zapewniam, że bycie ściganym przez dwudziestotonowy buldożer jest
    przeżyciem niezapomnianym.
    To mi z kolei przypomniało, że miałem wspomnieć o placu budowy Baltic Areny,
    którą mam praktycznie za rogiem. Ludzie! tyle koparek to ja widziałem tylko w
    best of the best of Koralgol, czyli w tym odcinku, w którym wylądowali na
    planecie złowrogich maszyn pożerające ostatnie kwiatki. Za Letniewem rosną
    stożkowo góry ziemi a maszyny stoją i pracują na nich na różnych poziomach.
    Wygląda to jakby Matrix wygrał i postanowił zbudować piramidy.
    Jutro przychodzi do mnie Marzan. Będziemy pić, grzebać się w stercie „Znaku” z
    lat osiemdziesiątych i obgadywać Lennonkę. Dziś natomiast przybędzie Lady
    Pazurek by zainstalować mi Europę Universalis – drugą wojnę. Sprawdzę czy da
    się zawrzeć sojusz z Nazistowskimi Niemcami i zatknąć biało czerwoną chorągiew
    nad Empire State Building.

    Pogrożę mu tylko palcem
    - rzekł kładąc go na cynglu

    (Lec)

    *


    • RSS