kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 4.2009

    Gwiezdni tancerze. Anioły o
    przezroczystych skrzydłach rozciągniętych na całe lata świetlne. Próżnia
    wyrywająca krzyk z ich płuc, gwiazdy wypełniające oczodoły.
    Każdy dowódca gwiezdnej eskadry, czy floty, tańczy dziko pośród holoprojekcji
    bitwy wypełniającej mostek flagowy. Połączony z komputerami taktycznymi pękiem
    srebrzystych, cienkich jak włosy przewodów, dobywających się falującym pękiem z
    jego lub jej karku. Każdy ruch ciała przemieszcza okręty. Każdy dotyk palca
    łamie kręgosłupy ważącym miliony ton gwiezdnym dreadnoughtom i zmienia je w
    mini supernowe. Gdy taniec się kończy dowódca opada wycieńczony na kolana
    pośród czarnej przestrzeni pełnej stygnącej plazmy, wirujących szczątków i
    rozpierzchających się na wszystkie strony kryształków powietrza, wody i krwi.
    Krew cieknie mu wąskimi strużkami z nosa i kącików oczu, niczym szkarłatne łzy.
    Odchyla się do tyłu by nabrać w płuca ogromny haust powietrza, by poczuć, że
    nadal jest człowiekiem, a nie żywiołem czy jakimś oszalałym bogiem zniszczenia
    z rdzą wypełniającą żyły.
    To była długa, niekończąca się doba pełna tętentu pociągów i słonecznych plam
    tańczących po leśnych traktach pokrywających górskie stoki. Wyszliśmy nocą z
    Marzanem na taras schroniska Kudłacze. Świat opadał od nas w dół stokiem.
    Okoliczna młodość tłoczyła się niżej przy ogniu. Niebo rozmywało się wśród smug
    granatów i fioletów, lśniły zimnem gwiazdy. Beskidy smużyły się mrocznymi
    masywami, w dali na tle nieba czaił się cień Wielkiej Góry. Dzień i przyszłość
    miały jeszcze ujawnić przed nami śnieg na jej szczycie. Daleko na jednym ze
    stoków maleńkie migoczące światło. Obraz mrocznej niewzruszonej potęgi i
    spokoju.
    Z boku zaś prześwitująca przez niewielki pas drzew panorama ludzkiego świata.
    Ogromny przypływ świateł wlewający się w doliny. Ogromna fala aktywności
    ukoronowana rozżarzoną na horyzoncie megawatową eksplozją Krakowa. Migocząca
    niespokojnie i przejmująca swą skalą. Nigdy nie byłem tak wysoko nocą. Poczułem
    się jak Bóg patrzący na swe królestwo, albo dno nieba. „Przypomina cmentarz”-
    sprowadził mnie na ziemię M – „Cmentarz w święto zmarłych”, gigantyczna
    nekropolia ciągnąca się od horyzontu po horyzont. Widok podszyty strachem na
    myśl do czego musiało by dojść by wizja ta się ziściła.
    Kiedyś przez wiele dni paliłem na podwórku przed domem stare deski, czwartej
    nocy, gdy ogień dogasał rozciągnąłem po ziemi żar, by łatwiej dochodziło
    powietrze i wszystko dokładnie się spopieliło. Stałem w ciemności patrząc na
    wielometrowy, pulsujący gorącem dywan czerwieni i pomarańczu. To było podobne.
    To było jak sen. Sen który opowiem kiedy indziej.

    *

    Gdyby łamanie reguł było bezkarne
    stałoby się domeną skurwysynów a
    nie bohaterów.

    Dlaczego mi to mówisz? – Bo cię kocham – stwierdziła
    3szklaneczki, stawiając przede mną oszroniony pokal – jak brata – dodała,
    odklejając się ciepłym biustem od moich pleców. Wszyscy się zaśmieliśmy, jak
    stół długi i szeroki, ale było w tym śmiechu jakby zmęczenie i nuta smutku, a
    może i tęsknoty. Odchyliłem się na krześle do tyłu i wyrecytowałem bez związku
    w powietrze: Dziś w nocy na spotkanie przyjdą martwi dyktatorzy… – i umarli
    poeci – poparł mnie Borys sponad żony i Borysiątka, zwanego Pasiakiem, żującego
    w zamyśleniu matczyną pierś. Zachód słońca był czerwony w przejrzystym
    powietrzu, nie ma jeszcze liści, więc na tle nieba odznaczało się wyraźnie
    czernią konturów.
    Wczoraj zmusiłem się by w końcu wynurzyć się z domu w dziennym świetle. Jest
    pięknie. Światło i kolory nasycone ponad wszelką wytrzymałość, niebo błękitne
    jak jajo czapli i lodowaty wiatr wyciskający powietrze z płuc. Poszedłem tak
    daleko w przypadkowym kierunku na ile starczyło mi cierpliwości. Potem
    zboczyłem do plaży, wziąłem glany w rękę i ruszyłem po piasku w kierunku domu.
    Nie sądziłem, że te cholerstwa są takie ciężkie. Kilometr z kilometrem. Minąłem
    Sopot i miejsce gdzie ukrywa się w głębinie podwodny pałac, w którym spoczywa
    uśpiona ruchem fal Kwiat Paproci, spojrzałem w Tunel Żeber pod molem. Pisałem
    wzory i słowa na mokrym piasku. Zimne fale omywały me stopy ścierając po mym
    dziele wszelki ślad.
    Morze cofnęło się obecnie zgodnie z makiawelicznym wpływem księżyca, i plaża
    jest teraz niesamowicie wprost szeroka. Wędrowałem w sumie po dnie morza.
    W Brzeźnie tuż na granicy fal stał starszy Jeep z przyczepą. Kilka razy minęła
    mnie szybka łódź motorowa, skacząca z łoskotem po czubkach fal. Gdy doszedłem
    na miejsce, chłopaki mieli już najwyraźniej dość, w kurtkach i krótkich gaciach
    skakali w płytką wodę. Jeden wskoczył do wozu i wjechał nim po osie w fale,
    które biły w podwozie i uderzały z hukiem w blachy. Było to czterech starszych
    gości. Patrzenie jak walczą z wyrywającą się łodzią, wciągając ją na przyczepę
    było prawdziwą przyjemnością. Prawdziwa, jednocząca męska przygoda, po której
    ciepłe wnętrze knajpy i piwo smakują najlepiej.
    Ostatnio w snach Lady Pazurek dorobiłem się konkurencji. Mam podejrzenia co do
    osoby, która tak niecnie wkroczyła na terytorium zarezerwowane dla snów jedynie
    słusznych, i właśnie zastanawiam się czy w ramach daleko posuniętej
    profilaktyki typa nie rozjechać dyskretnie śmieciarką.

    Jakie słowa budzą rekina?
    Człowiek za burtą

    (Siostry)

    *

    - Gryzoń z Amazonii?
    - Anakonda

    Patrzyliśmy na to same wzburzone
    morze. Ciemny grafit poprzetykany smugami piany. Ja miałem go tuż za plecami,
    osłaniany jedynie wzniesieniem wydm. Lady Pazurek widziała go z oddali
    Podniebnych Łąk. Rozmawialiśmy przez telefon o tym samym szalonym morzu, ja
    czując na twarzy słony pył, ona obserwując ciemną kreskę szaleństwa na
    horyzoncie. Ten sam wiatr przemykał mi pomiędzy żebrami i burzył jej włosy,
    gdzieś wysoko ponad miastem. Ja blisko ona daleko. Ja na dole, ona na górze.
    Jasny anioł pod nieskończonym błękitem i sterany diabeł wśród wirujących
    ziarenek piasku.
    Chmurzy się. Pancerne cienie chmur suną ulicami, załamują się na ścianach i
    dachach. Kończą mi się glany i ostatkiem sił dają znać o swoim istnieniu
    gwoździem przechodzącym na wylot przez uklepaną podeszwę. To taka paskudna rana
    robiąca się powoli i po trochu, aż człowiek zauważa, że idąc po schodach
    zostawia krwawe ślady. Upojna, wieczorna sesja z brzeszczotem i kombinerkami, a
    mam w tych butach przejść za tydzień jakieś góry…
    Poza tym skończyło mi się w domu jedzenie.
    Brak mi ostatnio pasji, brak mi też kontaktu z wami. Prowadząc bloga zdalnie
    czuję się czasem jakbym pisał w pustkę.
    W sumie to nawet zabawne jak w ciągu ostatnich dwóch lat po cichu obumarł mój
    świat. Nic to, zaraz ruszę pod to nakrapiane metalem niebo poszukać jakiej
    zmiany. Podobno istniejemy po to by próbować.

    Życie to jedno wielki gówno,
    a później się umiera.

    Taa, chciałoby się

    (Meyer)

    *

    Najgorsza u dzieci jest faza
    „Dlaczego”,
    mała Void  w  swoim 
    czasie doszła do
    pytań w stylu: Dlaczego wiążemy buty
    żeby wyjść na spacer?

    (Avatar)

    Kaczyński przegrał z Dornem sprawę
    o alimenty… Ciekawe kto jest szczęśliwą mamusią. Czy Kaczor aby nie był
    ostatnio jakby bardziej pękaty? Zapewne dziecko wydostało się z niego
    rozsadzając mu kaprawy łeb, niczym Atena. Sądzę tak dlatego, że niżej trudno
    byłoby się wymościć pośród tych pokładów żółci i słoniny, a tak warunki
    idealne: pusto i wilgotno.
    Dziś po raz pierwszy w historii naszych piątkowych spotkań to ja idę do
    Szponiastej a nie ona do mnie. Jes! Jes! Jes!, teraz to ja będę hołubiony,
    dokarmiany, układany przed telewizorem i przykrywany kocykiem. Będę gruby i
    szczęśliwy…
    Wczoraj oglądaliśmy u Avatara „Kwarantannę”. W założeniu był to horror i w
    pewnym sensie był. Przez kilkadziesiąt minut umierałem z zażenowania, że ktoś
    mógł stworzyć coś tak nudnego, liniowego i nieżyciowego. Nie wiem czy
    rzeczywiście amerykanie są tak bezdennie głupi i odczłowieczeni jak to pokazuje
    ostatnio ich kino, mają jednak niewątpliwie totalny uwiąd pomysłowości i
    wyobraźni. Nonsens goni nonsens, „ludzie” biegają z wrzaskiem po piętrach
    niczym stado antylop i giną jedni po drugich. Nikt nie myśli, nikt nie próbuje
    działać grupowo a za to co chwilę zdarzają się smaczki w stylu opierania się w
    zadumie o drzwi z cienkich szybek i listewek, za którymi krąży śliniący się i
    charczący osobnik porażony superwścieklizną. Dzięki bogom i niebiosom giną
    wszyscy co do jednego. Co przywraca zresztą choć trochę moją wiarę w dobór
    naturalny. Kurcze sam mógłbym nakręcić coś sto razy lepszego. Wziąłbym kamerą,
    poobklejałbym się stuzłotowymi banknotami i pojechał na Orunię Dolną… Jeszcze
    bym pewnie dostał Oskara za efekty specjalne.

    - Wezmę to pod uwagę, choć naprawdę
    co  mogłabyś  mi 
    zrobić  gdybym  był
    martwy…
    - Nie doceniasz mojej pomysłowości…

    (Weber)



    *

    Okres dzieciństwa nie trwa od
    momentu
    narodzin do chwili osiągnięcia pewnego
    wieku. Nie jest tak, że dziecko dorasta i
    odkłada na bok swoje dziecięce sprawy.
    Dzieciństwo to królestwo, w którym nikt
    nie umiera

    (Millay)

    Ojciec trafił jednego gołębia, nim
    oba zaczęły wić gniazdo. Miałem przenieść go na łopacie do śmietnika, ale żył
    jeszcze. Wyginał szyję kładąc głowę na grzbiecie i urywanie, szybko oddychał.
    Nie zwykłem wyrzucać niczego żywego, wziąłem więc wiatrówkę, stanąłem nad nim i
    oddałem dwa strzały niemalże z przyłożenia. Przez moment wyglądałem i poczułem
    się jak hitlerowski kat.
    Gołąb był ładny, nie żaden nakrapiany mutant jakich ostatnio pełno w Mieście.
    Jego ciało było nieprawdopodobnie miękkie i delikatne.
    Ostatnio zorientowałem się, że znów mamy jakąś żałobę. To zdaje się już piąta
    za tej kadencji. Żałobny prezydent. Pieprzony skurwiel wszystko potrafi
    zniszczyć i zeszmacić dla politycznego zysku. Czyjaś śmierć i nieszczęście
    strywializowane i pozbawione głębi, wykorzystane do własnych, płytkich celów przez
    małego człowieczka.
    Wpadliśmy wczoraj do Dannonek i obejrzeliśmy ich pomarszczoną pociechę. Wygląda
    jak mały Golum, niemniej jest bardzo cicha i tymczasem nieuciążliwa. A gdy Dan
    podnosi głos strofując kota wydaje z siebie dźwięki pełne dezaprobaty i
    upomnienia, nawet przez sen.
    Do naszych gościnnych brzegów dotarł już też Seba, w ramach dnia dobroci dla
    stworzeń dogłębnie złych i skrajnie niebezpiecznych dostarczył mi wór skażonych
    bananów. Ubrałem rękawice i rozdałem je bachorom drącym mi się pod oknem. Teraz
    siedzę sobie niezobowiązująco w kuchennym oknie oczekując na pojawienie się
    pierwszych dziobów, narośli i innych fascynujących zmian skórnych. Tak mi się
    właśnie wydaje, że za oknem zrobiło się tak jakby ciszej.
    Wczoraj, gdy wysiadaliśmy z tramwaju w królowej wszystkich dzielnic, nastąpiło
    spotkanie, żeby nie powiedzieć zderzenie dwóch wszechświatów. Mianowicie
    Pazurkowata poznała moich miejscowych kolegów, z których pierwszy był wielki,
    łysy i przywitał się z nią serią tajemniczych, a skomplikowanych uścisków ręki,
    a drugi był z lekka nieprzytomny, spetryfikowany i transportowany w tym
    permanentnym stanie do New Port. Tym samym Moja Lady otrzymała odpowiedź na
    pytanie czemu nie mieszam ze sobą różnych rzeczywistości przez które przemykam.

    Dziś wpadła do mnie Szponiasta z Hanią. Hania stanęła w drzwiach, a pierwsze
    jej słowa brzmiały: Gdzie jest piesek? Cóż każdy ma jakiś fetysz, jej to
    pieski. Poszedłem więc do babki i wywlokłem z łóżka psicę, która spoczywała tam
    pod kołderką, z główką subtelnie ułożoną na poduszce. Potem było jeszcze
    śmieszniej, bo w towarzystwie Hani to diable i psi antychryst z siódmego kręgu
    Szeolu, było ciężko przerażone i niezwykle spokojne. Uznaliśmy że Hania ma
    wrodzone predyspozycje do zostania zaklinaczem zwierząt. Szanowne konsylium
    zbierze się, by zdecydować, czy zwrot ten nie powinien stać się jej oficjalną
    ksywką.  

    Szczyt męskiego romantyzmu:
    mecz piłki nożnej przy blasku
    świec.

    (CKM)

    *

    Taką minę mógłby mieć
    Anioł Zniszczenia podczas
    pożaru świata

    (Meyer)

    W piątek o 8 dostałem smsa od Lenn.
    o 7:20 Krewetka opuściła jej przebogate wnętrze i wydostała się na struchlały z
    przerażenia świat. Stwór liczył sobie 59 centów długości i waży 3.22. Co jak
    uświadomiła mnie moja Lady oznacza, że jest intrygująco długi. Jeśli jest jakaś
    sprawiedliwość na tym świecie to wyrośnie na długonogą, wysoką laskę o wydętych
    ustach, która będzie nosić krótką mamuśkę pod pachą obok torebki. Z tego co
    słyszałem poród trwał 7 godzin i zajął większą część nocy. Oznacza to też, że
    Lenn spędziła upojnie święta w szpitalu. Dan ma ją stamtąd odebrać lada chwila
    i dobrze, bo całkiem możliwe że ich słodki potomek wymyka się nocami z czułych
    objęć rodzicielki, a potem dzieją się straszne rzeczy na bloku operacyjnym i
    znikają pielęgniarki…
    Poza tym święta. Jestem permanentnie obżarty. Jestem tak napchany, że chyba
    można odnaleźć na mojej powierzchni kontury poszczególnych potraw, tu jajeczko,
    tam bigosik.
    Udaliśmy się też w ramach spaceru całą rodziną na cmentarz. Tydzień wcześniej
    byłem tam i przez pół dnia myłem groby. Dwadzieścia minut na każdą literkę, bo
    jakiś imbecyl ciął w okolicy fleksem cegły i smuga rudego pyłu przepłynęła
    sobie po stoku zmieniając okolicę w krajobraz cokolwiek marsjański.
    Mimo gorących protestów ogółu babcia postanowiła zabrać ze sobą pieska. Piesek
    sadził kupy na grobach, a my musieliśmy tworzyć wokół żywy mur, mijając w
    bramie strażników oraz wielką czerwoną tablicę „Zakaz wprowadzania psów”. Na
    szczęście bydle niczego nie wykopało… bo jak sobie przypomnę dwanaście
    jamników Cioci Joli…
    I tyle, zaraz ruszam do Szponiastej. Zastanawiam się czy nie wziąć wiatrówki i
    zapasu stalowych kulek, bo zza okna dochodzą mnie nieludzkie wrzaski i odgłosy
    fal przyboju i wodospadów. Było nawet jedno czy dwa plaśnięcia wypełnionych
    wodą prezerwatyw, które to wyluzowana brzeźnieńska młodzież rzuca z dachów w
    przejścia między blokami. Fenomenalna sprawa, nie ma przed tym, obrony, bo przy
    uderzeniu działa to jak szrapnel..

    Obama pyta żony:
    - No to jakiego psa powinniśmy wybrać?
    - Genialni politycy mają koty…

    (CKM)

    *

    - Czy w tej świątyni jest
    zakrystia?
    - Zahernia, tam za posągiem Herna…

    (Sesja)

    Gdy poczułem, że nie chce mi się
    wędrować samemu pod pomnik, że można by sobie raz odłożyć niedzielny obowiązek
    na półkę, od razu zadzwonił Marzan, który po opuszczeniu loggi obecnie
    krwawookiego Maiera szukał sobie celu w życiu. „Chciałem sprawdzić jak
    wypełniasz swoją mitologię”, rzekł, „Za dwadzieścia minut mam tramwaj”
    odpowiedziałem. Piwo i opowieści.
    Srebrzysta, delikatna mgiełka opatula od paru dni miasto. Wszystkie kształty są
    miękkie, wszystkie kolory przesiąknięte światłem. Patrząc z przejeżdżającego
    mostem tramwaju na wypłukaną pośród Miasta dolinę rzeki czułem się jakbym
    patrzył w jakąś francuską impresję.
    Wczoraj wędrując przez miodowe plastry Zaspy odwróciłem się nagle wiedziony
    przeczuciem. Bloki Zaspy nie są równie, zbudowano je asymetrycznie, tak że
    każdy blok pnie się kolejnymi poziomami na jedną stronę. W wąskiej szczelinie
    pomiędzy najwyższymi punktami dwóch bloków zachodziło słońce wprost z japońskich
    rycin, w smugach czerwieni i srebra.
    Zawsze lubiłem Zaspę, rzadko się w końcu zdarza, że ktoś tworzy dzielnicę jako
    dzieło sztuki. Różnice poziomów, sposób ustawienia bloków i to jak podwórka
    między nimi tworzą małe zielone raje. Osobne światy z własnymi zasadami i
    architekturą. W każdym raju jest wzgórze, a na każdym wzgórzu coś innego:
    kamienie, labirynty czy schody donikąd.
    Wijące się ciasne, osiedlowe drogi, nieskończone przestrzenie wokół, zagubione
    konstrukcje czy ogromna przecinka starego pasa startowego w samym środku,
    kończącego się gdzieś tam perspektywą zalesionych wzgórz z jednej strony i
    omywającym betonowe stopy morzem z drugiej. A to wszystko pośród żył wodnych, o
    słynnych ściennych wiatrach nawet nie wspominając.
    To niesamowite że jakiś komuch potrafił zrobić coś co tak mocno ociera się o
    krainę baśni.
    Boli mnie łeb i marnie mi się myśli, zapewne ma z tym coś wspólnego czytanie do
    rana i łażenie po brzeźnieńskim parku o 3 nad ranem w księżycowym świetle.
    Słońce wycieka powoli spośród mgły. Wychodzę czas powitać nowy dzień.

    Lenn – Ale bym zjadła łososia,
    dziwne,
    zawsze go nie znosiłam, ale dziś, och!
    Pazurek – Tu dwa kilometry stąd jest
    łososiarnia…
    Lenn z szokiem – Naprawdę???
    Pazurek – Nie

    (Lady P powinna zostać politykiem.
    Ludzie po prostu jej wierzą)

    *

    Jeszcze wczoraj jej nie znałem
    W nocy bardzo ją kochałem
    teraz oczom nie wierzę
    ale ze mnie zwierze

    (Kazik)

    Dan rozsnuł wizję gry komputerowej,
    którą moglibyśmy stworzyć. Na federacje ludzkich planet, którą rządzi Ziemia,
    najeżdżają robaki. Coś w rodzaju: patrzysz, a tu robaki biegną w twoim
    kierunku, od horyzontu po horyzont krwiożercze miliony. Byłaby tam ekonomia,
    budowanie przemysłu i fortyfikacji, tworzenie armii, doskonalenie jej,
    wynajmowanie najemników, budowanie mechów, toczenie bitew itd. Zwyciężałby ten,
    kto zostałby pożarty jako ostatni na planecie Ziemia.
    Lenn oficjalnie rodzi za 5 dni. Niewyobrażalne.
    Obejrzeliśmy wczoraj sobie „Miasto ślepców” i zrobiło się nieco poważnie.
    Przypomniały mi się całonocne sesje u Zwierzów, pełne dziwnych filmów, ciał
    rozrzuconych po pomieszczeniach i wywołanych przeładowaniem sensorycznym
    majaków.
    Ściąłem włosy. Miały już 4 miesiące i 8 centów. Wyglądałem jak wybuch
    supernowej i przy tym słońcu tak też się czułem. Teraz znowu wyglądam jak zły człowiek
    i jest mi z tym dobrze.

    Co sekundę umiera 300 gwiazd.
    Gdy ginie gwiazda stratę
    odczuwa cały gwiazdozbiór

    (Wzór)

    *


    • RSS