kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 5.2009

    Bez względu na to czy uważasz,
    że możesz, czy też nie, masz
    rację

    (Skądś)

    A mógłbym wyjść. Iść ulicami
    patrząc na budynki Miasta Miast odcinające się konturem smutku na tle
    wieczornej zorzy. Mógłbym być wilkiem rozpaczy, pełnym życia po brzegi,
    łapiącym świat wyraźnie aż do bólu każdym zmysłem. Mógłbym zostać stworzeniem
    nocy z sercem wypełnionym po brzegi tajemnicą. Wystarczyłoby przekroczyć próg.
    Lady Pazurek ma na głowie licencjat splątany z sesją. Pozostawiony tymczasem na
    półce czuję jak szybko wracam do stanu dzikości. Nagle objawiają się stare
    odruchy, wyostrzają się myśli. Noc napływa roziskrzonym frontem burzowym do
    duszy.
    To niesamowite ile mocy potrafimy z własnej woli przekazywać drugiej osobie.
    Stale i z każdym dniem więcej. Zawsze byłem wielkim egoistą i odkrycie tych
    zaangażowanych obszarów energii jest dla mnie lekkim wstrząsem.
    Tymczasem ojciec mój swoją złocistą, służbową Skodą wyprzedza kolumny na
    wiejskich drogach. Gdy mijał ostatnią, gość zajęty rozmową z dwiema panienami
    też postanowił wyprzedzać, nie patrząc w lusterko. Dał gazu i wjechał mojemu
    Staremu pod kątem w tyłek. Skodą rzuciło w bok prosto w wyprzedzaną właśnie
    ciężarówkę. Była na szczęście za niska by wbił się pod nią, ale odbił się i
    wyrzuciło go poza drogę wprost na skarpę. Zjechał w dół i wpadł w pole
    pszenicy. Przejechał w nim z 600
    metrów na zablokowanych kołach wciąż sunąc po gęstym
    żuławskim błocie.
    Gdy  w końcu zatrzymał się, odetchnął,
    zawrócił w zbożu i dojechał z powrotem do drogi. Wóz dotoczył się do asfaltu i
    puścił dym z silnika. Ojciec przekręcił kluczyk w stacyjce i wszystko umilkło.
    Niedaleko stała ciężarówka, obok na dachu leżał pomiażdzony samochód a wokół
    biegał typ i dwie kobity cali umazani krwią. 
    Gość wydzierał się że to mój Staruszek spowodował wypadek wyprzedzając
    na trzeciego. Starszy jak to Starszy przejął sytuację zadzwonił na alarmowy a
    nim dojechały służby w drodze już była laweta PZU, a w Elbling szykowali mu
    zapasowy wóz. Wzięli go do szpitala na obserwacje. Oczywiście nic mu nie jest.
    Tamten kierowca przyznał się do spowodowania wypadku, no bo ostatecznie
    cokolwiek trudno by było jednak staranować go tyłem w trakcie wyprzedzania.
    Krew okazała się całą stertą zgniecionych truskawek.
    Jakoś się nie przejąłem. Bardziej przemówiło do mnie to sunięcie przez zboże
    niż całość zdarzenia. Mój Starszy jeździ dużo, tak dużo że już dawno
    przekroczył granicę prawdopodobieństwa a wkroczył w rejony bezlitosnej
    statystyki. Teraz to nie kwestia „czy” ale „kiedy” i to „kiedy” zdarza się
    średnio dwa, trzy razy w roku. Chyba się zdążyłem przyzwyczaić, teraz pozostaje
    jedynie niespokojne czekanie, czy wkroczy na kolejny etap.
    Tymczasem Dannonki zostają zaproszone na weselisko koleżanki. Lenn zakupuje
    zadżebistą suknię z mega dekoltem. Twierdzi że musi taką założyć dopóki ma
    biust.
    Herbaciarz wygrywa w konkursie Trójki i dzwoni do mnie w procentowym
    uniesieniu. Oczyma wyobraźni widzę jak na drugi dzień, gdy siedzi trapiony
    ciężkim kacem ktoś wyrzuca go z odrzutowca gdzieś nad Kamczatką.
    Awaria powróciła z Dani i ma dla mnie koszulkę.

    Szczęście
    ma się wtedy gdy
    przygotowanie spotyka się
    z okazją

    (Seneka)

    *

    Nie da się
    osiągnąć ideału. Sztuka polega
    na tym by osiągnąć jak najlepsze rezultaty
    za pomocą ograniczonych środków

    (Ktoś, gdzieś)

    Jakiś tydzień temu gdy
    przekraczałem najwyższy punkt Błędnika w piętrzący się obok Zieleniak przywalił
    piorun. Podmuch, a może DŹWIĘK wytrącił mój krok z rytmu i zauważalnie poruszył
    jadącymi obok samochodami. Spojrzałem w górę na pnącą się ku niebu sieć anten i
    wtedy na twarz opadł mi z góry drobny pył.
    Bruk rozprzestrzenia mi się wokół domu. Babka nie za dobrze przejmuje obalanie
    odwiecznych prowizorek. Gdy przewrócono jeden z wewnętrznych płotów, popłakała
    nawet sobie.
    W cieniu, tuż obok moich drzwi rosły konwalie, podobno babkę nęciło parę razy
    żeby je zerwać do wazonu, ale jakoś za każdym razem je zostawiała. Siedzę więc
    ja sobie w domu i słyszę nagle podejrzaną ciszę. Idę na dół wychodzę na nowy
    chodnik (damned , a już
    się przyzwyczaiłem do tej dziury za progiem), a tam stoi milcząca babka z
    twarzą jak z kamienia, na której gra lekko jakiś mięsień. Naprzeciwko w
    rozkopanym rowie, oparty o łopatę stoi brukarz i na twarzy ma panikę. A babka
    rwącym się głosem wlewającym w okoliczne dusze megatony poczucia winy siąpi:
    Moje Konwalie… Jakby cholery były co najmniej ze złota. Wyglądali jakby się
    tam mieli razem popłakać. Musiałem wykazać się nadludzkim wysiłkiem by banan
    nie wypełzł mi na twarz, ograniczyłem się jedynie do stwierdzenia, że takie
    rzeczy odrastają.
    Z kolei przedwczoraj wędrowałem przez Miasto w kolejnej z moich koszulek, tym
    razem z amerykańską flagą która zamiast gwiazdek ma flagę arabską z mieczem i
    sentencją, a całość jest podpisana United States of Petroleum. Wędruję ja sobie
    i nagle uświadamiam sobie, że idąca z naprzeciwka grupa studentek Akademii…
    tfu tfu, Uniwersytetu Medycznego nagle dziwnie zamilkła. Powróciłem więc z
    Obszaru Fugi do ciała i przyjrzałem się uważnie. A to holender same, śniade
    Arabeczki, część nawet w chustach na głowie. Patrzą tymi wielkimi, sarnimi
    oczyma to na moją koszulkę to na twarz.
    A skoro już przy tym jesteśmy, to wybraliśmy się razem z moim Szponem Rażenia
    Bezpośredniego na „Anioły i demony”. Film całkiem ładny, a poza tym nie na co
    dzień w końcu można sobie popatrzeć jak ktoś usiłuje zdetonować Watykan.

    Ankieta: Jak
    najchętniej przygotowałbyś się
    do wyborów do Parlamentu Europejskiego?
    a. Oglądając telewizyjne wystąpienia kandydatów.
    b. A jaki byłby budżet na alkohol? 
    c. Przeglądając w sieci materiały kandydatów
    d. Grając w spiskowo-paranoiczną grę „Illiminati”
     i śmiejąc się diabolicznie

    (Skądś)

    *

    Młody Dr. Frankenstein
    zaprasza na swoją stronę:
    www.najlepsze przeróbki
    chomików.pl

    Miałem wracać od Sióstr tramwajem,
    ale powietrze było takie świeże i soczyste po deszczu, a  Miasto takie świetliste i pełne życia. Do
    tego horyzont rozświetlały co chwila rozbłyski burzy umykającej w kierunku
    Brzeźna. Musiałem, po prostu musiałem rzucić się w pogoń. Gnałem omywamy
    wilgotnymi płachtami powietrze, pod pojawiającym się co chwila negatywem nieba,
    goniłem pomrukującego co chwila potwora pełznącego po niebie w kierunku
    skrytego na dalekiej północy legowiska. Zatrzymał mnie dopiero inny potwór,
    stary i znajomy. Rozbijający z mlaśnięciem macki fal u moich stóp. Tej nocy
    czułem się bardzo mitologicznie.
    Dziś nie chce mi się nic. Nawet wziąć prysznica, choć z tym ostatnim mogą mieć
    coś wspólnego brukarze kłębiący się za moim pozbawionym firanek łazienkowym
    oknem. Co innego wpędzić w konsternację jakiegoś przypadkowego wyprowadzacza
    psów czy doprowadzić do zawału jakiegoś 
    zaglądającego ludziom w bambetle mohera, a co innego trzech typów
    stojących o metr od ciebie i komentujących twoje obwisłe wdzięki.
    Nic to wkrótce dotrze tu Lady Pazurek by maltretować mnie opowieściami: co też
    nowego zrobiła Ula Brzydula na kanapie z IKEI. A właśnie, widzieliście wersję
    Brzyduli a’la Majewski? To wrzućcie w You Tube „Bujajcie się faceci”. Możecie
    sami się przekonać, że szara myszka skrobiąca dotąd cicho w ciemnościach
    piwnicy może się nagle okazać trzymetrowym waranem, który zawiśnie ci nagle u
    szyi.
    Ostatnio jakiś murzyn opowiadał w radiu, że do jednego w naszym kraju nie może
    się przyzwyczaić, że gdziekolwiek pójdzie tam wszyscy się na niego gapią, od
    stóp do głów. Wchodzi do restauracji czy sklepu a tam nagle milkną rozmowy.
    Ktoś niedoświadczony mógłby orzec, że to rasizm, ale to nie to. U nas Murzyn to
    nadal postać z lekka mitologiczna. Ulice i restauracje zaś zasiedla lud prosty
    i wychowany na książkach Szklarskiego. Czarni zdarzają się w buszu z dzidą,
    albo w amerykańskich filmach, gdy taki się nagle pojawi to trochę tak jakby na
    progu stanął nagle jednorożec.

    Głosowało na nich 60% widzów.
    Nikt nie miał wątpliwości kto ma
    wygrać. No może te 40%…

    (Lady Pazurek)

    *

    Czym jesteś Cieniu? Czemuż słyszę
    twój cichy krok w mych myślach? Dlaczego mój świat nie chce się skończyć, choć
    ostatecznie wyczerpały się wszelkie zasoby zaufania i logiki. Czym jest ta
    wiara bez wiary? Czymże jest istnienie po nadziei? Milczysz? Spokojnie, usiądź
    sobie wygodnie opowiem ci historie, które tak się akurat zdarza, zdarzyły się
    naprawdę.
    Gdy wyszedłem na plażę nie było morza. Piasek kończył się w białym oparze, w
    którym dostrzec można było ledwie sugestię falowania.
    Było kiedyś takie opowiadanie, że umysły umarłych kopiowano do świata
    wygenerowanego przez komputer. Pewnego dnia, świat ten zaczął znikać. Ludzie
    wędrowali, uciekając przed rozszerzającą się nicością, zatrzymywali się na
    krawędziach dolin, które przestały istnieć i wypatrywali pośród szarego oparu
    ulic nieistniejących miast. Stało się tak dlatego, że do wymyślonych światów
    przeszli także wszyscy żywi i gdy maszyny zaczęły się psuć nie było ich komu
    naprawić.
    Na plaży stali ludzie, schodzili się z całego Miasta, wchodzili na plażę
    samotnie, lub parami, dochodzili do granicy niczego i zatrzymywali się.
    Nieliczni szli wolno wzdłuż granicy tego ostatniego z brzegów. Rozmyci, stali
    jakby czekając na łódź, która przybędzie z drugiej strony Styksu.
    Setki zmierzały ku molu. By ruszyć przed siebie dalej, po pomoście prowadzącym
    donikąd i zawieszonym pośród niczego. Na końcu mola stały dziesiątki,
    obejmujących się parek, zamkniętych w tej nierealnej sferze płynnej intymności.

    Mgła sunęła pod kątem do góry, tak że za wydmami widoczność już była normalna.
    Spojrzałem w niebo i było tak jakbym patrzył od spodu na blat z mlecznego szkła,
    na którymś ktoś zostawił ognisty odcisk słonecznego palca. Dopiero po zachodzie
    słońca mgła runęła cicho w ulice i leśne dukty. W milczącej inwazji zajęła
    Miasto i sprawiła, że zwykłość wyglądać nagle poczęła majestatycznie i
    tajemniczo.
    I co ty na to mój Cieniu? Podobała się opowiastka? Masz i drugą: W Noc Muzeów
    tradycyjnie padało. Ubrałem się elegancko w czarną koszulę i czarne spodnie.
    Naciągnąłem na plecy moje gestapowskie, skórzaste skrzydła. Koło basenu
    Polibudy wśród rozświetlanych co chwilę wielkich, ciepłych kropel trwał
    koncert. Ostra muzyka. Czułem się jakbym to ja był bohaterem pierwszoplanowym
    tego świata i doczekałem się podkładu muzycznego, wypełniającego dla mnie ulice
    i doskonale współgrającym z moimi krokami. Nim dotarłem do centrum byłem bardzo
    mokry i stylowy, jak na najprawdziwszego, krawężnikowego demona przystało.
    Na Mariackiej słuchaliśmy śpiewanej poezji. Może i śpiewanej po amatorsku, ale
    z zapałem. Aubowata szprycha deklamowała drapieżnie Szekspira. Na zewnątrz zaś
    czaił się świat z milionem mokrych kłów i kłębem szarości pożerającej zmierzch.

    Zawitaliśmy do ciepłego wnętrza Steffena, gdzie oprowadzono nas po różnych
    kawałkach starych statków. Obejrzeliśmy Napoleona wizytującego okrwawiony
    lazaret. Dzieciaki sięgały do środka i bawiły się obciętymi kończynami. Potem w
    Zielonej Bramie gapiliśmy się na międzywojenne piersi. Scena z dziewczyną i
    grającymi jej dwoma geometrycznymi faunami pozostanie ze mną na zawsze. Bieg w
    ciemności, małe galeryjki, prezentacje i zdjęcia wśród nocy świata i umysłów.
    Godzilla tańcząca w rytm disco i przewiercana kula. I zmęczenie, zmęczenie,
    zmęczenie głowy opadającej w szalonym korkociągu ku poduszce.

    *

    Skoro więc miał to być ostatni
    wieczór
    dla ludzi, spędziliśmy go po ludzku

    (Oramus)

    Od półtorej miesiąca pogoda jest
    cudowna. Światło złocistym wodospadem opada na Miasto, wypełnia blaskiem świeżą
    zieleń. Co jakiś czas na dzień czy dwa opadają pośród flashów błyskawic eskadry
    chmur, niosąc ziemi ożywczą falę ulewy. Potem chmury odchodzą za linie wzgórz,
    czarne na tle zmierzchu. Wszystko jest świeże i pełne jak na dziecięcym
    obrazku. Jest po prostu ślicznie… Zaczynam się niepokoić.
    Pogoda nas tu z reguły nie rozpieszcza i takie dłuższe przypływy szczęścia
    gwarantują wręcz jakąś iskrzącą hekatombę konstruowaną za linią horyzontu.
    Ostatnio miałem refleksyjne przemyślenia w temacie zainstalowania łodzi na
    dachu. No ale kto mi ostatecznie zagwarantuje, że to akurat nie będzie ognisty
    deszcz….
    Poza tym, jeśli już mówimy o refleksjach, to miałem ostatnio nad ranem
    niewielki epizod psychotyczny z udziałem Kerrego Kinga i trzynastu calebritów tańczących
    wokół płonącego sedesu, w takt  Lennonki
    dyrygującej 666-cioma czarnymi kotami grającymi na skrzypcach. Taaak, odwykłem
    od jedzenia wieczorem i gdy już coś przełkną to potem dzieją się rzeczy
    straszne.
    Wczoraj obejrzeliśmy u sióstr „Mirror mask” Gaimana. Film przesiąknięty nim na
    wskroś, od fabuły, przez dialogi aż po przerażającą scenerię jaka może wykluć
    się w dziecięcej głowie. To taka prawdziwa bajka, bajka straszna, taka jaką
    dzieci uwielbiają. Stworek ją pokocha.
    Potem zagraliśmy w Neuroshimę i stoczyliśmy zażarty, artyleryjski pojedynek ze
    zmutowanymi indykami z Meksyku, znanymi także jako Czupakabra.
    Tym razem spoczywająca nieopodal Krewetka nie korzystała nadmiernie z
    przełomowego odkrycia jakim okazało się gardło i struny głosowe. Spała, a snu
    nie przerywał jej nawet, smolisty kocur Set zwany Międziusiem, wskakujący co
    chwila z impetem na wózek i wyciągający pyszczek w kierunku twarzy dziecka,
    jakby rzeczywiście usiłował ukraść jej oddech.

    - Ty nie możesz umrzeć, musisz żyć!

    - Już to zrobiłem

    (Pandamagorium cudowne emporium,
    czy jakoś tak)

    *

    Jeśli potrafisz o tym marzyć to
    potrafisz także tego dokonać

    (Disney)

    Wybrano dziś miasta na Euro. Miasto
    jest oczywiście w czołówce, trudno się dziwić, ostatecznie większość warunków
    spełniliśmy nim inni choćby dotknęli ich palcem, a poza tym to u nas w końcu
    powstaje jeden z najpiękniejszych stadionów Europy. W ogóle wygrały miasta,
    które kojarzą się z rozwojem i biznesem. Śląsk dostał jedno z miast, które
    wystawił. Przegrał Kraków, który z tego powodu aż zagotował się ze świętego
    oburzenia. Co w sumie nie powinno dziwić w przypadku krajowej stolicy snobizmu.
    Niestety same ambicje i wiara we własną wielkość nie wystarczą, Krakau od lat
    ciężko pracował na swoją renomę atrakcji turystycznej, miejsca słynącego z
    taniego piwa i prostytutek. Trudno się więc dziwić, że nie postrzegano go
    poważnie, a tak prestiżowej imprezy UEFA nie chciała urządzać w miejscu, jak to
    powiedział Żarno patrzący na świat z Portsmouth, uznawanego na całym
    kontynencie jako jeden z centralnych kurwidołków.
    Nic to, może jeszcze potknie się Ukraina, choć osobiście im tego nie życzę, bo
    ta impreza jest o wiele bardziej potrzebna im niż nam. Osobiście uważam też, że
    źle się stało, że liczba wybranych miast w obu krajach nie jest równa. Jesteśmy
    lepiej przygotowani bo jesteśmy bogatsi, a jesteśmy bogatsi bo łoży na nas
    Unia, Ukraina musi radzić sobie własnym sumptem i jak na swoje możliwości radzi
    sobie nieźle. Nie godzi się kopać leżącego.
    Z aktualności Awaria pilnuje znajomym mieszkania, siedzi tam zupełnie sama w
    towarzystwie pełnego barku, wielkiej plazmy i tłustego psa. Może byśmy tak
    wpadli tam stadnie, ulżyli jej w samotności, opróżnili szkło, podpalili firanki
    i zgrillowali bestię? Jeśli są chętni niech zgłaszają mi się na końcówkę, byle
    szybko bo termin jest na jutro.
    Void i Stasiu Zwany Czesiem pojechali na jakiś zlot rycerski do Wenecji (tej
    naszej okolicznej jakby co), dowieźli im tam żarło z cateringu i wszyscy się
    zgodnie i zachowując esprit de corps pochorowali. Noc spędzili upojnie
    przestępując z nogi na nogę w piędziesięcioosobowej kolejce do Toy toya. Ci
    którzy opuszczali przytulne wnętrze wędrowali od razu z rezygnacją na koniec
    kolejki. Jak to ujęła Void, to był przesrany weekend.
    A poza tym w Mieście mamy nagłą inwazję pomników. Przed Kaplicą Królewską
    obsiądą wkrótce fontannę cztery lwy, przed dworcem pojawiły się żydowskie
    dzieci a przed biblioteką główną UG jakiś gość z piórem stojący w pozycji „I’m
    king of the world”. Niedługo przed Katownią pojawi nam się też król z koniem i
    orszakiem. Miłe to dość bo widać, że metropolia od rzeczy wielkich zaczyna w
    końcu przechodzić do szczegółów, które w ostateczności przecież najbardziej
    cieszą. Poza tym co ważniejsze, większość z tych pomników ma radosną wymowę, co
    nie jest takie zwyczajne w naszym cmentarnym kraju.

    Gdyby samą furią można by było coś
    osiągnąć rosomaki już dawno opano-
    wałyby galaktykę

    (Weber)

    *

    Wyszłam z tunelu na świat
    zgasły latarnie, zawył wiatr

    (smsowa twórczość Lady Pazurek)

    Zawsze chciałem pić i bawić się z wesołą kompanią w
    prawdziwej tawernie… i udało się. Marzan i Meier, znani także jako M&Msy,
    zrobili wieczorek w Zejmanie na Wyspie Cegieł. Wojna pozostawiła Wyspę postrzępioną
    i porwaną. Tysiąc lat historii zostało wymiecione pod dywan dziejów przez
    czerwone kohorty, w samym płonącym sercu walczącej do końca Fertung Danzig. Do
    dziś Wyspa pozostała morzem potrzaskanych cegieł. wyszczerbione ruiny godzą w
    niebo. Pośród wędrującego pyłu błyszczą nocą łuski bruku i wyślizgane, stare
    szyny. Na całej Wyspie z dziesiątek spichlerzy ocalały tylko cztery, wśród nich
    Steffen, niegdysiejsza własność rodu Steffenów, który płonął na długo przed
    wojną, tracąc trzy górne piętra. Myślę że to właśnie uratowało go podczas
    Wielkiej Pożogi. Był zbyt niski dla pocisków.
    W Steffenie jest Zejman, a przed Zejmanem stoi stary, drewniany kuter. Wchodząc
    można pogłaskać go w zmurszałą burtę. Potem zaś schylając się w niskim wejściu
    wkracza się do innego świata. Podobno Zejman jest centrum polskiego żeglarstwa,
    to nie tylko niezwykła knajpa to sala spotkań i muzeum, w którym zgromadzono
    15000 eksponatów, w tym 3000 kufli. To jest po prostu Miejsce. Blaty z monet,
    tapety z banknotów, wiszące pod sufitem stare reje i galiony, morskie latarnie,
    beczki, zdjęcia i setki, setki drobiazgów. Wielka głowa łosia o zamyślonym
    wyrazie pyska. Obiecałem Szponiastej zamontować u nas taką w ubikacji nad
    sedesem…
    Wiersze brzmiały świetnie w tej scenerii, nie było bezsensownego pieprzenia, za
    barem dowodził Komandor rozlewając tanie piwsko. Towarzystwo nie było może
    liczne, za to konkretne i balanga trwała do nocy, łącznie z tańcami i masą
    śmiechu. Tańczyłem ze Szponiastą, piłem piwsko z grubo rżniętych kufli i
    ryczałem „Alice” z Texxem, który wyglądał jak Conan Barbarzyńca. Pośród
    grubych, drewnianych wsporników pomykały gibkie lasencje i Boros pośród nich.
    Baranek przyprowadził jedną z najpiękniejszych dziewczyn jakie widziałem od
    dawna, jaśniała wewnętrznie jak ksenonowa latarnia.
    Gdy wszyscy byli już gotowi i rozchichotani, Komandor porwał nas na nocne zwiedzanie
    spichlerza. Oczywiście po ciemku. A spichlerz chociaż zachował jedynie dwa
    górne piętra to jest ogromny. Każde piętro ma długość 70 metrów i jest
    otchłanią pylistego mroku, z którego mdły blask telefonów wyławiał ogromne,
    drewniane wsporniki i zalegające podłogę, bezwładnie porzucone, zagubione
    przedmioty. Wędrowaliśmy niczym pochód duchów przez mroczne tunele i strome
    schodnie, pod którymi stawiano niegdyś balie z wodą, po czym spędzano do nich
    setki szczurów grasujących pośród zmagazynowanego zboża. Na samym szczycie,
    niczym szkielet jakiejś metalowej bestii, spoczywa dziewiętnastowieczny dźwig.
    Podobno ktoś niechcący, kiedyś, coś przełączył i okazało się, że cholerstwo
    nadal działa i wciąga…
    Nasze przejście przez mrok znaczyły trzaski i rumory, w tym jeden szczególnie
    spektakularny, a gdy Komandor spytał przy dźwigu czy wszyscy są, ktoś z tyłu
    rzucił: Tak, Artur już wyszedł z wanny…
    W nocy na mieście panował jeszcze spory ruch, choć o tej porze nie spotykało
    się już raczej trzeźwych. Nie wyróżnialiśmy się więc za bardzo. Uśmiechniętą od
    ucha do ucha Pazurkowatą odstawiłem nach hause gdzieś o wpół do drugiej. Sam
    dowlokłem się do domu koło trzeciej. Ostatnie dwa kilosy w ciepłym deszczu,
    którego dotyk na rozpalonej skórze powitałem z prawdziwą ulgą.

    *

    Pazurek – Już wiem jak nazwiemy
    nasze dzieci:
    Florentyna i Faustyna, w skrócie Flora i Fauna.
    Ja – Czemu od razu nie Bazooka i Laweta?

    Do drugiego roku życia Szponiasta
    była karmiona tylko piersią. Pewnego dnia jej matka zachorowała i musiała
    zacząć brać antybiotyki, wzięła więc pociechę na ręce i mówi: „Od dziś będziesz
    jeść normalne jedzenie bo mleczko mamusi będzie niedobre”. A Szponiasta na to
    „Dobrze”… i tyle. Żadnych fochów, żadnych płaczów. Jej matka była w lekkim
    szoku. To jest jedna z tych nieokreślonych cech, które tak mi się podobają w
    moim Złowrogim Maleństwie. Gdyby nagle otworzyły się podwoje piekła i pomiot
    Władcy Kłamstw zalał Ziemię, to na negocjacje wysłałbym Lady Pazurek, choćby po
    to żeby zobaczyć stropioną minę Diabła, który trafiłby na jej zwartą
    neurologikę.
    A poza tym nuda. Nic się nie dzieje. Schowałem się przed ulewą pod betonowym
    przęsłem Błędnika i patrzyłem w zaparowane okna przejeżdżających pociągów.
    Potem przyszedł ciepły i szalony wiatr, który naciskał a nie szarpał. Drzewa
    kładły się do ziemi, powiewy obejmowały miękko ludzi i falowały miastem niczym
    czerwonymi wodami oceanu. Szedłem przez Neue Scotland pośród tańczących w
    wirach powietrza płatków kwiatów wiśni. Przemykały mi lekko po twarzy niczym w
    filmach Mamoru Oshi.
    Chłopaki gwizdnęli mi chodnik spod drzwi. Teraz ciągle muszę sobie przypominać,
    że za drzwiami jest o 40 centów niżej. Już ze dwa razy łapałem się futryny,
    żeby nie wyglebać się na pysk. Spod ziemi wyłażą fascynujące rzeczy.
    Skorodowane resoraki, folie po pyzach z lat siedemdziesiątych, złoża
    zapomnianego lastryko a ostatnio nawet kawałek zmurszałego filtra od
    niemieckiej maski przeciwgazowej i ułamany ludzki piszczel. Może to i dobrze,
    że nie kopali głębiej bo miałbym pod oknem ekshumację na pełną skalę i
    musiałbym polewać wrzącym olejem ścierwojady z Instytutu Prześladowań
    Narodowych.
    Coś jeszcze? A tak, życzenia. Życzę wszystkim związkowym kurwom, przez które
    odebrano Miastu jego święto, aby zdychali w bólu, gnili żywcem poczynając od
    małych stęchłych kutasów. Życzę wam wy bando nieudacznych, bezużytecznych,
    zarobaczonych gówien, żeby historia was rozdeptała i wymiotła, życzę wam
    szczerze i z całej głębi mojego czarnego serca, żebyście zostali zapomniani.

    - Powiedziałaś, że coś do mnie
    czujesz…
    - Ale nie powiedziałam co.

    (Dirt)

    *

    Pojawił się niespodziewanie obok
    wykorzystując swoją umiejętność
    niespodziewanego pojawiania się
    obok

    (Ciszewski)

    Idę przez półmrok. Wokół w
    ścianach, przecznicami, przeskakując ponad uśpionymi dorosłymi i łóżeczkami
    dzieci, biegną wilki. Możesz wierzyć, że to cienie czy plamy wilgoci, lecz ja
    czuje intensywną uwagę świecących ślepi wpatrzonych w moje plecy. Swoją drogą
    to zabawne jak bardzo synonimem strachu mojego pokolenia był wilk o świecących
    ślepiach. Pamiętam jaki popłoch i epidemię tysięcy nocnych koszmarów wywołała
    Akademia Pana Kleksa, w której pośród płonących wzgórz wędrowały armie wilków.
    Czasem trafia się jakiś jaśniejszy punkt pośród zaułków. Zatrzymują się wtedy i
    unoszę twarz ku niebu w poszukiwaniu gwiazd. Skrawku nieba obramowanego
    postrzępionymi krawędziami dachów. Później ruszam jednak dalej, a szarych
    wilków z każdym dniem, z każdym rokiem jest coraz więcej. Czuję na karku ich
    oddech, ich milczące oczekiwanie.
    Uśmiecham się pod nosem. Krople skapują mi z włosów i okularów. Robię kolejny
    krok. Kiedyś ostatecznie dotrę zapewne do jakiejś głównej ulicy, pełnej ruchu,
    ludzi, neonów i aniołów w minispódniczkach. Stanę u wylotu światła i cienia,
    obejrzę się za siebie ostatni raz i dam krok w światło.
    Tymczasem jednak pada deszcz. Rozpuszczam ból głowy w megatonowej kawie. Za
    oknem dwóch typów zabiera mi ziemię z podwórka. Ojciec wszedł w kolejną maniakalną
    fazę remontu i mają mi wyłożyć brukiem i kamieniem podwórko od brzegu do brzegu.
    Na razie zbierają wierzchnią, półmetrową warstwę ziemi i wrzucają do kontenera.

    A poza tym marzy mi się praca stróża nocnego, najlepiej w kawiarence
    internetowej. Ma ktoś jakieś propozycje?

    - A pan to wie kim był patron pana
    ulicy?
    - Ta, a pani wie kim byli Dworcow i Kolejow?
    - No nie
    - A przecież w każdym mieście jest ulica
      Dworcowa i Kolejowa…

    (W pracy Krzyśka)

    *

    - Czym stuka chleb w szybkę w piekarniku?
    - Piętką

    (Lenn)

    Noc rozłożyła swe mroczne skrzydła ponad krainą. W
    ciemnościach wspólnej sali obudził mnie dźwięk, coś jakby szuranie, jakby coś
    chodziło po pomieszczeniu. Było ciemno jak cholera, ja trzeźwiałem powoli, a
    wszystko mieszało mi się w chorych z niedospania i zmęczenia wizjach. Coś
    krążyło po pokoju a na suficie, koło okna żarzył się fluorescencyjny napis:
    Wyjście awaryjne. Wszystko mieszało mi się z treścią książek i wspomnieniami. W
    końcu wróciłem do siebie na tyle, że stwierdziłem że to M wędruje gdzieś przez
    sen, a jego stopy szeleszczą w śpiworze.
    Zjedliśmy na tarasie o poranku. Ruszyliśmy przez narastający upał.
    Trafiliśmy na przełęcz z pomnikiem, gdzie odbyła się jedna z największych
    partyzanckich bitew. Był tam kamienny stół, zaraz więc zrobiliśmy zdjęcie jak
    za pomocą noża do chleba składam ofiarę z niewidzialnej dziewicy. Wędrowaliśmy
    przez szczyty i przekraczaliśmy gęsto zaludnione doliny. Słońce smażyło nas gdy
    wspinaliśmy się po szerokich, piaszczystych drogach. Byliśmy tak przegrzani i
    wysuszeni, że potem piliśmy całą noc, a Marzan wyskoczył nawet w Wawie z
    pociągu i przyniósł ze sklepu drogocenną butlę wody.
    Ostatecznie mieliśmy zjechać ze szczytu kolejką linową, ale zgodnie z
    przewidywaniami była nieczynna. Za to na szczycie, na którym się znajdowaliśmy
    trafiliśmy wprost w Gehennę Turysty. Były akurat jakieś ekstremalne zawody w
    zjeżdżaniu rowerem po górskim stoku. Zadeptany szczyt pełen był ludzi,
    jeżdżących we wszystkie strony rowerów i smrodu żarłodajni.
    Stoczyliśmy się po stoku w chmurach kurzu, luźnych gałęzi i suchych
    liści. Obok biegła trasa zjazdu. Latały rowery, kibice krzyczeli coś o „Ogniu w
    dupach” a piękne panny zakrywały sobie usta, w chwilach gdy kolejny delikwent
    nie wyrobił na muldzie, albo wymienił przyjazny uścisk z drzewem.
    Potem był już tylko trzęsący bus i plac przed dworcem w Krakowie. Kraków
    zawsze lubiłem, słyszałem o zmianach jakie tu zaszły i przyznam patrzyłem na
    nie z przyjemnością (I ujrzał to Kiszczak i wiedział, że było dobre). Na
    pożegnanie skonsumowaliśmy sobie po placku węgierskim w Restauracji
    Galicyjskiej. Poczuwszy się znów jak ludzie dotarliśmy do pociągu. Był tłum.
    Znowu nie spałem. M za to ze spaniem w drodze nie ma żadnych problemów. Aż za
    bardzo, można powiedzieć, o czym świadczy imponująca kolekcja mandatów za
    przejechanie właściwej stacji. Tym razem pociąg po przybyciu do Miasta Miast
    miał jechać do Kołobrzegu. Wędrując pod jaśniejącym niebem przez znajome ulice
    zastanawiałem się czy nie otrzymam za parę godzin stamtąd smsa.

    - Jak prawdziwi metale nazywają biegunkę?
    - Anal Khatar

    (Lenn)

    *


    • RSS