kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 6.2009

    idzie, idzie lato z dala
    słońce z góry napierdala
    żaba cipkę w wodzie moczy
    kurwa, jaki świat uroczy

    (mur)

    Marzan odzyskał czapkę, jak wiedzą
    ci, którzy w swej desperacji czytają komentarze, oddała mu ją przemiła obsługa
    SPATIFu. Pewnie skapowali się czyja to czapka i zrobili numer ze szczoteczką do
    zębów i aparatem fotograficznym, jak w którymś z polskich filmów: …kochali
    się, ale nie mogła, po prostu nie mogła już zmusić się by pocałować go w usta.
    Nasi, dzielni brukarze, podzielili się z nami między innymi, naszym
    przedłużaczem. Czasem myślę, że powszechna edukacja była błędem. Hołota powinna
    była zostać na folwarkach. Enywej, tak drobny szczegół nie mógł powstrzymać
    mojej babki, czy nawet odrobinę ją spowolnić, skutkiem czego kosiliśmy trawę w
    ogrodzie ręcznie, za pomocą kuchennych noży. To był akurat ten jedyny dzień gdy
    wypełzło słońce, a temperatura skoczyła do 26 stopni. Najgorszy był bezsens
    tego działania, bo w efekcie uzyskaliśmy postrzępione ściernisko wyglądające
    jak trasa migracji kulawych bizonów trawionych apopleksją. Niemniej babka była
    zadowolona. Czasem odnoszę wrażenie, że bardziej liczy się dla niej, że coś
    było robione, a nie czy zostało zrobione i jak. Stąd nieuchronnie nasuwający
    się wniosek, że rozwój istnieje, że jesteśmy lepsi, skuteczniejsi, bardziej
    realistyczni… ze strachem myślę o naszych wnukach.
    Chłopaki pokazywali mi ostatnio zdjęcia z kolejnej gruntowej eskapady. Znaleźli
    odstrzeloną wieżę T-34. Jedno zdjęcie było niesamowite: Trzech typów siedzących
    w wykopie w pordzewiałej odwróconej muszli. Wyglądało to jakby sama ziemia
    wytworzyła krwawą, wojenną geodę, albo otorbiła śmierć.
    Marzan trafił w końcu pod BO, prosto na Dana, swoją byłą żonę i ich Krewetkę. Poszliśmy
    potem do herbaciarni. Rozmawialiście kiedyś z siedzącymi przy jednym stole
    ludźmi, którzy ignorują się nawzajem niczym amerykański ambasador sowieckiego?
    M opowiadał historie, w których znakami przestankowymi były kolejne flaszki.
    Opowiadał jak o bladym świcie brodził z dwoma DJ-ami w piętrowej fontannie przy
    molo w poszukiwaniu okularów, które parę godzin wcześniej w ferworze zabawy i
    ogólnego pijaństwa cisnął za siebie. Opowiadał o przerwanej przez policję zabawie
    zorganizowanej pośród nocy na środku Spacerowej i o spaniu w towarzystwie
    kleszczy gdzieś w wysokiej trawie za Wejherowem.
    Ja z kolei jestem ostatnio nieco zmęczony sobą. Staram się zapchać czas po
    brzegi robotą by nie myśleć za bardzo. Naprawdę chciałbym być czystej wody
    ateistą. Wtedy wszystko byłoby prostsze i pozbawione konsekwencji.

    Ile masek musi ubrać człowiek
    by nie odczuć uderzenia w twarz?

    (Lec)

    *

    Jeśli istnieje piekło i trafię tam
    po
    śmierci, to na pewno każą mi je
    wykafelkować.  I  to 
    będzie
    naprawdę ZŁE kafelkowanie

    Siostra Szponiastej przez sporą
    część ślubu Stasiów kontemplowała moje oczy. Fakt, oczy to jeden z moich
    nielicznych kawałków, które są rzeczywiście ładne. Zależnie od światła
    przechodzą od szarości stali, przez roziskrzony białymi iskierkami granat do
    opalizującego błękitu. Jakbym mógł to postawiłbym je sobie na półeczce i gapił
    się na nie godzinami. Choć jedno zapewne wyklucza drugie.
    Rodzina Szponiastej mogła po raz pierwszy zaobserwować absorpcyjne umiejętności
    córki. Szponiastą jest ekstremalnie trudno spić bo jej precyzyjny, ostry jak
    obsydian umysł bez trudu oddziela okruchy rzeczywistości od jednostek alkoholu.
    Chemicznie może być totalnie zamarynowana ale nie widać tego po niej za bardzo.

    Void krążyła pośród gości w herbacianej sukni, Stasiu tłumaczył skonsternowanym
    gościom czemu zawsze przedstawiam się nazwiskiem. Avatarro w swojej rdzawej
    sukni wyposażonej w rozliczne szarfy i sznureczki wyglądała jak kapłan jakiegoś
    mrocznego kultu, o co zapewne właśnie jej chodziło.
    Dzięki pomysłowości mojego Szpona Bojowego i mojej determinacji udało nam się
    nawet całą bandą przygotować Stasiom prezent: Dwie stylowe szkatułki, takie
    drewniane, ozdobione tłoczoną skórą sakwojaże. W środku w sianie spoczywały
    słoje miodu i specjalistyczny sprzęt do tegoż miodu konsumpcji. W wyższej
    szkatułce, też w sianku, spoczywała flaszka półtoraka. Do tego wszystkiego
    kartka, a na niej: Na słodką drogę życia. Teraz będą mogli dożywiać się tym
    miesiącami, no chyba że zużyli całość w czasie nocy poślubnej i teraz leżą
    gdzieś tam umazani, słodcy i szczęśliwie jeszcze nieświadomi, że miód zmieszany
    z pościelą w chłodnym pomieszczeniu twardnieje na kamień i wymaga interwencji
    strażaków z hydraulicznymi szczypcami…
    Jest ranek, marnie spałem bo te wszystkie perliczki, sole w panierce
    parmezanowej i polędwiczki faszerowane orzechami powracały do mnie przez całą
    noc z zemstą. O kojących skutkach spożywania płynów zacnych a dobrze
    schłodzonych nie będę nawet wspominał. Odczuwam teraz gwałtowną chęć
    wychodzenia tego z krwiobiegu.
    O 4 nad ranem Marzan przysłał mi smsa, który składał się głównie z
    wyrafinowanych przekleństw, jako że ktoś mu w SPATIFie zakorbił jego castrowską
    czapkę. Między bluzgami wychynęła na moment sugestia, że zajebie SPATIF i
    tamtejsze towarzystwo w następnej powieści, na koniec zaś zabrzmiało dzikie i
    pełne pierwotnej rozpaczy: Ale dlaczego czapkę? To mu odpisałem: Wolałbyś
    nerkę?
    Zupełnie jak w tym starym ruskim kawale, gdzie na komisariacie wzburzony
    obywatel zgłasza kradzież czapki. Udręczony milicjant wzdycha ciężko i pyta:
    - Co to jest?
    - Portret Lenina – odpowiada obywatel
    - A co Lenin trzyma w ręku?
    - No, czapkę
    - A czemu ją trzyma? Żeby nie ukradli!

    Okręty klasy Ciężki Poranek:
    ORP Delirium
    ORP Zgaga
    ORP Halucynacja
    ORP Migrena
    ORP Niestrawność
    (Muszę to sprzedać naszemu Ministerstwu Obrony Narodowej)

    PS: Właśnie doszedł drugi sms M
    właśnie dochodzi do siebie w okolicach stacji Goręczyno Wejherowskie, czy coś w
    tym duchu. Pisze że: Jest sam na Ziemi Matce bez orła na czapce.

    *

    Jeśli potrafisz o czymś marzyć,
    to potrafisz także tego dokonać

    (Walt Disney)

    Policja złapała typa, który
    przechadzał się po ulicy z granatem. Podczas zatrzymania typ najspokojniej w
    świecie odbezpieczył granat i wręczył go policjantowi i tu cytuję: Policjant
    zachował zimną krew i ostrożnie odłożył granat… Potem zdetonowano go (granat
    nie policjanta, choć trochę szkoda) na miejscu, używając zapewne do tego
    ładunków wybuchowych, bo mam dziwne wrażenie, że odbezpieczony granat, choćby
    nie wiem jak ostrożnie odłożony, jeśli ma ładunek to wybucha. No chyba, że
    policjant nie był wystarczająco ostrożny i coś w tym granacie potłukł.
    Niedelikatni ci nasi policjanci, przecież te granaty są takie kruche.
    Tymczasem Meave’a urządza w Empiku wielkie polowanie na seryjnego rozbieracza
    maskotek. Niebezpieczny ten dewiant szczególnie upodobał sobie maskotki z
    „Włatców Much”. Niecnie obnaża posągowy biust Higienistki i ściąga spodnie
    Czesiowi i jego kompanom. Przyznam się, że pod wrażeniem tej opowieści sam
    zainteresowałem się, czy Higienistka ma sutki. Podobno przestępca pojawia się
    codziennie, lecz jest szybki i nieuchwytny, nie przestraszcie się więc jeśli
    przeglądając pierdółki w Empiku traficie na parę złowrogich, czujnych oczu
    popatrujących w stronę maskotek spomiędzy zeszytów z Witch a gustownymi portfelami ze skaju.
    To sprawiedliwość czyni swoją powinność.
    Pogoda jest dość wstrętna. Cała herbaciana ekipa gania jak kot z pęcherzem
    szykując wspólny prezent ślubny dla Void i Stasia zwanego Czesiem. Stawiamy
    czoła odwiecznemu problemowi: co dać komuś kto ma wszystko, a jak czegoś nie
    ma, to zaraz może mieć. Postawiliśmy więc na oryginalność, co z tego wyjdzie
    zobaczymy w praniu.
    Rano puściłem cała kasę na moją część prezentu. Zostały mi dwa grosze w
    kieszeni i kubek Early Graya w żołądku. Nic to, wproszę się dziś do domu Sióstr
    i może załapię u mamy Void na jakieś obiadello.
    Gadając z Meave’ą zagadnąłem ochroniarza, czy nie ma u nich roboty. Stwierdził,
    że mają komplet i że sam też szuka pracy. Uśmiechnąłem się z lekka i
    stwierdziłem: Jesteśmy wędrującym pyłem.

    Była całkiem miła, no ale w końcu
    to
    jest problem z wampirami. Wampiry
    są całkiem miłe, aż do momentu gdy
    nagle już nie są.

    (Pratchett)

    *

    - Stoimy tu sobie pod tym
    rozłożystym drzewem,
    trzymając się za rączki jak jacyś: Romeo i Julia,
    Walles i Królowa Anglii, Robin i Marion…
    - Wszyscy skończyli tragicznie
    - Fakt, do tego w dwóch przypadkach na trzy
    przeżyły tylko kobiety. 
    - Tristan i Izolda
    - Abelard i Helojza

    - Ron i Hermiona

    (My na środku nieistniejącego
    cmentarza)

    Wczoraj babciny pies psychopata
    podciął mnie na schodach, a schody u mnie strome, śliskie i kręcone. Odbiłem
    sobie parę coniecośów i wieczorem bałem się położyć bo przed oczy napływał mi
    biały szum. No ale z tym już mogło mieć coś wspólnego złożenie dwóch nocy w
    ofierze Houseowi, podczas gdy w dzień trwał ostry zapieprz. Dziś wywiozłem z
    podwórka dwie bramy i dostałem za nie tyle co kiedyś za jedną. Od razu widać,
    że olimpiada w Pekinie już się odbyła.
    Co tam jeszcze, a odpalam mój strzelający telewizor a tam Ben Affleck w
    wahadłowcu, przełączam na inny program a tan Ben Affleck w myśliwcu. Wczoraj
    ostrożnie włączam sprzęt a tam Młody Ben powstrzymuje wojnę nuklearną… Boję
    się otworzyć konserwę…
    Chodzi za mną ostatnio myśl, żeby zadzwonić do Aube i wydobyć ją choć na chwilę
    na światło z warszawskiej nicości. W ogóle niezłym pomysłem byłoby przejechać
    się do Wawy i skrzyknąć wszystkich kryjących się tam w miejscach cienistych i
    wilgotnych znajomych. Zebrały się niezły tłumek, akurat do picia, seksu i porubstwa. 
    Pogoda zrobiła się piękna, to z pewnością jakiś podstęp. Szponiasta obroniła
    pracę licencjacką i dziś z Kudłatą załatwiły sobie praktyki na jakiś
    wykopaliskach na Wałowej. Ja muszę skończyć dziś książki z biblioteki, bo
    przetrzymałem je już lekko, a po ostatnim unowocześnieniu Biblioteki Głównej
    nie mogę wykluczyć zdolności rażenia dłużników przez bibliotekarki pociskami
    ziemia-ziemia. Jest tam teraz tak nowocześnie, że człowiek ma wrażenie, że
    ściany na niego patrzą i go obwąchują, co ma zapewne miejsce.
    Tymczasem jednak gdzieś daleko na południu, w delcie mulistej rzeki na pokład
    polskiego drobnicowca, wkroczyła gibka murzyneczka i wręczyła osłupiałemu Sebie
    kwilące zawiniątko, paczkę pieluch i jakieś dwa papierki napisane po ichniemu,
    po czym uciekła. Teraz gdy dzwoni z lekka purpurowy i podkrążony, witamy go
    chóralnym: Cześć tatusiu. Miejmy nadzieję że nie rzuci się do morza z
    kontenerem u szyi.

    - Tam na drzewie, to kot czy ptak?
    - Hmmm
    - Raczej ptak, ale jaki, gołąb czy kaczka?…
    Tak to na pewno kaczka.
    - Raczej kawka

    (My)

    *

    To nasze pomyłki czynią nas
    interesującymi

    (House)

    Babka gwizdnęła mi z pokoju dywan a
    podrzuciła dywanik, w który muszę celować niczym kapitan Takahashi w pokład
    amerykańskiego lotniskowca. Cóż babka dała, babka wzięła, dla turystów to co
    najlepsze. Mam nadzieję że moja lepsza część, która wsiąkła w ten chodnik
    będzie nocami wychodzić na łowy i podgryzać im stopy… Ktoś ma nadal ochotę na
    wakacje nad morzem?
    Od czwartku ciągle noszę w sobie żałobę po Amber. Niczym flesz rozbłyskuje mi
    ciągle w głowie scena wypadku, gdy rozbłysła na chwilę niczym gwiazda w
    rozświetlonej od tyłu koronie jasnych włosów. Potem scena z ostatnią rozmową i
    odłączaniem maszyny, no i oczywiście autobus jadący przez światło. Gdyby tylko
    tak bardzo nie przypominała Aube, z wyglądu, charakteru i zachowania… Aube,
    Amber…
    zawieszona w złotej żywicy czasu
    utrwalona na wieczność
    w podświetlonej od tyłu, jasnej koronie włosów
    piękna jak jutrzenka
    uśmiechnięta jak kot…
    W przyrodzie nic nie ginie. Żadna masa, żadna energia. Nie jesteśmy już
    zwierzętami. Rozumiemy i pamiętamy. Zbiera się w nas suma wiedzy, wspomnień i
    doświadczeń. To forma kumulacji nie mająca żadnego odpowiednika w naturze, a
    przecież w naturze nic nie ginie, żadna masa, żadna energia. Śmierć nie może
    być więc żadnym końcem, ponieważ to czym jesteśmy to coś więcej niż elektryczny
    zapis. Ten zebrany potencjał nie może tak po prostu zniknąć nigdzie.
    Czasem zadziwiam sam siebie. Czwarty dzień żalu po fikcyjnej osobie, ciągi
    przemyśleń tym spowodowane. Może to też przez to że wierzę w wszechświaty
    równoległe. W nierozpuszczalny potencjał prawdopodobieństwa, który musi się
    gdzieś rozładować. Gdzieś tam jestem najlepszy i najgorszy. Gdzieś tam Amber
    żyje i umiera. Spotykam ją, ratuję, pocieszam. Multiwersum nie zna granic.
    Wszystko jest możliwe. Chyba jestem czcicielem możliwości.

    Jedynie ludzie o zdrowych zmysłach
    wariują

    (Lec)

    *

    Nasz Bóg spisał słowa i świat, a
    potem
    odszedł. Nie wymaga od nas byśmy o
    nim myśleli, tylko byśmy myśleli

    (Pratchett)

    Dziś, tak to było jeszcze dziś, w
    Radiu Zet Monika Olejnik zaśpiewała namiętnym głosem „Happy birthday Mr
    President” niczym słowiańska Marylin Monroe, która powinna się wstydzić. Dziś
    nasze bliźniaczki obchodzą 120 urodziny.
    W TV leciał odcinek Housea tak smutny, że usłyszałem dochodzący spomiędzy moich
    żeber odgłos pękającego szkła.
    Szponiasta zaprowadziła mnie na cienistą granicę innego świata. Szliśmy pośród
    poprzechylanych nagrobków. Niektóre leżały pośród butelkowej zieleni
    cmentarnego bluszczu. W dole błyszczało wiosennie, wielkie oko stadionu.
    Stanęliśmy na krawędzi patrząc na morze czerwonych dachów Polibudy w dole i ciągnące
    się po horyzont spiętrzone geometrycznie bryły bloków. Zatrzymaliśmy się na
    tarasie dachu starej przepompowni pośród stojących na betonie butelek i
    czarnych śladów ognisk. Idealne miejsce do picia i słów płynących pod
    gwiazdami. Takie, którego trzeba długo szukać w tych dniach gdy serca przeżarła
    nam cywilizacja. Potem kręta ścieżka po wzgórzach nad Szpitalem Zakaźnym i
    łączka w niecce na szczycie wzgórza. Gdzie nocami pośród ogromnych narzutowych
    głazów płonie ogień a z ziemię wsiąka młodość. W końcu wejście na podniebne
    łąki, którymi można było ponownie stoczyć się w cień wiekowych drzew i
    koronkową secesję Wrzeszcza.
    Dziś zaś proza i pot. Po odrobieniu pańszczyzny wróciłem do mej Twierdzy Cieni
    i zabrałem się za ponowne ustawianie płotów, które mają zabezpieczyć gości
    przed entuzjastyczną agresją niezrównoważonego psychicznie psa babki. Przy
    okazji wyjaśniła się tajemnica, dlaczego brukarze, którzy je obalili, nie
    ustawili ich ponownie, za to wyjechali w pośpiechu i nie odbierają telefonów.
    Albowiem chłopaki by zaoszczędzić sobie czasu i wysiłku a zapewne także by
    uprościć nieco fraktalną strukturę wszechświata, ścieli nonszalancko wszystkie
    słupki i zaczepy boszem. Nie dysponuję spawarką, użyłem więc sznurka, całej
    kupy drobnych kamieni, entuzjazmu i przyrodzonego mej rasie genizmu. Płoty
    stoją, choć otwarta furtka musi być oparta na kamieniu, bo lekko przechyla
    konstrukcję, a gdy zawieje wiatr całość buja się powoli i majestatycznie.
    Poza tym kupiłem jakieś tanie mydło o zapachu winogronowym. Po wypuszczeniu z
    papierka gronowy zapach zamordował wszystkie inne, wypełnił dokładnie każdą
    szparę i wnękę, pokrył fioletowym szronem szyby i strącił w locie owady. Czuję
    go piętro wyżej i przez zamknięte drzwi. Czuję się z lekka zaszczuty… Czy coś
    przypadkiem nie zadrapało o drzwi?! 

    Przychodzi stonoga do szewca, a
    szewc:
    Nawet mnie nie wkurwiaj!

    (spięte strony od Lenn)

    *

    Kiedyś w Pasłęku czytałem moje
    wiersze i nowelki. Po szkole, w której miał miejsce ten holokaust kultury
    oprowadzała nas żywa, ruda dziewczyna. Nie zapamiętałem wtedy jej imienia, nie
    znam go teraz, nazwijmy ją po prostu Ruda. Świetnie nam się gadało,
    odprowadzała nas wieczorem na pociąg, często się śmiała. Minęły całe lata,
    kończyłem dziś malować finezyjne girlandy grzyba i tłuste ślady stóp
    pozostawione na ścianie przez lokatora w jedynce, gdy stanęła u mojej furtki.
    Nadal miała farbowane na jasny rudy włosy, sięgające trochę za ramiona. Jutro
    ma zacząć naświetlania, więc i tak by je straciła. Przyjechała bo potrzebowała
    kogoś znajomego by nie robił tego ktoś zupełnie obcy. Potrzebowała kogoś na
    tyle obcego by się nad nią nie litował.
    Starszych nie było i nie mogłem wziąć z góry maszynki. Posadziłem więc ją na
    krześle w kuchni i obcinałem włosy nożyczkami, a one miękko osypywały mi się z
    palców. Czułem się jak kurewski SSman szykujący dzieci do komory gazowej.
    Opowiadałem potem o tym Szponiastej, ale mam wrażenie, że do niej to tak
    naprawdę nie dotarło. Jestem z tym cholernie sam.
    Wczoraj wędrowaliśmy od Krzyśków na spotkanie z ostatnim tramwajem. Niebo miało
    ten wspaniały, nocny błękit, poprzecinany smugami ciemnych ale niosących jakąś
    sugestię srebra chmur. Byliśmy po zapiekankowej orgii i słodkim winie. Obok
    szli przyjaciele. Zrywał się wiatr, chłodny i silny, który w Brzeźnie
    przepełniał wszystko szumem i wrażeniem mocy.
    Dziś trzymam się mocno tej wizji. Ta umierająca dziewczyna wypełniła mnie po
    brzegi rozpaczliwą wolą życia.
    Mam dar opowiadania prawdziwych historii, w które nikt nie wierzy. Mam dar
    przyciągania ludzi, którzy te historie w sobie noszą. Sam nie wiem czy jest to
    dar czy przekleństwo, ale piszę, bo uważam, że powinienem. To nie może przestać
    istnieć. Mam gównianą pamięć i zawsze wszystko zapisywałem. Zapisuję więc by
    nie zapomnieć.

    *

    A kto się na Pazurzastą połaszczy
    tego śmieciarka rozpłaszy

    (Niezwykle życzliwe i zupełnie
    darmowe ostrzeżenie)

    Prawda is out there, płoń oceanie,
    ogniu krocz za mną. Jestem w twoim domu, zadzwoń do mnie. Emocjonalna mapa kinematografii.
    Doktor Hause powłóczy noga przez wewnętrzne ścieżki mej skomercjalizowanej
    cokolwiek wyobraźni. Poznałem wiele tajemnic w moim życiu, ale nie tą Laury
    Palmer.
    Deszcz tłucze o dach z metalowych paneli, jest wilgotno ale ciepło, świat
    pachnie czymś cudownie nieprawdopodobnym. Grzechocząc gąsienicami błyskawic
    burza sunie z burzą, pies Sióstr chowa się w bunkrze pod trójkątnym blatem
    stołu, pośród naszych stóp.
    Wróćmy jednak pod dach. To taka sama, ceglana 
    wiata śmietnikowa jak ta w której połowie ktoś niegdyś urządził „Klub
    Alkoholika”. Biegliśmy tam po szkole by patrzeć, przez otwory pomiędzy białymi
    cegłami, na siedzących w kręgu mężczyzn. Światło pojedynczej żarówki odbijało
    się w wędrującym szkle. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem słowa Lechia i
    Kaczmarski. Na ścianie olejną farbą ktoś narysował kształt butelki i wkleił w
    środek nalepkę z Żytniej.
    Później nadeszły czasy transformacji, odejście śniegu, słynnego przybytku na
    Herbowej i Gruzinów wbijających noże w plecy kelnerom w brzeźnieńskim  Trokadero. Teraz mamy czas deszczu i burzy.
    To przyjemny czas, czas gdy można wędrować niezauważanym. 
    Obejrzeliśmy dziś cztery odcinki „Sześć stóp pod ziemią”, z przyjemnością
    stwierdzam że sceny z całującymi się namiętnie facetami wprawiają mnie w lekki
    dysonans. Ziarnko pyłu pod powieką. Z radością witam każde pęknięcie w skorupie
    obojętności. Mój świat pokrywają lodowce.
    Pijemy winiak, deszcz tłucze o blachę jest wpół do 11 a w powietrzu nadal jest
    wyraźny ślad jasności. Piszę na wilgotnym papierze, opartym na kolanie.
    Długopis zapada się za głęboko, przestaje co chwila pisać, muszę poprawiać,
    gonię myśli, boję się je stracić. Nadchodzi lato. Lato to czas śmierci.
    Najsmutniejsza pora roku dla potworów. To miesiące szczęścia trawożerców.
    Bezrozumny czas.
    Widziałem dziewczynę pędzącą z dwoma chłopakami w kierunku dworca. Krótkie
    ciemne włosy czarna bluzeczka i takaż króciutka, powiewająca spódniczka, do
    tego długie czarne buty sięgające połowy jędrnych ud, a może to były takie
    pończochy. Dziękuję mocom, że się za nią obejrzałem. To straszne że Bóg mógł
    stworzyć coś tak wspaniałego.

    Napisy na murach można było
    ignorować  na  własne 
    ryzyko.
    Czasem  miasto starało się w ten
    sposób  przekazać  coś, 
    co  tkwi
    może nie w jego wrzącym umyśle,
    a w pękającym sercu.

    (Pratchett)

    *

    Nasi złapali pasożyta pod
    prysznicem…
    Ciekawe czy się wyrywał?

    (Po słuchaniu radia)

    Są trzy. Na krańcu plaży. Na krańcu
    świata. Gibkie, czarne sylwetki na tle powoli zachodzącego słońca. Podchodzą do
    nas i siadają, jedna uśmiecha się do mnie znacząco. Kiedyś, dawno, dawno temu
    kąpaliśmy się całą bandą na golasa w spienionym, jesiennym morzu. Było ciemno
    jak cholera, a jesienne morze nocą jest straszne. A więc zimno, fale uderzające
    w plecy, smagająca skórę lodowata piana i uczucie obcowania z ogromnym
    potworem, który czai się gdzieś wokół i przelewa miękko, ocierając się o
    człowieka w najmniej spodziewanym momencie. Zduszone śmiechy i krzyki, wszyscy
    nieźle nagrzani i buzujący promilami. I nagle w tym zimnie i ciemności ciepłe
    nagie ciało. Uderza fala, czyjeś ramiona i gorące usta. Na chwile objęła mnie
    nogami, dopóki nie rozdzieliła mnie następna fala. Cztery lata zajęło mi
    dowiedzenie się, kto to był. Do dziś uśmiecha się w ten kpiarski sposób.
    Musiała mieć niezły ubaw.
    Druga siada po lewej, jest teraz żoną Borysa i matką dzieciom. Kiedyś zrzuciła
    mi na głowę z drugiego piętra skrzynkę z kwiatami. Chybiła o 15 centów. Ja w
    odwecie rozbiłem jej okno puszką EB.
    Trzecia tańczyła kiedyś w teledysku Closterkeller. Zrobiła mi kiedyś masaż
    stopami. Jest to jedyna osoba której pozwalam się przechwalać, że mnie
    podeptała.
    Milczę, patrzę jak życie toczy się wokół. Jestem ostatnio bardzo nietowarzyski.
    Wszystkich spławiam, mało wychodzę, nie odbieram telefonów. Mam ochotę być sam.
    Krążę po Mieście przekraczając granice dzielnic. Dużo patrzę. Dużo pracuję,
    mało śpię. Tropią mnie wizje i sny. Staję nad Motławą i wyobrażam sobie leżące
    na jej dnie pozieleniałe, pokryte szlamem okręty. Wzbiera we mnie woda i
    zmurszałe kadłuby wynurzają się strząsając z siebie stare puszki i opony.
    Przelewają się z wodą ponad barierkami i płyną w dół siecią ulic.
    Szponiasta brnie przez sesję. Dzwoni, wyżywa się na mnie. Potem grzecznie
    przeprasza i znowu się wyżywa. Idzie jej nieźle i to mimo tego, że
    przyspieszyli im o parę tygodni oddanie pracy licencjackiej. Marzan wyszukał
    gdzieś kasetę z niemieckim filmem „Kot i Mysz”. Jest tam utrwalone Brzeźno z
    lat pięćdziesiątych, jeszcze z wrakami na redzie. Chyba jednak zrobię dla niego
    wyjątek w moim nietowarzyskim kalendarzu.

    Małżeństwo jest to klęska
    strategiczna
    po sukcesie taktycznym

    (Chłopecki)

    *

    Jest tylko kilka rzeczy tak
    ponętnych
    jak zranione ego pięknego anioła

    (Dead proof)

    Cała kreatywność i przemyślność
    gatunku ludzkiego wychodzi gdy ładuje się siedemdziesięciokilową, długą na trzy
    metry bramę na lekką aluminiową taczkę. Przejechanie nią potem przez pola
    krawężników, okolice gęsto zarośnięte słupami i dzikie hordy gnające z obłędem
    w oczach do i z Lidla to już betka.
    Dopada mnie samotność. Ciężki, ołowiany ciężar. Wszyscy pracują albo mają
    dzieci, albo jedno i drugie. My Lady niczym walkiria mknie z bojową pieśnią na
    ustach przez sesję a ja samotnieję stojąc na końcu asfaltowego jęzora
    wlewającej się na plażę Drogi Donikąd, na której końcu spłonęły niegdyś
    Łazienki Południowe. Niebo jest jasne i pastelowe, chmury ostro odcinają się od
    niego czernią i granatem. Daleko na linii horyzontu niczym klejnot żarzy się
    Hell, Bliżej, pośród rozświetlonego kobierca Gottenhaven, pełgają po
    sterczynach  dźwigów, suwnic i masywnym
    korpusie czarnej wierzy Sea Tower czerwone światła. Wychyla się to wszystko zza
    klifów i wygląda jakbym płynął Brzeźnem w kierunku Mordoru. We mnie jest pustka
    i wiatr. Samotność boli, szarpie wnętrze nienasyconą próżnią, budzi tęsknoty.
    Jest zajebiście. Jak wspaniale jest coś czuć.
    Seba towarzyszył mi wczoraj w wędrówce. Pojawił się znikąd i w pewnym momencie
    zniknął nie wiadomo gdzie. Był upalony jak Marcowy Zając i opowiadał mi jak na
    redzie Mogadiszu widział śpiewające syreny.
    W niedzielę prawdopodobnie będę miał nad piwem rozmowę o pracę. Cóż, każdy ma
    swój styl załatwiania spraw. Dreszcz przejmuje mnie na myśl o urzędowym piekle
    jakie będę musiał przejść by zalegalizować się i wejść do systemu. Cholera
    pewnie w końcu będę miał NIP.
    Ale nie martwmy się na zapas. Może się nie uda i pozostanę wolny jak wiatr.
    Wolny jak Ciapek, który wyleciał z pracy zanim się zorientowałem, że ją ma.
    Gość z tym swoim fatalnym a heroicznym poszukiwaniem pracy staje się powoli
    legendarny, a opowieści o nim zaczynają dochodzić do mnie z różnych
    niezależnych stron.
    U Starszego w pracy pojawił się nasz płetwostopy prezydent, który niech
    żyje!…krótko. Na zdjęciach wygląda jak mała obwisła laleczka, borowiki
    prowadziły  zmieniając kierunek jego
    ruchu dotknięciami w ramie. Podobno ożywił się dopiero, gdy mu powiedzieli, że
    idzie na obiad. Chyba uwierzę w Palikota.

    Odkąd się urodziłam jest ciepło…

    (Z rozmów o klimacie z Lady
    Pazurek,
    może lepiej żeby Greenpeace się o
    tym nie dowiedział…)

    *


    • RSS