kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 7.2009

    Chłód piasku pod policzkiem. Słony
    zapach tysiącleci startych w pył. Patrząc z bliska na ziarnka
    piasku można obejrzeć przekrój geologicznych dziejów Ziemi
    sprowadzonych do wielkości okruszka. Czy wielkość człowieka można
    określić skalą dokonywanej obserwacji? W końcu tylko my
    interpretujemy i wyobrażamy sobie. Tylko w nas śpi nieskończona
    ilość bytów potencjalnych.
    Słońce pada pod kątem,
    sprawiając, że końcówki rzęs Lady Pazurek stają się złote,
    gdzieś w cieniu za tym złotem lśnią jej zielone oczy. Lady P jest
    moją próbą. Bez niej wszystko byłoby prostsze, w jedną lub drugą
    stronę. To ona sprawia, że muszę myśleć, kombinować, starać
    się. Ona jest moim dylematem, moją rozterką. Ona jest moim
    rozsądkiem i sumieniem. Moim rozdarciem, przez które w nieskończoną
    próżnię krwawi mi dusza.
    Kiedyś żyłem po liniach prostych.
    Byłem wolny i dziki. Spełniałem swoją każdą, nawet najbardziej
    szaloną zachciankę. Ten zbiór ograniczeń, którym jest ona, moja
    Pani Powietrza i Mroku, doprowadza mnie czasem do szału, ale
    równocześnie czai się we mnie potworny, wyjący strach, że
    mógłbym ją stracić.
    Nie jestem zdolny do głębszych uczuć,
    tak myślę. Miłość czy nienawiść, są dla mnie abstrakcją,
    ideą. Znam ich poszczególne elementy, zasady i zabarwienia, ale to
    co przeżywam w sobie dzieje się na innym poziomie, daleko poza mną.
    Tak daleko, że nie jestem w stanie tego określić. Sam w sobie
    stoję zawsze obok siebie… i komentuję. Odkąd poznałem
    Szponiastą, nieco tylko mniej cynicznie. Z reguły zbyt wiele dzieje
    się we mnie i to beznadziejnie przysłania mi świat. Jedynym zaś
    uczuciem, które dociera do mnie bezpośrednio jest strach.
    Strach
    zaś jest najbardziej twórczym uczuciem na Ziemi.
    Koniec.
    Wychodzę by coś stworzyć.

    *

    Ten kto zadaje głupie pytanie
    jest głupi przez pięć sekund.
    Ten kto go nie zadaje pozostaje
    głupi na zawsze

    (Stare chińskie przysłowie)

    Czekolada rozpuściła mi się w
    brązową, połyskliwą kałużę… w temperaturze pokojowej. Babka toczy wojnę z
    jeżem. Ona go łapie i wyrzuca do sąsiadów, on wraca i usiłuje zadomowić się na
    klatce. Ona go znowu łapie… i tak w kółko. Ostatnio dorwała go jak usiłował
    wspiąć się po schodach, co każe mi przypuszczać, że jeż od prostych planów
    ekspansji przeszedł do rozbudowanego planu eksterminacji miejscowej
    ludności. 
    Ja z kolei po wielu krwawych i nasączonych emanacją rozbudowanych przekleństw
    perypetiach, zainstalowałem zazdrostki na oknie w łazience, dzięki czemu mogę
    teraz ganiać tam z wywalonym balasem i spokojnie golić się na golasa wypełniony
    spokojną pewnością, że wszystkie te włosy wyschną nie doprowadzając nikogo do
    zawału i nie wabiąc mi pod płot tłumu rozhisteryzowanych fanek (ewentualnie
    zapobiegając powstaniu kultu Kudłatego Dzika czy innej Wielkiej Stopy).
    Do naszego epicentrum wszechświata dotarł wprost z Junajted Kingdom Skrzywiony
    Mireczek, przyprowadził ze sobą swoją miejscową kuzynkę, która gdy nikt nie
    patrzył, osiągnęła dojrzały wiek 17 lat i jakiś niepokojący numer miseczek.
    Młoda istota jest wyszczekana i wymowna, a tak się akurat złożyło, że na tym
    samym terytorium przebywała akurat ekipa miejscowego dresiarstwa, znana głównie
    z taniego udostępniania części samochodowych i dręczenia sąsiadów umcumcem o
    drugiej nad ranem. Młoda opowiadała coś akurat żywo gestykulując i wymachując
    przed naszymi starczymi zmysłami rozlicznymi przyległościami, gdy od dresów
    oderwał się młodzieniec znany z racji gabarytów jako Rolling Stone. Dotoczył
    się do nas posapując i wykorzystując swą bystrą niczym mazut inteligencję oraz
    zestaw wypróbowanych odzywek, z których zapamiętałem dość często powtarzające
    się słowo „dupa”, zaczął do Młodej startować. Do tego nierozważnego czynu
    zachęciła go zapewne renoma Młodej, która lubi poszlajać się po wydmach z turystami,
    a i w okolicy krążą legendy o jej akrobatycznych umiejętnościach.
    Tak więc Rolo, który, że tak powiem, nie w jednym piecu patyk maczał, pewny
    zwycięstwa, roztaczał wizję siebie jako rozkwitającego pana wszechświata. Obie
    zaś grupy zapadły w pełne wyczekiwania milczenie. Młoda wysłuchała go
    cierpliwie i gdy na chwilę się zatchnął, skupiając się na swoich niewątpliwych
    zaletach, walnęła ni z tego ni z owego: Ej czy to nie ty jesteś tą kurewką,
    którą zaliczyły wszystkie okoliczne dziewczyny?
    R osłupiał w obliczu tak niezwykłego przewartościowania rzeczywistości. Wszyscy
    pozostali zaś się zaśmieli, my trochę dłużej niż oni. No i oczywiście wszystko
    skończyło się tak jak można było przewidzieć. Mała ma przepiękną śliwę, ale
    Rolo przez jakiś czas zbyt piękny nie będzie. Zastanawiamy się czy to pogłoski,
    czy też naprawdę w nocy przyszywali mu z powrotem ucho. Mnie bolą żebra i chyba
    lekko wystawiłem sobie bark, ale okulary ocalały, co jest dość istotne, bo to
    jeden z tych moich kawałków, które nie odrastają.
    Poza tym jutro robię u siebie imprezę. Mam już na ten cel uzbierane osiem
    złotych, ale będzie fun.

    Żona z mężem w łóżku. Mąż
    kocha się jak w transie. Żona
    przeżywa orgazm za orgazmem:
    jeden, drugi, trzeci, czwarty…
    W końcu cała rozdygotana pyta:
    - Kochanie, co dziś się z tobą stało?
    - Co…? Przepraszam, zamyśliłem się…

    (CKM)

    *

    - Skąd masz ten numer?
    - Mam kumpla, zna
    wszystkie numery

    (Artemis Fowl)

    Jestem pasażerem. Wpijam się
    pazurami w tłuste cielsko Ziemi i daję się jej nieść niczym wsza przez
    rozgwieżdżoną pustkę. Nie palę, nie ćpam i za mało piję. Od czterech i pół roku
    nie uprawiam seksu. Co ja robię w tym cholernym miejscu. Dlaczego krzywdzę tak
    mało ludzi, dlaczego niczego nie niszczę. Ciągle uzbrojony i niebezpieczny
    rdzewieję na mieliźnie w jakimś zamulonym kanale. Nic nie straciłem ze swojego
    arsenału, magazyny amunicyjne wypchane po brzegi, ale wieże działowe nie
    obracają się na leżach. Dalmierz nie dostrzega celów.
    Nie nadaję się do codzienności, brak mi tego genu, który pozwala wam
    zasnąć w sobie i codziennie iść do pracy. Przez kilkadziesiąt lat wykonywać
    coś, nie robiąc nic. Nie umiem przestawić się na fabryczną produkcję
    zapomnianych chwil. Jestem ciągle świadomy, każdej chwili mojego życia. To
    przerażające zdawać sobie sprawę, że mijają i nie wypełniać wszystkich
    krzykiem.
    Podobno człowiek jest szczęśliwy tylko wtedy gdy robi to do czego został
    stworzony. To dość irytujące, że mi najlepiej wychodzą złe rzeczy. Czy można
    powstać po to by być złym? Czy Bóg może stworzyć kogoś takiego? Czy jest mu
    potrzebny? Co jest złem dla Boga, czy to samo co dla jego prymitywnego tworu?
    Przecież to się bez przerwy zmienia. A może tacy ludzie są potępieni od
    urodzenia, a ich rola to zmiany jakie tworzą w życiu innych. Wiry burzące
    zastałą, gładką powierzchnię oceanu rzeczywistości. Czy w tym przebogatym w
    formy oceanie potrzebne są także potwory?
    Tak czy inaczej czuję się potworem niezrealizowanym. Martwi mnie, że nie
    mam dziś ochoty niczego zniszczyć, czegoś sobie przywłaszczyć czy kogoś
    powkurzać. A równocześnie rzygać mi się chce od oblepiającego mnie zastałego
    smrodku dobroci. Muszę stąd wyjść. Potrzebuję ruchu, umykającej linii
    horyzontu. Potrzebuje krzyku i nocy wlewającej się z rykiem w moje serce.

    - Tak? A jak zamierzacie nas
    powstrzymać?
    - Po kolei, bestia po bestii

    (CSI)

    *

    Statystycznie 9 osobom na10
    podoba się zbiorowy gwałt.

    (Bash)

    Cholera, tu zaczyna się właściwa
    notka i trzeba zacząć myśleć. Nie chce mi się. Wczoraj było tak gorąco, że krew
    w żyłach zmieniała się w galaretę. Potem pancerne dywizje burz przetaczały się
    tam i z powrotem poprzez noc. Gasł prąd a ja przy świetle świec i rozbłysków
    błyskawic, czytałem „Czerwony Sztorm” Clancego. O tym, że wstałem o 7 bo mamy
    dziś jechać całą rodziną kupować dywany już nawet nie wspomnę.
    I tyle jeśli chodzi o pomysł fabularny na dzisiejszą notkę dalej rozciągają się
    bure łejslesy i suche ugory. A propos za jakąś chwilę wybiorę się pewnie na
    górę, by podstępnie załapać się na jakąś karmę, bo u mnie ocalało jedynie
    roztopione masło. Chcą żebym im dywany nosił, to niech mnie karmią.
    Ostatnio na plaży zastanawialiśmy się nad tym jak mocno czasem nasza pamięć
    wiąże się z muzyką. Dla mnie już zawsze Aube będzie kojarzyć się z Desert Rose
    Stinga a Kerry z Danzigiem. Wstęp do „Deeper kind of slumber” zawsze uruchamiać
    będzie we mnie wspomnienie pewnej chwili z Kwadratu, z jej widokiem, zapachem i
    uczuciami. Oczywiście miejscowym zwyczajem nostalgiczną zadumę musiał przerwać
    nam jakiś typ, który szlochając oblał się spirytusem i biegając od grupki do
    grupki tulił się do ludzi krzycząc, że „Nie zasługuje by żyć”. Gdy biegł w
    naszym kierunku Adi wyciągnął na jego spotkanie rozżarzonego papierosa. Gość
    ominął nas pięknym łukiem, buksując w piasku, ale nastrój prysł. Czasem mam
    wrażenie, że Bóg nie chce byśmy traktowali siebie zbyt poważnie. No ale w końcu
    z jego perspektywy wszystko to jest tylko wytworem jego umysłu. Ja też nie
    przejmuję się specjalnie dylematami bohaterów moich rysunków.
    Lenn ma ostatnio nawroty babskich rozterek związanych z „Byłą dziewczyną mojego
    faceta”. Cóż jakby nie patrzeć trzeba przyznać, że Gaja była laską ponętną i w
    taki smakowity sposób „obleśną”, takie panny widzi się zazwyczaj w snach, w
    których mówi się kwestie typu: „na kolana”, albo „wyssij wszystko”, niemniej to
    Lenn wygrała ten wyścig ewolucyjny, a ostatecznie tylko to się liczy.
    A skoro już o wyścigu ewolucyjnym mowa znajomi jeżdżący na różne militarne
    zjazdy leciwym T-34 o bezpretensjonalnej nazwie Niepokonany IV (choć ta 4
    wydaje mi się nieco niepokojąca), dowiedzieli się, że na tym samym zlocie jest
    była jednego z załogantów, ze swoim nowym facetem. Cóż w takiej sytuacji mogli
    zrobić ci rozsądni, młodzi ludzie? Poczekali aż swołocz pogna do kuchni
    polowej, po czym manewrując niczym baletnica tą kupą żelastwa przebyli połowę
    pola namiotowego i rozjechali typowi namiot. Dwa razy. Chyba nawet pokręcili
    się na nim w miejscu. Kto widział jak skręca czołg ten wie jak to wygląda.
    Podobno wykluczono ich ze wszelkich zjazdów na 5 najbliższych lat, mimo że
    twierdzili, że to wypadek. Rozsądnie nie zaprzeczali, że to oni, bo po śladach
    gąsienic odnalazła by ich nawet wycieczka z zakładu dla ociemniałych.
    Właściciel namiotu nie wniósł jednak żadnej skargi, może dlatego, że miał
    jeszcze na miejscu samochód.

    Słyszałaś o takiej akcji:
    Dziewictwo – mam ale
    nie dam???
    - Pierwsze słyszę
    - I za to cię lubię

    (Bash)

    *

    Nigdy nie pokazuj, że krwawisz
    i zawsze miej plan ucieczki

    (Świat to za mało)

    Słodkich snów moje kurczaczki,
    globalny piekarnik już na was czeka. Nowego potopu nie będzie, Bóg wciąż spłaca
    rachunki za wodę po poprzednim. Jak twierdził Snerg, żadna istota ze swego
    poziomu istnienia nie jest w stanie postrzegać istoty wyższej. Dla pszenicy
    ptak nie jest istotą wyższą, dla kury istotą taką nie jest człowiek, prędzej
    pies, który szczeka i gryzie. Gdyby jakiś kurzy filozof miał opisać istotę
    wyższą byłby to z pewnością stwór latający wielkości słonia, z tysiącem dziobów
    i dziesięcioma tysiącami pazurów, byłby zwielokrotnieniem możliwości kury.
    Człowiek zaś dla każdego kurzego naukowca byłby oczywistym żywiołem natury.
    Czymś wielkim, co sprowadza z nieba ziarna i przed czym lepiej wieczorem uciec
    do kurnika bo może uderzyć. Lepiej nie igrać z żywiołami, bo doświadczenie
    wykazuje, że może się to źle skończyć, ale żeby uważać je zaraz za
    inteligentne, czy lepsze – nonsens. I tak moi kochani, możemy być otoczeni
    przez obcych z innej galaktyki, może codziennie po niebie nad naszymi głowami
    przepływa Bóg wichrząc nasze włosy, ale my nie potrafimy niczego zobaczyć, bo
    nasze zmysły pozwalają nam tylko dostrzec wartości ilościowe a nie jakościowe…

    Biorąc to wszystko pod uwagę, jak to wpływa na wasze upojne tetate z
    panoramicznym zdjęciem Dody w zaciszu domowych pieleszy. Spoko, jeśli Oni tu
    są, to i tak nie ma to dla nich znaczenia, z tej prostej przyczyny, że
    postrzegają nas jako zwierzęta. Robiące różne zadziwiające rzeczy, sprytne
    zwierzęta.
    Przypomniało mi się to wszystko, gdy o 2:46 w nocy zwalili mi się na łeb
    Króliczki i Oscyp, czarterem wprost z Łodzi. Otworzyłem im wkurwiony na golasa,
    co zdaje się uświadomiło im konieczność dostarczenia ofiar przebłagalnych, bo
    piliśmy potem jakąś domową berbeluchę do rana i rozważaliśmy czy Bóg nas kocha.
    Ostatecznie ustaliliśmy, że jest całkiem nieźle jeżeli po prostu nas toleruje.
    Kiedyś gdy byłem młodszy, fantazjowałem, że ludzie mogliby hodować takie małe
    ludziki w wielkich akwariach. Byłyby tam całe krainy, domy, lasy, małe życia, a
    hodowca mógłby robić z tym światem co by mu się tylko spodobało… Wiecie co
    dzieciak potrafi zrobić kotu, albo chomikowi? Zapewniam was, ludzie w akwariach
    mieliby przejebane. Jeżeli Bóg miałby mieć podobny, ludzki stosunek do nas, to
    lepiej od razu urządźmy sobie wojnę atomową, zanim wpadnie na jakiś odkrywczy
    pomysł.
    Jestem zjebany, gości wykopałem o pierwszym brzasku, twierdząc, że tyle jeszcze
    przed nimi do zwiedzania, podałem im też adres Seby. Niech ma coś chłop od
    życia.
    Poza tym odezwała się Aube. W pracy działo się akurat tyle, że postanowiła
    przeczytać ostatnie 5 miesięcy mojego bloga. Podobno wzbudzam w niej tęsknotę
    za naszym mały rajem. To dobrze, z jednej strony znaczy to, że potrafię jeszcze
    zakląć emocję w słowa, z drugiej może nie wytrzyma na warszawskiej pustyni
    rzeczywistości i powróci tu kiedyś w glorii i wspaniałości nadciągającej
    jutrzenki.

    Widzisz przyjacielu, na tym świecie
    są dwa rodzaje ludzi. Są ludzie z
    naładowanymi pistoletami i ci,
    którzy kopią. Ty kopiesz.

    (Dobry, zły i brzydki)

    *

    - Muszę dać dobry przykład.
    - Rozumiem, ale teraz wyglądasz
    raczej jak przerażające ostrzeżenie

    (Pratchett)

    Ciapek opowiadał, że ochroniarze w
    Operze Leśnej mają bernardyna, który pożera koty. Wzięli go z pobliskiego
    schroniska, gdzie bestia najprawdopodobniej siedziała w jakiejś wielkiej klatce
    ze sporymi prześwitami między kratami. Przez te prześwity właziły tam okoliczne
    koty, w typowym dla kotów przeświadczeniu, że świat należy do nich, wliczając w
    to czyjąś karmę. Świat bardzo szybko konfrontował tę teorię z praktyką, za
    pomocą dziewięćdziesięciokilowego, potężnie uzębionego cielska spadającego
    znikąd. Podobno zostawia tylko ogony. Ochroniarze krążąc po terenie, co jakiś
    czas znajdują kolejny.
    Jeśli będę uderzał tam o robotę to pożyczę sobie kota od Lenn i zabiorę tam ze
    sobą w charakterze ofiary przebłagalnej, bo podobno dla ludzi jest równie miły,
    tyle, że nie pożera ich w całości. Jakiegoś gościa puścił w świat bez spodni.
    A skoro już przy psach jesteśmy, ostatnio w 101 dalmatyńczykach odkryłem Hugh House’a
    Laurie. Oczywiście widziałem go tam i przedtem, ale teraz go dostrzegłem. Cóż
    to za rozkosz w samym środku głodu poodstawieniowego po serialu, słuchać jego
    skomplikowanych wywodów na temat wyższości człowieka nad dalmatyńczykiem.
    Za jakąś godzinę wybiorę się na poszukiwanie jakiś trampek, choć muszę przyznać,
    że czynię to z najwyższą niechęcią. Znalezienie butów w moim rozmiarze
    przypomina trochę polowanie na jednorożca, muszę się jednak niestety za to
    zabrać, bo moje glany od fazy opiekania stóp, przez etap cichych syknięć i
    rozdzierających jęków doszły do etapu chrupania i miękkich podeszw. Czuję się w
    nich trochę jakbym chodził na złamanych rękach.
    W końcu będę mógł łazić w krótkich spodniach i ujawniać światu moje apetyczne
    łydki, godne Salinor Moon, choć może nieco bardziej owłosione. 

    - 99% relacji męsko-męskich nie
    wymaga bliskości innej niż uścisk
    dłoni.
    - Pozostały1% to sytuacje wyjątkowe
    np: gdy twój kumpel opłynie Przylądek
    Horn w dmuchanym krokodylku, albo
    gdy właśnie wróciłeś z wyprawy na
    Saturna jako jedyny żywy członek
    załogi.

    (CKM)

    *

    …nie da się dalej uciec
    żeby nie zacząć wracać

    (Truman Show)

    W końcu dopłynęliśmy na koncert do
    Trolla. Do miejsca, do którego zgodnie ze słowami Ciapka na każdy koncert
    dojeżdża policja, akompaniując muzyce, z piskiem hamują za płotem pociągi, a
    niewielkie gabarytowo, długowłose, subtelne dziewczęta wydają z siebie na
    scenie ryk jaki zapewne ostatnio był słyszany w zamierzchłych czasach ery mezozoicznej.
    Wokół krążyły duchy przeszłości, i Krzyśki. Zapijałem APAP piwem. Ciapun palił skręty
    w lufce zrobionej z przewierconej łuski po pocisku i wywoływał do nas na
    zewnątrz zza baru Szarą Wilczycę. Przybył jego magnificencja Banan, chudszy o
    połowę niż go pamiętam, czyli jakieś 150 kilo i 250 w kłębie. Wypuścił w moim
    kierunku szczura, który natychmiast okręcił mi się ogonem wokół szyi po czym
    ufnie ułożył  do snu w kapturze kurtki.
    Podobno na którejś z poprzedniej imprez jakiś awanturny typ spróbował trafić
    Banana, ale trafił w jednego z jego szczurów, przetrącając mu kręgosłup. Banan
    musiał szczurowi skręcić kark, co skręcił typowi historia milczy, ale podobno
    gdy ludzie zobaczyli co się dzieje, to przestrzeń wokół nich oczyściła się jak
    po wybuchu granatu. Jakoś nikt nie chciał stać za blisko….  A może po prostu każdy chciał mieć dobry
    widok na scenę kaźni i cierpienia. Ci metale to dziwni ludzie.
    Trochę odżyłem. Niezła muzyka wstrząsająca posadami Olivy, nieokrzesane
    towarzystwo, nadużywające z lubością przekleństw i krążące wokół dark ladies
    przyozdobione w rozliczne paski, sznurki i inne gotyckie sterczyny. Lady
    Pazurek łaskawie zaakceptowała tę nową dla niej formę rozrywki i nawet
    subtelnie stukała do taktu nóżką, choć przedtem była niezwykle zdenerwowana
    możliwością konfrontacji z ciemną stroną nocy, o jej bohaterskiej walce by skompletować
    odpowiednio mroczne ciuchy, z jej pastelowej garderoby nie będę nawet
    wspominał, bo wyszłaby z tego osobna historia. Tak czy inaczej wymykała się
    ostrożnie z domu by rodzice nie zobaczyli jej od nowej, dość niespodziewanej
    strony.
    Szliśmy potem przez noc szerokimi ulicami i przez rozświetlane blaskiem
    księżyca wrzosowiska. Rozświetlając ciemność poblaskiem telefonów kluczyliśmy
    po lasach, aż w końcu wynurzając się spośród ostatnich drzew, przekroczyliśmy
    linię blasku spowijającego Brzeźno.
    Jest ranek. Piękny i słoneczny, ptaszki świergoczą, cholera, radośnie, a ja
    zmagam się z lekkim zatruciem lekowym i śladowym kacem. Przez cztery dni
    napieprzał mnie łeb, teraz przestał a zaczął żołądek. Zaraz wybiorę się pełen
    nadziei do kuchni by, nie ważąc na własne zdrowie i bezpieczeństwo, poszukać
    dla nas czegoś do jedzenia… Każdy dzień jest nową przygodą.

    - Kiedy ostatnio spałeś?
    - Nie zadawaj mi takich
    trudnych pytań…

    (Wells)

    *

    Jeśli masz przepiękną żonę,
    odlotową
    kochankę, superbrykę, nie masz kłopotów
    z urzędem podatkowym i prokuratorem,
    a gdy wychodzisz na ulicę świeci słońce
    i wszyscy się do ciebie uśmiechają
    - narkotykom powiedz NIE!

    (Playboy)

    Była pełnia to wyszedłem. Druga nad
    ranem w śpiącym nadal jest piękna. Księżyc pożółkły jak stary ząb. Głębokie
    cienie, rześkie powietrze i cisza. Cisza, w której świetnie słychać własne
    myśli.
    Dawno, dawno temu na Gradowej Górze w starym zamczysku mieszkała zła królewna.
    Co noc przechadzała się pośród blank patrząc na lśniącą w świetle księżyca
    wstęgę rzeki. Trupi blask bawi się pośród tańczących na wietrze rudych nici jej
    włosów. Co wieczór o zachodzie słońca zadaje zagadkę młodemu mężczyźnie, a gdy
    ten nie potrafi odpowiedzieć – zrzuca go z murów. Zbocza Gradowej Góry usłane
    są zwałami potrzaskanych szkieletów. Księżniczka ubiera się w suknie ze
    sznurków, nazywa się Yoru, choć pośród równin nazywają ją Rudą wiedźmą. Kiedyś
    była aniołem, ale starła swoje skrzydła pośród perskich dywanów i wilgotnych
    prześcieradeł. Anioły nie zostały stworzone do kochania.
    Gdzieś OBOK, na ceglanej wieży wypalonego kościoła św. Jana sam Książę
    Ciemności Mixer gra w kości o dusze z Pułkownikiem Cieniem. Pułkownik jest
    marnym graczem i buteleczki wypełnione dymnymi smugami eterycznego światła
    powoli, lecz stale zmieniają właściciela. Mixer nieruchomieje pochylony nad
    blatem, nasłuchuje, potem odwraca się powoli i przez niewielkie okienko patrzy
    ponad sfalowanym morzem czerwonych dachów na pusty szczyt Gradowej Góry.
    Pułkownik podnosi odwrócony kubek, patrzy na liczbę oczek i klnie na czym świat
    stoi. Demon Frustracji odrywa spojrzenie od okna i z szarym cieniem uśmiechu na
    ustach wskazuje na ostatnią buteleczkę. Pułkownik kładzie ją na boku i popycha,
    nim doturla się do ręki Miksera, Cień zniknie pośród innych cieni, a na
    ciemnych ulicach ludzie będą umierać by kolejnej nocy gra mogła trwać dalej.
    Ulicą w pełgającym świetle latarni wędruje wróżka Blevins nucąc coś po
    irlandzku. Wysoko nad nią ścierają się armie światła i ciemności, i w
    absolutnej ciszy rozpadają się gwiazdozbiory. Gdy słońce wynurzy się zza
    horyzontu, jego pierwsze promienie zabarwi rozpylona w stratosferze krew.
    Nadchodzi poranek, w niego wzbijają się kruki snu, bruki przestają płynąć i
    układają się porządnie wzdłuż ścian i wokół latarni. Koty opuszczają dachy
    upewniwszy się uprzednio, że słońce znowu wstanie. W milionie mieszkań dzwonią
    budziki, gra Radio Zet a ludzie szykują się do wyjścia do pracy przekonani, że
    oto nadszedł kolejny, zwykły, oczywisty, nudny dzień.
    Gdzieś w trzewiach miasta, głęboko pod żeliwnymi nagrobkami studzienek
    kanalizacyjnych, przewracają się z boku na bok, w niespokojnym śnie, piaskowe
    gorgony, czekając na swój czas. Nic nie jest oczywiste.

    *

    Jako czynnik przeciwdziałający
    entropii ludzie w gruncie rzeczy
    są anachronizmem. A jak to ład-
    nie ujął Philip K Dick w „Valis”:
    Do  zwyczajów  wszechświata
    należy likwidacja anachronizmów

    Sobota

    Lenn brodziła przez świat, wlokąc
    wózek pełen rozradowanej Krewetki przez głęboki piach plaży. Przez pół dnia
    dążyła ku morzu, by się w nim nurzać, pławić wśród toksycznych girland
    zmutowanego morszczynu niczym mały, pulchny narwal, tańczyć wśród fal na
    ogonku, niczym Mała Syrenka po zderzeniu z tankowcem. Skończyło się oczywiście
    na tym, że podeszła podejrzliwie do linii fal, zanurzyła mały palec i pisnąwszy
    „Zimna!”, dokonała strategicznego odwrotu. Czyż nie za to kochamy kobiety?
    Zabrałem potem całą trójkę na spacer, aż po nasze miejscowe Mos Ajslej,
    promieniujące niezdrową, rozbuchaną aktywnością form życia, pośród mruczących
    neonów, blinknięć bilardów i ochrypłego głosu wyjącego na karaoke: Bo ja
    tańczyć chcę!!!
    Oczywiście gdy tylko Lenn upakowała się bezpiecznie do tramwaju lunął deszcz i
    przykleił mi świat do żeber.
    Dzisiaj z Gottenhaven wypływają żaglowce. Był plan żeby uruchomić jedno ze
    starych dział na Kępie i zaserwować uczestnikom nieco brzeźnieńskiej rozrywki.
    Okazało się, że dysponujemy nawet potrzebnymi częściami, było już jednak za
    późno na skołowanie amunicji. Z tymi działami to też niezły patent. Niedługo po
    wojnie mieliśmy ministra obrony z obsesją: „Nigdy więcej Września”. Obudował
    nasze wybrzeże bateriami dział, ale z tajemniczych względów, jakoś tak je
    rozmieszczono, że w jednym miejscu zatoki była ślepa strefa między zasięgami
    armat. A że Ruski świetnie znali wszelkie nasze plany obrony więc dwukrotnie,
    raz za Gomułki i drugi raz gdy szykowali się do wkroczenia w osiemdziesiątym,
    do strefy po cichutku wpływały nocą ruskie okręty i trzymały w rakietowym
    szachu połowę naszego wybrzeża, a genialni twórcy systemu obrony mogli im co
    najwyżej pomachać.
    No nic kończę bo wzywają mnie pierwotnym zewem nachos z herbaciarni, słyszę
    nawet coś jakby popiskiwanie serowego sosu.

    Wpada chłopiec do sklepu.
    - Ble bleblubu bleble Pepsi.
    A sprzedawca do niego:
    - Dwie butelki czego?

    *

    Narkotykom powiedziałem NIE!
    Ale nie posłuchały

    (na zderzaku)

    Zachodzące słońce wygląda bardzo po
    japońsku gdy zapada się za zamglone wzgórza. Rozżarzona czerwienią słoneczna
    ścieżka skrzy się na spokojnej powierzchni morza, na jej tle przemykają ciemne
    postacie. Plaża jest pełna ludzi, ale nie jest to tłum. Każdy ma swoje miejsce,
    panuje spokój i jest cicho. Powietrze jest świeże po popołudniowej nawałnicy,
    która zatopiła centrum i powstrzymała dziesiątki pociągów wypełnionych
    wyznawcami Open’era. W tej scenerii stoję obejmując Pazurkowatą, czekamy aż
    słońce opadnie niżej a niebo zrobi się seledynowe. Stoimy w środku wszechświata
    wypełniając tą chwilę, nie czeka na nas nic oprócz tramwaju i rozstania.
    Istnieje tylko teraźniejszość.
    Wczoraj wraz z moimi towarzyszami z piechoty bagiennej wylądowałam U Corkirgo.
    Większy Syn opowiadał, w które wargi najchętniej ucałowałby Monikę Olejnik.
    Zdaje się, że tak wpływa na ludzi przeglądanie Vivy. Odpowiedziałem, że ja
    wolałbym się jednak obudzić pośród skomplikowanej geografii fizycznej Renaty
    Dancewicz. Seba siedział cichy i zmordowany, podobno z tym noworodkiem to
    wycieli mu numer kolesie z pokładu, ale siedział dziwnie milczący, konsumując
    żubra za żubrem, jakkolwiek by to zabrzmiało.
    Wyszło słońce, spod kamieni wypełźli turyści. Wokół przepływają biuściaste
    panny w bikini niczym dostojne galeony. Ekipa krąży więc koło lub po plaży,
    licząc na przypadkowe przygody zwabione mnogością butelek i zapachem zioła.
    Ostatnio doganiają mnie wspomnienia. Czasem myślę, że mam ich za dużo.

    Przyszłość ma wiele imion:
    Dla słabych jest czymś nieosiągalnym
    Dla bojaźliwych jest czymś nieznanym
    Dla odważnych jest szansą

    (Hugo)

    *


    • RSS