kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 8.2009

    Gdy plotki się starzeją
    stają się mitami

    (Lec)

    Gdy byliśmy w podstawówce wyszła książka „Nalot”, która dość
    diametralnie zmieniła nasze wyobrażenia o wojnie. Bawiliśmy się potem w
    samoloty, rozkładając ręce ganialiśmy pomiędzy drzewami imitując ryk silników.
    Każdy chciał być myśliwcem: ostronosym Lightingiem o podwójnym usterzeniu lub
    czarnym jak noc Heinklem w kamuflażu nocnego łowcy. Parkowe alejki
    rozbrzmiewały terkotem sprzężonych działek i karabinów maszynowych, czasem
    skowytem lecącej w płomieniach ku ziemi maszyny. Tylko ja zawsze chciałem być
    Lancasterem. Wolnym i ogromnym, powoli majestatycznie sunącym przez przestrzeń
    pośród basowego pomruku silników rolls royca, delikatnie biorącym zakręty. Może
    to i było mało ambitne, może związane z moimi gabarytami czy ogólną
    przewrotnością mojej natury, w każdym razie przynosiło mi to spokój i poczucie
    potęgi pośród tej powietrznej hekatomby, nie wspominając już o tym, że wszyscy
    zajęci wzajemnym wyżynaniem, zostawiali w spokoju cel tak wielki, powolny i
    oczywisty, dzięki czemu zwykle kończyłem zabawę w całości.
    Przypomniało mi się to podczas wędrówki przez nagle i niespodziewanie
    remontowany Park Brzeźnieński. Wszystkie wejścia zablokowano, w środku jest
    więc z lekka pustawo, jak za najlepszych czasów komuny. Tylko najbardziej
    wytrwałe matki z wózkami (jak one to robią) i podobne mi łaziki sforsowały
    bariery i szykany by grasować pośród zrywanych asfaltów i ścinanych drzew.
    Wwieźli tam między innymi ogromne góry piachu. Wlazłem oczywiście na nie, czy
    raczej wbiegłem popiskując radośnie i pokrzykując, sądząc nieroztropnie, że
    jestem sam. Widok z góry był zaiste niezwykły, nie tylko z powodu szerokiej
    perspektywy, ale także niezwykle głębokiego i doskonale zamaskowanego okopu,
    wypełnionego po brzegi kilkuletnimi młodzieńcami, którzy na mój widok kurczowo
    ścisnęli w rękach saperki najwyraźniej zastanawiając się czy mierzyć w stopę
    czy rzepkę. Spojrzałem na nich, spojrzałem na sąsiedni wzgórek, ale i stamtąd
    mierzyły mnie nieżyczliwe oczy. Podwinąłem więc prącie pod siebie i wycofałem
    się na z góry upatrzone pozycje.
    Wieczorem nadszedł wiatr i porozrywał chmury, miejsca gdzie ekipy dopiero co
    pozrywały asfalty i chodniki zaroiły się dzikim tłumem z wykrywaczami. Było tam
    tak ciasno, że chyba wykrywacze wykrywały inne wykrywacze. Brzeźno było
    ostatnią linią obrony przed Newport, z którego wciąż jeszcze odchodziły statki
    pełne uchodźców z płonącego Wolnego Miasta i Prus. Rosjanie nadchodzili od
    strony Glattkau. Nie było jeszcze wtedy okolicznych lasów i wzdłuż morza
    ciągnęły się kilometrami podmokłe równiny, na których Brzeźno było jedyną
    przeszkodą terenową i ostatnim bastionem.
    Przechodząc widziałem zerwany płat asfaltu, przewrócony na nice, w który
    wtopiło się kilkadziesiąt pordzewiałych łusek. Czasem jeszcze przechodzi mnie
    dreszcz, gdy pomyślę, że pod boiskami wokół mojej starej szkoły pogrzebane są
    stare okopy, pełne sprzętu, porzuconego dobytku miejscowych i murszejących
    kości.

    Noc jest tabliczką czekolady
    połamaną na kostki domów
    chodzą panowie policjanci
    z papierosami w zimnych dłoniach

    jeśli śmierć jest to z daleka
    może nas tylko wzrokiem ukłuć
    jęczą tramwaje na zakrętach
    grzechocze kość o kość bruku

    (Piotrowski)

    *

    Każdego ranka zrywam się do lotu.
    Odradzam jak Feniks z popiołów,
    by nocą umierać jak najgorsza dziwka
    w rynsztoku własnej nadziei

    (Sven Saphire)

    Powietrze w Mławie jest inne. Inne
    są zachody słońca, bardziej miękkie, bardziej kolorowe. Trwają znacznie dłużej.
    Może to pył głębi lądu? U nas zachody słońca mają w sobie pewną surowość i
    przejrzystość, mniej w nich tajemniczej miękkości nadchodzącej na kocich łapach
    nocy. U nas w zachodach słońca kryje się coś ostatecznego, jakaś taka ostrość
    krawędzi noża.
    Gdy w połowie tygodnia do Mławy dojechał Antychryst, babka nie miała wyjścia i
    umieściła mnie razem ze Szponiastą w jednym pokoju. Oczywiście na osobnych
    łóżkach. Znaczy się Moja Lady na ogromnej kanapie po której mogła przewracać
    się rozkosznie we wszystkich możliwych kierunkach i pełznąć bezpiecznie przez
    sen w stronę odległych horyzontów, a ja wylądowałem na chrzęszczącej i
    obłąkańczo strzelającej w środku nocy sprężynami amerykance, którą
    zaprojektował chyba sam Doktor Mengele. W każdym razie z pokoju jest
    bezpośrednie wyjście na werandę, z którego nie omieszkałem skorzystać
    odwlekając możliwie radosne chwile zbliżenia z amerykanką.
    Szponiasta przebywała jeszcze w łazience przyoblekając się w twarzową piżamkę z
    krówką. Stanąłem boso na ciepłym betonie, było ciepło i cicho a powietrze
    wypełniał milion zapachów. Spojrzałem w górę i chyba po raz pierwszy w życiu
    zobaczyłem Drogę Mleczną.
    Niebo nad Miastem jest przesycone Miastem. Nasza łuna sięga granic stratosfery
    i nie przyćmiewa tylko najjaśniejszych gwiazd. Gdziekolwiek byłem widziałem
    tylko fragment nieba między budynkami, lub szczytami górskimi. Patrzyłem przez
    lekką mgiełkę lub nieaktualne o całe lata okulary. Teraz stałem na tej starej,
    spękanej werandzie, na której stawiałem niegdyś pierwsze kroki i patrzyłem na
    rozciągającą się przede mną gwiezdną autostradę, rozżarzoną i pulsującą,
    ciągnącą się w nieskończoność i tak jasną, że rzucałem na stary beton cień.
    Wyciągnąłem się na całą długość, wystawiłem twarz na ten blask, podniosłem
    ręce. Stałem tak jak jakaś gwiezdna antena i czułem przepływające przeze mnie
    falami ciepło. Z ciemności cicho wychynęła Pazurkowata, objęła mnie i
    przytuliła się też patrząc w górę. Wiatr szumiał pośród liści, wszystko
    pachniało, z wdziękiem kończyło się lato. Staliśmy tak naprawdę długo, aż
    aksamit nieba zaczęły przecinać spadające gwiazdy. Staliśmy tak długo nie chcąc
    się kłaść, świadomi, że tuż za granicą nocy dopełnia się czas i czeka nas
    powrót do domu. 

    W życiu zawsze chodzi o drobiazgi,
    nie potkniesz się o górę, potkniesz
    się o kamień

    (Król Salomon)

    *

    łowca się nie boi
    strach jest dla ofiar

    Powróciliśmy z Mławy i tak, jestem
    dwa grubszy. Jakbym się potknął to w ziemie uderzyłbym zapewne z takim miękkim,
    gumowym odgłosem, odbił się jak ta słynna sowiecka, kauczukowa bomba atomowa:
    Zabiła 5 milionów, odbiła się i dalej skacze…
    Świat wydaje nam się stały i bezpieczny bo w tym przedziale zarezerwowanym dla
    naszego postrzegania, zagnieździła się powtarzalność. Widzimy mijające pory
    roku, śledzimy wędrówkę wskazówki zegara codziennie w pracy, widzimy te same
    ulice i budynki. Jak w kalderze Yellostone, stare sosny, mech czy spokojne wody
    jeziora mówią nam, że wszystko mimo, że się zmienia jest stałe i niezmienne.
    Cieszymy się spokojem krocząc przez nieckę krateru superwulkanu liczącą sobie 4000 kilometrów
    kwadratowych.
    Dziś jedziemy na pogrzeb na Wyspę Sobieszewską. Jest tam taki niewielki
    cmentarzyk pośród drzew, kawałek za mostem pontonowym. Rak pojawił się
    niespodziewanie. Po dwóch tygodniach badań przyznano dwa tygodnie życia…
    Właściwie to co byście zrobili mając dwa tygodnie życia, kiedy wydawało się, że
    ma się przed sobą dziesięciolecia? Pożegnalibyście się ze wszystkimi czy
    napluli w oko światu?
    Życie trwa moment i zmienia się w szalonym tempie. Gdy jesteśmy gotowi przechodzimy
    na drugą stronę. Ci zdolniejsi szybciej niż inni. Najwyraźniej ktoś tam,
    potrzebował ją natychmiast i na karcie powołania pozostawił jedynie trochę
    czasu na załatwienie najważniejszych rzeczy i spakowanie walizki.
    Kiedyś spotkamy się wszyscy za wielką rzeką. Niekończącymi się kolumnami
    pomaszerujemy przez czarne równiny popiołów by podbijać nowe światy, ale dziś
    idziemy na ten leśny dworzec by patrzeć jak pośpiesznym do nieba odchodzi jeden
    z nas.

    W podróży zawsze jest coś
    ostatecznego i nieodwracal-
    nego, a kiedy się kończy tak
    naprawdę nie wraca się już
    w to samo miejsce

    (Troisi)

    *

    - Jak ten ślimak mógł tam wleźć?
    - To musiała być dłuuuga droga.
    - Hehe
    - Może zostawiłeś drzwi otwarte
    na dłuższy czas…
    - Buhahahaha
    - Pewnie czekał tuż za progiem…

    (My)

    Noce pachną grillem. Pod samo brzeźnieńskie molo na echosondach
    podtoczył się miejski statek badawczy o niebieskim kadłubie i na wielkim
    ekranie na plaży można było oglądać jak nurkowie sprzątają dno ze śmieci,
    butelek i zagubionych aparatów cyfrowych. Przemknąłem przez łąki za Szpitalem
    Zaspa w nadziei na brutalny gwałt na Gai, gdyby akurat przechodziła, potem
    pojechałem z ojcem i babką na cmentarz, który, przez półtorej miesiąca ulewy
    miejskiego lata przepięknie zarósł, a miejscami się pozapadał. Wycinając wśród
    gęstych paproci drogę ku naszym grobom zastanawiałem się jak to będzie gdy
    klimat ociepli się na dobre i monsuny rozmyją te wszystkie tarasy, a umarli
    spłyną z błotem dolinami w kierunku Niedźwiednika. Zresztą co ja się przejmuję,
    2012 już blisko. Pewnie przejdą tędy trzykilometrowe fale i pogrzebią wszystko
    pod stumetrową warstwą mułu jak ostatnio.
    Na razie ustawiliśmy dziadkowi świeczki po marynarsku. Na jednej burcie grobu
    czerwone, na drugiej zielone. 
    Cały dzień było coś ze mną nie tak. Miałem problem z nabraniem oddechu i
    chwiałem się wciąż na granicy świadomości. Co chwilę odpływałem, utrzymując się
    na powierzchni jedynie siłą woli. Miałem wrażenie, że gdy się wieczorem położę
    to już się nie obudzę. Napełniło mnie to ulgą i uczuciem dziwnie
    przypominającym radość. Szponiasta się jednak nie ucieszyła się za bardzo i
    kazała wysłać sygnał zaraz po przebudzeniu.
    Tymczasem włażąc po ciemku do łazienki odkryłem w umywalce… no cóż by innego?
    Kolejnego ślimaka… Szajze! Jeden ślimak był nawet zabawny. Haha! Ślimak,
    ślimaczek, ale dwa? I znowu znikąd. A co jeśli to początek inwazji
    krwiożerczych ślimaków morderców, które wypełzną tysiącami z sitek odpływowych
    i zostawiając lśniący szlak wydzielin wlezą na drzwi wejściowe i za pomocą
    swoich oślizgłych ogonków przekręcą klucz w zamku, by wpuścić do środku Królową
    Roju, Wielką Macierz Muszli czy Diabli Wiedzą Co? Następnie monstrum mlaszcząc
    i ćmokając wpełźnie na górę i zainstaluje mi się w łóżku by kopulować namiętnie
    i zapamiętale w celu stworzenia oślizgłego potomstwa, które zapanuje nad
    światem i zaanektuje światowe zbiory kapusty…
    Przepraszam, czy komuś jeszcze chce się wymiotować?
    W każdym razie nim się położyłem sprawdziłem sufit nad łóżkiem i zajrzałem pod
    nie czy przypadkiem nie bunkruje się tam jakiś oślizgły desant, który w nocy
    wpełzłby mi przez nos do mózgu, czy coś w tym guście.

    Poczekaj, mam tu gdzieś moje specjalne
    szczypce do obcinania palców… Nie ma,
    musiałem ich ostatnio używać i nie odło-
    żyłem na miejsce.

    (Mła)

    *

    Pamiętam jak kiedyś w muzeum
    widziałem notatki Mickiewicza
    i stojąc nad tą gablotą zastanawiałem
    się czy wieszcz był akurat pijany
    czy upalony. Słowa w wersach,
    wersy w strofach tańczyły jak
    różowe słonie z najbardziej
    przerażającej sceny w „Dumbo”

    (Ćwiek)

    Otworzyłem drzwi. Za nimi czaił się
    księżyc. Jego jasne światło wlało się do środka jak fala odznaczając na ścianie
    za mną mój wyraźny cień. Rzuciłem na niego okiem, ale nie wyglądał jakby się
    miał ode mnie oddzielić. Przez moment poczułem się jak jakiś wampiryczny
    Piotruś Pan grzejący swą marmurową cerę w pulsującym świetle gwiazd i wlatujący
    nocami przez okna do pokojów nastoletnich dziewcząt, o gładkich szyjach by
    porywać ich dusze do Nibylandii. Obawiam się tylko, że mam ostatnio zbyt mało
    dobrych myśli by wzlecieć dokądkolwiek.
    Kupiłem, po 5 zeta od sztuki, dwie stare monety od jakiejś kobity. Wyceniłem je
    raz, drugi, potem trzeci. Okazało się, że cholery są warte ponad 2000. Super
    powiecie, jasssne. To trochę tak jakby student handlujący trawką w akademiku
    znalazł karton z trzydziestoma pięcioma kilogramami kokainy. Nadmiar szczęścia
    i klęska urodzaju. Po prostu zła liga. Trzy dni ganiałem próbując je upłynnić.
    Zgodnie z przewidywaniami wszyscy jak jeden usiłowali mnie okantować proponując
    jedną czwartą ceny. Skurwiele powiadamiali się nawet nawzajem. Wchodzę do
    kolejnego antykwariatu, a tu gość zrywa się z błyskiem rozpoznania w oku i
    mówi: No to niech je pan pokarze. Jebana filatelistyczna mafia. Miałem ochotę
    cisnąć ten złom do Motławy ku uciesze przyszłych archeologów.
    Zakupiłem też czipsy salami… Myślałem, że to czipsy o smaku salami, ale nie,
    to salami pocięta jak czipsy. Całość musiała wyglądać jak ta scena z Garfielda,
    gdy odkrył u siebie w kuchni płatki śniadaniowe o smaku lasagni. Bo moi
    kochani, ja po prostu kocham salami. Jestem w stanie wciągać ją kilogram po
    kilogramie, mogę z nią spać tuląc czule jej krągłości w ramionach, smarować się
    wonnym tłuszczem i tarzać w smakowitych plasterkach, z których każdy uśmiecha
    się do mnie porozumiewawczo. Najprawdziwsza Alicja w krainie peperoni.
    A poza tym po powrocie do domu odkryłem w umywalce ślimaka bez skorupki. Ktoś
    ma pomysł jak on się tam dostał?

    Idziemy przez park
    - Jestem zmęczony i zdołowany…
    - Po spotkaniu ze mną powinieneś być
    wesoły i rześki jak skowronek!
    - Arch! Arch! – wyrzęziłem śliniąc się z
    lekka, podskakując pląsawicznie
    i wymachując energicznie dłońmi po
    bokach, niczym rozszalałe kiwi
    - PO!!!

    (My)

    *

    Stasiu (rycerz) – …mam tu na
    pochwie
    takie miedziowanie. Jak będzie kasa
    to da się trochę kamieni szlachetnych
    na jelec i pozłoci pochwę…
    Lady Pazurek – Misiu, też chciałabym
    mieć pozłacaną pochwę.

    Miałem napisać coś „ładnego”, ale
    jestem dziś na to zbyt zmęczony i zdenerwowany. Najchętniej to bym kogoś
    dzisiaj zniszczył. W takich chwilach brak sieci w domu jest najbardziej
    dotkliwy. Ach wypruć komuś merytoryczne flaki, czepiać się słówek, przeinaczać
    sens wypowiedzi sugerując, że rozmówca jest upośledzonym umysłowo zoofilem
    grającym na bandżo. Tak, wpadałbym jak anioł zagłady na matrymonialne czaterie
    i rozgłaszał, że jestem dwumetrowym murzynem lubiącym rozrywać usta panienkom,
    moim kutasem wielkim jak betoniarka, czy coś równie twórczego.
    Rzygam dziś rzeczywistością. A jak tylko zabrałem się za pisanie to te cwele z
    Energetyki odłączyły prąd. Jak mi kiedyś spalą komputer to pójdę i wysadzę im
    elektrownię.
    Pogoda też się zjebała. Wisi nisko nad ziemią i grozi. Dam sobie uciąć lewe
    jajo, że jak tylko wyjdę na zewnątrz zacznie się wielki, wilgotny kataklizm,
    opad stulecia i razem z wodą z nieba zaczną spadać statki i dziesięć milionów
    rozwścieczonych dorszy.
    Kurde, brakuje mi budowy, tak bym sobie zburzył jakąś ścianę, albo porzeźbił
    boszem bruzdę w żelbecie. Zacisnąć zęby i naciskać aż do omdlenia ramion.
    Poczuć smak wapiennego pyłu w gardle, by móc go potem spłukać zimnym piwem.
    Faceci jednak potrzebują pracy fizycznej. Bez morderczego wysiłku facet zmienia
    się w robaka. Małe, wijące się oślizgłe rzeczy pod kamieniami biurek. Ależ bym
    kogoś zajebał…
    Wczoraj zawędrowałem po popołudniu do WhiteTown. Obejrzałem nowiutkie centrum
    Haffnera i Niedawno przerobiony Park Północny. Poszedłem do samego końca parku,
    byłem ciekaw jak rozwiązali sprawę bagien, które powoli pochłaniały tam drogi,
    turystów. Kobiety z wózkami i ogólnie stały ląd. Zadżebiście. Usunęli asfalt i
    drogę zrobili na drewnianych pomostach, czadzik, na końcu, obok dawnej granicy
    dóbr opackich, a później Frei Stadt Danzig, obecnie zaś granicy z Gottenhaven
    zrobili symboliczny fundament altany postawionej niegdyś na cześć jednego z
    lepszych burmistrzów. Dalej jest dziki jar, dzikiej rzeczki, która bezwstydnie
    meandruje po piasku plaży aż do wód samej zatoki.
    Na molo jacyś anglojęzyczni chłopak i dziewczyna, przy pomocy sprzętu
    wyposażonego w zestaw pedałów i dwie kolumny Rolanda, składali na żywca
    piosenki. Byli świetni i wycieli mi godzinę z życiorysu.

    Od jutra nie chodzę…

    (Szponiasta pod nosem)

    *

    Kiedy kobieta pali to dobry
    znak, kto ma jeden nałóg
    może mieć ich więcej.

    (Scandalista)

    Woda jest ciepła! Pokrzykiwała podskakująca wokół Lenn, a
    sutki jej sterczały tak, że można by je wykorzystać w charakterze wieszaków na
    ręczniki. W końcu uchwyciła Dana za fałdy skórne i powlekła pośród fal, a ja
    zostałem jako stacjonarna linia obrony bulgoczącej nieopodal Krewetki. Spoczywałem
    sobie w cieniu wydm, żując paszteciki z mięsem a daleko pośród skażonych a modrych
    wód zatoki Dannonki odtwarzały pojedynek USS Dallas z Konowałowem. Potem Dan
    wrócił by wyschnąć a Lenn zaczęła biegać pośród rozrzuconych po plaży ciał ze
    sprzętem do puszczania baniek mydlanych i siała ogólną panikę.
    Potem pojechaliśmy zbierając resztę watahy na turniej rycerski. Nigdy jeszcze
    nie widziałem niczego wyglądem i klimatem zbliżonego do prawdziwych turniejów
    rycerskich i mimo że chłopaki raczej się oszczędzali, bawiłem się całkiem
    nieźle.
    Wracając Wałową spotkałem Klarę, jedną z totalnych sexbomb LO Lingwista, której
    zwiewne wizje nawiedzały mnie nocami jeszcze przez lata. Teraz dźwigała w sobie
    aliena a drugiego toczył dostojnie za nią w spacerówce mąż. Mieszkają gdzieś
    tu, pośród dawnej żydowskiej dzielnicy i podobno często widują mnie gdy
    przelatuję przez okolicę.
    Coś jeszcze? A tak, mój starszy wygrał 4 koła w lotto. Zaraz poleciał się
    obkupić a potem denerwował mnie koszulkami z krótkim rękawkiem od Bossa za pięć
    stów, czy butami Porsche design z podeszwami z odwzorowaniem pedałów Porsche. Jak
    znam pieprzone życie to za tydzień wygra i Porsche do kompletu.
    I szlus, kończy się czas, musze zbierać odwłok i gnać pod Pomnik.

    *

    Chyba powiększę sobie biust.
    Myślę o czymś naprawdę dużym,
    o piersiach tak dużych, że inne
    piersi będą chciały krążyć wokół
    nich

    (Weeds)

    Przed głównym sądem Miasta, w
    donicy z kwiatami rosły sobie półmetrowe konopie indyjskie… Cóż zawsze uważałem,
    że poczucie humoru w narodzie nie ginie. Niestety polizei usunęła krzaczek
    radości. Wredne samoluby, ale teraz przynajmniej będą pałować z humorem
    komentując co ciekawsze otwarte złamania.
    Mieliśmy tu w okolicy derby, czyli imprezę kulturalną znaną także jako Święta
    Wojna, na której dobrze wychowani, młodzi ludzie z Miasta rachują kości
    kulturalnym młodzieńcom z Gottenhaven, lub na odwrót zależnie od przewagi
    liczebnej tudzież strategicznej. Szponiasta pracuje na wykopie z natchnionym
    Lechistą, który nosi za nią miarkę i kontempluje niebo. Gość opowiadał jak
    takie derby wyglądają. 650 przyjezdnych, trzy godziny przed meczem jest
    wprowadzanych do metalowej klatki. Potem stadion powoli się wypełnia tysiącami
    miejscowych, którzy dźgają kijami przez pręty i polewają benzyną z kanistrów…
    czy coś w tym duchu.
    Szponiasta szybowała ostatnio wraz z Kudłatą 25 metrów ponad
    wykopaliskami w podnośniku strażackim. Archeolodzy robili zdjęcia, a obie panie
    praktykantki wcisnęły się przy okazji i szczerzyły się z góry radośnie do pana
    strażaka. Teraz dziewczyny będą miały trochę luzu, bo specjalna ekipa ds
    usuwania skażeń będzie musiała wypompować z wykopów prastare złoża mazutu.
    Byliśmy ostatnio na transformersach. Skończyli się o północy i byliśmy jednymi
    z ostatnich ludzi opuszczających kino. Przedtem, gdy dziewczyny kupowały bilety
    przysnąłem sobie z lekka znużony na ławeczce i obudziłem się we śnie w tym
    samym miejscu. Wokół też zapadał się w błękit wieczór, ale nie było żadnych
    świateł i panowała absolutna cisza zakłócana tylko wiatrem tańczącym w
    liściach. Znalazłem się na moment w rzeczywistości, którą opuścili ludzie.
    Wyszedłem na zewnątrz z dusznego mrokiem miejsca i zacząłem się rozglądać.
    Zdążyłem wejść na pozbawioną samochodów Wielką Aleję, gdy wróciły dziewczyny i
    obudziły mnie.
    Gdy wychodziliśmy z filmu, widok pustego holu, martwych kas i stoisk przeszył
    mnie dreszczem. Tej nocy długo wędrowałem w jasnym blasku księżyca w pełni.

    - Lubisz mnie?
    - Przeważnie

    (Weeds)

    *

    Księżycowe rozbłyski na powierzchni
    wody, choć nigdzie nie ma księżyca. Formuje się opalizujący obłok. Narasta,
    przybiera kształt, najpierw gładkiego brzucha z gwiazdą w miejscu pępka, wspina
    się w górę formując dwie srebrzyste kopuły piersi, wgięcia pod ramionami, same
    ramiona. Wspina się do góry, oblekając w formę wygiętą do tyłu szyję, miękkie
    linie ust, policzki, nos, oczy, czoło. Rozpryskuje się w nicość nocy
    rozwichrzoną pianą srebrzystych włosów. Równocześnie z niczego przyoblekają się
    ręce, dłonie zataczają powolne kręgi. Mgła spływa obok, już widać uda, łydki,
    stopy. Jedna z nich dotyka spokojnej naraz powierzchni wody. Od miejsca
    dotknięcia rozchodzi się świetlisty krąg.
    Odwraca powoli głowę w kierunku brzegu, gdzie stoimy my, szczury nocy,
    delikatnie rozchyla wargi, jakby nabierała pierwszy oddech, po czym otwiera
    oczy… Świat z rykiem przewraca się do góry nogami. Nasze postrzępione dusze
    szarpią się na dzikim wietrze, czujemy się jakby rozdzierały nas wszystkie
    pociski świata.
    Nikt nawet nie drgnął, nikt nie ucieka. Jest w nas coś takiego, co pozwala
    uśmiechnąć się w ryj zagładzie. Gdyby na Miasto spadły ruskie głowice,
    stalibyśmy korzystając z jedynej w swym rodzaju okazji obejrzenia eksplozji
    nuklearnej. 
    Wszystko nagle odchodzi. Niebo jaśnieje na wschodzie, agregat po raz kolejny
    powtarza zapętlone: Wo bist du? Wo bist du? 
    Rammsteina. Di szone metsien, rozbłysk srebra, uderza fala. Szczerzymy
    się do siebie. Po co spać, za 40 minut do portu wjadą ciężarówki, które trzeba
    będzie rozładować. Za chwilę nastąpi dzień, który trzeba będzie przeżyć.
    Przeżyć godnie. Zaraziłem całe towarzystwo „Weeds”. Dyskutujemy zapalczywie o losach Baronowej z
    przedmieścia. Każdy z nas jest na innym odcinku. Wszyscy mamy nadzieję, że
    zostanie cesarzową nim upadnie.
    Tymczasem nie chcemy jednak nigdzie iść. Wo bist du? Gdzie jesteś bogini? Czy
    jeszcze w nas? Czy wciąż jesteśmy Rycerzami Jutrzenki z Twierdzy Brzeźno? Czy
    wciąż skrzy się w nas szaleństwo?  

    Rzadko myślimy o tym, co
    mamy, lecz zawsze o tym
    czego nam brak

    (Napisane markerem na
    pozieleniałej ścianie bunkra
    w Parku Brzeźnieńskim)

    *


    • RSS