kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 9.2009

    Stoję na końcu Skweru Kościuszki
    Mży, obok jarzą się światła Daru
    Młodzieży. Brzeg wydaje się nierealny
    rozmywająca się iluminacja na pokładach
    mgły ale jest gęsto, jest poezja, można
    dotknąć faktury emocji a słowo być odzyskuje
    swoje znaczenie. Wszystko jest możliwe.
    Możesz iść na Koniec Świata albo
    brzeźnieńskiego mola i dostrzec
    za klifami Orłowa światełko mojej
    komórki. Cyt Cyt pułkowniku

    (Marzan dziś w nocy)

    Dziś tryumfalnie powraca z południa Szponiasta. Wczoraj
    jeszcze wspinała się na Święty Krzyż, dziś znów będzie na samym dole. Pozycja
    wręcz doskonała by kopnąć wszechświat w kostkę. Jest jesień. Ze świata zaczyna
    wyciekać złoto jak krew smoków. Ulice lśnią wilgocią, Bloki w ciemnościach wyglądają
    jak pudełka wypełnione światłem.
    Robię przeróżne dziwne rzeczy, jestem w ciągłym ruchu. Nagle odczułem październikowy
    zew przeszłości i wydobyłem z głębi szafy dawny image. Rzucony na łóżko pręży
    się obscenicznie mój gestapowski, skórzany płaszcz, w którym pokolenia
    gratkowiczów z niezmienną konsekwencją fal bijących w klif, urywały pagony, aż
    po kolejnym szyciu skleiłem to wszystko Super Glue. Obok czarna koszulka,
    czarne spodnie, na podłodze zaś stare glany wyglądające jak psu z gardła
    wyjęte. Oblekę się w te mroczne wspomnienia i pójdę na wrzeszczański dworzec.
    Lady Pazurek uśmiecha się zawsze w pewien wyjątkowy, mięsożerny sposób, gdy tak
    się odstawiam.
    A poza tym bieda. Nastąpił poślizg i jakoś tak uziemniły mi się nagle trzy
    roboty. Tydzień temu zapłaciłem kolejne ubezpieczenie i zostałem nagle z
    pustymi kieszeniami. Od dwu dni nie jadłem chleba. Zużywam sypkie rezerwy zupek
    w proszku. Chemia mojego organizmu przypomina zapewne obecnie chemię
    wszechświata na trzy sekundy przed wielkim wybuchem. Paradoksalnie jednak nie
    czuję się źle. Jest mi lekko, jest jesień. Czas dla takich stworów zmierzchu
    jak ja, czas awatarów nostalgii. Więcej krążę, węszę po kątach, widuję więcej
    ludzi. Boże jak mi tego będzie brakowało, gdy świat się skończy.

    Radości oczu moich i lędźwi!
    Kochanie! Nawet dowódca
    szwadronów śmierci powinien
    zachować odrobinę poczucia
    humoru…

    (Bunch)

    *

    - Gdzie byłeś?
    - Zbierałem kasztany
    - Dużo nazbierałeś?
    - Potrzym plecak
    - Uff
    - Tyle

    Niektórzy zbierają kasztany żeby robić z nich kasztanowe
    ludziki. Mi udało się niegdyś zrobić czołg, czym niezwykle ucieszyłem resztę
    klasy oraz niezwykle zasmuciłem panią wychowawczynię, co przełożyło się potem
    na oceny i skutkiem rzeczy zasmuciło mnie. Ale na poważnie – zbieram kasztany
    dla babci, która poszatkuje je w szale namiętności i zapamiętaniu za pomocą
    dwóch noży, których rozmiar i kościane uchwyty wywołałyby błogi uśmiech na
    twarzy Johna Rambo. Potem babcia zmiażdży poszatkowanych i zaleje ich wódką w
    butelkach po piwie. Po paru miesiącach będzie z tego smarowidło do bolących
    mięśni, które niegdys wyśmiała Doktor Void, jako ciemnotę i zabobon. W końcu
    czymże jest kilkadziesiąt tysięcy lat doświadczeń rasy ludzkiej w porównaniu z
    kilkuset latami nowoczesnej medycyny. W każdym razie, choć to może starodawne i
    nielogiczne, ale działa i to chyba babci wystarcza.
    Dodam jeszcze tylko, że kasztany zbierałem nieopodal głównej miejskiej arterii
    więc zapewne bogate są w ołów, rtęć, metale ciężkie oraz pierwiastki
    promieniotwórcze, no ale w końcu to nie ja się będę tym smarował.
    Siedząc pod pomnikiem zastanawialiśmy się co jest takiego w tych kasztanach, że
    każdy chce je podnieść. Dan stwierdził, że jesteśmy sterowani przez obcych:
    PODNIEŚ KASZTAN, tudzież, że to sztuczka kasztanowców. Człowiek idzie, nagle
    patrzy, a w ręku ma kasztan. „Na co mi to” myśli i wyrzuca, a
    kasztanowce rozprzestrzeniają się przejmując powoli dominację nad światem.
    Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że to uwarunkowanie z dzieciństwa, a poza tym
    przecież świeży kasztan jest śliczny. To cała przyjemność patrzeć na jego
    połysk, żywy kolor, dotykać jego śliską, lekko jedwabistą powierzchnię…
    Dobra koniec tych wynurzeń, bo czeka na mnie bigos i pierwszy odcinek Housa
    najnowszej serii. Buhahahahaha, Żyj Nałogu!!!

    - Boli!
    - Nie żartuj! Chcesz umrzeć
    w moich ramionach?

    *

    Psemykam pses psestseń
    pses psestwór pomiesceń

    (Dan śpiewający Krewetce)

    Byliśmy na „Bękartach wojny”. Jak świat światem: jest złe
    kino, dobre kino i Tarantino. Nawet gdy coś się facetowi nie uda, to i tak
    trafia do gabloty, choćby w gabinecie osobliwości.
    „Oto jest twarz żydowskiej zemsty!” moi drodzy. Scena w gospodzie jest
    absolutnie boska, gdy wszystko z dziesięć razy ociera się o katastrofę. Film
    jest dość długi, ale nie zauważa się tego.
    Poza za tym: spokój, nuda, nic się nie dzieje. Avatar grała w drugą część
    Overlorda i z pomocą bandy rozwścieczonych goblinów mordowała małe, białe
    foczki o wielkich oczach. Jeśli nie jesteś w stanie mordować małych, białych
    foczek o wielkich oczach to żaden z ciebie Pan Zła i Ciemności i powinieneś
    znaleźć sobie inne zajęcie, choć raczej nie kuśnierstwo. Lenn marzyła o ciepłym
    murzynku oblanym czekoladą… hm, tego, podobno nawet go zrobiła, ale, robiła
    go w prodiżu i wyszła jej miss Etiopii. Stasiu opowiadał jak na ostatnim Grunwaldzie
    jakiś władca przaśnego żartu podmienił w wygódce rolkę papieru toaletowego na
    analogicznej wielkości rolkę papieru ściernego. My z kolei wybraliśmy się czas
    jakiś temu by obejrzeć Zieloną Ścianę w galerii Przymorze. Umówiliśmy się,
    spotkaliśmy pośród betonowych rubieży naszej metropolii, chwyciliśmy się za
    ręce i wspólnie przestąpiliśmy próg tego targowiska próżności. Zawyło,
    zagrzmiały megafony. Alarm pożarowy – wszyscy proszeni o opuszczenie budynku.
    Dranie, wyczuli, że jestem blisko, a dałbym głowę, że dobrze pochowałem te
    laseczki termitu.
    Dobra starczy, muszę iść do sklepu, bo dzięki mieszance wrodzonego lenistwa i
    huraoptymizmu, znajduję pustki w kuchni mojej i cały ranek ciągnę na diecie
    pomidorowej. Znaczy pomidora zagryzam pomidorem a likopen cieknie mi już
    uszami. Muszę iść kupić coś bardzo zdrowego o wysublimowanym bukiecie i
    subtelnym smaku, np.: Kolę i Laysy – Borowiki w śmietanie.

    - Nie bądź smutny Kiszczaku.
    - Nie jestem smutny, to mój
    naturalny wyraz twarzy, tak
    bym wyglądał, gdyby na
    świecie nie było ludzi

    *

    Ja – O kaczka!
    P – Dziwaczka
    Ja – …i kaczor
    P – Dziwaczor

    (My)

    Śniło mi się dziś, że chodzę po Berlinie. Chodziłem po nim
    naprawdę długo gadając z jakimś Niemcem o tym, że nawzajem powypalaliśmy sobie
    miasta. Wszystkie wieże kościołów pozbawione były szczytów, a rany budynków
    ślicznie zakomponowano jasnym, tynkiem. Mijaliśmy to miejsce przy dworcu z
    „Nieba nad Berlinem”, tą wielką, nowoczesną bryłę i ucięte kamienice obok, tym
    razem jednak wszystko widziane z dołu i w kolorze. Minęliśmy pomnik, wygięty
    krzyż a pod nim sterta wypalonych monet różnych narodowości, czy coś takiego
    rzeczywiście tam czy gdziekolwiek istnieje? Jakoś w całość wślizgnął nasz
    Miejski Zieleniak, ale wcale mnie to nie zdziwiło. Podobno wszechświaty
    równoległe istnieją właśnie po to by wszystko co potencjalne mogło zaistnieć.
    Wczoraj starszy dostał komputerową symulację projektu naszego ogródka, nawet
    fajne, mi podobają się chyba najbardziej te poprzewracane, wielkie wazy.
    Pogodę mamy wciąż przepiękną, jakby Miasto zadowolone, że turyści odjechali,
    zrzuciło z siebie wreszcie szarą sukienkę i wyprężyło się pod tym całym
    błękitem, łapiąc ostatnie letnie promienie słońca. Zresztą na plażach nadal
    zdarzają się półnagie dziewczyny, ale teraz wygląda to bardziej pierwotnie, jak
    jakieś nieuczęszczane miejsce z początku czasu.
    Myślałem o domu w Mławie, jeśli kiedyś rodzina sprzeda go komuś obcemu, serce
    pęknie mi do końca.
    A poza tym? Zaczyna się nowy dzień. Będę szedł w świetle, przechwycę Szponiastą
    wymęczoną nocnym romansowaniem na gadu, będę dotrzymywał ponad
    dziesięcioletniej tradycji „bycia pod pomnikiem”, potem picie w Herbaciarni,
    która nie jest Herbaciarnią. Może wychylimy wraże łby na starówkę bo coś słyszałem
    coś o Święcie Pieroga, jakby co może załapiemy się na jakąś darmową porcję
    kresowych ruskich. A potem, potem życie, zobaczy się, no nie?

    Zajmij się tym co bliskie,
    a to co ostateczne zatroszczy
    się samo o siebie

    (Aldiss)

    *

    Jej lniane włosy spływały tak
    by uformować spiralną mgławicę
    piękna, jaśniejącą jak gdyby w
    blasku skalpeli

    (Aldiss)

    Trwa moja ulubiona pora roku. Jest jeszcze ciepło ale mocny,
    północny wiatr niesie już ze sobą zapowiedź chłodu i ledwo uchwytny zapach
    lodowców. Zachody słońca trwają w nieskończoność, wiatr rwie na strzępy chmury,
    są szaro – czarne ale na krawędziach intensywnie czerwone gdy łapią lejące się
    zza horyzontu ostatnie promienie słońca. Gdy z parku odpływają ekipy remontowe
    w szarym przedzmierzchu pojawiają się milczące postacie, które mijają się w
    ciszy niczym statki we mgle. Koparki powyrywały z ziemi pordzewiałe żelastwo.
    Tu splątane żyły drutów dawnych linii telefonicznych, a może to stara trakcja,
    w końcu dawniej linia tramwajowa była gdzieś właśnie w tym miejscu. Porwane
    kanistry i beczki, tu i ówdzie pogięta lufa karabinu czy odkształcona skorupa
    szrapnela. Przy Zjeździe Śmierci budują półkoliste schody amfiteatru. Fajnie by
    było, gdyby oznaczyli w jakikolwiek sposób ślad po starych torach tramwajowych
    dochodzących kiedyś głównym przejściem aż do plaży. Kiedyś była to
    najprawdziwsza ulica. Ciekawie wyglądałby taki stary wagon tramwaju stojący
    ponad piaskiem plaży. Można by zrobić w nim jakiś lokalik dla zakochanych i
    nazwać „Tramwajem zwanym pożądaniem”, czy coś w tym duchu.
    Wędrując wczoraj w tym nastroju ostatniej godziny świata, byłem szczęśliwy. Tak
    się zdarza. Szczęście nigdy nie trwa, szczęście to chwila, która mija po jakimś
    czasie pozostawiając ciepło w sercu. Absolutne piękno świata, dużo, dobrze
    wykonanej roboty, trochę pieniędzy i wystarczy. Wyprowadzka od starszych była
    decyzją życia. Jest czasem biedniej, jest czasem głodniej, ale powoli odchodzi
    ten paraliżujący bezwład i nerwowe spętanie umysłu, gdy człowiek przejmuje się
    legionem nieistotnych pierdół, mających z reguły znaczenie dla wszystkich
    oprócz niego.
    Dziś Szponiasta ma egzamin, na studia magisterskie i gdy w końcu do mnie dotrze
    będę musiał zająć się rekonstrukcją wykruszonych nauką, katarem i brakiem snu
    kawałków jej pazurzastej duszy. W nocy śniło mi się, że wielki kot spija mój
    oddech i autentycznie nie mogłem przez chwilę oddychać. Wyrwałem się siłą ze
    snu z ręką przy ustach i zastanawiając się czy to rzeczywiście zdematerializował
    się tu jakiś demoniczny sierściuch czy też przez sen zassałem kołdrę. Lenn śle
    mi sms za smsem. Zainstalowali w końcu w Małym Czerwonym Domku internet i teraz
    pulchny kurdupel mknie przez multiwersum niesiony falą kreatywności. Chyba
    potrzebuję sieci. Proza życia i całe jego piękno – bieg od celu do celu.

    - To by było dopiero mroczne
    gdyby nasz prezydent usiłował
    udekorować siatkarzy medalami
    - Daliby mu pewnie jakieś schodki

    *

    Stirlitz nie lubił masowych
    rozstrzeliwań, ale odmówić
    jakoś nie wypadało…

    Powróciła Bazylia, kobieta może nie piękna, ale posiadający
    taki zalatujący piżmem i odrobiną krwi zwierzęcy wdzięk. Wpadła, zapytała czy
    nadal mam dziewczynę, a gdy dowiedziała się, że tak westchnęła z teatralnym
    smutkiem. To było słodkie.
    Wczoraj pracowaliśmy w miejscu zwanym Kowale. To jedna z tych dzielnic, o
    których samo Miasto nie wie, że je ma. Robota wyskoczyła niespodziewanie – sprzątanie
    domu po remoncie, chwyciłem więc pod pachę Stasia Zwanego Czesiem i zawitaliśmy
    do miejsca stojącego na krawędzi wysoczyzny, z którego okien rozciągał się
    widok na bezkresne równiny Żuław. Było mi odrobinę nieswojo, nie jestem
    przyzwyczajony do płaskiego lądu.
    Z domu wyszedłem o świcie, szedłem wraz z narastającą jutrzenką, pośród chmur
    lśnił cienki sztylet księżyca. Do centrum dotarłem z pierwszymi, gęstymi od
    soczystego pomarańczu, promieniami słońca. Stasiu już czekał, a zleceniodawca
    dojechał, nim zdążyłem się na dobre zatrzymać. Nigdy w życiu nie umyłem tylu
    okien. Koło południa dotarłem do świetlików na dachu. To był hardcore. Patrzyłem na szkło prosto w
    słońce. W końcu, odchyliłem je i myłem stercząc wychylony do połowy, pokrytego
    dachówkami dachu. Wyglądałem jakbym zjeżdżał w kierunku spokojnych równin na
    wielkim, pokrytym łuską czołgu.
    Po wszystkim wpadłem do Domu Sióstr, Avatar oglądała właśnie z Dannonkami jakiś
    uroczo debilny film o zombie z Segalem, który tu nazywał się Tao i chodził z
    mieczem po szpitalu pełnym rześkich nieumarłych. Lenn dała mi prowiant na noc,
    a Avatar upragnioną i od dawna oczekiwaną płytę ze „Znikającym Punktem” i moim
    własnym „Niebem nad Berlinem”. Teraz jeszcze tylko „Blink” z Madalene Stowe,
    gdzie gra w czerwonej sukience na skrzypcach i tak uroczo oplata gościa
    nóżkami, i będzie pełnia organoleptycznego szczęścia.

    - Co robiła podejrzana?
    - Uprawiała najstarszy
    zawód świata…
    - Kamieniarstwo?

    (Monk, którego jak dotąd
    nie widziałem ani odcinka)

    *

    Ten królik ma z 8 lat i już
    dawno powinien być po
    drugiej stronie marchewki

    (Kudłata)

    Świat się zmienia. Wycieli nawet tą wierzbę, pod którą choć
    raz na poważnie całowałem się z Aube. Na poważnie nie oznacza tych wszystkich czułych,
    siostrzanych cmoknięć w policzek, czy też tego namiętnego razu, gdy cofnęła się
    gwałtownie zostawiając mnie z jęzorem na wierzchu w tłumku znajomych… Myślę,
    że gdybym nie miał w tamtych czasach tak niskiej samooceny to pewnie dorobiłbym
    się przy tamtej okazji jakiejś traumy i dziś wychodziłbym w noc z motyką by
    kolekcjonować damskie przysadki.
    Wczoraj byliśmy na Kudłatych urodzinach. Tylko ja i trzeźwi oazowcy, czy coś w
    ten deseń. Oblekłem się cały w czerń, rozjaśniany jedynie napisem „nienawidzę
    ksywki MISIU” na bohaterskiej piersi. W okolicach Letniewa przypałętało się
    dwóch łysych pedałów… sorki rowerzystów, których rzadkie synapsy, dymiąc i
    strzelając przeanalizowały ten złożony problem, dzięki czemu spędziłem część
    drogi w towarzystwie dwóch zmechanizowanych debilów, wykrzykujących różnymi
    głosami „Misiu!”.
    Od Kudłatej otrzymałem ostatnio głośniki do kompa, wyciągam je z torby, oglądam
    kabelki i pytam mojego Pazura Bojowego: czy ona ma szczura? – Nie, królika – To
    wiele wyjaśnia.
    Kudłata posiada dar gotowania, dzięki czemu mój wątły organizm, egzystujący na
    chińskich zupkach i gumie do żucia Orbit przeżył szok jedzeniowy. W ogóle
    wszystko wszystkim dobrze wchodziło, ale miejscowym demonem konsumpcji okazała
    się Hania, dziewczę drobne i smukłe jak trzcina. Ta drobna istotka
    dezintegrowała w sobie wszystko, łącznie z politurą z talerzy, a w oczach
    siedzących nieopodal począł rodzić się lęk by nie stać się obiektem jakiejś
    tragicznej w skutkach, jadalnej pomyłki. Narodziła się nawet teoria, że rzeczona
    posiada sześć żołądków, przeładowujących się w niej na rewolwerowym bębnie.
    Było sympatycznie, spoczywaliśmy sobie słodko przepełnieni na kanapie a
    towarzystwo grało z dziką pasją w Dżunglę, czy też jak to niegdyś określił Dan
    w „Chapaj dzidę”. 
    Po wszystkim udaliśmy się stadkiem by pogapić się na nocną iluminację
    nowiutkiej Fontanny Czterech Kwartałów, nawet w nocy był tam mały tłumek
    obserwujący zmienne strumienie wody i głaszczący wylegujące się lwy.

    UUU, twoi rodzice wieszali
    na ścianach twoje rysunki,
    moi użyli moich do ocie-
    plania drzewek na zimę

    (Ja do Kudłatej)

    *

    Wpadamy na siebie z Kozym
    na Zielonym Moście…
    - Co też porabiasz młody człowieku?
    - A pracuję tu, w Lufthansie
    - Ja ja, chyba jako silnik

    Kiedyś snując na plaży nasze plany objęcia władzy nad
    światem, uznaliśmy, że pierwszym etapem powinno być uzyskanie sławy. Nasze
    stado, poza Bazylią, która chciała robić coś dziwnego z chomikami w Idolu,
    uknuło wtedy sprytny plan, by aby tę sławę uzyskać, jednostkowo i wspólnie
    strasznie obrazimy Pilcha poddając w wątpliwość jego niewątpliwy talent oraz
    rozliczne przymioty wyglądu i kalwińskiego charakteru. Zgodnie z naszym
    sprytnym pomysłem Pilch jako osoba impulsywna i delikatnie rzecz ujmując
    złośliwa wyleje swą gorycz na papier i będzie nas publicznie kaczał na forum, a
    my umiejętnie dolewać będziemy dolewać oliwy do ognia. Plan był wielki, lecz
    niestety rozpuścił się do rana w winie o smaku owoców leśnych i pozostał na
    zawsze niezrealizowany.
    Marzan urządził z Tadziem Dąbrowskim i Meierem wielkie opróżnianie barku, który
    przez rok cały wypełniali mu pracowicie studenci. W nocy Tadziu wysublimował w
    bliżej nieokreśloną przestrzeń, więc o poranku nasi bohaterzy wbili klina
    ocalałym szampanem po czym uznali, że są chętni i gotowi by popłynąć do starej
    torpedowni, którą zresztą mogli zobaczyć ostatnio ci, którzy widzieli pierwszy
    odcinek „Naznaczonego”. No i popłynęli, wrócili, wychodzą na plaże a tu Arturo
    Marzanista dostaje drgawek i pada na piach. Meier, który zapewne nigdy nie
    widział hipotermii dostał oczu jak spodki i na swoje niespokojne pytania
    wyszczękaną odpowiedź – zzziiimmmnnnooo mmiii. Po czym w ogólnym popłochu udał
    się na poszukiwanie ciuchów, które Marzan niezwykle skutecznie ukrył pośród
    okolicznych kolczastych chaszczy i dorodnych ostów. Tak ich zmęczyła ta
    przygoda, że zwinęli się potem w tych krzakulcach i przekimali, zanim do
    rzeczywistości nie przywróciła ich uczynna ulewa.
    Arturo był w te wakacje jako opiekun studentów na Białorusi, gdzie byli
    pilnowani, obserwowani, prowokowani i zapewne podsłuchiwani. Mieli parę opiekunów,
    z których co najmniej jeden składał raporty wiadomej instytucji i co trzy dni
    musieli meldować się na milicji. Mimo to M udało się wykonać brawurową misję do
    grobu Jana i Cecyli, na Niemen. Podobno to taka pielgrzymka do Mekki
    polonistów.
    Chodzili ulicami Grodna śpiewając „Szarą piechotę” i grasowali w dyskotece
    Epolet urządzonej w starym klubie garnizonowym, gdzie zamiast ochroniarzy byli
    komandosi Specnazu.
    Później Arturo obejrzał sobie góry Bułgarii i Czechy po czym wrócił pod
    opiekuńcze skrzydła Gotenhaven by nareszcie odpocząć w pracy.

    - Kiszczun, aleś ty schudł!
    - Jestem głodny od jakiegoś czasu

    *

    To twoja wojna, ja ją
    tylko relacjonuję

    Pełnia księżyca. Księżycowe cienie podążają za mną zaułkami,
    przeskakują krawężniki, przystają na chwilę na ścianach by obłąkańczo
    zachichotać i pobiec dalej. Pełnia, czas gdy wilkołaki obgryzają w zadumie
    kości nocnych przechodniów, czas gdy roztrzęsione wampiry desperacko poszukują
    dziewic, a ghule wleką coś do swych wilgotnych jam przez uśpione cmentarze.
    Czas gdy skrzaty kopią zirytowane w drzwi lodówki, które oddzielają je od mleka,
    do którego mogłyby nasikać, a nimfy wodne siadają na przybrzeżnych oponach by sczyścić
    plamy mazutu ze zwiewnych sukienek. Czas gdy światem niepodzielnie władają
    koty, a kiszczaki wędrują przed siebie z zaciśniętymi zębami, w wilczym
    transie. To czas gdy uchylają się drzwi tajemnicy.
    Droga była długa i pokrętna niczym tok rozumowania braci Kaczyńskich, pełna
    widoków, które zmuszały by się zatrzymać i czekać aż przeminą. Nocna kawa we
    Wrzeszczu pośród alkoholowych papieży i rozmowy z młodymi córami nocy o
    kurewskiej filozofii. Wiecie czemu normalne kobiety nie lubią prostytutek? Bo
    te zaniżają drastycznie cenę najcenniejszego towaru jaki posiadają. Seks to
    władza. Cała sytuacja przypomina nieco stosunki pomiędzy wielkimi firmami
    fonograficznymi a piratami…hm,  w sumie
    to chyba nie znam człowieka, który by nie piracił, taka luźna dygresja…
    Zmęczony, do granic osiadłem w WhiteTown, dzień był do dupy, a noc
    zainstalowała mi w nogach ze trzydzieści kilo, chyba po raz pierwszy w życiu
    obszedłem Miasto względnie dookoła. Wszystko było mi obojętne. Chciałem usiąść,
    a nie było żadnych ławek. Może to i zabawne, ale z budowy wyniosłem nawyk
    niedotykania betonu. Tak więc krążyłem aż zobaczyłem zaparkowane BMW. W środku
    nic nie mrygało, a języczek był w górze. Władowałem się na siedzenie kierowcy,
    ten musiał gdzieś polecieć, bo radio cicho grało. Poczęstowałem się mentosem,
    oparłem głowę o zagłówek i siedziałem tak dobrą chwilę. Ze stuporu wyrwał mnie
    dopiero odgłos zamykanych drzwi domu. Nie spiesząc się wysunąłem się na zewnątrz
    i poszedłem nie domykając drzwi. Jeśli ktoś z was zastał niedomknięte drzwi w
    swoim BMW to serdecznie pozdrawiam i przyjaźnie macham macką.
    Coś jeszcze? A tak w TV znów leciała, czy też biegała Godzilla, a US Army
    bawiła się z nią w berka pośród kruchych wieżowców Manhattanu. Ci amerykanie są
    tacy rozczulający. Kiedyś jednak będziemy musieli nakręcić z Lenn ten nasz
    film, w którym wszystko będzie działo się tak jak naprawdę, a Godzilla zamiast
    dostawać zadyszki, obeżre się piętnastoma tonami mintaja wypełnionego dwiema
    tonami trutki na szczury. Potem wypchane truchło wystawi się w holu Muzeum
    Naturalnego, dzięki czemu ktoś przeżyje „Noc w muzeum” swojego życia.

    Zamilkł szczygieł
    zgasły ogrody
    złote liście zrzuciła brzoza
    tylko schody, kamienne schody
    na dno morza

    (Marjańska)

    *

    Romeo i Julia zostali szybko
    odnalezieni i zjedzeni ze
    smakiem

    (Werber)

    Kiedyś na kontenerowcu pewien marynarz czyścił kontenery
    chłodnie. Inny nie wiedząc, że tamten tam jest zatrzasnął go w środku i statek
    ruszył w kolejny rejs. Rejs nie był długi, ale gdy otworzono kontener gość
    leżał skulony w kącie martwy, a na ścianach opisana była historia jego
    umierania. W najdrobniejszych szczegółach opisane jak mróz przenikał jego
    ciało, oddech zamierał w płucach a palce u nóg i rąk stawały się szkliste i
    kruche. Facet zamarzł w tej chłodni, a gdy kapitan zmierzył temperaturę w
    środku okazało się, że jest tam 19 stopni ciepła. Facet uwierzył, że zamarza i
    zamarzł…
    Wierze, że jestem geniuszem finansowym, wierzę, że jestem geniuszem
    finansowym…
    Wczoraj wyszedłem z naszego remontowanego parku i po raz pierwszy w tym roku
    miałem plaże tylko dla siebie. Przez większość dnia lało soczyście a namiętnie
    i okoliczna ludność zapewne poddała się okolicznościom i spoczęła w fotelach
    gapiąc się w ruchome obrazki, a ja w końcu miałem cały ten piasek tylko dla
    siebie. Biała, pusta autostrada po horyzont. Kerry zaraz by powiedział, że to
    zagubiona autostrada i zaraz pojawi się mój prywatny diabeł by powiedzieć mi,
    że mogę być kim chcę, albo przynajmniej, że jest w moim domu i żebym do niego
    zadzwonił. Ja tymczasem wędrowałem niespiesznie przyglądając się wyrzuconym na
    brzeg meduzom. Uwielbiam ich formę. Nie konsystencje i pieprzone parzydełka,
    które niegdyś Seba w jednej ze swoich faz depresyjno – maniakalnych wrzucał
    wszystkim do herbaty, tylko kształt i walory wizualne. Wyglądają jak coś z
    miękkiego, śliskiego plastiku, mają miłe krzywizny i zaokrąglone krawędzie.
    Fale nanoszą na nie piach, tworząc galaretowate jaskinie o ich kształcie. Potem
    plaża je pożera… Co nie wiedzieliście? Na plaży nic nie zdąży się samo
    rozłożyć, nawet papierosy. Plaża to ogromny żywy filtr dostosowany do
    wyłapywania materii organicznej dostarczanej przez morze. Zasiedla je
    kilkadziesiąt tysięcy gatunków maleńkich stworów wyglądających jak najeźdźcy z
    kosmosu, tudzież plastyczny sen po zjedzeniu pizzy z czterema rodzajami sera o
    2 w nocy. Metr sześcienny plaży potrafi zeżreć kotlet schabowy w tydzień. Więc
    nie pytajcie mnie więcej czemu mieszkając kilkaset metrów od morza nigdy nie
    chodzę się opalać na plażę.

    - Chcecie wykorzystać mój
    geniusz do zabijania ludzi!
    - Nie tylko, zwierzęta też
    zginą

    (TV)

    *


    • RSS