kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 10.2009

    Pomyślał o koralowcach. O rafach
    porastających zatopione lotniskowce.
    Może i ona stanie się czymś takim,
    tajemnicą pogrzebaną pod pokrywającą
    ją nadbudową domysłów, a nawet
    mitem

    (Gibson)

    W opuszczonej Stoczni w Gottenhaven umierają z głodu setki
    porzuconych kotów.
    „Wojna polsko – ruska” okazała się świetnym filmem. Rzut Magdą o ścianę czy
    rozmowy z Dżordżem na długo pozostaną w mojej prywatnej księdze zdziwień.
    Podobno film obejrzał Bruce Willis i bardzo mu się spodobało, na tyle, że skontaktował
    się z Szycem. Lady Pazurek twierdzi jednak, że mam lepszy tyłek. Widzieliśmy
    też początek ostatniego Star Tracka. Scena gdy dziewczynę wyrzuca w przestrzeń
    przez rozerwany kadłub jest precyzyjnie masakryczna. Najpierw wycie
    uciekającego powietrza, chaos wirujących strzępów, jej krzyk, a potem gdy
    wylatuje na zewnątrz nagła, absolutna cisza, w której wiruje pośród
    oślepiających błysków, odbywającej się w tle bitwy.  
    Szedłem ostatnio długim podejściem przez las do Dzielnicy Dziwnych Klatek. Jest
    tam taki zakręt, na którym zamontowali właśnie nowe barierki. Wkrótce
    dowiedziałem się czemu. Pośród jasnobrązowego kobierca liści krzyże, stare i
    nowe. Na drzewie zaśniedziałe tabliczka z czterema nazwiskami. Spośród liści
    wystają dyskretnie tu i ówdzie potrzaskane samochodowe części. Tu lampa, tam
    błotnik. Na stoku zaczynającego się kawałek dalej rowu, otwarta teczka pełna
    liści i przegniłych papierów. Obok zasnuta bielmem, pozieleniała komórka.
    Kawałek dalej, tuż przy drodze dziecięcy smoczek. Włos się jeży na karku a
    głęboko w gardle rodzi się skowyt. Nie pójdę tamtędy do wiosny, dopóki tych
    wszystkich kawałków potrzaskanych żyć nie zakryją nowe liście.
    Mechanika przypadku znowu działa. Padać zaczęło dokładnie w momencie, gdy
    Pazurzasta przekroczyła próg swojego domu. Z dobijającą pracowitą stałością
    siąpiło przez całą godzinę, gdy trzeszcząc na złączach, telepałem się do domu.
    Przestało w chwili gdy wszedłem pod daszek i wyciągnąłem klucz do moich drzwi.
    Przypadek oczywiście, tak samo jak to, że analogiczną sytuację miałem parę
    godzin wcześniej między drzwiami autobusu a domem. Jestem prawie pewien, że
    gdzieś tam, nad chmurami dryfuje gigantyczny pęcherz i gdy tylko wynurzę się
    spod jakiejś osłony wszechświat w sposób dobroduszny i bezpośredni daje mi znać
    co o mnie myśli. Z drugiej strony, może mnie tak bezustannie podlewa, bo chce
    bym wzrósł duchem ponad chmury czy coś równie wzniosłego a absurdalnego.

    Jak mawiał Konfucjusz:
    Karma to dziwka

    (Adrenalina2)

    *

    Sesja: Znikają ludzie w muzeum.
    Antoś – No i co Pelinie, żadnych
    błyskotliwych uwag, żadnych
    złośliwych komentarzy?
    Ja – Oglądam filmy: Ludzie, którzy
    nabijają się w takich sytuacjach z
    szalonych teorii i mitycznych stworów
    kończą nagle a niespodziewanie w
    jakiś mitycznych zębach…
    Antoś – Ha ha ha, przecież to muzeum.
    Nie wierzysz chyba, że są tu jakieś
    popieprzone mityczne stwory!
    Mistrz gry beznamiętnym tonem – Antoś,
    rzuć na czujność…  

    Dziś po raz pierwszy od dawna zszedłem do podziemia. To co
    kryją brzeźnieńskie piwnice opiewane jest w legendach na najodleglejszych
    stepach Rosji. Możesz mówić o szczęściu jeśli potknąwszy się w ciemności
    stwierdzasz, że to tylko zapomniany aparat destylacyjny, a nie na przykład
    końska czaszka tudzież bomba lotnicza, która odtacza się od ciebie powoli a
    majestatycznie, by zatrzymać się na najbliższej ścianie z dźwięcznym BONG!
    Trzydzieści aniołów stróżów, zjeżonych z grozy, popuszcza eter sześć pięter w
    górę.
    No ale zszedłem, bo u tutejszych znajomków zatrzymał się Seba ze swoją słynną,
    promilową skrzynką. Zostawili mi nawet trunku, co jest do nich niepodobne, ale
    nie zostawili czipsów co podobne jest do nich jak najbardziej. Marnie mi się
    piło, bo na smutno. Ostatnio rzeczywistość wali we mnie jak w bęben i
    odechciewa mi się trochę wszystkiego. Jest tak nędznie, że napisałem nawet
    znowu kilka wierszy.
    Ale nic to, jak stwierdził Pan Michał podpalając prochy, jutro o świcie znów
    pojadę do Dzielnicy Dziwnych Klatek i będę krążył wśród mgły po zielonych
    trawnikach, zastanawiając się nad skomplikowanym umysłem osoby, która
    regularnie wyrzuca ze swego okna zużyte podpaski. Może zapoluję też na żuwacza
    różowej gumy Orbit. Sukinsyn krąży tu wszędzie. Ja sprzątam, a on czai się za
    drzwiami, by po moim wyjściu przykleić na środku umytej podłogi swój znak
    rozpoznawczy. Przylepia tą gumę wszędzie, lepi z niej nawet małe, różowe
    figurki i ustawia za szybką w gablotkach ogłoszeniowych i skrzynkach z
    licznikami. Mam ochotę zacząć tą gumę zbierać i lepić z niej monstrualny,
    różowy czop, a jak dorwę bydlaka to wepchnę mu to z rozmachem w… No dobra,
    może to czytają jakieś dzieci… Co też ja pierdolę na Dadźboga! Jakie dzieci,
    nawet jeśli to i tak pewnie jakieś nienormalne, ściągające skóry z żywych
    zwierząt i grające w stodole na bandżo utwory Krawczyka! A więc w dupę mu to
    wsadzę, w odbyt, ssawę, okrężnicę… Czytasz to jebany smakoszu? Wsadzę ci to
    tak głęboko w perskie oko, że zahaczy o pieprzone migdałki i potem będziesz tak
    śmieszni mówił.
    To dziwne ale trochę mi ulżyło.
    A tak poza tym to słyszałem, że wśród odległych blokowisk, gdzieś na wschód od
    pizzerii Parma, krąży niewiasta, która chciałaby abym namalował jej akt. Proszę
    bardzo, może być i akt, uprzedzam tylko lojalnie – słabo wychodzą mi twarze…

    - Oj, młodość ma swoje prawa.
    - A starość broń automatyczną.

    (My)

    *

    Freja – po włosie twym nad
    zerwanym wiaduktem wejść
    i spaść na śmierć i życie, łeb
    i szyję… Koszmar to czy
    marzenie

    (Marzan)

    Ależ jest szaro. Tak szaro powinno być w Święto Zmarłych.
    Wilgotny oddech zmęczonego świata osiadający na twarzy. Sprzątając trafiłem w
    szafce na stare Gratki. Wyjąłem ostatni numer i przeczytałem od deski do deski.
    Potem uświadomiłem sobie, że przecież jest sobota, tak jak wtedy i tak jak
    wtedy spędzam popołudnie pochylony nad stołem, czytając przez lupę rzędy
    drobnych literek. Ależ mi brakuje pozytywnej mocy, którą ci ludzie nieśli ze
    sobą jak falę uderzeniową. Ależ mi brakuje tych ludzi.
    Z głośników grzmi Carmina Burana, przechodzi w nagłe uderzenie „No fear” The
    Rasmus. Odczuwam radość, narastającą energię, tęsknotę. Słodką gorycz. Mam
    cholerne 6 kilo takich listów z przeszłości. Chyba zacznę czytać sobie co
    sobotę jeden. Znów odnajdę zagubionych przyjaciół, znów na chwilę zostanę
    legendą, znów choć na parę godzin odzyskam moje medium. Naturalne środowisko.
    Jestem ciekaw czy gdy w końcu uzyskam dostęp do sieci, będę w stanie to
    powtórzyć, tylko na nową, dostosowaną do nieskończoności netu, gargantuiczną
    skalę.
    Ostatnie dzwonki „No fear”, co teraz? Remix Metallicy i Britney Spears. Trzeba usłyszeć, żeby uwierzyć.

    Teraz kawałek, którego autora nie znam, choć podejrzewam Scootera, nazywam go
    „Shes de sun”, podkręcam kolumny na cały regulator i czuję na skórze bicie
    potężnego serca.
    Dzwonił Seba wrócił przywożąc afrykański wiatr we włosach. Zrobili rozkoszną
    rundkę wokół Atlantyku. Płynęli tak długo, że już zastanawiali się, kto pójdzie
    do beczki, jeśli wiecie co chcę powiedzieć. Nasz Amant jest na lądzie od pięciu
    dni, a zadzwonił dopiero teraz z pożyczonego od prostytutki telefonu. Podobno
    przywiózł skrzynkę jakiejś fioletowej berbeluchy z Montevideo. Muszę zaraz iść
    sprawdzić tę informację, zanim zwali się tam okoliczna ludność i dalsza
    rodzina…

    Gdyby można było cofnąć czas
    byłbym z wami od początku

    (Demon – ostatni numer Gratki
    17-12-2000)

    *

    Czyń swoją wolę, a stanie
    się ona prawem

    (Nergal) 

    Potrzebne mi są słuchawki z długim kablem. Muszę posprzątać
    katastrofę, która zalęgła mi się kiblu i lada chwila zacznie żyć własnym
    rozbuchanym, organicznym życiem. Pierwszą połowę tygodnia intensywnie
    przepracowałem i przechorowałem. Chwiałem się jak Goofie po piętrach i
    godzinami siedziałem na zimnych schodach. Zwinąłem się nawet na chwilkę w
    kotłowni.
    Powiedziałem jej kiedyś, że powinna cieszyć się moim bezrobociem i modlić się
    by trwało jak najdłużej, bo praca wszystko zmienia, wszystko wywraca.
    Przemieszcza siły i priorytety. Anihiluje bezpowrotnie czas. Zaczęło się od
    zepsutych smsów, teraz mam wrażenie, że wszystko zaczyna się składać i sypać w
    zawrotnym tempie. Ona wstydzi się podjętej przeze mnie pracy, przez co i ja
    zaczynam się jej wstydzić. Skromny początek, ale wielki sukces po latach
    bezrobocia i kombinowania, teraz nabiera smaku popiołu. Bolą mnie wszystkie
    kawałki. Gdybym miał amunicję 38 już bym nie żył.
    Wybaczcie to sikanie krwią do garnka, ale nie został mi już absolutnie nikt z
    kim mógłbym o tym porozmawiać i kto nie miałby ochoty mnie opluć albo stuknąć
    lewarkiem 27 razy i poprawić kluczem samonastawnym. Czuję się jak pieprzone
    Dover, które widzi na horyzoncie sztorm stulecia i niejasno podejrzewa, gdzie
    przypierdolą te wszystkie fale.
    Za chwilę sobie stąd pójdę, bo mierzi mnie już przesiąkający wszystko smród
    wymiocin i fusy z mięty zaściełające gęsto kuchnię, może kogoś okradnę, może
    zgwałcę albo zabiję. Może to będziesz ty? Wyjdź z domu! Czeka cię przygoda
    życia… 

    *

    Jeśli wyzwolimy się z rzeczywistości
    sami staniemy się rzeczywistością

    (Sokrates)

    W piątek po całym dniu roboty Szponiasta zaciągnęła mnie na
    jakiś chrześcijański koncert do Akademii Muzycznej. Miasto wciąż miało
    falshbacki po Wielkim Powiewie, co chwila wyły przemykające karetki, migały
    światła ostrzegawcze i, no tak, i psuły się tramwaje. Najpierw przez prawie 2 h
    wracałem z Matarni w zawiesistych korkach, bo koło opery trzynastka
    romantycznie wjechała w dupę dwójce. Potem zaś, gdy zdążaliśmy w kierunku
    koncertu, koło dworca zgasł prąd i gnaliśmy z kopyta na wskroś starówki. Szarża
    Lady Pazurek na wysokich obcasach po brukach Mariackiej powinna zostać
    uwieczniona na jakimś historycznym obrazie, typu „Ostatnie spojrzenie Custera”,
    tudzież „Błysk nad Hiroszimą”.
    Wykonawcy byli podobno znani, ale raczej nie w moim świecie. Piosenka o tym, że
    Bóg jest łagodny i cichy, brzmiała nieco dziwnie w dwa dni po sztormie
    dziesięciolecia. Staliśmy a nogi pękały pode mną jak marmurowe kolumny pod chylącym
    się ku upadkowi Cesarstwem Rzymskim. Byłem na lekkiej fazie ze zmęczenia i
    jedna z piosenek, zdaje się oparta na Apokalipsie Św. Jana naprawdę mnie
    przeraziła. Była tam mowa o nieogarnianym tłumie w białych szatach
    zgromadzonych wokół tronu i wielbiących bezrozumnie z palmami w rękach.
    „Niczego nie łakną, niczego nie pragną”, holokaust człowieczeństwa. Bilion
    inteligentnych roślin, nie robiących nic oprócz wielbienia, bez końca, na
    wieczność. Jaki Bóg mógłby chcieć coś takiego?
    Ogólnie rzecz ujmując stałem tam sobie w kątku, zasłonięty Pazurzastą i czułem
    się jak piąta kolumna diabła. Koniec okazał się zbawieniem.
    Ostatnio przeglądałem empikowy Tom Kultury i znalazłem tam nieautoryzowaną
    biografię Hausa. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby to mieć i w tym momencie
    rozległ się zgrzyt trybów mechaniki przypadku, oraz drzwi łącznika i wkracza
    babka, kładąc mi na stole właśnie tą książkę, którą ktoś wyłożył przy
    śmietniku.
    Pogoda jest piękna, plaża gładka a morze tak spokojne, że zachodzi zjawisko
    zwane przez autochtonów „statki na niebie”. Błękit zaczyna się na linii
    przyboju a kończy gdzieś za plecami. Fale zabrały z plaży miejscami po pół
    metra piasku, czasem więcej. Fundament płotu granicznego, z jednej strony na
    normalną plażę, a z drugiej częściowo wisi w powietrzu. Z ostatniego zejścia
    przed Końcem Świata trzeba skakać z półtorametrowej skarpy a po plaży wiją się
    rozciągnięte organiczne wnętrzności wydm. Wszędzie leżą kamienie i wygładzone
    szkło wyglądające jak klejnoty. Zatoka wydaje się łudząco płytka.
    Wczoraj wieczorem babka urządziła urodziny. Imprezy u babki to moja życiowa
    okazja do jedzenia białej kiełbasy. Ojciec jak zwykle zamówił w Tczewie tort
    węgierski, ale tym razem ździebko przesadził bo zażądał podwójnej dawki
    kandyzowanych wiśni i spirytusu. Ten cholerny tort da się wypić, jak się go
    kroi to na talerzyk wypływa przezroczysty płyn. Pierwsze dwa kęsy oczyściły mi
    zapchany nos…
    Coś jeszcze, aaa, podobno ktoś, tuż za płotem rydzykowego Uniwersytetu Zabobonu
    i Ciemnoty postawił największy w Polsce Uniwersytet Judaizmu. Teraz w końcu
    Ojciec Dyrektor ma wroga w zasięgu wzroku. Wróg jest wszędzie i ma pejsy. Ależ
    to jest słodko przewrotne i soczyście złośliwe. Ktokolwiek to wymyślił powinien
    dostać nobla.

    Ja nic nie mówiłem.
    W każdym razie niewiele i cicho.

    (Bunch)

    *

    Jeśli uważacie, że źle wyglądam
    to żałujcie, że nie mogę wam
    pokazać jak się czuję

    (Bunch)

    Poszliśmy ze Szponiastą na plażę by popatrzeć na sztorm. Ale
    plaży nie było. Fale przelewały się przez wydmy, lizały stare betonowe schody,
    rozbijały się z impetem o ogryzek po molu siekąc nas rozpędzonymi chmurami
    wodnego pyłu. Wiatr zatykał oddech w płucach. Odwróciłem się plecami do
    ryczącej bestii kotłującej się od horyzontu po horyzont, puściłem szelmowsko
    oko do Pazurzastej i położyłem się na plecach na wietrze.
    Zadzwonił Marzan uwięziony w magii sztormu na gottenhavskim bulwarze, w
    telefonie jego urywany głos w tle trzasków i wycia, nie usłyszałem prawie nic,
    tylko zachwyt.
    Jutro, najprawdopodobniej, w wieku niemal 33 lat, rozpocznę moją pierwszą w
    pełni legalną pracę. Wciąż nie wiem czy to tryumf, czy porażka, na razie czuję
    ulgę.
    W całym mieście hekatomba drzew. Liście, gałęzie i całe pnie. Niektóre leżące w
    poprzek ulic, tak, że wycięto tylko w nich przejazdy dla samochodów. Upadło
    kilku starych, liściastych przyjaciół. Wielka wierzba nad Radunią, koło Green
    Waya czy stare rosochate drzewsko za Samem w Brzeźnie. Muszę iść zobaczyć jak
    wygląda w środku park i popatrzeć, co morze wyrzuciło.
    Dziś był odcinek Hausa, w którym Wilson umył kubek. Od tego kubka i na tym
    kubku, miałby zaczynać się i kończyć teledysk, oparty na szkielecie „Cross”
    Withinów, na You Tube, który tłucze mi się po głowie.
    Okazało się, że Lady Pazurek ma wykłady z mademoiselle Milewską, o pszennych
    włosach za zgrabne pośladki i Francją w duszy. Poetka uczy ich o
    czasoprzestrzeni, rany! Powiedziałem Pazurkowatej by powiedziała jej, że mnie
    zna, choć jeśli się dobrze zastanowić to może nie jest najszczęśliwszy pomysł.
    Dobra, dosyć, szlus, muszę iść spać by jutro wstać o świcie i odkryć jak
    dojechać do mojej nowej pracy.

    Doszedł do wniosku, że w tym
    wypadku bohaterska głupota
    będzie lepsza niż logiczne
    tchórzostwo

    (Bunch)

    *

    Nie lubię brać psów na ręce.
    Zawsze się boję, że mi się
    ręka omsknie do tyłka.

    (Lennonka)

    Trochę u nas wieje. Wczoraj gdy wracałem przez ciemność do
    domu, mijany przez wirujące chmury listowia i pędzone wiatrem elementy budynków,
    u stóp upadła mi trzymetrowa gałązka z dorodnym ptasim gniazdem. Była tak
    blisko, że mokre liście zostawiły mi mazy na okularach. U sąsiadów za płotem
    runęła sosna. Morze wyrzuciło samotny kapok, a upiorne wycie wiatru pośród
    budynków sprawia wrażenie wręcz organiczne i z pewnością bardzo zirytowane.
    Wieje tak, że prawie widać jak powietrze strzępi się na zakrętach.
    Chmury pędzą i rozpadają się na kawałki, strugi deszczu rozbłyskują w nagłym
    słońcu, po chwili robi się ciemno jak w piekle. Światło migocze jak w jakiej
    transkontynentalnej dyskotece. Ludzie ukryci w betonowych transzejach mieszkań
    pozostawiają ulice potworom. Morze spienione w ostatecznym szaleństwie, wygląda
    jak mickiewiczowska dziewczyna w poszarpanej białej sukience, tańcząca transowo
    na rynku przeciwko ludzkim gustom i przyzwyczajeniom. Aż chce się żyć, aż chce
    się wyć i iść, iść, iść przed siebie do utraty sił. A potem, gdzieś daleko,
    opaść w jakimś wykrocie, na miękkie łoże z opadłych liści. Rozpalić niewielkie
    ognisko i pozwalać myślom biec bez celu, podczas gdy świat z rykiem przetacza
    się górą. Chyba mam już plan na dzisiejszy wieczór. Ktoś chce się
    przyłączyć? 
    Może znajdziemy pośród fal bursztyn wielkości dłoni, może piękną, pozieleniałą
    topielicę, która wyszepcze jakieś głębinowe tajemnice z tamtej strony. Może
    gwiazdy przesłonią skrzydła smoków północy, a może gdzieś daleko na horyzoncie
    dostrzeżemy odległe światła Winety, która wynurza się spośród fal tylko w tę
    jedną noc w roku. Kto wie, w takie noce warstwa rzeczywistości staje się
    cieńsza i wszystko staje się możliwe. 

    - Dochodzą do 80 kilo, łapiemy
    je na harpun.
    - Smaczne?
    - Najlepsze.
    - I pewnie one też w nas gustują?
    - Jesteśmy ich przysmakiem.
    - A nie dałoby się poszukać czegoś
    milszego i może… bezpieczniejszego?
    - Spoko, ja się zajmę harpunem.
    - A ja co, mam ci trzymać kapelusz?
    - Nie, ty będziesz przynętą

    (Bunch)

    *

    Człowiek strzela, Bóg
    kule nosi, a Loki zmienia
    ich trajektorie

    (Mortka)

    Granica parku, betonowy ogryzek spalonego mola, murek niżej
    plaża i morze roziskrzone światłem księżyca. W nocy to bardzo ciemne miejsce
    Brzeźna. W świetle księżyca wszystko skąpane w bladej poświacie. Morze
    spokojne, cisza. Wokół nieruchome postacie ludzi, którzy w milczeniu stoją i
    patrzą.
    Wyszedłem z cienia drzew i uderzyła we mnie ta scena. Tak cicho, tak
    nieruchomo, tak pięknie. Jak coś wprost ze stron „Ostatniego brzegu”. Ostatnia
    minuta ludzkości.
    Koryto wyżłobione przez płynącą wodę w piaskach pośród łąk Redy. Woda wiła się,
    rzeźbiła i układała. Całe dno zrudziałe od rdzy zasłane mniejszymi i większymi
    grudkami skorodowanego żelaza. Forsujemy je z Danem brodząc przez błota w
    kierunku nowo powstającego osiedla.
    Rolls Royce przed kościołem, ludzie rzucający monetami, dzieciaki rzucające się
    falami za brzęczącym deszczem. Smutny dworzec na końcu świata i wielkie, kręte
    przejście podziemne.
    Jest mi zimno. Zimno z głodu.
    Rozkopane podwórko. Sieć wykopów pod system nawadniający. Wyglądają jak okopy.
    Mam front za oknem. Pierwszą Wojnę Światową. Schodzę tam wieczorami, grzebię w
    sypkiej ziemi. Odnajduję zagubione zabawki i zapomniane łuski pocisków. Fraternizacja
    wszechświatów. Upiory wszystkich czasów łączcie się w poświacie księżyca. Czy
    przepuszczając tę ziemię pomiędzy palcami, przepuszczam też między nimi dawno
    wyschniętą krew? Nic nie przesłania nieba. Żaden Richthofen nie rzuca rękawicy.

    Odsłaniam firankę. Czekam. Czekam aż ciepło słońca zaleje mój pokój.

    Nie wzywaj Boga nadaremno.
    Naprawdę chcesz żeby cię
    usłyszał?

    (Mortka)

    *

    Nie nazywaj go świnią, proszę,
    mdli mnie na samą myśl, że
    miałbym zjeść mięso zwierzęcia
    tego samego gatunku co on.

    (Mortka)

    Wiatr nie ustawał w wysiłkach. Chmury mknęły po niebie jak
    szare torpedy, aż ostatecznie zniknęły za horyzontem, odsłaniając intensywnie
    błękitną kopułę nieba. Ziemię zalało złote światło słońca nadające wszystkiemu
    posmak dobrego wspomnienia.
    A ja muszę siedzieć w domu. Złapałem jakiegoś wrednego bakcyla. Nie mam
    lekarstw, żuję więc czosnek. Zapewniam, kto nie żuł czystego czosnku, ten
    jeszcze niczego nie przeżył. Wrażenie jest nie do opisania, nie wspominając już
    o soczystym ZAPACHU, który toruje miejsce w tłumie i zapewnia miejsca siedzące
    w tramwajach. Muszę rozważyć ewentualną możliwość wykorzystania go w czasie
    napadu na bank, tudzież siania terroru w Warszawskim metrze. Rano wpadłem do
    babki, zobaczyłem, że jej nie ma i poszedłem. Godzinę później przychodzi babka
    i mówi: ty chyba byłeś u mnie bo wszędzie jedzie czosnkiem… Ostatnio tyle
    wrażeń zapewniła mi szklaneczka jodu po Czarnobylu.
    Ojciec zainicjował kolejną ofensywę remontową w ogródku i właśnie zza okien
    dobiega mnie subtelny odgłos drzew owocowych wyrywanych z ziemi za pomocą
    samochodu. W niedzielę dostałem od starszych jakąś, podobno fenomenalną książkę
    o robieniu pieniędzy. W środku była dedykacja i jeden dolar na dobry
    początek… Może to chociaż jakiś historyczny dolar? Lecę sprawdzić. Cóż
    osobiście jestem zdania, że jeśli chodzi o początek jakiegoś sensownego
    inwestowania to 10 000 byłoby bardziej na miejscu.
    Szponiasta wpadła na pomysł, że rozliczne dowody wskazują jednoznacznie, że
    jestem misiołakiem. Odparłem, że to wyjaśnia czemu rano budzę się cały
    oblepiony miodem a policja wciąż poszukuje sprawcy, zagadkowych nocnych włamań.

    Ostatnie tajemnicze, a najprawdopodobniej związane z zamieszczeniem hausowego
    teledysku zwiększenie liczby wejść na bloga znacznie przyspieszyło termin
    imprezy z okazji moich pierwszych 100 000. Szykujcie się więc kruki i wrony.
    Nadchodzi czas dziobania.

    Wtedy, ponieważ nerwowość
    przebiega między gołębiami
    szybciej niż golas przez klasztor,
    z góry zaczął padać lepki deszcz

    (Pratchett)

    *

    - Co teraz robimy?
    - To do czego nas szkolono – czekamy
    - A nie domyślasz się na co?
    - Za diabła. Jestem tylko małą, cichą
    pieczarką, co rośnie w ciemności
    karmiona gównem i czeka aż ją zetną

    (Bunch)

    Wieje wiatr. Wiatr co wyszarpuje z kątów ostatnie strzępy
    lata i rozciąga w przestrzeni za mną mój płaszcz, niczym trzepoczące skórzaste
    skrzydła. Mam kieszenie pełne kasztanów i jeżozwierza w gardle. Tramwaje dudnią
    pośród nocy jak nadciągająca apokalipsa.
    Miodowy Ciechan w ciepłej ciasnocie herbaciarni. Rozmowy o byczej spermie w
    odżywkach do włosów i przeklętej czaszce, której studenci anatomii nie chcieli
    brać do domu bo generowała nieszczęścia. Hania otwierała swoje urodzinowe
    paczki i miziała się o swój dorodny łup. Naprzeciwko dziewczyna o intrygującym
    imieniu Olimpia, ładnym biuście i chłopaku, który pod milczenie mógł ukryć
    wszystko. Kudłata rozmawiała z kolesiem z czyjejś przeszłości a Dannonki
    przyniosły torcik wielkości dłoni z wystającą ze środka wielką petardą.
    Podzieliliśmy go po równo i w morderczym skupieniu zjedliśmy, starając się by
    nic nam nie uciekło spomiędzy palców. Obok zaś mój Szpon Bojowy próbował wbijać
    swoje atrybuty w me oskórzone ramie. Na szczęście Geheime Stad Polizei szyło
    solidne kostiumy swoim zaangażowanym pracownikom.
    Miejskie fontanny zamilkły. Ulice opustoszały. Nadchodzi czas mojego panowania,
    gdy przychodzi deszcz a ludzie odchodzą, kryjąc się za iluzorycznymi pancerzami
    firanek i zbierają się w stada w obrębie bezpiecznych kręgów światła. Czasem
    tylko, gdzieś na granicy mroku rozbłyśnie iskierka światła odbita od matowych
    soczewek. To ja przemykam przez noc, słuchając waszych opowieści. Mknę przed
    siebie w niekończącym się polowaniu na rzeczy ulotne i nieuchwytne.

    - Widzisz to pieprzone okno?
    - Jak nic. Strzelają z niego do mnie

    *


    • RSS