kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 11.2009

    - Wszyscy zawsze chcą być
    wampirami, a nikt wilkołakiem.
    - Bo wampir ma klasę, prezencję
    i styl, a wilkołak tylko problemy
    z higieną osobistą i masę
    wydatków na garderobę

    (Gdzieś w dymnych oparach Fortecznej)

    Śniło mi się, że jestem gigantyczny i za pomocą czołgu
    ściskanego w dłoni zbijam sobie tratwę przy przebyć ocean o wodach czerwonych
    jak krew. Myślałem o tym, że czołg nie jest lity w środku więc strasznie dudni
    i co jakiś czas muszę go wymieniać na nowy bo się odkształca. Sen natomiast nie
    wytłumaczył skąd wziąłem odpowiedniego rozmiaru deski i gwoździe.
    Jestem z lekka skacowany. Nieopodal pucha w poduszkę Lady Pazurek. Muzyka
    dudniła przez sufit jeszcze z pół nocy. Pewnie goście mieli obgadywanie, gdy
    wyszliśmy wcześniej, ale impreza wchodziła właśnie w fazę „rzęsistych
    misiaczków”, a jak dla mnie nie było tam zbyt wielu atrakcyjnych kandydatów do
    przytulania.
    Znowu nie poszedłem na „Lotny Instytut Jerofiejewa”, tym razem był blisko bo w
    Loggi Meiera w sercu Langfur. Literatura pośród brzęku szacownego szkła i
    przewaga jurnych, nietrzeźwych studentek. Demyt! Choć w sumie szykowałem się na
    niego na 27 tak jak było mówione wcześniej. Pod koniec tego tygodnia wyglądałem
    i czułem się jak żywy trup, wydzielałem też zapewne podobny zapach. Jakby
    jeszcze było mało nieszczęść i przelewających się oceanów krwi, Awaria śle mi
    zdjęcia z koncertu Rammsteina z Katowic.
    No nic, to już nie istnieje. Istnieje tylko teraźniejszość. Muszę to tylko
    jakoś udowodnić mojemu mózgowi rozciągniętemu w bezczasie. 90% rzeczy, które
    mnie niszczą jest w kiedy indziej. Z drugiej strony podobno czas to tylko
    iluzja stworzona przez nasze postrzeganie.
    Ostatnie trzy tygodnie były mordercze. Praca na dwa etaty od świtu do nocy.
    Czuję się zużyty jak Idea Równości i Braterstwa i stary jak coś kryjącego się
    od dawna na dnie lodówki. Teraz podobno będę miał wolniejsze dwa tygodnie, więc
    udam się na Miasto zobaczyć co się zmieniło gdy mnie nie było. Poza tym
    słyszałem, że jest ktoś kogo powinienem znaleźć i okaleczyć.

    Wiesz co potrafi zdziałać głos anioła.
    Pomyśl o szkodach jakie powoduje
    jego krzyk

    (Duncan)

    *

    Przewrót na skrzydło, opadam, dzikie nurkowanie. Ziemia
    rośnie, pęcznieje, nabiera masywności. Kontynenty, miast, drogi, źdźbła traw.
    Uderzam z impetem przesuwającym płyty tektoniczne, przebijam się z trzaskiem na
    wylot. Wystrzeliwuję w fontannie magmy i mknę dalej w ciemność. Ku gwiazdom.
    Nie słyszę żadnych krzyków. Wasz los jest mi obojętny.

    *

    Sukienka typu: mała – czarna,
    garderobiany odpowiednik
    broni termojądrowej.

    (Moore)

    Wraz z wieczorem przybył deszcz, i przeminął. Powietrze
    pełne wilgoci, wilgoć skrząca się na nawierzchniach ulic w świetle sodowych
    latarni. Nad tym wszystkim pochylony księżyc jak storpedowany, srebrzysty
    krążownik. Poczułem zew nocy, złapałem się za siaty z makulaturą i poczłapałem
    na osiedle.
    Za moim domem remontują blok. Stoi cały spowity w siatki i rusztowania.
    Spojrzałem na to obiecujące zjawisko od kontenera z surowcami wtórnymi i ogień
    inspiracji zapłonął w komorach spalania mego mózgu. Chyba nie muszę dodawać, że
    kolejne półtorej godziny spędziłem upojnie skradając się po rusztowaniach i
    zaglądając ludziom do mieszkań.
    Niesamowite! Kiedyś napiszę monstrualne tomiszcze o tym co się dzieje za tymi
    szybami.
    A tak poza tym gdy zjeżdżałem dziś ku Langfur dorwali mnie kanarzy. Siedziałem
    sobie grzecznie jak dobrze wychowany potwór z tyłu autobusu, gdzie zresztą
    kontrola ujawniła całą bandę podobnych mi stworów. Wszyscy oprócz mnie mieli
    dokumenty. Zachowując w sumie pogodną obojętność, pojechałem więc otoczony
    wianuszkiem barczystych panów do dworca, gdzie zresztą zmierzałem i poczekałem
    w autobusie z eskortą na radiowóz, który nie przyjechał. Autobus musiał zaraz
    ruszać, komando nie mogło zweryfikować moich danych, stwierdzili więc tylko:
    Jest pan wolny, i poszli. A ja jak bohater Prosiaka – Bliksa miałem ochotę biec
    przez dworzec krzycząc: Jestem wolny! Wolny!!!
    W domu trafiłem na babkę z gorejącym płomieniem fanatyzmu w oczach i rękoma po
    łokcie unurzane w farbie olejnej w barwie Stare Złoto. Okazało się, że coś ją
    natchnęło (Pewnie sam dręczony chlupoczącą miesiączką Belzebub) do pomalowania
    wszystkich rur i rurek wystających ze ścian w jej mieszkaniu. Są ich
    dziesiątki. Pojawiały się wraz z rozwojem technologicznym domu i zapewne połowa
    jest zupełnie niepotrzebna. Tyle, że nikt nie wie która… Enywej babka
    postanowiła je wszystkie ujednolicić kolorystycznie, ale jak odkryła nie
    wszędzie była w stanie sięgnąć. Cóż jestem oczywiście wyższy, ale też i
    szerszy, kolejne pół godziny spędziłem więc ekscytująco wciśnięty za kibel,
    lodówkę i zestaw otłuszczonych szafek kuchennych.  
    Jutro jedziemy ze Stasiem do Redy wyczyścić klatkę. Witaj kwasie, żegnajcie
    opuszki. Szef ma przyjechać po mnie pod sam dom, więc pełen wersal. Będę mógł
    jak prawdziwy burżuj pospać do wpół do szóstej.

    Wpadam do domu, patrzę, a żona
    leży naga w łóżku z obcym facetem,
    a oczy u nich jakieś takie chytre.
    Rzucam się do komputera, i
    faktycznie, zmienili hasło…

    (CKM)

    *

    Detektyw – A więc szkodzi ci woda święcona?
    Wampir – Owszem, jeśli więc jest pan agnostykiem
    tudzież ateistą to radzę panu jeszcze przemyśleć to
    stanowisko

    Zachodzące słońce. Wzgórza. Światło przelewa się nad nimi tworzączłote smugi. W dole pośród budynków błękitny cień. Miasto pogrążone w spokojusobotniego popołudnia oczekuje na wieczór. Z góry zaś zakrywa ten naszocieniony, błękitny świat złoty, przejrzysty tiul blasku, pełen wirującychjasnych drobinek.
    Widzę jak w dali z dworca w Olivie wyruszają w świat pociągi. Popołudnie nabudowie, nie ma już nikogo oprócz nas rozrzuconych po piętrach. W dolewynurzający się z ziemi kolejny budynek, strop czekający na zalanie betonem.Niesamowita plecionka drutów zbrojeniowych jak obnażony, żelazny mięsień Ziemi.
    Mają tu takie Okna Samobójcze, od podłogi do sufitu. Podejrzewam, że w bliżejnieokreślonej przyszłości ktoś zainstaluje w nich barierki. Tymczasem jednakjeśli powiedzmy ktoś znajdzie się tu w wyjątkowo złym momencie życia, to możeprzekręcić klamkę (jeśli jakąś cholerę znajdzie) i wyjść sobie na powietrze…dosłownie.
    W zeszłym tygodniu nie chciało mi się wlec pod Pomnik. Nikogo miało nie być.Dannonki  kolektywnie zagrypione,Szponiasta czytająca jakieś artykuły i pogoda do dupy. Po dwunastej telefon, żepod pomnikiem wylądował Kerry auf Krakau z samą Yoru Rudą Wiedźmą. Pięć minutpóźniej telefon od Aube przybyłej wprost z Wawy, że szuka nas właśnie wHerbaciarni. Co było robić, wykonałem jeszcze parę telefonów i zaprosiłem stadodo siebie na tanie wino.
    Było naprawdę świetnie. To jednak prawda, że spontaniczne spotkania i akcje sąnajlepsze. Mózg nie ma czasu ich oswoić i potworzyć scenariuszy.
    Miałem dziś zadzwonić do Yoru, żeby ją ściągnąć na Spotkanie, ale nie robiętego. Pozwalam płynąć godzinom aż będzie za późno.
    Wystarczy. Idę na dół do super tajnej skrytki babki żeby zaiwanić trochęziemniaków, dla rodziców. Taki ze mnie dobry syn.

    …trzeba przyznać, że na kremację
    decydują się ludzie urodzeni już
    po wojnie. Wcześniejszemu
    pokoleniu kojarzy się ono
    koszmarnie.

    (wywiad z przedsiębiorcą pogrzebowym)

    *

    Lubię to lepkie uczucie
    gdy cudza krew zasycha
    mi na kostkach palców

    (Średni Brat 3szklaneczek)

    Byliśmy na 2012. Jeżeli widzieliście już masę filmów o końcu
    świata i sądzicie, że nic was już nie jest w stanie zaskoczyć to się mylicie.
    Ostatnio walczymy dzielnie w kończonym właśnie bloku w Oliwie. Blok stoi tuż
    obok fabryki czekolady i chyba nawet samo powietrze jest kaloryczne. Czuć nawet
    jaką czekoladę robią tego dnia, mleczną czy z nadzieniem, jakim. Gdy otwieramy
    okna z odpowiedniej strony to pracujemy permanentnie uśmiechnięci.
    Wczoraj spotkałem się z Marzanem aby dowiedzieć czemu straszy mnie po nocach
    moją możliwą nominacją do Nike. Gnając na Oliwską Pętlę podobno omal nie
    zadeptałem Dehnela drepczącego z nieodłączną laseczką w ręku. Podobno chce
    założyć knajpoklub literacki nach Langfur. Niech zakłada, jak będzie gotowe
    wjadę mu tam z dresiarskim oberkomando.
    Z Marzanem konwersacje zaczęliśmy w Barze Przy Pętli. Zapachniało Mrokiem.
    Pomalowana na pomarańczowo buda rodem z kwitnących lat 70 zeszłego wieku.
    Prawdziwa mordownia wypełniona dość szczelnie ponurymi panami w wieku bardzo
    średnim i ekstraktywną dymnopiwną zawiesiną w powietrzu. Poprosiliśmy o słynne
    miejscowe szaszłyki. Gość wyjął długie rożno i kazał pokazać ile mięcha i
    różnych zachęcających fafkulców ściągnąć. Do tego po piwku. Mieliśmy jechać
    potem Do Biblos Głównos na spotkanie z polskimi dziennikarzami grasującymi na
    co dzień pośród dzikich wejstlesów Rasyji. W celu czekania na kolejkę udaliśmy się
    do Trolla, który jest akurat nieopodal torów. W trakcie absorpcji płynów,
    podskakujących w takt podkręconych basów, doszliśmy do wniosku, że w naszej
    operacji podboju literackiego świata, w trakcie to którego zmurszałe autorytety
    będą trzaskać niczym gałązki pod podkutymi podeszwami moich trampków marki
    Vans, będą mi potrzebne pomoce w postaci „Listonosza” Bukowskiego i „Czarnej
    Matki” Stamma. Położyliśmy więc już z lekka chwiejąc się, szeroko pojętą laskę
    na rosyjskojęzycznych dziennikarzach i udaliśmy się kolejką w kierunku
    przeciwnym a mianowicie gotenhavskiej pakamery M. Zanim tam dotarliśmy
    przemknęliśmy jeszcze przez opustoszałe, małomiasteczkowe centrum Gottenhaven
    by wpaść do knajpy, w której udzielają się stoczniowcy. Mrok się skoncentrował
    do materialnej formy, przeciekającej przez palce. Grzmiące echem podwórka
    pokryte dachem, w kiblu na śmierć wystraszyła mnie zmumifikowana babcia
    klozetowa.
    Na koniec zapadliśmy „U Jurasa”, gdzie na ścianach wiszą szaliki i stare mapy,
    na wielkim tv wykrzywia usta w uśmiechu Lady Gaga. I tu kumulował się kwiat
    miejscowego wieku średniego. Popatrzyli na nas trochę kątem oka od swojej
    wyspy. Potem zostaliśmy najwyraźniej uznani za swoich bo barman w dresie
    postawił przed nami paluszki w porcelanowej, poobtłukiwanej głowie murzyna.
    Chłopaki zdjęli ze ściany gitarę i pośpiewali, pośpiewaliśmy z nimi. Pierwszy
    raz chyba słyszałem wykonanie Chopina na gitarę.
    Od M zabrałem też wiersze zebrane Wencla, skoro już pracuję w Matarni o rzut
    granatem od jego ogrodu to mogę zapoznać się z poetyckim genius loci okolicy.

    - A ty co byś chciał na urodziny?
    - Eksplozję

    *

    Cisi posiądą ziemię,
    są zbyt nieśmiali
    żeby odmówić

    Mucho, mucho ciężkiej roboty. Powroty w ciemności w
    usypiającym rytmie silnika. Dwie rzeki światła żółta i czerwona, składające się
    z setek diodowych świetlików, wiją się pośród wzgórz, znikają nagle za stokami,
    lub pną się niespodziewanie pod samo niebo. Oddychamy kurzem, obmywamy ręce w
    płynie do mycia szyb.
    W piątek niebo pękło i wychynęło jesienne słońce w pełni swej termojądrowej
    glorii. Wisiałem akurat na kolejnej ścianie wysoko, wysoko jak budowlany pirat
    przyssany do anteny korsarskiego budynku w stanie półsurowym, wypełnionego
    pracującymi na czarno grabieżcami kasy znienawidzonego ZUSu i wypełniającymi
    swą gorączkową działalnością przyjazny półmrok szarej strefy. Światło spadło
    poprzez mgły. Z oparu wynurzyły się dachy, wzgórza, lasy, dalej niczym
    grzbietowa płetwa wychynęła strzelista wieża kościoła. Było naprawdę pięknie.
    W środę byłem pierwszy raz w życiu na chrzcinach i pierwszy raz jadłem Rogale
    Świętomarcińskie. Chrzciny były w grassowskim Sercu Jezusowym na Czarnej,
    przeszedłem się więc kawałek wzdłuż nasypu by popatrzeć na ten budyneczek nad
    torami, który Meier penetrował brodząc po kostki w wyschniętych ptasich kupach.
    Podobno są tylko takie dwa na świecie. Drugi jest gdzieś w Austrii.
    Dziś w końcu pospałem, choć parę razy otarłem się o granicę jawy, dziwiąc się,
    że już zapewne po wpół do piątej a budzik wciąż nie dzwoni. Rano spaliłem sobie
    grzanki na śniadanie. Były ze wszystkiego co znalazłem i to na razie koniec
    jedzenia na jakiś czas. Spodziewałem się kasy w piątek, ale roboty nie widać
    końca, a nie mam czasu za bardzo by sobie dorobić.
    Dziś poszedłem na północ. Wystawiłem wraży łeb na plażę. Mgła. Morze w kolorze
    mgły. Plaża wyglądała jakby była końcem wszystkiego i czegokolwiek. Na krętej
    linii brzegowej ciemne sylwetki ludzi, rozrzuconych to tu to tam. Landszaft z
    końca świata. Pocztówka z zaświatów. 

    Strzelec! – Zawołała królowa. U jej boku
    natychmiast zmaterializował się angielski
    żołnierz z muszkietem – odstrasz go – roz-
    kazała wskazując na śmigłowiec FBI –
    Wyceluj w niego działo i zagroź zniszczeniem
    jeśli nie poda identyfikacji. Używaj długich
    słów, mów złożonymi zdaniami i udawaj, że
    nie słyszysz odpowiedzi.
    - Czy mam faktycznie otworzyć ogień, Wasza
    Wysokość?
    - Nie, ale wszystkie znaki mają na to wskazywać.
    Później będziemy twierdzić, że wyglądał nam
    na Irlandzki.

    (Ruff)

    *

    - Czy był tam Bóg?
    - Tak, ale po ich stronie

    (Edelman)

    91 zdaje się lat temu wolność przyjechała pociągiem.
    Komendant miał gorączkę i bolało go gardło, odmówił więc jazdy karetą i
    pojechał samochodem jednego z notabli. Po załatwieniu spraw oficjalnych położył
    się wcześnie spać, ale po północy obudziła go delegacja dowództwa niemieckiego
    wojska, by przyjął ich poddanie i by mogli wreszcie wrócić do domu. Rano nad
    Warszawą powiewały pierwsze polskie flagi. Ten dzień był podobno równie szary i
    dżdżysty jak ten dzisiejszy.
    A my w dalekiej Redzie z pobudowlanego pyłu i strzępków taśm tworzymy dla ludzi
    nowe mieszkania. Wczoraj był nieoficjalny konkurs firm, o którym zresztą nie
    mieliśmy pojęcia. Na drugiej klatce wylądowały cztery panie. Byliśmy tam po
    jedenastej, bo ja przecież jadę tam z pierwszej roboty, każdy z nas przygotował
    praktycznie po mieszkaniu. Mi trafił się podwójny kolos i została jeszcze część
    okien do umycia, a okienka są tam śliczne od ziemi do sufitu i często potrójne.
    W każdym razie gdy kończyliśmy w lekkich oparach poczucia porażki i
    pozbawionych prądu ciemnościach, okazało się, że czterem paniom w czasie
    dłuższym o 4h udało się posprzątać kolektywnie jedno mieszkanie. Rządzimy!
    Wstrząsamy! Wymiatamy! Żądamy nominacji do Złotego Mopa. Nie to żebym był
    przeciw równouprawnieniu, jestem jak najbardziej za, by kobiety mogły tyrać tak
    jak mężczyźni, a tym samym jestem absolutnie przeciw uwłaczającym kobietom
    przywilejom jakich żądają dla nich feministki.
    Narożne okna nie otwierają się, są za nimi niziutkie bariereczki, ale gdy chce
    się to cholerstwo umyć to praktycznie trzeba wyjść na parapet i bujać się na
    ścianie. Takoż właśnie trwałem w pozycji wygiętej a widowiskowej, ze szmatką w
    jednej ręce, zdzierając nożykiem tynk z szyby drugą a czubkiem nogi
    podtrzymując pełne wody wiadro. Z dołu dochodziły mnie strzępki rozmów
    rozbawionych budowlańców, zakładających się czy spadnę, a stojących tak by dać
    mi ewentualnie czyste miejsce do lądowania. I wtedy właśnie zadzwonił telefon.
    No nic przeprowadziłem szybką a chaotyczną operację logistyczną, odbieram a tam
    matka: Zamawiałeś pizzę? Przez chwilę mój umęczony umysł ogarnęła fala
    najczystszego surrealizmu. Na szczęście kolejny powiew wiatru z dołu obudził
    mnie, bo diabli wiedzą czy nie zapragnąłbym nagle wznieść się do lotu z wiadrem
    w zębach i nożykiem do zdrapywania obłoków w ręce.
    Na działkach w Brzeźnie ktoś obwiesił starą, pozbawioną liści jabłoń wielkimi
    sklepowymi jabłkami. Są naprawdę wielkie i czerwone. Zdaje się, że ta jesień
    niesie ze sobą jakieś prątki szaleństwa.

    Jak powiadają „Dobra kobieta warta
    jest rubinów”, zatem umiejętnie zła
    mogłaby by być warta znacznie
    więcej

    *

    - Chodź pokażę ci mojego nowego Fokkera
    - Fokę?
    - Fokkera
    - Pana Fokę???

    (My)

    Jakże szary jest ten poranek. Szary jak podszewka żebraczego
    płaszcza, tylko mniej śmierdzi zjełczałym serem. Mam klasyczną chrypkę. Szkoda,
    że nie mogę mieć takiego głosu cały czas. To akurat ta częstotliwość, która
    jeży dziewczynom włoski na karku i wprawia je w ten typ rezonansu, przy którym
    stringi same z siebie zaczynają się zsuwać i zatrzymują się dopiero w okolicy
    kolan.
    Wczorajszy dzień przebiegłem. Rano sprzątałem babcine przyległości pełne
    zdziczałych lokatorów. Uparła się żebym mopem przeleciał kotłownię i poszła.
    Trochę ucichło, patrzę a tu otwierają się drzwi i Student przemyka na golasa do
    kotłowni i usytuowanego tam prysznica. Już chciałem za nim krzyknąć żeby chwilę
    zaczekał, gdy z pokoju wychynęła równie naga lasia, maleństwo o klasycznej
    linii i kształtnym, ciężkim biuście przelewającym się leniwie z boku na bok w
    takt jej kocich ruchów… Cóż było robić, oparłem się w miejscu z najlepszym
    widokiem i poczekałem aż będą wracać…
    Potem byliśmy na wystawie japońszczyzny koło Pałacu Opatów. Były to głównie
    kimona, choć trafił się sprzęt do herbacianej ceremonii. Potem pohasaliśmy
    jeszcze pośród stałej wystawy Kaszubskiej, ekscytując się perełkami typu:
    końskie buty czy młynek do kaszy.
    W domu zaproszono mnie na obiad. Matka podawała na tak totalnym kacu połączonym
    z grypą, że te cholerne polędwiczki paliły mnie w zęby. 
    Wieczorem lądowaliśmy u Krzyśków, w choinkowej scenerii rozświetlonej rafinerii
    spinającej oba horyzonty. Okazało się, że wszyscy przynieśli wino a i
    gospodarze przygotowali zapas bliżej nieokreślonej ilości butelek. Tak więc w
    jakiś czas później, zagryzając pizzą i skacząc po programach muzycznych, mniej
    lub bardziej wstawieni bawiliśmy się w tą grę co to się wyciąga klocki z dołu
    kładzie na górze, aż wszystko się rozleci. Oczywiście trzęsienie stołem, czy
    rzucanie korkami było zwykłą strategią w naszej wersji gry. Osobiście uważam,
    że powinno być dwa razy więcej klocków, żeby dało się ustawić jeszcze jedną
    wierzę, nazwalibyśmy to wtedy World Trade
    Center i z powodzeniem sprzedalibyśmy Islamistom.
    Jutro zaczyna się piekielny tydzień pracy na trzy etaty. Obejrzałem sobie mój
    osobisty grafik i z radością stwierdziłem, że gdzieś w okolicach środy znajdzie
    się trochę czasu na sen… Będę spał! Spał!!! Może nawet coś zjem!

    - Kochanie, czego ci brakuje w naszym seksie?
    - Karoliny…

    (Krzysiu)

    *

    - Ja pierdolę, Kiszczu wyłącz tę muzykę!
    - A gówno! Jesteś u mnie, cierp po mojemu

    Avatarro na uczelni rozmnaża na drożdżowych pożywkach muszki
    owocówki. Gdy złożą jajeczka to rodziców wywalają za okno na mróz i oglądają
    mutacje potomstwa. Avatar jak to Avatar zainteresowała się dlaczego muszek
    owocówek nie rozmnażają na owocach. W odpowiedzi usłyszała, że okazało się to
    nieekonomiczne bo studenci wyżerali owoce.
    Trzecią dobę non stop słucham w kółko „Pokój na jedną noc” The Cuts. Cieszy
    mnie to jak dziecko, w barwie i treści przebrzmiewa coś prastarej Budki Suflera
    i przedpotopowego Dżemu w stylu techno. Do tego całość wymyka się jakoś
    pamięci, i słowa i melodia. Mogę słuchać tego w nieskończoność.
    W nocy spadł pierwszy śnieg. W umowie mam też odśnieżanie, więc przed szóstą
    pojawił się u mnie szef w swoim granatowym bolidzie i pomknęliśmy na górny
    taras by poprzerzucać tę mleczną breję. Kurna Olek tam nie ma po prostu
    chodników, tylko rozległe brukowane place pośród bloków. Pieprzony koszmar. Jak
    zacznie padać na poważnie będę chyba musiał sobie zainstalować jakieś gąsienice
    i stalową łychę z przodu.
    Oczywiście teraz po śniegu nie ma już śladu. Ociepliło się też znacznie po w
    porównaniu z ostatnim mrożącym płyn czaszkowo – mózgowy wygwizdowem.
    Po Sebie i reszcie wesołych morderców też nie ma jakoś nigdzie śladu. Siostra
    Pasiewniaka na moje zaniepokojone pytanie (zawsze się niepokoję jak są a ich
    nie ma. Wtedy może zdarzyć się wszystko, a co najgorsze, może się to wszystko
    zdarzyć niespodziewanie, podróż z dwoma promilami we krwi do wnętrza ziemi
    kanalizacją, albo krótki, nocny wypad na teren rafinerii by pobawić się w berka
    z ochroną, już widzę jak któremuś dewiantowi pośród monstrualnych zbiorników
    etyliny gaśnie latarka i postanawia przyświecić sobie zapalniczką…)
    odpowiedziała, że któremuś latem uwidziało się, że widział pod wodą starą
    torpedę i poszli wszyscy ją wyciągnąć… Co oni do Jasnej Anielki palili? Z
    drugiej strony diabli wiedzą czy nie usłyszę dziś, gdzieś pośród nocnej ciszy,
    głuchego odgłosu toczenia po betonie czegoś ciężkiego i niepokojąco
    pordzewiałego. Seba miewa takie falliczne odchylenia.




    *

    Odchodzi piątek. Księżyc mi świeci w kuchni. Jest tak jasny
    i uporczywie intensywny, że wydaje się jakby wszystkie płaskie powierzchnie
    były z lodu, mleczne i lekko szkliste, ze światłem w środku. Zabrałem ostatnio
    Szponiastą specjalnie na plażę by zobaczyła swój księżycowy cień. Wszak znać
    swój księżycowy cień to obowiązek każdego kota.
    Przemija niedziela. Księżyc dziś jest taki jasny. Morze spokojne jak lustro, na
    popielatej emalii ciemniejącego powoli nieba porozmazywane na wszystkie strony
    smugi obłoków. Dzień Wszystkich Zmarłych i tych co przekroczyli tak daleko
    siebie, że otrzymali koncesję na świętość i abonament na aureolę.
    Jest cicho, w parku, na plaży, pomiędzy blokami. Pusto i spokojnie. Lubię te
    chwile, gdy mogłoby się wydawać, że wszyscy nie żyjecie a cały świat należy do
    mnie. Wzrok sięga daleko, widać migotanie Zitałersów i dźwigów odległego
    Gottenhaven. Opowiadają im migoczące pośród piasku plaży kolorowe znicze. Nad
    świat nadchodzi noc. Podobno gdzieś tam za morzem Marzan w swym mieszkaniu
    pełnym papieru, tworzy nową armię by uderzyć niczym fala o zbocza Parnasu. To
    takie miejsce, gdzie przy pomocy barwionego etylenu rafinuje się sztukę. Na
    cmentarzu widziałem dziewczynę w turkusowych stringach myjącą grób.
    Kończy się poniedziałek. Rano rozbijałem się pośród lodowatego wiatru po
    Krainie Dziwnych Klatek. Coraz więcej ludzi mówi mi tu „dzień dobry” i coraz
    mniej psów szczeka na mnie przez drzwi. Gnając około południa do drugiej roboty
    natknąłem się na Hanię, w tej jej długiej kurteczce typu paróweczka. Szła do
    lekarza, bo chyba załapała coś, od swojej Zdobyczy. Z głuchym kłapnięciem
    ugryzłem się w ozór zanim wymknęło mi się „Rzeżączka?”. Na budowie pierwszy raz
    w życiu widziałem jak ktoś innego ktosia usiłuje utopić żywcem w betonie.
    Pamiętajcie, w każdym człowieku tkwi dobro, zawsze należy liczyć na pomoc
    bliźniego, na poryw ludzkiej solidarności, wyciągniętą rękę… zawsze należy
    też przygotować sobie drogę ucieczki, a najlepiej dwie. Koleś ryczał jak ranny
    łoś w dziurze, po pas w rzadkim betonie, a my staliśmy nad nim w pięciu rycząc
    ze śmiechu i pokazując go sobie palcami. Dobrze, że się skończył beton, bo
    pewnie zanim byśmy się uspokoili po typie zostało by parę bąbelków na mętnej
    powierzchni.
    Potem odwiedziłem Ciapkozaura pośród kanciastych wież Niedźwiednika.
    Naładowałem plecak papierzyskami, pożarłem zupę ogórkową i kryzysówki i
    obejrzałem na kompie jak lata kosiarka. Na dół zszedłem przez nocny las pełen
    powalonych drzew. Liście przykryły ścieżki a plamy księżycowego blasku
    wydobywały spośród mroku niespodziewane kształty. Każdy cholerny krok był
    przygodą.
    Po drodze napadłem Awarię by wysłuchać najnowszego Rammsteina i obejrzeć
    kilkaset zdjęć.
    Na łąkach za szpitalem jakiś typ wyprowadzał czwórkę rosłych bokserów. Radośnie
    rzucił piłeczką przez ciemność trafiając mnie w dołek, z pięć centów nad tym co
    lubią ciągnąć Igory. Potem zaś ciemność ożyła i znikąd pojawiły się rotujące
    girlandy śliny i prychającej serdeczności.
    Gdy ostatecznie dowlokłem się do domu i usiadłem z głuchym westchnieniem nad
    herbatą, za oknem zaryczał mi Seba, który jak każdy prawdziwy marynarz,
    organicznie nie może znieść towarzystwa tych wszystkich, wstrętnych pieniędzy i
    trzeci tydzień jest zajęty uporczywym wydawaniem pensji. Usłyszałem więc z
    mroku płaczliwe wyznanie, że już go nie kocham i nie cenię i nie chcę
    przychodzić i w ogóle, zły jakiś jestem i o! No to poszedłem.
    Najwyraźniej pamiętam, oczywiście poza wyczynowym rzucaniem beretem w świecznik
    oraz gry w butelkę, która miała wykazać kto przybije sobie gwoździem
    półtorakiem dłoń do blatu, konkurs na odśpiewanie kawałka z ulubionego
    musicalu. Ja zdaje się z pomocą mojej słowiańsko – brzeźnieńskiej
    angielszczyzny wycharczałem rewolucyjną rotę wzywającą lud Paryża na barykady z
    „Nędzników”:

    Du ju hir
    de pipel sing
    sinning song of angry men
    mmlalala pipel hu wil newer slejw egejn
    lala biting of jor hart, rara biting of we dram
    coś tam cam dej łen tumoroł kam
    itd.

    I wreszcie, ostatecznie nadszedł wtorek. Ocknąłem się na
    kanapie w domu Mikado, przytłoczony jędrną a obfitą, damską piersią, spętany
    gładkim kobiecym ramieniem i lśniącymi, rudymi lokami wypełniającymi mi
    szczelnie nozdrza, jamę ustną i zdaje się intymnie oplatającymi migdałki.
    Później miałem się dowiedzieć, że to żona kumpla, do tego w ciąży, więc
    technicznie rzecz ujmując na kanapie była nas trójka. Sam nie wiem czy cieszyć
    się, czy rozpłakać, niegdyś taką sytuację zapewne bym praktycznie wykorzystał,
    żeby nie powiedzieć namacalnie. Okolicę zaściełały ciała i butelki, po których,
    nie specjalnie delikatnie wytoczyłem się na zewnątrz by powitać nowy, wspaniały
    dzień i światło wypalające na wylot udręczone spojówki. Po robocie mam iść
    pomalować kobiecie ciasny, nieprzewiewny korytarz farbą olejną, a wieczorem
    ląduję na filmach u sióstr… Dziś znów wzejdzie księżyc. Czuję już nagły
    przypływ krwi. Help me! S.O.S…

    *


    • RSS