kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 12.2009

    Ja tam jestem ciekawy jakie
    miny będą mieli ci archeolodzy,
    którzy za 10 000 lat wykopią
    te dwie bomby wodorowe,
    które amerykanie zgubili
    na Grenlandii

    W dwa dni po tym jak mój telefon oddał krew zgłasza się do
    mnie Plus z nową ofertą i nowym telefonem za złotówkę. Albo więc mamy do
    czynienia z częstą w moim przypadku Mechaniką Przypadku albo Plus instaluje w
    swoich telefonach małe bombki z zapalnikiem czasowym. Ostatecznie może to być
    też ktoś, kto pragnie mojego numeru dowodu by móc kupić sobie na mój rachunek
    coś bardzo drogiego, tudzież ekstrawaganckiego, np: 25 czołgów AMX, wyspę na
    Pacyfiku albo dwa kilo ukraińskich materiałów rozszczepialnych zawiniętych w
    gazetę.
    Dziś idziemy na Avatara. Hura! Hura!, tyle, że znowu wstałem razem ze śniegiem
    o 4 rano i naprawdę nie wiem czy nie urozmaicę seansu melodyjnym chrapaniem.
    Ciepło, ciemno, bebzun pełen nachos i coli, odgłosy eksplozji kołyszące do
    snu…
    Ostatnio napruci wpadliśmy stadnie do Zieleni i próbowaliśmy zamówić dla
    naszego kolegi, co to niby zszedł z powodu pijaństwa, pogrzeb, w czasie którego
    trumna pojedzie na tylnym pancerzu czołgu… Zgadnijcie kto był pomysłodawcą…
    Pan, mimo że bardzo miły i pomocny odmówił, nawet wtedy gdy zaoferowaliśmy się
    załatwić czołg.
    Borys za to obnosi się ostatnio z górnym odnóżem grubo zagipsowanym bo
    wyprowadził jakiegoś dresa na spacer przez tylne okno tramwaju, gdy ten wyraził
    niepochlebną opinię o rozlicznych a fantazyjnie rozmieszczonych kolczykach jego
    żony. Może to i dobrze, gdyby to Dziunia zdążyła go dopaść to w prosektorium
    mieliby niezły zgryz jak taki wielki facet mógł zostać wciągnięty przez
    kosiarkę… Ten, tego, po przemyśleniu tego co przed chwilą napisałem, może w
    najbliższym czasie nie powinienem jeździć tramwajem. A już na pewno nie z tyłu.

    Z sensacyjnych informacji dodam jeszcze osobisty akcent. Wczoraj w pracy, w
    kieszeni bluzy roboczej, która zwykle grzeje się w zamkniętej za grubymi,
    stalowymi drzwiami kotłowni, drzwiami od piwnicy oraz zamykanymi na domofon
    drzwiami od klatki, odkryłem koronkowy biustonosz. Albo więc mam tu gdzieś
    zdesperowane fanki wyposażone w zestaw wytrychów, albo nie jestem jedynym
    użytkownikiem tej bluzy. Sam już nie wiem co jest bardziej przerażające.

    Szanse na awans do piłkarskich
    mistrzostw świata w RPA ciągle
    są. Wystarczy, że Czesi napadną,
    podbiją i anektują Słowację, a
    Irlandia się zjednoczy.

    (CKM)

    *

    - Ich chodnik jest czystszy.
    - Ta, ale oni mają po swojej
    stronie rurę ciepłowniczą

    Gdy temperatura podniosła się do minus osiem stwierdziłem z
    zachwytem: Jak cieplutko. Teraz mamy z plus pięć i chodzę w płaszczu narzuconym
    na koszulę ciesząc się powiewem tropików. Zawsze chciałem zostać Morsem, ale
    moja stalowa siła woli rdzewieje i kruszy się za każdym razem, gdy wprost z
    ciepłego łóżka mam wejść pod zimny prysznic. Ja wiem, że odporność wzrasta od
    tego o 40%, ja wiem, że to cholernie zdrowe, ależ jakież to potworne.
    Lady Pazurek wie jak uszczęśliwić prawdziwego mężczyznę. Oprócz najnowszej
    Honor Harrington przyniosła mi sześciopak Snikersów. Aktualnie jestem zajęty
    żuciem.
    A tak poza tym? Cóż, gdy Bóg postanowił doświadczyć ludzkość zesłał na nią
    Święta Bożego Narodzenia. Trzy tygodnie biegania z ozorem na wierzchu kończące
    się kipiącym koncertem nienawiści. Szkoda, że nie słyszeliście mojej wymiany
    zdań ze starszym na temat lampek choinkowych, które instalowałem stojąc na
    czubku 2,5 metrowej drabiny, przemieszczającej się powoli acz zauważalnie po
    oblodzonym bruku. Chociaż jeśli czyta to jakiś mój sąsiad to zapewne słyszał,
    słyszeli to chyba nawet Szwedzi po drugiej stronie Bajorka.   
    Szef za to śmiertelnie mnie zaskoczył premią, oprócz kasy dostałem karnety na
    fitness, saunę i na kursy walki, zastanawiam się czy nie próbował mi w ten
    sposób coś powiedzieć.

    - Te lampki są strasznie drogie.
    Stówa za sznur. Ledowe!!!
    - Nie ważne czy są ledowe czy
    laserowe, jeśli są chińskie to
    są jednoroczne!

    *

    - A ty to kto niby grubasie?!
    - Jaaa? Ja jestem złowrogim
    pluszowym misiem, który
    zaraz ci przykurwi…

    (ustalanie hierarchii gdzieś w Mroku)

    Po ziemi suną powoli cienie niewidzialnych płatków kwiatów
    wiśni. Siedzisz pośród nich, ciemne włosy przesłaniają ci twarz. Nagle unosisz
    ją, patrzysz na mnie i mówisz „Always”.
    A ja nawet nie pamiętam twojego imienia, słyszałem tylko kiedyś, że spaliłaś
    się na jakimś autobahnie.
    Budzę się z ciepłych snów. Budzę się i jest mi zimno. Zimno w łóżku, zimno w
    mieszkaniu. Zimno gdy idę przez budzące się powoli miasto i czekam pośród
    rozpełzających się z głuchym warkotem kostropatych cielsk autobusów. Tylko w
    pracy jest mi ciepło bo kanciapę mam w kotłowni i z dzikim piskiem radości mogę
    namiętnie przylgnąć do bojlera +75 stopni i przez chwilę, póki nie zacznę
    dymić, czuć jak lód topnieje mi w kościach.
    Dziś podgrzewałem się w mieszkaniu za pomocą kuchenki. Przestałem, gdy oddech
    stał mi się zastanawiająco płytki i zrobiłem się dziwnie senny. Królestwo za
    kominek!
    Moja ostatnia notka wywabiła nawet Stworka spod jakiegoś oślizgłego kamienia, a
    już myślałem, że o nas zapomniała.
    Z prezentów zostało mi jeszcze do zdobycia tylko coś dla babki. Mam wrażenie,
    że będzie to pluszowe, miękkie, zwinięte w kłębek i upstrzone małymi czarnymi
    plamkami na białym tle.

    Dziś dzięki Internetowi powstaje
    więcej dzieł sztuki niż kiedy-
    kolwiek w historii świata

    (Chris Anderson)

    *

    wysłane z tu dedykejtyt
    tu wszyscy którzy sobie
    nazbierali

    Ostatnio wraz z naszą przenośną lożą szyderców
    zastanawialiśmy się nad fenomenem popularności co niektórych blogów. Doszliśmy
    do budującego wniosku, że notki na popularnym blogu powinny być krótkie,
    treściwe, kontrowersyjne i najlepiej jeszcze zboczone. Idąc więc za ciosem i
    stawiając sobie za cel niezwykłą popularność, oto treść dzisiejszej notki:

    Wszyscy jesteście chujami…

    Zdaje się, że udało mi się nie pominąć żadnej z wymienionych
    cech.

    *

    Skończcie się migdalić.
    Zróbcie sobie dziecko.
    Porzućcie się

    (Lenn)

    To nie jest śnieg. To wilgoć, która zamarzła w powietrzu i
    opadła na ziemi w formie szorstkiego, białego pyłu. Wiatr niesie ją sypkimi
    falami ponad asfaltem. Brnę w nich zanurzony po kolana jakbym szedł przez jakąś
    arktyczną płyciznę. To eteryczny zwiadowca, który poprzedza opad i noce białe
    od podświetlonych łunami chmur. Zapowiedź bólu grzbietu, oddechu zamarzającego
    na wąsach i minus 16 przy których zaczynają zamarzać oczy. Przez chwilę jednak
    puste, ciche ulice wyglądają jak świat w „Kociej kołysce” Vonneguta,
    skrystalizowana trawa trzaska pod podeszwami.. 

    Parę ostatnich dni spędziłem odkopując Dzielnicę Dziwnych Klatek niczym
    Pompeje. Tam jest tak śmiesznie, że nie ma chodników, tylko trzeba wydobyć z
    głębin całe place pomiędzy budynkami. Zauważyłem tam pewien frapujący fenomen.
    Ludzie posiadający samochody oczyszczają je rano ze śniegu i lodu, ale nigdy
    nie zsypują go na parking, tylko zawsze na świeżo wyczyszczony chodnik. Te
    subtelne hałdki szybko tam zamarzają na beton, dzięki temu czyściochy mogą
    sobie potem powybijać zęby ślizgając się na nich. I dobrze tak samolubnym
    skurwysynom. Normalnie wracam i ściągam to, ale po tygodniu wstawania o 4 i
    nierównego boju z Matką Naturą cierpię na deficyt litości, a więc jeśli i Ty
    jesteś jednym z tych bezmyślnych, obmierzłych, ze wszech miar plugawych
    cielebunów o żółtym mózgu drążonym przez syfilis i mięsożerne mrówki Pela to
    życzę ci z całej głębi mojego czarnego, ziejącego ogniem serca: Chuj ci w
    przewód i szufla w kręgosłup!
    Gdy wracając ku dolinom czekałem nieruchomo na spóźniający się zaledwie 20
    minut autobus zamarzła na mnie skóra. Chciałem sięgnąć do kieszeni po telefon,
    a tu rękaw stawia opór. Już wiem jak się czują kosmonauci.
    Po drugiej stronie lustra zaś podwójne urodziny Lenn i Avatara. Avatarnej
    zawsze ciężko jest coś kupić, ponieważ jest jedną z tych szczęśliwych osób,
    które w sumie mają wszystko. Kupiliśmy jej więc „Kuchnię kanibala – 22 potrawy
    z człowieka”, to powinno zaspokoić jej rozliczne żądze i wysublimowane
    pragnienia. Z Lenn nie ma takiego problemu jej liczne fascynacje są jak wielkie
    piece na transatlantyku. Wiecznie łakną paliwa. (Od razu stanęły mi przed
    oczyma rzesze półnagich, umięśnionych, spoconych facetów oświetlonych blaskiem
    płomieni, którzy to paliwo dostarczają…). Oglądaliśmy ostatnio jakiś
    wyjątkowo żałosny film o zombich, po czym doszliśmy do wniosku, że na takiej
    Oruni Dolnej atak zombie przeszedł by niezauważony. Ani zombie ani miejscowi
    nie zauważyliby różnicy.

    Czy do zastrzelenia mima
    niezbędny jest tłumik?

    (CKM)

    *

    - Paweł, a ty jaki masz znak zodiaku?
    - Ja nie mam znaku zodiaku, jestem
    katolikiem.

    (Na uczelni Avatarro)

    Przedświt. Pośród ciężkich, szarych zwałów mgły, wynurza się
    ośnieżona ściana lasu. Śniegiem oblepiona jest każda gałązka, zeschły liść czy
    igła. To wszystko co chwilę przenika skowyt lotniczych turbin, gdy silniki
    Wizzairów szczytują w tym ostatecznym momencie, gdy szybkość przeważa
    grawitację. Widok czarowny, cichy las pośród którego rozbrzmiewają nawoływania
    mechanicznych dinozaurów. Gdzieś tam podobno jest prawdziwa Matarnia, z
    domkami, kościółkiem i Wenclem w ogródku. Kiedyś gdy ziemia wessie błoto wejdę
    w te lasy i udam się na poszukiwanie. Ostatni, podwórkowy Livingstone szukający
    pośród podmiejskich lasów dzielnic, które osunęły się w mit.
    Na razie mamy zimę. Znaczy gdzieniegdzie. W Brzeźnie 5 stopni i nawet dość
    sucho, ale to w końcu ostateczne dno świata. Na górnym tarasie śnieg miejscami
    do połowy łydki. Pojawia się stopniowo za oknami autobusu linii 110, coraz więcej
    z każdym zakrętem. Ta biel zdejmuje ze mnie pieczęć przekleństwa jesiennej
    szarości, ale nakłada parę innych rzeczy, gdy tę cholerną zimę muszę przenosić
    z miejsca na miejsce o wpół do szóstej rano.
    Marzana zwolnili z roboty do świąt, bo podobno sieje swoim wyglądem popłoch w
    ciasnej przestrzeni uczelnianych korytarzy. Ja zaś wszedłem do mieszkania,
    które szlifowały Blondyny z Newportu. Jedna jest straszna, druga jest względna.
    Obie natomiast trwały akurat w takim pochylonym przykucnięciu, które odsłania
    plecy i okolicę. Faktycznie w jednym przypadku objawiły mi się stringi,
    natomiast w drugim… diabli wiedzą co to było, brązowe i pomarszczone, jakby z
    barchanu próbowano stringi wycinać nożem do tapet… Nieee, to zbyt straszne
    nawet jak na mnie. Umówmy się, że nic nie widziałem… Cholera! Czy to w ogóle
    ma jakąś nazwę?!
    Z rzeczy dziwnych wspomnę jeszcze tylko nasze wyjście na brzeźnieńską plażę.
    Musieliśmy przerwać Piątkowy Wieczorek Integracji bo ostatecznie jednak Bart
    dowiózł mi kasellę i pognaliśmy na pocztę by zdążyć przed zamknięciem i
    porozsyłać mą krwawicę przeróżnym zabawnym instytucjom, które lubią wysyłać
    takie śmieszne druczki zaczynające się zwykle od słów: Szanowny Panie. Termin
    płatności minął… Kurcze sam nie wiem za co oni mnie tak szanują. W każdym
    razie po załatwieniu sprawy poszliśmy z mą Lady kawałek dalej i przez Stare
    Brzeźno wydostaliśmy się na plażę, a tam w ciemnościach dwie smugi reflektorów
    i zachęcający terkot silnika. Podeszliśmy bliżej a tu jedzie sobie coś na
    gąsienicach i ciągnie za sobą taką robotniczą wozo – chałupkę. Co to na
    budowach zostawia się w tym rzeczy, żeby złodzieje wiedzieli gdzie szukać i nie
    pałętali się po placu. Przecież w końcu mogłoby im stać się coś złego. W chwili
    gdy pobrzękujące misterium rdzy i zbutwiałych pacyn smaru, minęło nas,
    zorientowaliśmy się po czy idziemy. A mianowicie po niegdysiejszym dnie morza.
    Co to ma być, ledwie się człowiek odwróci a już Marzan bije dresiarzy a rada
    miejska powiększa sobie plaże o 15 metrów. Z brzegu w głąb zatoki ciągną się
    jeszcze grube stalowe rury, którymi tłoczono na brzeg piasek. To metalowe
    cholerstwo najwyraźniej jeździło sobie w tę i nazad uklepując piasek.
    Pamiętam jak na takim świeżo upompowanym piaseczku usiadłem sobie kiedyś na
    plaży w WhiteTown. Byłem w krótkich gaciach, krosty schodziły mi z nóg jeszcze
    pięć tygodni później.

    - Babciu nie widziałaś moich
    tabletek? Miały napis LSD.
    - Pierdolić tabletki! Widziałeś
    smoka w kuchni?

    (Bash)

    *

    - Jeśli napadnie cię tygrys
    rzuć mu kupą w pysk to
    odejdzie…
    - A skąd, do diaska, mam
    tam wziąć kupę?!
    - Nie bój się sama się
    pojawi

    (Hugh Laurie)

    Idę ja sobie przez zamglony, ciemny świt, pośród jedwabników
    bloków Przymorza. Jak zwykle zamyślony i zjebany wczesnym wstawaniem, do
    którego jestem genetycznie niedostosowany, gdy nagle w mroku pojawiają się dwa
    ruszające się, krwistoczerwone światełka. Są z jednej strony, są z drugiej
    strony i nagle huzia pędem wprost na mnie. Serce wyskoczyło mi w górę i
    rozpłaszczyło się o podniebienie, pamięć gatunkowa obiła się echem tygrysów,
    watach wilków, wilkołaków z Akademii Pana Kleksa i innych wygłodniałych
    sabertoothów. W ułamku sekundy zjeżyłem się, przybrałem pozycję bojową a w
    głębi mego gardła zrodził się atawistyczny pomruk bestii gotowej walczyć o
    gatunkową supremację. Z ciemności zaś wytruchtał radośnie ratlerek wielkości
    niewyrośniętego kota, z elektroniczną obróżką z dwiema diodami. Spojrzał na
    mnie, zamajtał tym co tam ma zamiast ogona, po czym potelepał się trzęsąc
    radośnie małym kuperkiem w ciemność.
    Takie to właśnie było to spotkanie drapieżców w mgłach przedświtu. Brakuje mi
    tylko jakiejś cholernej jaskini by wyrysować to ochrą na wapieniu. Stanowczo
    powinienem wstawać później.
    W Oliwie znowu pachniało nadziewaną czekoladą i prażonym karmelem.
    Rozbieraliśmy się właśnie. Staś zwany Czesiem otworzył okno i powiesił kurtkę
    na klamce. Nagle znikąd pojawia się jakiś kurdupel w spodniach z szelkami.
    Staje przed Stasiem i zdejmuje jego kurtkę. Wszyscy znieruchomieliśmy na
    moment. Pokurcz spojrzał w górę na Stasia, upuścił ostentacyjnie kurtkę na
    podłogę, zamknął okno i prysnął. Staś popatrzył na swoją kurtkę leżącą w kurzu,
    oniemiały, po czym blok zaczął rozbrzmiewać przekleństwami aż szyby zaczął
    drżeć niczym membrany w kolumnach. Stałem uśmiechnięty obok zszokowanej
    Balbiny, która cokolwiek znając Stasiuchnę nie przypuszczała, że ów z oceanu
    spokoju, w którym się zwykle pławi jest w stanie unieść głos. A tak poza tym to
    kochamy inspektorów nadzoru. Ten nasz ulubiony akurat tak kręcił się pod
    oknami, że zaczęliśmy rozważać czy nie zdjąć drzwi z futryny i nie zrzucić mu z
    piątego piętra w ogólnym odruchu sympatii.
    W marcu jadę z Awarią do Łodzi na Rammsteina, z Lady Pazurek obejrzałem
    wreszcie do końca ostatni sezon Rancza. Odcinek z mafią w Wilkowyjach i
    handgranatą doprawdy mnie wzruszył. A tak poza tym to Marzana i jego bandę
    wyrośniętych i z pewnością niezwykle sprawnych fizycznie poetów napadli
    dresiarze. Odchodzili już, gdy w M, chudzielcowi po kilku operacjach, zawrzała
    w żyłach krew przodków szarżujących z szablami na czołgi i rzucił się za nimi w
    epicki pościg. Skończyło się na tym, że nieprzytomnego i kopanego w głowę
    uratował jakiś przypadkowy przechodzień. Oznacza to, że nasz bohater znalazł
    się w elitarnym klubie „A więc tak to jest dostać w pierdol”. Obecnie jest
    nieco siny i pozszywany, ale jeśli nie dostanie padaczki od wstrząsu mózgu to z
    pewnością kiedyś to doceni.
    Kolejny świt. Krótki rozbłysk jutrzenki pośród ogólnego kołtunu szarości. Tiry
    rozładowane, siedzimy na ramieniu portowego dźwigu patrząc w przestrzeń i
    powoli siorbiąc Harnasie z zasobników wszelkiego szczęścia. Wokół, w dole i
    ponad nami cały majestat świata.
    - Kiszczun, a ty jaki ślad zostawisz po sobie na ziemi? – Pyta Szlomo spluwając
    ku leżącemu 15 metrów
    w dół nabrzeżu. – Mam cichą nadzieję na jakąś abstrakcję – odpowiadam-
    Ewentualnie mały akcik, może by tak nagusieńka Jessica Biel. – No to musiałbyś
    rozprysnąć się z talentem… Może i nie jest to śmieszne, ale dostajemy
    głupawki i rechoczemy pod tym niekończącym się niebem jeszcze przez długie
    minuty. Radości życia nie znajdzie się w nowym BMW czy na Hawajach, tylko
    właśnie w takich przedziwnych miejscach.

    Gdy facet robi się bogaty
    staje się niegrzeczny. Gdy
    kobieta jest niegrzeczna
    staje się bogata.

    (Radio)

    *

    - Ona była w połowie człowiekiem
    a w połowie niewiadomoczym, ciekawe,
    która część była drapieżnikiem?
    - Ta którą zabiliśmy.

    (Gatunek)

    Wczoraj z wieczora, gdy spoczywałem z lekka bezwolnie w
    mojej rozświetlonej poświatą monitora trumnie, a moje Irokezkie korpusy
    inwazyjne toczyły akurat ciężkie boje z armią ukraińską w Czechach, złowieszczy
    tętent małych raciczek roztrzaskał ciemność i u drzwi objawił się Mały Chaos,
    wśród laików znany także jako Lennonka. Tak jak stała orzekła, że pozostawiła
    pseudomęża na pastwę rozwijającej się w zastraszającym tempie latorośli i
    pędzona parami nieskanalizowanej energii i szaleństwa pognała w noc by się
    gdzieś wyładować. Popatrzyłem na nią i uwierzyłem.
    Od razu rozpanoszyła mi się w kuchni, wyrzucając mnie stamtąd na kopach, żebym
    nie podejrzał niespodzianki. Niespodzianką okazały się drinki z adwokata, bitej
    śmietany i kokosowych kulek Raffaello w charakterze włochatych kostek lodu.
    Było to niezłe, choć wyglądało trochę jakby Lenn po drodze napadła, wydoiła i
    wykastrowała dwóch dresiarzy.
    Gadaliśmy dość długo, i otwierając butlę czegoś czerwonego i zdaje się
    Mołdawskiego oglądaliśmy różne podejrzane i zapewne nielegalne rzeczy na
    kompie. Gdy już skończył się alkohol i tematy udaliśmy się w kierunku naszego
    podręcznego oceanu i znajdującego się nieopodal przystanku w płonnej nadziei,
    że ZKM w międzyczasie wprowadził nocne tramwaje. Nad morzem Lenn trafiła wprost
    na drugi biegun moich znajomości. Z ciemności wychynął ziomek wyposażony w
    aluminiowy zasobnik wszelkich rozkoszy przymarznięty do ręki. Pomisialiśmy się,
    poklepali, a następnie koleś, myśląc zapewne, że właśnie zarywam jakąś
    cielęcinkę zaczął snuć peany pochwalne na mą cześć w stylu: dobry chłopak był i
    mało bił.
    Tramwaje już nie jeździły odprowadziłem więc małego potwora do Langfur, gdzie w
    cieniu Kominowej Wieży mieści się jego leże. Byłem akurat po dwóch robotach i
    deszczowym marszu śmierci z Dzielnicy Dziwnych Klatek do Biblioteki Głównej, a
    ta Mała Cholera zasuwała jakby miała w tyłku motorek i wrotki na wszystkich
    piętnastu kończynach. Dowiedziałem się za to kilku ciekawostek, jak choćby
    tego, że jej dziadek był kwestorem na Polibudzie, która w tym uniwersum
    sprawuje rolę magicznego uniwersytetu. Czy zażywał pastylki z suszonej żaby nie
    udało mi się ustalić.

    - Kiszczu pisze o wilkołaczych
    muminkach
    - Muminołak!
    - Kiszczun jakby co to raczej
    zmieniłby się w czołgołaka
    - Kiszczbots – transform!!! 
    - Ciekawe skąd wysunęłaby
    mu się ta pięciometrowa lufa?
    - Jak się nie zamkniesz to ci
    pokarzę gdzie by się wsunęła…

    (Gdzieś w Europie Środkowo – Wschodniej)

    *

    - Co tam?
    - To pękate ciasteczko było zabójcze…
    - Takie słodkie?
    - Dalej jest już tylko lukier.

    (My)

    W dzielnicy Dziwnych Klatek na trawnikach kwitną stokrotki,
    w Langfur bez puszcza pączki, a przedwczoraj nad Brętowską Bramą widziałem
    przelatującego, pieprzonego bociana… Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć co tu
    się, kurwa, dzieje?
    W kwaśnym środowisku Redy wypaliło mi unerwienie na opuszkach palców. To dość
    niesamowite wrażenie – pierścienie czucia wokół obszarów elastycznej pustki.
    Fundament, który obiecaliśmy wykopać z ogródka Gruchy okazał się kadłubem
    taniego, nazistowskiego bunkra typu: kopułka. W środku było sporo starych łusek
    i podejrzanie rozchlapane zacieki na ściankach. Założyliśmy więc, że rezydent
    nie opuścił swojego stanowiska bojowego dobrowolnie. Grucha cieszy się tylko,
    że Ruskie swoim zwyczajem nie zakopali delikwenta na miejscu. To trochę
    kłopotliwe gdy odkrywasz zmurszały szkielet dwa metry od kuchennego okna, a
    twoja dwunastoletnia córka wyciąga coś z wykopu i pyta: Tata a co to jest? I co
    masz jej wtedy odpowiedzieć, to tylko miednica?
    Wczoraj były połączone urodziny ojca i imieniny babki. Wspólne działanie bigosu
    i tortu węgierskiego natchnęło mnie nocą do wysmażenia czterech stron
    opowiadania, w którym, w księżycowe noce Tata Muminka zamienia się w wilkołaka
    i sieje popłoch w dolinie. Skończyłem w momencie, gdy Muminek siedzi przy
    ognisku z Włóczykijem, który przetapia srebrne krucyfiksy na kule. Ze skruchą
    muszę przyznać, że z półtorej strony zajął mi opis strasznego końca Małej Mi,
    ale na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nigdy cholery nie lubiłem i
    gdybym mógł to sam bym ją dopadł, wypatroszył i wypchał popcornem.
    Lady Pazurek opowiada jak fajnie kopie się na Wyspie Cegieł, podobno w swoim
    czasie zwożono tam nieczystości z całego Miasta, wzmacniając tym samym wyspę.
    Teraz pośród bogatych żył kilkusetletnich ekskrementów zalegają dziesiątki i
    setki zabytków wtórnie zdeponowanych. Strasznie spodobał mi się ten termin.
    Chyba zaraz pójdę coś „wtórnie zdeponować”…

    Wampir chwyta Bellę i próbuje
    odczytać jej myśli. Po chwili
    mówi: Interesujące…
    - To synonim.
    - Synonim czego?
    - „O Kurwa!”

    (My)

    *

    - Kiszczaku, powinieneś zachowywać
    się bardziej asertywnie.
    - To by było nieasertywne…

    Zważeni stawialiśmy ostrożnie kroki pośród piasku, szukając
    śniegu w księżycowym blasku. Rysowaliśmy wielkie, przecinające się kręgi i
    tajemne znaki, które miały być zaobserwowane na samej Kasjopei. Biegaliśmy po
    tych kręgach z pełną prędkością jak po orbitach mijając się czasem o włos, a
    czasem nie. Mamy dwa złamane żebra i wywichniętą dłoń. Na szczęście ja nie
    znalazłem się w tej części nas. Ja porysowałem sobie jedynie politurę
    rozpryskując się w ciemności o skłębione krzyczące w euforii ciała i
    zachowujący zimne wody gruntowne kontynent. Znaleźliśmy z tuzin północnych
    gwiazd i przewróciliśmy na bok Wielką Niedźwiedzice. Rano cierpieliśmy. Każdy
    we własnym piekle.
    Więcej wychodzę, więcej krążę, szybciej podejmuję decyzje i więcej się ruszam.
    Czuję jak moje reaktory budzą się z cichym pomrukiem. Przenikają wibracją kości.
    Moc zaczyna płynąć w żyłach. Ze skrzydeł opada pył, naprężają się nadwątlone
    przez czas ścięgna.
    Gdy świat drgnął i począł się obracać upadający Jack of the Shadows ujrzał
    lecącego ku niemu anioła, który przez całą wieczność tkwił na skale oczekując
    wschodu słońca.
    Wszystko ma swoje dobre strony. Ostateczne straty, osiągnięte granice czy
    zniszczone światy. Żaden upadek nie może trwać bez końca. W końcu uderzy się w
    dno i jeśli jest się wystarczająco mocnym by się o nie nie roztrzaskać,
    pozostaje jedynie się od niego odbić.
    Wieczna jutrzenka ustępuje, cofa się ciemność nocnego horyzontu. Za chwilę
    ujrzę rąbek słonecznej tarczy.

    patrzy na mnie, gdy podaję mu butelkę
    wino łączy nas jak krew
    zamach i nieskończony rzut
    gasi światło księżyca w korycie rzeki
    w wirującym szkle odbijają się gwiazdy
    wpół rozpuszczone w etanolu galaktyki
    każdy z nas rusza w swoją stronę mostu
    każdy z nas idzie w kierunku swego świata
    ja i poeta, który mógł zostać bogiem
    ale nie chciał

    *

    A to aby zwiększyć jeszcze trochę
    ogólną dozę szaleństwa:

    *


    • RSS