kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 1.2010

    Telefoniczne rozmowy video nie
    przyjęły się, ponieważ telefonu
    używamy przede wszystkim by
    kłamać. Gdy jest się obserwowanym
    trudniej wstawiać kit

    (Clarkson)

    Samobójstwo jest najbardziej konsekwentną formą krytyki
    rzeczywistości. Jak to kiedyś Panna Ryłko powiedziała Zaroślakowi: Idź w jedną
    albo drugą stronę, ale na bogów! Nie stój. No to poszedł. W sumie to jesteśmy
    zgodni, że wszystkie kobiety to interesowne kurwy, ale jakoś tak zawsze jest,
    że gdy już się w tym utwierdzamy i gromko pokrzykujemy z wyżyn tej wiedzy
    absolutnej a uniwersalnej to Bóg, los czy inne cholerstwo zsyła na nas jakiś
    piękny wyjątek.
    Z innych nieszczęść: maleje pole magnetyczne Ziemi. Od 1835 zmalało o 9 procent
    a naprawdę trudno powiedzieć jakie było na samym początku. W pewnym momencie
    oczywiście zaniknie jak to czyniło już wielokrotnie, a wtedy Ziemia w procesie
    samonaprawy przebiegunuje się i jądro znowu ruszy. Jest tylko jeden problem,
    będzie to szybkie. Naprawdę bardzo, bardzo szybkie. Tak szybkie, że całe morze
    zaleje cały ląd. Jest to zjawisko cykliczne, co rzuca nieco światła na mit o
    potopie… obecny w 144 kulturach na całej planecie. Jeśli więc macie wyjątkowo
    szczelne mieszkanie i pewnego dnia po przebudzeniu stwierdzicie, że pieprzony
    sąsiad z góry, po raz pierwszy od 10 lat nie boruje niczego od świtu wiertarką
    a na zewnątrz jest -80, to będziecie wiedzieć o co biega. A teraz wybaczcie idę
    robić sterowiec. Nazwę go Windy City i będzie miał 12 kilometrów
    długości. Gdy byłem niższy o jakieś 25 centów umyśliłem go sobie do żeglowania
    przez eteryczną berbeluchę multiwersum. Pamiętam jak kiedyś gnałem przez
    zdziczałe jeszcze rubieże WhiteTown i wyobrażałem sobie jak z jego pokładu
    widokowego patrzę na pęknięcie Bariery Gibraltarskiej.

    Pewien walijski rolnik miał dosyć
    przelatujących czasami nad jego
    gospodarstwem samolotów Kró-
    lewskich Sił Powietrznych, napisał
    więc na dachu stodoły „spieprzać
    stąd, pilociki”. Od tego czasu samo-
    loty zaczęły przelatywać dwa razy
    częściej bo każdy pilot chciał rzucić
    okiem na napis.

    (Clarkson)

    *

    Zanim się wprowadziłam Dan
    nie prał skarpetek. Gdy mu się
    brudziły kupował nowe, teraz
    ma ich ze sto…

    (Lenn)

    Marzan brnie przez zaśnieżone Mazury, sypia w leśniczówce –
    Muzeum Gałczyńskiego u znajomego poety i chodzi w ciepłych spodniach, które
    tamtemu dał kiedyś dobry sąsiad, premier Rakowski. Dzwoni do mnie ze środka
    zamarzniętego jeziora a w słuchawce słyszę wyjący wiatr pędzący wprost z
    lodowatych trzewi Rosji.
    Staś Zwany Czesiem opowiadał jaką wysublimowaną, niezwykłą podłość zamierza
    wyrządzić Zabójcom Graczy w Conquerze. Zamierza stworzyć nekromantę i wejść do
    spółki z Avatarem, która jest tam na jakimś stratosferycznym poziomie. Będą
    łapali klienta, ona będzie go zabijała a Staś wskrzeszał i tak w kółko aż gość
    się zesra z radości.
    Na dalekiej rubieży w pobliżu mojej pracy widziałem dwóch starszych gejów
    idących za ręce. Niby nic, ale kolesie mieli pod pięćdziesiątkę, ściskali się
    za rączkę i uśmiechali. Zszokowało mnie to z lekka, najwyraźniej propaganda
    młodości wyżłobiła we mnie głębsze koleiny niż myślałem. To było coś jak
    zobaczenie siedemdziesięcioletniej babci obleczonej w ciasne skóry na
    przemykającym ulicą Harleyu. Zawsze mnie dziwi, gdy w końcu znajduję w sobie
    jakąś granicę.
    Lady Pazurek popuchuje obok spowijana w kołdry i koce. Oglądaliśmy do nocy
    „Prestiż” i „Nagi Instynkt”. Przedtem przekarmili nas i z lekka upoili moi
    starsi. Na śniadanie zjadłem trzy kostki czekolady, którą starszy przywiózł mi
    z Kantonów, i zapiłem kartonikiem mleka. Na zewnątrz wstaje kolejny,
    przepiękny, arktyczny dzień. Niedługo odprowadzę Moją Piękną na tramwaj a sam
    ruszę poprzez stężałą rzeczywistość rozjaśniony bursztynowym blaskiem
    wschodzącego słońca.

    Pierwszy pocisk armatni
    wystrzelony na Leningrad
    zabił jedynego słonia w zoo.
    Mówi nam to co nieco o
    naturze prawdopodobieństwa…

    *

    Najgorsze jest to, że gdy
    człowiek już w końcu
    zmądrzeje, nabierze ogłady
    i pozbędzie się ostatecznie
    strachu to akurat nadchodzi
    czas by umierać.

    Po zdrapaniu kolejnej warstwy bieli z Dzielnicy Dziwnych Klatek
    zostaliśmy porwani pod samo niebo na osiedle Nowiec, gdzie wpatrzyliśmy się w
    linie horyzontu, na której kończyła się ulica, którą mieliśmy odśnieżyć. 200
    domów, zakątek świata nie odśnieżany od samego początku Katastrofy. Podobno w
    górach jest za mało śniegu na narty. Stasiu Zwany Czesiem wziął jedną stronę
    ulicy, ja drugą. Sunęliśmy powoli w dół stoku rzeźbiąc śnieżne kaniony naszymi
    ekskluzywnymi, aluszuflami po pięć dych każda. Po 20 minutach zaczęły wypadać z
    nich pierwsze śrubki.
    To było niesamowite! Ludzie wybiegali z domów, ściskali nas, potrząsali nam
    rękami, co najmniej jakbyśmy znaleźli połowę pasażerów rozbitego w Andach
    samolotu po tym jak pożarła drugą połowę i miała już dość płytkiego snu w
    ciągłej gotowości do odpędzenia kogoś, kto próbuje odpiłować im szwajcarskim
    scyzorykiem pozbawioną czucia nogę. Stasiu śmiał się, że mi trafiają się fajne
    laski a mu emeryci – społecznicy usiłujący wciągnąć go w dyskusje polityczne,
    których unikał jak ognia byśmy nie musieli się potem obawiać zaczajonych za
    firankami snajperów o drżących rękach.
    Na drugi dzień wylądowaliśmy na Schodach Do Nieba prowadzących na północy stok
    Nowca, który sprytnie umieszczono na ściętym szczycie morenowego wzgórza.
    Schody mają z sześćdziesiąt metrów wysokości, były strome, oblodzone zbitą na
    kamień masą, widok z ich szczytu był wspaniały a odkucie ich, mimo że
    prowadziły wprost do nieba, było drogą przez piekło.
    Wiosną, gdy zrobi się zielono, wezmę pod pachę Szponiastą i przywlekę ją na ten
    szczyt szczytów by zrobiła panoramkę cyfrówką. Widok w dolinę jest jak na
    Podhalu. Maleńkie domki z jasnymi smugami dymów, kreska drogi a na niej
    samochody jak żuczki. Wszędzie wokół morenowe wzgórza, które wyglądają jakby
    spadły tu prosto z kosmosu i porosły nagle drzewami. Cały pas wzgórz ściętych
    starym, kolejowym przekopem, w którym kryje się Szlak Zerwanych Mostów i Kraina
    Waissera Dawidka.
    Ja ryłem zmarzlinę od góry, Stasiozaur od dołu, między naszymi stanowiskami
    bojowymi, krążył czerwony kot. Na wszystko patrzył, wszystko wąchał, o wszystko
    się ocierał. Sumiennie nadzorował pracę raz na dole raz na górze. Czasem
    przysiadał na samym szczycie by pogrążyć się w krótkotrwałej kontemplacji.
    Gdzieś z dołu nawoływał go właściciel, ale bądźmy szczerzy, jeśli chodzi o
    koty, naprawdę trudno powiedzieć, kto w tym układzie jest właścicielem i czego.

    Obgadujemy w samochodzie
    płeć przeciwną kłębiącą się
    w naszej firmie:
    - Trzeba by przekazać jej
    zaszczytny tytuł Cruelli.
    - Nieee, Cruella miała pewien
    styl.
    - Ona też ma pewien styl…
    Ogólne Reh reh reh
    - Stasiu, my to jednak jesteśmy
    strasznymi ludźmi.
    - A wiesz ty co? Dobrze
    mi z tym.
    - A wiesz ty co? Mi też.

    *

    - Niepokoi mnie stolec.
    - Nie ciebie jednego.

    (House)

    Klątwa różowości nadal mnie prześladuje. Po tym jak Lenn
    uszczęśliwiła mnie różowiusią siatką, z którą wędrowałem potem przez pół dnia,
    uaktywniła się w pełni w formie jażąco różowej szufli do śniegu, którą o 5 rano
    wręczył mi w samym, zamarzniętym sercu Dzielnicy Dziwnych Klatek mój szef.
    Uśmiechał się przy tym szeroko i mięsożernie niczym pterodaktyl. W takich
    chwilach człowiek zaczyna zastanawiać się, kto jeszcze czyta tego bloga. Tak na
    wszelki wypadek jednak zaznaczam, nie chciałbym dostać różowym fortepianem z
    jasnego nieba aby poznać ostateczną odpowiedź…
    Obecnie płacę za swoją szybkość i dokładność. Szefowa spółdzielni zobaczyła, że
    nasi sąsiedzi skuli lód u siebie, niesiona więc babską dumą uparła się by skuć
    go i u nas. To, że oni skuli go by zabłysnąć przed własną spółdzielnią po tym
    jak przez 3 dni pozwolili ludziom wydeptywać ścieżki w śniegu po uda to
    nieistotny szczegół. Ale co ja będę narzekał robota zdrowa i interesująca (jak
    byłem mały, to zawsze fascynowało mnie jak ci kolesie skuwają lód po kawałeczku
    i zawsze miałem ochotę tego spróbować. Jak widać marzenia się spełniają) i na
    świeżym powietrzu, nawet bardzo świeżym bo akuratnie było tam –14. Autochtoni
    przybywali do mnie tłumnie pytając kto jest autorem tego debilizmu. Sumiennie
    informowałem kto, niech ludzie wiedzą na co idą ich ciężko zarobione pieniądze.
    Na poniedziałek znowu zapowiadają śnieg.
    Następnym razem zainwestuję w kanister etyliny i zapałki i im tą ulicę po
    prostu podpalę.
    Jak wróciłem do domu około czternastej, umyłem się i położyłem na chwilę.
    Zamknąłem oczy a jak otworzyłem była dziewiętnasta.
    Wyrzeźbiłem w lodzie na szybie w jednej z klatek twarz dziewczyny. Wyszła mi
    taka fajna dzikuska. Było cały czas zimno więc wmarzła w głąb lodu. Fajnie jest
    patrzeć jak ludzie gnając przez zwykłość przestają na chwilę gadać przez
    końcówkę, zatrzymują się, potykają się nagle wytrąceni z rzeczywistości. W
    takich chwilach czuję po co powstałem. 
    Gdy skrzypiąc na łączach ewakuowałem się z tego lodowego piekła na cieplejsze
    niziny, mgła szronu rozstąpiła się ujawniając błękitne do bólu niebo, a słońce
    zalało blaskiem zamarznięte lasy. Przepięknie, każda gałązka, każda igła
    wszystko krystalicznie białe i skrzące się milionem lodowych klejnocików.
    Było pięknie, jak na karcie z szwajcarskiego kalendarza. Odetchnąłbym pewnie w
    zachwycie, gdyby nie to, że taka operacja zmieniłaby mnie zapewne w element
    roziskrzonej scenerii.
    Znaleźliby mnie rozmarzającego wiosną. Oto człowiek który zachłysnął się
    pięknem. „Czyż żywioły nie są piękniejsze od tych, których unicestwiają?”

    *

    Nie wolno ci kochać dzikich
    stworzeń, to je wzmacnia…

    (Holly Golightly)

    Wychynąłem z szarej ściany mgły pośród śnieżnego pustkowia
    gdzieś za Szpitalem Zaspa. Jak ostatni żołnierz Wermachtu człapiący w
    owiniętych szmatami butach spod Stalingradu, albo oszalały ocaleniec
    wybiegający z mlecznego oparu radioaktywnego pyłu, w drodze do kilku
    rozrywkowych godzin sponsorowanych przez znane i lubiane promieniowanie gamma.
    Tak się też mniej więcej czułem.
    Ten rok ma 13 dni i wszystkie były straszne. Dawno nie czułem się tak
    beznadziejnie. Wszystko zdaje się być pokryte zmarzniętą warstwą śniegu, a ja
    grzęznę w nim i ślizgam się nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia. Nie mam nawet
    pod ręką nikogo na kogo mógłbym się wściec.
    W szpitalu burdel na kółkach. Nikt nic nie wie. Nikt niczego nie umie mi
    powiedzieć. Wbiłem się więc na oddział nielegalnie. Wjechałem windą i
    przeszedłem za plecami paru pielęgniarek. Z rozczuleniem popatrzyłem przez
    moment na tabliczkę, na której na czerwono zabraniano wstępu, oczywiście mnie
    to nie powstrzymało, jako jeden z osobników, którzy wypączkowali z kostropatych
    asfaltów Brzeźna, a duszę złożył im zmieszany ze szmatami wiatr, odruchowo
    jestem skłonny wszelkie zakazy traktować jako delikatne sugestie.
    Szedłem zaglądając do pokojów, przemknąłem obok lady, gdy stojąca za nią
    niewiasta na moment się odwróciła. W końcu trafiłem na miejsce. Gdy stanąłem w
    drzwiach matka otworzyła oczy.
    Podobno gdy tylko wybudziła się po narkozie, sprawdziła czy posiada wszystko co
    posiadała przed zaśnięciem. Na razie ma obie piersi, ale nie wiadomo co dalej.
    Nikt jej niczego nie powiedział. Wycieli jej trochę tkanki, podpięli pod rurki.
    Zostawili po ciemku i poszli. Poprawiłem jej sączek, zostawiłem książki.
    Zdążyliśmy nawet chwilę pogadać zanim mnie w końcu namierzyli i wynieśli.
    Zadzwoniłem do ojca, rozejrzałem, splunąłem i poszedłem. Po chwili pochłonęła
    mnie mgła. 

    *

    - Torba!
    - Weź tą.
    - Którą?
    - No tą!
    - Prędzej mnie kraken pożre
    niż wyjdę na ulicę z różową
    foliówką!

    W tym roku płacą mi między innymi za odśnieżanie powierzchni
    bezkresnych i nieskończonych. Chyba nie muszę dodawać, że jest to najbardziej
    śnieżna zima od pięciu lat, a ocierające się o glacjalną hekatombę śnieżyce
    nadciągają z męczącą regularnością za każdym razem, gdy akurat mam mieć wolny
    dzień. W związku z tym mam ogólne przesłanie: ZIMO WYPIERDALAJ!!! Gdzie jest to
    kurewskie globalne ocieplenie?! Pewnie leży za rogiem zamarznięte na kostkę z
    pokarmem w żołądku jak pieprzony, syberyjski mamut…
    W związku z zamienieniem się mojego komputera w stojak pod doniczki, sporo
    czytam. Właściwie to nadrabiam paromiesięczne zaległości, asymilując czasem i
    trzy książki dziennie. Lubię ten stan gdy w tym sennym widzie wczesnego
    wstawania, harówki i masowego czytania treść książek zaczyna zlewać mi się w
    jedno i nadpływać jak miękki, różowy sopel na rzeczywistość. W błękitniejącym
    zmierzchu krążą wokół mnie na cichych łapach snu wilczyce o sierści w kolorze
    indygo. Wiatr szepcze o wędrówce i roześmianych dziewczynach o czarnych włosach
    i gibkich ciałach. Wieczorem nie mogę umyć zębów i parskam wokół pastą
    przypominając sobie końcówkę „Ssij, mała ssij” Moora.
    W jakiś sposób związany ze „Śniadaniem u Tiffanego” zraniłem uczucia Lennonki
    van Liverpool. Wyjaśniła mi to w sposób obrazowy i skomplikowany, ale byłem
    zbyt znużony i niewyspany. Nakryłem się więc kafelkarską skorupką zbyt zmęczony
    odczuwaniem. Ostatecznie prymitywy nie muszą za nic przepraszać. Po chwili
    doszedłem zresztą do krzepiącego wniosku, że poczucie winy i tak by kiedyś
    przeszło. Przeskoczyłem więc od razu do tego momentu.
    Dziś za to powróciła moja wiara w kulturową i edukacyjną rolę telewizji.
    Wieczorem będą leciały „Mordercze mrówki” oraz „Frankenfish” – wędkarze dostają
    łupnia, straszliwy koniec gościa ze sklepu z przynętami…
    A tak poza tym podnieśli nam plażę o półtorej metra, z murku, z którego dawniej
    trzeba było skakać teraz można zejść. Wszędzie piętrzą się jakieś guzy i
    nasypy. W poprzek plaży spoczywa pordzewiałe cielsko wielkiej rury skąd
    wylewała się na brzeg pompowana woda z piaskiem. W pewnym momencie wszystko to
    dość nagle zamarzło i teraz plaża wygląda jakby była pokryta wielkimi,
    srebrzystymi łuskami. Zupełnie jakby na brzegu zasnęła zimowym snem jakaś
    ogromna, morska bestia.

    …flanelowa koszula też chyba
    była błędem.  Wyglądał jakby
    pojawił  się na  ofiarnej 
    mszy
    potępionych po to by naprawić
    zmywarkę.

    (Moore)

    *

    Największy żelkowy miś
    świata waży 2,3 kg
    (onet)

    Tuż przed Sylwestrem rozpadł mi się telefon. Nie powiem, że
    się tego nie spodziewałem, załatwiłem sobie więc piorunem nowy. Nie doceniłem
    jednak losu, który najwyraźniej dopiero się rozkręcał i drugiego zeżarł mi
    komputer. To dopiero zabolało, bo nawet jeszcze skurwiela nie skończyłem
    spłacać. Tak więc moi drodzy znów jestem sieciowym partyzantem, który
    niespodziewanie wypada z lasu i ładuje się przed cudze komputery. Jeśli
    zastaniecie mnie więc przed swoim, nie marnujcie czasu, tylko przynieście mi
    kawę.
    O Sylwestrze wspomnę tylko, że ze względu na tę jedyną noc, Avatar opodatkowała
    swoją maman, a za zgromadzone środki zakupiła fajerwerki, które odpalaliśmy
    przez całe pół godziny. Wylot ulicy ział ogniem i dymem niczym Etna. A
    nieopodal zebrał się tłumek, który podziwiał nasze rozjaśniane rozbłyskami i
    wykrzywione w psychopatycznym uniesieniu twarze.
    Teraz czekam w herbaciarni na Człowieka z Blizną, znanego przez niektórych jako
    Marzan. Mam mu oddać „Listonosza” Bukowskiego i „Czarną Matkę” Stamma.

    Mimo, że jesteś zimna
    to zawsze zaskoczysz mnie
    w łóżku – powiedział drogowiec
    patrząc za okno
    (CKM)

    *


    • RSS