kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 2.2010

    Imieniny ojca. Telewizor grzmi.
    Siedzą ciotki:
    - Dawaj Justysia, kurwa, dawaj!
    Ups przepraszam za moją łacinę.
    - Nic nie szkodzi. – Podrywa się -
    JUSTYNA ZAPIERDALAJ!!!

    Na parę dni na miasto opadła mgła. Krążyliśmy w niej z Lenn
    siorbiąc żurawinówkę i słuchając jak butelka rzucona z Kociego Mostu uderza w
    ciemności o pękającą, zimową kreację Motławy. Dobrze się piło, dobrze gadało.
    Niespodziewanie wpadało się w nieskończone pola psich kup, które poczęły
    oddawać światu swój bogaty bukiet, autobusy jeździły na słuch.
    Gdy mgła się podniosła było już ciepło, a śnieg zaczął umierać. Jes, jes, jes,
    zdychaj biały skurwysynu!
    Na Cmentarnej Bramie, akurat gdy uskuteczniałem walca z moim drogocennym mopem
    za 1000 zł (Są takie, dacie wiarę. Boję się na niego oddychać), wyskoczyła
    jakąś Blond Rycząca Czterdziestka. Zamruczała jak rozgrzane Ferrari i miękkim
    głosem stwierdziła: Mhm, jaką mamy ładną gosposię… Na drugi dzień pojawiło
    się ich już sześć. Budynek jest wyższej klasy to i Lajdis reprezentują wyższy
    level zadbania i dyskretnego szelestu kiecek od Gucciego. Spiętrzyły się w
    korytarzu a Blond Strzała gestem przewodnika wskazała mnie i przedstawia: To
    właśnie pan, który o nas dba. Po czym wszystkie jak jedna uśmiechnęły się
    szeroko a mięsożernie i zaczęły w milczeniu czekać aż znowu pochylę się nad
    wózkiem. Czułem się trochę jak diabeł w kawale o geju w piekle: – Co tu tak
    zimno? – Pyta anioł. – Czemu? – diabeł na to – Spróbuj się schylić po drewno…
    Wcale nie miałem pewności czy jak się pochylę to nie poczuję w pośladku jakiś
    dopieszczonych, perłowych ząbków.
    Spłynęła nawet na mnie lekka paranoja i zacząłem się lepiej ubierać, a moje
    Lamborghini wśród wózków, prowadzę z pasją i finezją Alana Prosta.
    Kiedy indziej i na innym piętrze, otwierają się drzwi i wyskakuje rozchichotana
    ekipa tynkarzy – malarzy. Jest jeszcze trochę pustych mieszkań, część
    przerabiają nowi lokatorzy. W każdym razie patrzę, a to same dziewczyny.
    Stanęliśmy naprzeciw siebie: Tynkarki – Malarki i Sprzątaczyk, popatrzyliśmy na
    siebie i wszyscy wspólnie zaczęliśmy rechotać.
    Coś jeszcze, a, czytałem ostatnio o kolesiu, który włamywał się na farmy,
    rozbierał, a następnie dziko onanizował tarzając w świeżym gnoju. Gdy trafiał
    na farmę, na której nie było gnoju, podpalał ją. Ja tam gościa rozumiem. Po
    całym dniu stresującej pracy, telepie się kilkadziesiąt kilosów na wieś, skrada
    się, włamuje… a tu nie ma obornika. Szlak trafia tak dobrze zapowiadający się
    wieczór. No przecież wściec się można. 

    Nie chcę chodzić z Pazurkiem
    na łyżwy. Ja się męczę, bujam,
    łydki bolą, a ona tylko przemyka
    z tymi zębami na wierzchu.

    (Lenn)

    *

    Magda była jak śmierć.
    Śmierć nosi czarny stanik.
    Tatuaże jak obłoki
    po wybuchach bomb.

    (Pidżama porno)

    Wstaje słońce. Jej ciało lśni gubiąc krople wody. Jej włosy
    są miękkie, uśmiecha się, kładąc jasną główkę w zgięciu mojego ramienia. Moja
    połówka, moja nadzieja, mój rozsądek. Moja mała prywatna Bogini. Nie powinienem
    tyle siedzieć nocami patrząc na odmóżdżające, krwawe horrory, potem zawsze się
    rozczulam.
    Moja jednorazowa kurtka, wproszona we mnie przez Ciapka, i nie powiem, ogrzewająca
    moje spróchniałe kości przez cała zimę, zwaną przez niektórych Małym
    Kataklizmem, weszła w ostatnią fazę swego rozwoju, znaną przez niektórych jako
    Rozpad. Będzie mi jej brakowało mimo kretyńskich, brązowych wstawek, gdy już
    przetrze się ostatecznie bluzgając białymi flakami wyściółki i uda się
    ostatecznie do nieba chińskich, tanich produktów skóropodobnych, oraz
    archeologiczny raj wysypiska Szadółki, które kiedyś zapewne wysłannicy jakiejś
    obcej cywilizacji uznają za szczytowy produkt naszego rozwoju oraz mistyczne
    przesłanie dla ludów galaktyki, od cywilizacji, którą nieszczęśliwie zmiótł
    jakiś niespotykany, naturalny kataklizm, pozostawiający po sobie całą masę
    silnie radioaktywnych kraterów.
    Ostatnio, gdy wysoko ponad krzyżami kościołów, na szesnastym piętrze Cmentarnej
    Wieży konsumowaliśmy śniadanie, zapijając je promieniotwórczym, jadowicie
    niebieskim czymś o smaku słodzonej saletry, opowiadałem SZC i Danowi o pewnym
    kolesiu z Dzielnicy Dzielnic. Bardzo się zakochał, miłość kwitła dwa lata i
    zaowocowała ślubem. Dwa tygodnie po ślubie do jego domu, garażu i warsztatu
    wprowadziła się ośmioosobowa rodzina panny młodej. Nic nie powiedział z
    początku, bo miał nadzieję, że to może na chwilę, ale chwila się przedłużała,
    rodzina nie pracowała, za to żarła, wtrącała się i paliła prąd. W końcu tym
    wyraził swe wątpliwości oraz uprzejmą opinię, że całe to towarzystwo powinno w
    trybie natychmiastowym wypierdalać na drzewo, albo dostanie kopa w zad,
    oczywiście z całym szacunkiem. W parę miechów stracił wszystko. Mur świadków
    opisywał barwnie w sądzie jak to pierze żonę kablem od Grundiga i zamyka w
    zimnej szopie ze słoikami babcię emerytkę. Usiadł więc sobie w pustym domu,
    który nie był już jego, popatrzył na szopy, warsztat, mały warzywnik, po czym
    wziął dwa kanistry benzyny i zapalniczkę. Gdy była rodzina przyjechała w trzy
    samochody około piątej by objąć włości, zastała odjeżdżające wozy strażackie i
    kolesia z białym uśmiechem, rozcinającym usmoloną twarz, który zapraszającym
    gestem wskazał im ten cały rozwiewany wiatrem świeży popiół i powiedział:
    Wszystko wasze.
    Może nie jest to jakaś zaskakująca, tudzież porywająca opowieść, ale wyjaśnia
    genezę dość popularnego w Brzeźnie powiedzenia. Dzięki czemu gdy następnym
    razem będziecie w Brzeźnie napadani, gwałceni, bici, okradani, mordowani
    sekatorem czy też upijani do nieprzytomności, i ktoś tak powie to możecie śmiać
    się śmiało ze wszystkimi.

    No spójrz tylko na niego,
    teraz skacze na chuj wie
    czym…

    (Staś Zwany Czesiem)

    *

    Lepiej zjeść i zachorować
    niżby miało się zmarnować

    (Z serii: Pouczające powiedzenia i przysłowia szlachetnej
    rodziny Baronessy Pazurek)

    Na walęTynki zabrałem moją połowicę na „Nine”. W ostatniej
    scenie wszystkie postacie opowieści, w przeważającej mierze kobiety wychodzą na
    oplatające ścianę, podświetlone rusztowanie by patrzeć na głównego bohatera,
    który odzyskał spokój i powraca właśnie do swojego świata. Tworzą jakby wielką
    widownię by towarzyszyć mu w tej chwili i w tej właśnie chwili ekran stał się
    odbiciem sali kinowej, którą wypełniały prawie wyłącznie kobiety, ze mną i
    Pazurzastą u szczytu. Bo w końcu to my jesteśmy królikami w tym miasteczku a
    Lady Pazurek jest niewątpliwie kobietą zasługującą na przebywanie na szczycie,
    o szczytowaniu już nawet nie wspominając.
    W prasie i knajpach trwają spory z kim w wyborach przegra Kaczyński.
    W radiu jakaś dziewczyna twierdzi, że po przesłuchaniu naszej piosenki na
    Eurowizję, chce zmienić obywatelstwo… na jakiekolwiek. Też ją przesłuchałem,
    czy ktoś się orientuje gdzie jest konsulat Nairobi?
    Unia Europejska wprowadziła nowe ustalenia i teraz Francuzi jedzą: rybę lądową,
    znaczy się ślimaka winniczka.
    Na naszej Polibudzie jakiś maniak mierzenia ścian odkrył jakieś
    nieprawidłowości. Zaczęli węszyć aż w końcu znaleźli na dachu małe drzwiczki,
    przez które dawno dawno temu ubecy spuszczali się, jakkolwiek by to zabrzmiało,
    do małej i ciasnej kabiny podsłuchowej, by obserwować miejscowe ciało
    pedagogiczne.
    W Multi stoi wielki plakat z Alicji w krainie, bohaterowie siedzą za długim
    stołem, a całość wygląda jak ostatnia wieczerza z Szalonym Kapelusznikiem w
    centrum… Już widzę rozjaśniony ogniem fanatycznej inspiracji wzrok Dana
    Browna. Myślę że już wkrótce wszyscy poznamy PRAWDĘ!

    Urządzimy zawody balonowe!
    Mam pięć balonów wina…

    (Staś zwany Czesiem)

    *

    Ta dzielnica nie ma oficjalnej nazwy. Mówią na nią Smętki,
    albo Wraki. To tu można spotkać na ulicy cienie byłych miłości, otrzeć się
    niespodziewanie o niespełnione obietnice. To tutaj w ciemnych klitkach szaleńcy
    o szklanych oczach rozśnieżonych obrazem rosyjskiej tundry rodem wprost z
    Neuromancera tworzą programy szpiegowskie, zawiłe hafty kraku, które znają cię
    i twoje życie od podszewki. To tutaj pisze się te programy, które cierpią. To
    tu bezcielesne sukkuby ze światłem rozświetlającym żyły zabiorą ci trochę
    wspomnień za szeleszczącą walutę, tak że życie stanie się odrobinę lżejsze. To
    tutaj kupić możesz „Primadonnę”, która zaprowadzi cię na nieskończone oceany
    przyjemności albo koszmaru, to tu nabędziesz „Battle Dust” by móc rzucić się z
    głuchym warkotem do gardła rzeczywistości. To tutaj mogę zerwać od płaszcza
    spękane od deszczu i słońca pagony i reagować na imię Shadow Jack i nie
    odpowiadać na męczące pytania o umarłą armię.
    Nie ocalał nikt z kim mógłbym tam iść. To miejsce nie przyjęło by Pazurzastej
    tak jak ona nie przyjęła by jego a nie ufam już nikomu innemu by taką eskapadę
    zaproponować. Nie znam już nikogo, kogo mógłbym tam ze sobą zabrać, a kto
    mógłby mnie jeszcze potem lubić.
    Podróż na dno nocy. Miejsce, które jest zdradą, blizną i zapomnieniem. Ruch w
    kąciku oka, indygo przepełniające wszystko na granicy nocy i świtu.
    Co miesiąc to miejsce się kurczy ekonomia zabiera metal niczym Chrystus
    zmieniając go w wino. Wywożone są wraki, jak na wpół ogryzione szkielety ze
    sterczącymi ku niebu szpikulcami żeber wręg. Znikają domy. Umierają lub
    odchodzą kolejni ludzie. Kilku nawet znormalniało i przeszło na stronę dnia.
    Tu nigdy nie zawitała literatura i czasem przeklinam sam siebie, że taki
    nietrwały ze mnie pisarz. Że pozwolę umrzeć temu miejscu wraz z moją ostatnią
    myślą.
    Ostatnio Pazurzasta spytała czy i ja mam jakieś dzieci, o których jej nie
    powiedziałem. Odpowiedziałem, że nic mi o tym nie wiadomo, ale jeślibym je miał
    to właśnie tutaj. Robi się ciemno, na zewnątrz miliardem kropel rozdzwoniła się
    odwilż. Może wyjdę. Może pozwolę by noc musnęła me powieki błękitnymi palcami.
    Może ich poszukam.
    Chodźcie do mnie! Przybywajcie. Sformujcie stado. Nadchodzi czas wiosny. Czas
    rui. Czas gonu. Czas polowania.

    *

    No kurde! Małe robią teraz
    te woreczki. Głowa mi się
    nie mieści…

    (Stasiu Zwany Czesiem)

    Przemknąłem niczym mały, złowrogi kombajn przez zaspy
    zostawiając za sobą umowną linię chodnika. Z piskiem podeszew biorę zakręt,
    patrzę a tu jakiś cymbał odśnieża sobie samochód i zawala dokumentnie cały
    fragment chodnika. Stanąłem sobie nieopodal patrząc na niego znacząco, ale cóż
    naplujesz na debila a ten powie, że deszcz pada. Zerknął na mnie ze dwa razy,
    skończył i poszedł sobie. Oparłem powoli i delikatnie moją Różową Dziwkę o
    pobliskie cmentarzysko choinek, wlazłem na dziewiczą tundrę trawnika i
    utoczyłem trzy pokaźne kulki. Następnie wtachałem je na parking i ustawiłem mu
    na masce bałwana, takiego z metr dwadzieścia i usypałem strzałkę wycelowaną w
    miejsce kierowcy. Ciekawe czy pojął aluzję…
    Kontemplując o bladym świcie tępym wzrokiem wiatę tramwajową zauważyłem
    reklamówkę kolejnej, mafijnej wypożyczalni pieniędzy. Był tam tekst o
    solidności i stałych postawach oraz zdjęcie WTC… No po prostu nie mogłem, no
    nie mogłem się powstrzymać i dorysowałem mały samolocik, a obok małe Allah
    Akbar w maleńkim dymku.
    Z pourodzinowych cieni jeszcze ogólne stwierdzenie zebranych na imprezie było
    takie, że skoro już osiągnąłem wiek chrystusowy to najwyższy czas mnie
    ukrzyżować. Uznałem, że nierozsądnie byłoby tworzyć jeszcze jedną religię,
    szczególnie opartą na moich potwornych podstawach. Teraz chodzę po domach i
    dyskretnie chowam im młotki.
    Są też w końcu postępy w planach ślubnych moich i Lady Pazurek, jak już być
    może wspominałem, albo i nie, ślub ma się odbyć przed 2012. Teraz ustaliliśmy,
    że odbędzie się na plaży a wszyscy będą się musieli przebrać za ogromne
    brokuły. W ten sposób zaoszczędzimy trochę na gościach.

    Zbieraj ogórki polska świnio!!!
    - To wszystko czego nauczyłem
    się mówić po trzech miesiącach
    pracy w Niemczech

    (Stasiu Zwany Czesiem)

    *

    No i tak, cholera,
    budzę się rano a
    tu znowu nie ma
    Teleranka…

    Wczoraj jak wracałem doma i z nieba
    znowu zaczęło opadać miękkimi megatonami to białe gówno, ogarnęła mnie dziwna
    pewność, że sobie dzisiaj znowu trochę powiosłujmy. I faktycznie, od rana
    machałem różową płetwą, Szuflą Zwaną Dziwką, mając do pomocy jednego z
    NeuPorciaków, który opowiadał jak to kiedyś miał maluchem 5 wypadków w tydzień,
    a gdy grzaliśmy się na klatce, przeglądał gazetki reklamowe, mrucząc pod nosem:
    Ale fajny dresik. Z tym maluchem to było niezłe, dał za niego 2 stówy, a za
    pierwszą stłuczkę dostał od kobity 350 złociszy. Nim na koniec tygodnia
    samochód ostatecznie oddał krew pod czymś większym i masywniejszym, wygenerował
    swoją wielokrotną wartość w twardej walucie. W ogóle ten koleś jest niezły, a
    wyboisty szlak jego egzystencji wyłożony jest pomiażdżonymi wrakami przeróżnych
    pojazdów. Raz nawet przypieprzył w niego radiowóz…
    Jutro jedziemy na bój z lądolodem wielką ekipą na dwa samochody i trzy osiedla,
    a od poniedziałku zasiedlę zapewne na pełen etat Cmentarne Wieże wznoszące się
    nad Brętowem. Co nie wiecie gdzie dokładnie jest Brętowo? Spoko, miejscowi też
    nie wiedzą.

    - No nie! To znowu  ta 
    jebana
     bulionetka Knorra! Trzeci raz!
    - Nie patrz!- Krzyknęła rozdzierająco
    Lady Pazurek zasłaniając moimi
    rękami swoje oczy.

    (My)

    *

    Przysięgi przy świetle gwiazd. Wódka wymieszana z krwią,
    pita z potłuczonych kieliszków i odciętych diamentem szyjek półlitrówek, z
    zakrętką u spodu. Wiatr co budzi las i zapach wiosny. Ponad lodową pustynią naszej
    zimowej egzystencji narasta coś i nabrzmiewa zapowiedzią ciepła i śpiewem
    szalonych ptaków. Brzeźno wypiło za moje zdrowie. Brzeźno wyśmiało kolejny
    krzyżyk, kamień milowy na drodze do bungalowu kostuchy, umiejscowionego
    koniecznie nad czarnobiałym jeziorem. Życzenia, klepanie po plecach, smród
    palonych szmat z rozżarzonych papierosów wypełniający płuca. W tej okolicy nie
    umiera się z przyczyn naturalnych.
    Dziś o stopień na drabinie bytów wyżej – herbaciarnia. Zdeformowane plastycznie
    niedobitki Gratki i trochę przyjaciół. Chciałem zaprosić Yoru, ale w jednym
    pomieszczeniu będzie już i tak Lenn i Marzan, postanowiłem więc zmniejszyć
    ewentualnie ciężar potencjalnej katastrofy. Czym mniej rozwścieczonych kotów w
    worku tym lepiej. Choć z drugiej strony, ileż byłoby radości, gdybym zaprosił
    Lauera i wszystkie jego byłe… Wpuściłbym cały ten tłum do pomieszczenia bez
    okien, zatrzasnął drzwi i uciekł.
    Na koniec etap trzeci, czyli rodzina. Pewnie jak zwykle coś powierzchownego,
    dyktowanego wyższą koniecznością. Czasem zastanawiam się czy jak Monte Christo
    nie powinienem nie jeść pod ich dachem. Z drugiej strony, ich dach nadal,
    teoretycznie jest moim dachem, więc idea wysublimowanej, cichej zemsty
    pozostanie raczej niezrealizowana.
    Potem już tylko Święto Murarzy i nasza piąta rocznica. Uczcimy to pewnie idąc
    do kina na jakąś jatkę. I całując się w nosy i policzki, bo pewnie któreś znowu
    będzie chore, a nie doszliśmy jeszcze do tak ekstremalnego stopnia zażyłości,
    by zarażać się specjalnie nawzajem i siąpić z nosów w kropelkowej ekstazie
    wysokiej gorączki i cierpienia.

    *

    Czy miałem na to ochotę?
    Nie! Wolałem już przejść
    się ulicami Teheranu w
    koszulce z Gwiazdą
    Dawida…

    (Clarkson)

    Ostatnio rozkuwaliśmy z wiecznej zmarzliny Chełm. Miejsce,
    które Niemcy zbudowali jako konkurencję dla Miasta. Miasto zareagowało jak
    zwykle w sposób spokojny i wyważony, spaliło i rozebrało konkurencję cegła po
    cegle do poziomu gruntu. Dopiero później Chełm się odtworzył ale już jako
    dzielnica, a wszytko to po to by po 6 godzinach stukania w pokrywę lodową nasze
    łopaty podwijały się fantazyjnie pod siebie, tworząc coś w rodzaju motyki. W
    każdym razie Bartek przyjął przy tej okazji do pracy dwóch spadochroniarzy z
    NewPort. Podwozili mnie potem pod ojczystego, brzeźnieńskiego Lidla, bo w końcu
    mieli po drodze. Wóz otwierał się tylko z zewnątrz, kolumny charcząc rzygały
    najnowszymi osiągnięciami sceny dance a kolesie byli osobliwie weseli. Z ulgą
    wydostałem się na zdrowe, przesiąknięte wyziewami z pobliskiego Siarkopolu
    powietrze i pomyślałem z rozrzewnieniem o czasach Wojny Trzydziestoletniej
    między naszymi dzielnicami. Kiedy to czas był jeszcze młody, policja nieśmiała,
    krew wypełniała rynsztoki a dwóch porciaków mogłoby podwieźć brzeźniaka jedynie
    na popiołowiska EC-2 w celu przytapiania w gliniance.
    Czytam „Chaotyczne akty bezsensownej przemocy” Womacka i smuci mnie kierunek w
    jakim podąża akcja. Włosy mam już tak długie, że jak wychodzę spod prysznica i
    wszystkie układają mi się płasko do tyłu, to wyglądam jak Księciunio Ciemności.
    Jutro Kostucha przesunie kolejne ziarnko na liczydle mojego życia. Wszystko
    troszkę mnie boli, czuję się jednak bardziej zużyty niż uszkodzony, a to dość
    przyjemne i zapomniane już z lekka uczucie.
    Lenn tymczasem połamała i  zmiażdżyła u
    siebie deskę klozetową. Twierdzi że poderwała się a deska pękła i że sprostuje
    cokolwiek o tym napiszę, ale my przecież znamy PRAWDĘ, a przed oczyma naszej
    wyobraźni przewija się przerażający dramat, kiedy to mocarne, przetykane nićmi
    organicznego tytanu poślady, rzucają się drapieżnie i miażdżą w swych mięsistych
    wargach niewinną deskę klozetową, po czym zgryzają ją na kruche strzępki.
    Oczywiście nie można nie wziąć pod uwagę opcji, że Lennonka jest zwyczajnie za
    tłusta i wkrótce na spacery będzie wychodziła przez okno za pomocą dźwigu.
    Dan chcąc najwyraźniej uniknąć konieczności ciągłego zakupu łazienkowych
    utensyliów nabył drogą kupna przezroczystą deskę z zatopionymi w niej żyletkami
    i drutem kolczastym…

    Zbliżając się do prawdy
    oddalamy się od
    rzeczywistości

    (Lec)

    *

    Budzisz się rano i nic
    nie widzisz bo oczy
    zostały w szklance

    (Lenn reagując na opowieść Avatara o spaniu w szkłach
    kontaktowych)

    Gdy po raz milion sześćdziesiąty ósmy zakończyliśmy
    odśnieżanie Schodów Do Nieba, wspiąłem się na ich szczyt i w roziskrzonej
    słońcem scenerii, wysoko ponad światem uniosłem ponad głowę szuflę i wydałem
    zuluski okrzyk zwycięstwa. Odbił się echem pośród budynków i ośnieżonych stoków
    morenowych wzgórz. Pomknął w górę i rozpłynął się pośród intensywnego błękitu
    nieba. Tryumf na jaki nas stać w świecie ogrodzonych parcel i dawno wygasłych
    ognisk.
    Mamy w firmie jeszcze więcej żarówiasto różowych szufli, niedługo pewnie
    jeszcze otrzymamy wszyscy różowe, puchate kombinezony i będziemy firmą inną niż
    wszystkie…
    Miejscowa przedstawicielka Emeryt Komando, która za każdym razem ciężko dyszy
    obserwując przez judasza jak sprzątam, dopadła Stasia Zwanego Czesiem, gdy nie
    spodziewając się niczego beztrosko rozpylał śnieg po okolicy niczym rozrzutnik
    obornika, i zarzuciła mu zamach na jej świętą pergolkę, nieśmiało wystawiającą
    lewy, górny rożek z trzymetrowej zaspy. Na nic zdały się tłumaczenia, że
    codziennie przerzucamy tu z 5 ton śniegu i mamy już trochę dość przenoszenia go
    15 metrów
    przez podwórko po jednej łopacie na raz. Negocjacje nie przebiegły dobrze,
    albowiem zaobserwowałem udręczony ryk Stasiuli oraz szybującą ponad śnieżnymi
    równinami aluminiową szuflę. Ostatecznie ustaliliśmy, że rzeczoną pergolkę
    dyskretnie połamiemy na kawałki a potem będziemy twierdzić, że to korniki
    śnieżne. „No co nie słyszała pani o kornikach śnieżnych? Po 20 centów w kłębie,
    białe jak pośladki Jarka i Leszka. Widzieliśmy całe stadko jak raźno galopowało
    w kierunku  lasu…”.
    Śnieg pada ostatnio na tyle często, że zaczęliśmy się już zastanawiać czy nie
    oczyszczać chodników za pomocą benzyny i zapałek. Zapewniłoby to odpowiednią
    skuteczność i oszczędziło sił i czasu, a ponadto zapewniło by nam zapewne
    lokalną sławę. Staszek Piroman i Kiszczak Żółty Kanister – „Podpalacze
    Chodników”, czyż to nie brzmi dumnie.
    Zima chce nas złamać, jedyne co mnie pociesza to to, że Ostateczne Zwycięstwo i
    tak będzie nasze.
    A tak poza tym szefowa spółdzielni, dla której z takim poświęceniem wypruwamy
    sobie podroby, jest albo niewidoma, albo niedorozwinięta, albo ma plan.
    Podejrzewam, że ktoś jej zwyczajnie posmarował żeby się nas stamtąd pozbyć.
    Według niej to co odśnieżone nie było odśnieżane, co sprzątnięte nie było sprzątane.
    Gdy się zapierdala po 6 – 7 dni w tygodniu po 6 – 8 godzin, i dostaje żałosny
    procent tego co powinno się zarobić, to ma się prawo oczekiwać odrobiny
    wdzięczności, a nie szykan, knucia za plecami i gróźb. Tak więc zdaje się
    wypowiadamy umowę i opuszczamy Dzielnicę Dziwnych Klatek. Dzięki niech będą
    Bogom Eternii, wreszcie skończą się te codzienne, półtoragodzinne wyprawy z
    jednego końca świata na drugi, walki z chronicznymi podkładaczami gum i
    niedorozwiniętymi kretynami, którzy nie potrafią się nauczyć, że drzwi otwiera
    się klamką. W końcu powracamy ze wsi do miasta.

    Gdy stos pogrzebowy foki był
    gotowy zapaliłem zapałkę i od
    razu stało się dla mnie jasne, że
    przesadziłem. Stos nie zajął się
    ogniem. On eksplodował!
    Siła wybuchu była niesamowita.
    Wyglądało to jak Bejrut. Nic w
    promieniu 50 metrów
    nie pozostało
    takie samo. Oprócz foki…

    (Clarkson)

    *

    …uważaj bo dostaniesz
    moherozy i głowę pokryje
    ci meszek

    Na froncie w Redzie nasz ulubiony inspektor o uroku
    pitbulla, któremu właśnie nadepnęło się na jądra i aparycji ósmego pasażera
    Nostromo, usiłował nagabywać naszą firmową blond piękność rodem z
    radioaktywnych żużlowisk NewPort. Skutkiem czego do naszego szefa nadeszły
    doniesienia, że jest chamska i bezczelna. Powinien się cieszyć, że żyje,
    czasem, gdy obserwuję nasze dziewczyny odnoszę wrażenie, że pożerają samca po
    stosunku i zapijają early greyem. 
    Spomiędzy ryczących zamieci wypada na nas niespodziewanie, co czas jakiś,
    przepiękna pogoda. Skrzy się świeży śnieg, żarzą się stare cegły. Mam wrażenie,
    że to tak jak w tym opowiadaniu: „Kara mniejsza”, że co jakiś czas w piekle
    ściągają cię ze stołu sekcyjnego, gdzie leżysz powoli ćwiartowany, regenerują w
    specjalistycznych szpitalach twoje potwornie okaleczone ciało i puszczają, byś
    mógł żyć w sumie normalnie. A gdy wspomnienie bólu wyblaknie i odzyskasz
    nadzieję, chaps cię znowu na stół. No bo w końcu co to za kara, do której można
    przywyknąć?   
    Tymczasem ustaliliśmy sobie ze Stasiem Zwanym Czesiem śnieżną hierarchię. On
    jest konserwatorem powierzchni płaskich a ja pofalowanych. Za każdym razem, gdy
    szef rozwozi po domach nasze pogruchotane i posieczone śniegiem na krwawe
    wstążki ciała, pędzą nas jeszcze pary euforii. Ciepło, muzyka, koniec pracy i
    ciała, które jeszcze nie zorientowały się, że już nie muszą niczym machać…
    Dostajemy takiej fazy i głupawki, że można by to spokojnie kręcić i sprzedawać.
    Wszyscy rechoczemy się i gulgoczemy, samochód tańczy w niekontrolowanych
    poślizgach, giną nieuważne zwierzęta…
    Wciąż też nie opuszcza nas nadzieja, że z pobliskiego lotniska opadnie
    majestatycznie jakiś czarterowy Wizzair i przejedzie dokładnie przez te bloki i
    podwórka, pośród których toczy się nasza zawodowa gehenna. Jeden blok, drugi
    blok, trzeci blok, a na końcu pergolka, nabita na dziób niczym wisienka na
    ciastku. Ale spoko, o pergolce będzie następnym razem. 

    Przetoczcie mi do żył
    nitro i zrzućcie na tą
    dzielnicę z dużej
    wysokości

    *


    • RSS