kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 3.2010

    Włączam TVN a tam Saleta
    tańczący walca angielskiego.
    Zupełnie jakbym zobaczył
    tańczący czołg

    Sms od Marzana: Krwa! Myślałem, że twoja ostatnia notka była
    przesadzona, a tu na bankiecie podchodzi do mnie Paweł Huelle i mówi: Dobrze pana
    widzieć panie Arturze, słyszałem o pana strasznej historii…
    W autobusie podążającym w górę, napotkałem małą, słodką Pooh obładowaną
    torbami, kryjącymi zapewne słodkie różowe sweterki, włochate skarpetusie,
    puchatego misia, z dwa kilo semtexu, dwuręczny, różowy topór oraz wybór broni
    siecznej, w typie motyk stosowanych z powodzeniem przez Hutu. Opowiadała,
    szczerząc te swoje wystające, ostre 
    ząbki, że sąsiedzi donieśli na nią i jej dwukrotnie wyższego i upstrzonego
    kępami rzadkiego, rudego włosa kolesia. Podobno skarżyli się na głośne
    awantury, ale jej zdaniem chodziło raczej o głośny seks…  szkoda, że nie widzieliście min tych
    wszystkich staruszek słuchających tej wypowiedzi dochodzącej z wysokości mojego
    pasa.
    Od razu przypomniał mi się Nowak. Gość ma poparzony policzek, sporo jeździ
    autobusami i jak to w Polsce musi stawiać czoła rozlicznym spojrzeniom. Czym
    starszy obiekt tym spojrzenia częstsze i więcej w nich obrzydzenia. Koleś
    zaczął więc wyszukiwać takie babcie, następnie długo, nieruchomo i intensywnie
    się w nie wpatruje aby nagle i niespodziewanie się oblizać. Kiedyś specjalnie z
    nim jeździliśmy żeby popatrzeć na podskakujące staruszki, nazywaliśmy je
    „sprężynkami”.   
    Przed chwilą skończyłem drugi tom Wylęgarni. Fajnie się czyta jak rodzą się
    bogowie, szczególnie jeśli są atrakcyjnymi blondynkami w obcisłych skórach.
    Przedtem czytałem „Azazela” Akunina, pełną pychy i dość płytką przeróbkę
    wczesnych książek Fleminga i Forsytha. Najwyraźniej autor uznał, że czytelnicy
    owych dawno wymarli, a zmiana typu powieści i epoki załatwi resztę. Gdy
    doszedłem do sceny ślubu, to aż mnie zemdliło od zalewu banału i oczywistości.
    Przez dwa tygodnie nie mogłem tknąć tego cholerstwa. No ale w końcu to zdaje
    się jego debiut, zaraz zabieram się za drugi tom, zobaczymy czy typ nie
    odnalazł własnej drogi.
    Książka jest też męcząca z tego powodu, że opisuje świat beznadziejny. Rosję,
    którą wkrótce zmiecie rewolucja. Większość bohaterów umrze, będzie torturowana,
    upodlona i pozbawiona wszystkiego. Cokolwiek osiągnie bohater okaże się więc
    daremne. Już nie wspominając, że facet jest błyskotliwym funkcjonariuszem
    carskich służb bezpieczeństwa, to trochę tak jakby śledzić bohaterskie przygody
    wesołego gestapowca Heinricha, tropiącego zbrodniczą polską partyzantkę, trudno
    się zdecydować komu kibicować.

    W pokoju było ciemno,
    tylko rysa światła pod
    drzwiami pozwalała
    odróżnić meble od
    potworów

    (Dukaj)

    *

    - O! Drugi martwy łabędź.
    - Dlaczego?
    - Bo one zawsze umierają parami.
    - Naprawdę?
    - Nie, ale tak jest bardziej romantycznie.
    Stójka w bok
    Okrzyk bólu…

    (My)

    Miasto drży podskórnie, roznosi się
    delikatny swądzik skandalku. Nawet wczoraj, gdy stałem pod pomnikiem Neptuna
    czekając na moją złowrogą pociechę, którą miałem zabrać na prezentację książki
    Cioteczki Piórkowskiej, to co chwilę znajome twarze przystawały i nachylając
    się konspiracyjnie pytały: CZY TO PRAWDA?
    A było tak, poeci czytali wiersze w oknie Spatifu w WhiteTown. Czyta Marzan,
    szacowna widownia w środku, żywioł na zewnątrz, i jak to często u nas bywa z
    żywiołu wytrącił się mulisty osad w postaci paru dresiarzy, którzy zaczęli
    gromko komentować nieosiągalną dla ich małych, żółtych móżdżków formę odbioru
    rzeczywistości. Zrobili to w sposób oczywisty, przypisany pełzającym na ich
    szczeblu drabiny bytów niedorozwiniętym istotom. M spokojnie doszedł do końca
    wiersza, po czym wychylił się z okna i puścił im ofensywną wiąchę, szokując tym
    samym publiczność w środku, która nie wiedziała czy to część wiersza, czy
    twórczy happening. Poszła fama, a jeszcze do tego w relacji z imprezy, zdaje
    się w Toposie, autor zakończył swój koncept czymś w rodzaju: A kto poezji nie czyta
    ten, jak to powiedział Artur Nowaczewski, niech się goni albo jebie…
    Jak by tego było mało niedługo potem, bracia poeci bohatersko rzucili M na
    pożarcie gdyńskiej faunie ulicznej, którą wielokrotnie i wyjątkowo zajadle
    walił głową w buciory, po czym wyglądał jak Hiroszima. No i poszła plota o
    krwawej konfrontacji poezji ze szlamem. Zaczęły krążyć opowieści a i panny zaczęły
    inaczej nań spoglądać.
    Kto wie zresztą czy nie możemy mówić już nawet o wojnie Parnasu z plebsem,
    zdaje się Kuczkowski i Kass, lądowali gdzieś jako jurorzy konkursu poetyckiego,
    przedtem postanowili się oczywiście znieczulić, a Kass, gdy sobie golnie
    dostaje hrabiowskiej maniery. No to z lekka się chwiejąc poeci podchodzą do
    stada miejscowych proli w paskach, którzy akurat przysiedli na murku i Kass
    pyta: Panowie jak mniemam są przedstawicielami miejscowego chłopstwa… Jak być
    może odgadliście jurorzy na konkursie się nie pojawili.
    Zaś jeśli chodzi o książkę Piórkowskiej. Zwie się to „Szklanka na pająki” i
    jest reklamowane jako: Książka o Gdańsku, w której nie ma ani jednego Niemca.
    Trochę autobiografii, trochę mariackiego cienia i połysku wilgoci na bruku.
    Trochę historii i trochę magii, znaczy to co w zawilgotniałych murach Miasta
    cenimy i kochamy najbardziej. Na prezentacje przybyły tłumy nieprzebrane,
    jeszcze nie widziałem tylu ludzi na imprezie stricte kulturalnej. Przekrój od
    szacownych dziadków, przez zdartych poetów po wytapirowane lasencje o nogach
    stąd po Honolulu. Z galerii śpiewał chór ukraiński, wchodząc w nuty rozsadzające
    tętnice, tokowała szacowna pani profesor, po schodach ganiały piszcząc
    dzieciaki. Czad.

    Idziemy plażą. 20 metrów z jednego boku,

    20 metrów z drugiego boku, nagle czuję
    zdecydowane pchnięcie ze strony
    Szponiastej i słyszę: Posuń się…

    *

    Ostateczne wyczerpanie, rozpacz
    puka w ramię, za oknem Miasto
    trzęsie się skulone wokół płomienia
    rafinerii – Wszystko wybebeszone i
    wrzucone do jednego pokoju, a na
    środku piekielna amerykanka wep-
    chnięta między stłoczone na kupę
    doniczkowe kwiaty, mam już dość
    Kocie. Co ja mam robić…
    - Podlej

    (My)

    Cichy, pachnący las. Ziemia pocięta liniami wpół zasypanych
    okopów, spod mchu wystają potłuczone bryły betonu. W dali ujście Wisły wygląda
    jakby urywał się świat a rzeka spadała nagle za linię horyzontu.
    Samo ujście to ziemia jałowa. Płaski, ubity naleśnik forpoczty naszego pięknego
    kraju wyrzucanego wciąż dalej przez rzekę w morze. Pełno tu półprzezroczystych
    kamieni, ląd urywa się nagle i gwałtownie opada w głębinę. Wokół cypla woda, dalej
    zamglone wzgórza Wyspy Sobieszewskiej, wieje wiatr, można się tu poczuć
    naprawdę samotnie.
    Potem droga przez las idąca po betonowym nasypie ścieku. Droga ciągnie się
    prosto bez końca w obie strony. Oba jej końce giną we mgle. Asfalt wypłukany i
    popękany, wokół ciemny las, klimat jak z opowieści Strugackich. Marzan opowiada
    jak nie doszło do wojny Polski z Indonezją, wokół cisza, Szponiasta pod
    drapieżnymi, ciemnymi okularami kryje krwawe spojówki krwiopijnej bestii.
    Wygląda jak bella italiana.
    W Sobieszewie odnaleźliśmy jeszcze tylko grób Kwiatu Paproci a potem pędem do
    Miasta z ozorem na plecach bo przecież nie możemy się spóźnić na spotkanie z
    Dannonkami w Herbaciarni.
    M pokazał nam swój nowy tomik, niezły choć wiatr niesie pomiędzy słowami
    stęchły zapach rzeczy umarłych i nieistniejących być może nigdy. M jakoś nie
    wierzy, że Lenn mogłaby się ucieszyć z jego nowego związku. Nie dociera do
    niego, że jego samotność i wariactwa, które ta generuje są dla niej jak wyrzuty
    sumienia. Gdyby znalazł sobie nową kobietę oznaczałoby to pewien powrót na łono
    ludzkości ze świata cieni, już nie wspominając o przekierowaniu części sił i o
    tym, że ktoś by go w końcu przypilnował. Kobiety to kotwice, które wleką się za
    nami na długim łańcuchu nie pozwalając się rozpędzić. Być może rozpędzić się za
    bardzo, tudzież wpłynąć na jakąś morderczą mieliznę. My po prostu uwielbiamy
    płonąć szybko i kochamy piękne katastrofy. Świat bez kobiet byłby zaiste
    niezwykle interesującym miejscem, ale trwałby raczej krótko.

    - Ten koleś robi cztery błędy w
    jednym słowie…
    - Trzyliterowym.

    (Ja i Staś zwany Czesiem)

    *

    Weźmiemy kauczukową, wydrążoną
    w środku kulkę. Napełnimy tuszem i
    puścimy w dół po schodach z szesna-
    stego piętra, żeby odbijała się o tapety
    i kafle… ciekawe czy dojdą do tego co
    to było? Jestem geniuszem zła!

    (Dan)

    Okazało się, że czerwone oko
    Saurona jest zaraźliwe i teraz ma je Pazuzkowata, znaczy oba ma, bo poraziło
    jej obydwa ślepia i teraz łzawi fluidem z dwóch otworów otwartych wprost na
    gorejącą otchłań piekła. Strzeżcie się więc, wy wszyscy, którzy się do mnie
    przytulacie.
    Z tymi chorobami to w ogóle było zabawnie, przez cztery tygodnie chodziłem z
    gorączką powyżej 38 i robiłem całą masę intrygujących rzeczy: jak na przykład
    wzięcie pięciu robót naraz czy zakup paczki taśmy klejące. Powtarzam paczki.
    Nie wiem co będę z tym robił, prawdopodobnie z tej taśmy będą korzystać jeszcze
    moje wnuki, by owinąć nią moje zmurszałe ciało i złożyć pod grządką pomidorów..

    Staczając się ostatnio w dół Słowackiego trafiliśmy na Marzana. On szedł w górę
    ja w dół, obaj tak spruci i zamyśleni, że gdyby nie przytomna obecność
    Szponiastej to zapewne byśmy się minęli i nigdy o tym spotkaniu nie
    dowiedzieli, a tak wylądowaliśmy na szczycie Olimpu ponad rozświetlonymi
    arteriami Langfur i spijając piwo wsłuchiwaliśmy się w wieści z nocnego świata
    grzejących swe stare kości w świetle księżyca poetów, kolorowych alkoholi i
    nagłych ubytków hemoglobiny. Podobno Maier lądował w Kielcach, spytał jakiegoś
    kolesia o drogę do knajpy. Ten pokazał mu wejście na jakieś podwórko. Maier
    wszedł, furtka się zatrzasnęła. Wokół tylko gołe ściany, zamknięte drzwi i małe
    okienko. Dzwoni więc do M: Jestem w potrzasku! M na to: Rób coś bo zamarzniesz!
    Maier: No, tu jest takie kontynentalne powietrze… Ostatecznie obrzucał
    śnieżkami okienko i wydostał się na świat przez kebabarnię. I tak miał fuksa,
    że dowcipniś nie skierował go na zatrzaskujący się wybieg miejscowych, żujących
    butapren zaślinionych sodomitów, tudzież farmę rottweilerów.
    M ostatnio usiłował nie zasnąć w kolejce, z czego jest znany. Wsiadł i myśli:
    Zamknę oczy, ale będę liczył stacje. Pociąg się zatrzymał, a on liczy: Jeden.
    Nim powiedział dwa, zrobiło się nagle jasno a pociąg hamował gdzieś w lasach za
    Rumią.
    U mnie z kolei wpadł ostatnio z wizytą lokalny koloryt z jakimiś przystawkami z
    ASP. Gadka szmatka, reaktywne płyny i toksyczne przystawki. Ktoś poszedł do
    kibla i nie wraca. Poszedł drugi i nim się obejrzałem byłem sam na sam z
    alkoholem, a trzeba wam wiedzieć, że mam kibel tak mały i przygnębiający, że w
    porywie estetycznej zemsty na wszechświecie zacząłem wyklejać go zdjęciami
    obrazów. Zerwałem się więc, nazwijmy to tak szumnie, i udałem się tropem
    zaginionych, którzy jak się okazało wciśnięci między bezmiar wucetu a schody
    dyskutowali zażarcie: Czy umiejscowienie Klimta za rurą a „Krzyku” obok pokracznej
    malowanki człowieka kadłubka ma jakiś głębszy sens i metaforyczny zamysł.

    - Nergalątka…
    - Nergalątka kojarzą mi się z tymi
    zawodzącymi stworkami z reklamy
    telefonii
    - Nieplanowane minutki…
    - Dokładnie.

    (My)

    *

    Cygańskie przedmieście. Ażurowe pałace z dziecięcej
    wyobraźni wyrastające spośród slamsów, chaszczy i mgły. Wysypujemy się,
    wytaczamy, wypadamy z naszego autobusu o zardzewiałym sercu, zawieszonym na
    siedmiu paskach klinowych. W bramie wydzierają Awarii napoczęty karton soku z
    antonówki. Kończy pośród kolorowego wytworu otwartych butelek i kartoników
    stłoczonych pod płotem. Składamy nasze świadectwo na polskiej fladze, która ma
    popłynąć w świat z Zespołem.
    Wlewamy się tysiącami na niebosiężne stoki trybun, spływamy przejściami na
    płytę. Żółte anioły świecą nam latarkami w oczy i zęby. Jest nas tu tak wielu
    jak w zbyt epickich opowieściach.
    Ciemność rozsadza industrial, lecz to jeszcze nie to. To preludium. Lecz serce
    przyspiesza. Uderzenia bassów wprawiają w regularne drżenia jamę brzuszną.
    Potem nagła ciemność i narastający dźwięk jak w Wojnie Światów. Scenę
    przesłania szara płyta. Dźwięk uderzeń i przez pęknięcia rzyga jasne światło.
    Siatka pęknięć się rozszerza, opadają kawałki. To gitarzyści przebijają się z
    tamtego świata za pomocą kowalskich młotów. Błysk palnika acetylenowego, opada
    owal metalu i na scenę wkracza sam mistrz ceremonii. 
    Potem uderzenia, ogień, światło, pieśni stalowych, miejskich wilków wyjących do
    spadającego księżyca.
    Pussy ukoronowane jazdą na wielkim, różowym penisie zionącym pianą w widownię.
    Till mówiący po polsku: podnieście ręce do góry, bo raczej nie odważyłby się
    krzyknąć w Polsce: Hande hoch! Tysiące papierowych serc uniesionych na widowni
    w czasie refrenu Fruhling in Paris, ekrany telefonów i aparatów układające się
    w świetliste konstelacje, żółte płomienie zapalniczek i błękitne skrzydła
    aniołów. Chudzielec płynący po widowni na pontonie, unoszony na tysiącach dłoni
    jak na falach, zaskoczony niespodziewanie deszczem rekinów: plastikowych,
    pluszowych, dmuchanych…
    Ten moment gdy potężna fala światła sunie przez morze tysięcy głów i
    wyciągniętych rąk, uderza w podnóże trybun sunie gwałtownie w górę stoku by
    wydobyć cię z tłumu.
    Potem bieg przez śnieżycę w poszukiwaniu autobusu, czającego się podstępnie
    gdzieś na parkingu odległego REALa. Nikt nie zna drogi, nikt nie zna tego
    miasta, nie ma tu miejscowych. Nawet ochrona jest z Katowic. Suniemy wśród
    wirujących płatków śniegu pod postrzępionym betonem estakad, trafiamy na siebie
    pojedynczo i parami, zbieramy się w stado sunące desperacko przez biel,
    zmieniające gwałtownie kierunek biegu pod wpływem powiewu telefonicznych fal.
    Pod REALem stały wymarłe miejscowe autobusy, z tej całej radości lecimy podlać
    im koła niczym Hermaszewski.
    Potem Dekompresja wpasowana w stare fabryczne wnętrze. Znowu Texx, znowu piwo,
    gibkie smugi dziewczyn przemykające przez pole widzenia i koniec, koniec,
    powrót, sen.
    Spotykam Szponiastą pod Pomnikiem. Nieobecny przez dwa dni. Taki sam, tylko
    inny.

    *

    - Wziąłem ze sobą tylko flaszkę
    Porannego Mordercy
    - Dlaczego nazywasz go porannym
    mordercą?
    - Zobaczysz rano

    Żyję, wróciłem, nawet kończyny mam
    wszystkie. Dokładniejsza relacja z Lotu Intrudera we wtorek, teraz tylko dodam,
    że dziwnie było patrzeć na snujących się po Atlas Arenie zupełnie obcych ludzi
    z ksywą Awarii na koszulkach. Awaria jest szarą eminencją klubów Rammsteina w
    Rzeczpospolitej i najwyraźniej nie wszystko nam mówi.
    Autobus mieliśmy własny, nawet kierowcy byli zinflirtowani. Impreza zaczęła się
    jeszcze na rogatkach Miasta Miast i rozwijała się permanentnie aż po samą Łódź,
    gdzie nie wszyscy okazali się zdolni do samodzielnego opuszczenia pokładu.
    Teraz opis koncertu:

    WHOA

    Okazało się, że musieliśmy jechać
    na drugi koniec Najjaśniejszej by spotkać Texxa.
    Potem bieg przez tumany śniegu w poszukiwaniu ukrytego sprytnie autobusu,
    afterparty i tryumfalny powrót w roziskrzone bielą w porannym słońcu kraju
    ojczystego.
    I tyle teraz, muszę znowu ruszać w świat. Jak znajdę chwilę, będzie więcej.

    - Mixer? A kto to taki?

    - Naprawdę istnieją ludzie, których
    nie chciałabyś poznać, to jest jeden
    z nich

    *

    Tak, wiem dawno mnie tu mnie nie było, a zaraz znowu wybywam. Wstawałem o 4 gnałem do Dzielnicy Dziwnych Klatek, odśnieżałem, sprzątałem i pędem na Cmentarną Bramę tam przetaczałem się przez 18 pięter aż po samo podziemne sedno i skrzypiące jądro Ziemi a potem pędem na Chełm gdzie do północy albo i pierwszej malowałem mieszkanie wsiedniu kolorach i trzech odcieniach. Potem spałem na miejscu na amerykance, którą właściciele wypożyczyli zapewne od Hiszpańskiej Inkwizycji, a potem wstawałem o 4 itd, przez cały tydzień i cały weekend. A teraz skończyłem, prawie, przespałem burżujsko 6,5 h i wylądowałem u Awarii spod której domu za 54 minuty zabierze nas autobus na Rammsteina.
    Oczywiście skoro już miałem tak gęsto zapchany program trafiły mi się przyjemności dodatkowe, zgodnie z zasadą „że jak już coś się dzieje, to wszystko”. Tak więc biegałem wieczorem po mieście w poszukiwaniu kwiatów na dzień heter, umawiałem się trzy razy na spotkanie z imbecylem z komunikacju, który chciał żebym sam przeciągał kable, a on mógłby mi uroczyście wręczyć modem, skasować sałatę i uciec. Ukoronowaniem wszystkiego był pomyśł Władczyń Dzielnicy Dziwnych Klatek, żebym przeniósł pięciotonową, górę ubitego śniegu stąd tam, 30 metrów, bo tak przmówił miejscowy, z lekka upośledzony Vox Populi. Teraz mogę sobie wpisywać w CV – Przenoszenie gór lodowych.
    I na razie tylę, kończę i przepraszam za ewentualne błędy, ale spieszę się jak cholera  do tego ciemno tu jak w zgrabnej ale ciemno pigmentowanej dupie Beyonce. Odezwę się jeśli przeżyję. Tillu przybywam, rozłóż swe mocarne, germańskie ramiona…

    *

    Ludzie dzielą się na mężczyzn,
    kobiety i samice Niemców.

    (Bash)

    Od paru dni na zewnątrz szaleje
    wiatr, który urywa jaja przy szyi i porywa dzieci z wózków… Pewnie już tak
    kiedyś było, ktoś znalazł bociana zabitego dzieckiem, wniosek był oczywisty.
    Lenn z żarem w oczach i trzewiach wpada do kebabarni i już od wejścia żąda
    posiłku. Kobieta patrzy na nią z nadzieją i pyta: Z kurczakiem czy z baraniną?
    Lenn, jakże by inaczej, z kurczakiem. Kobieta westchnęła ciężko, minęła pękatą
    kulę piekącej się baraniny i zaczęła łapać smętne resztki kurczaka z drugiego
    rożna.
    Ja z kolei, do kompletu jakiejś francy, która najpierw rozsadzała mi od
    wewnątrz płuca a teraz jeździ żyletkami po wewnętrznej stronie gardła, dostałem
    czerwonego oka. Zapalenie spojówki z niczego. Ze snu i powietrza. Był taki
    moment moje oko stało się kulą intensywnej czerwieni z plamą intensywnego
    błękitu w środku. Jakaś Hermenegilda napadła mnie w tramwaju, mimo kilku miejsc
    wolnych, i uparła się siedzieć akurat dokładnie tam gdzie siedziałem. „Bo stąd
    dobrze widać drzwi”. Stwierdziłem, że nie będę próchna ustawiał przy ludziach,
    bo żyjemy przecież w kraju, w którym bandyci zbierają w sieci kasę na adwokata
    dla straszliwie poszkodowanych przez wymiar sprawiedliwości ofiar, które
    zupełnie niechcąco zamordowały policjanta na przystanku.  Wykrzywiłem się szkaradnie, przymknąłem
    zdrowe oko i spojrzałem na nią spode łba Okiem Saurona. Babulina kłapnęła tylko
    szczęką i z miejsca potruchtała na z góry upatrzone pozycje. Wszystko ma więc
    swoje dobre strony. Wczoraj Avatar zalała mi to solą fizjologiczną i jakimś
    specyfikiem i dziś trochę czerwonej mgły mi z oczu zeszło.
    Od jutra zaś, wieczorami po pracy, czy też raczej nocami, będę malował
    mieszkanie znajomej pary gejów. Dziś byłem z wizją lokalną i kolesie normalnie
    mnie zastrzelili. Ta ściana taka, a ta taka, tu zrobisz ramkę w takim odcieniu
    a tu takim, ale innym niż słup i ta listwa. Masakra. Powiedziałem, żeby wzięli
    ołówki z IKEI i napisali na każdej ścianie jaki chcą kolor. Jakby tego
    wszystkiego było mało, oni sobie lecą na urlop a ja mam tam spać sam z ich
    szalonym królikiem – mordercą. 

    Wszystko jest na zawsze,
    jeśli nie wiadomo kiedy
    się kończy

    (Womack)

    *


    • RSS