kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 4.2010

    Wczoraj miałem w domu sieć…
    Skończyła mi się jak wkład w długopisie około drugiej nad
    ranem. Słabła, słabła i zdechła. Obecnie jestem zajęty
    dociekaniem „Czemu”.
    W ogóle tydzień jest dość potworny,
    od poniedziałku mam takiego pecha, że zastanawiam się czy się
    gdzieś nie zamknąć, ewentualnie wykopać jakiś okop. Dziś
    ostatecznie zdawaliśmy Dzielnicę Dziwnych Klatek. Konflikt
    rozpętany z powodu Kampanii Zimowej i związanej z nią z lekka
    stalingradzkiej akcji odśnieżania, zaowocował ostatecznie
    rozwiązaniem kontraktu. Oznacza to także, że nie będę się
    musiał opędzać od nadobnych przedstawicielek Spółdzielni
    próbujących mnie podkupić i zwabić na stałe w miejscowe
    pentagony podwórek. Okazałem się uparty i oporny i żadna
    miejscowa Kirke nie sprawiła, że przyrosłem do miotły pośrodku
    któregoś z placów, zmieniając się w pierwsze w historii botaniki
    Drzewo Okularnika. Mojego szefa nie lubili tam pasjami, z
    wzajemnością zresztą, mnie za to dość lubili, choć czasem była
    to sympatia z lekka obłąkana. Będzie mi brakowało jęków
    startujących samolotów.
    Gdy wylądowałem w Cmentarnej Wieży
    było mi tak źle, że przysiadłem na półpiętrze, myśląc o tym,
    że gdy już, już zwycięstwo jest w zasięgu rąk, zmienia się ono
    w popiół i osypuje się między palcami. Jestem zmęczony. Ten
    niekończący się pościg za chwilą spokoju drenuje moją duszę,
    każda kolejna klęska zostawia w niej krwawiące rany a ja biegnę
    wciąż przed siebie z ozorem na wierzchu i siejąc pacynami posoki.
    Zawsze gdy myślę, że mogę się już zatrzymać, w pobliżu
    wybucha wulkan, albo szalony rodzic wytwarza w rodzinnym
    akceleratorze nienażartą czarną dziurę. Myślałem tak sobie
    gapiąc się tępo w przestrzeń, czy też może na bielącą się
    nieopodal, wśród świeżutkich liści tabliczkę na grobie Horsta
    Mellera. Potem wstałem nagle i wspiąłem się na dach. Wyszedłem
    na gzyms ponad wiatrem. Pode mną pulsowała obojętna, podświetlona
    od wewnątrz wiosną rzeczywistość. Ciepłe podmuchy wydymały
    koszulę i ocierały się o żebra. Oparłem się o wielki napis
    Impro, czubki moich butów wystawały poza dach.
    Po dłuższej
    chwili, lekko chwiejnie zszedłem i niespiesznie ruszyłem na dół
    by jeszcze przez chwilę być wśród was.
    A tak poza tym kot
    zwany Ebolą zeżarł szpilkę. Stasie nie były tego do końca pewne
    więc Zwany Czesiem wziął bestię za fraki i zabrał ją do
    weterynarza, żeby wykonać slajdy. Szpilka rzeczywiście się
    znalazła. Zdążyła już pokonać dwie trzecie kota. Na szczęście
    wędrowała plastikową kulką do przodu. Kot terroryzował
    pielęgniarki, potem został poćwiartowany, potem się obudził i
    dalej terroryzował pielęgniarki. Wszystko zdaje się więc być w
    porządku.
    Z zabawnych, zależnie od punktu widzenia, zdarzeń
    przytoczę jeszcze tylko ostateczną manifestację pecha we wtorek,
    kiedy to właśnie otwierana butelka Sprita pękła na całej
    długości i eksplodowała. Byłem po 11 godzinach kurewskiej roboty,
    obok stał obiad, który miał wypełnić swym rozkosznym ciepłem
    moje pokurczone wnętrze, już, już miałem usiąść… ale nie.
    Trzy godziny mycia ścian, stołów, lamp, monitorów, okularów,
    siebie i ogólnie wszystkiego, aż po pojedyncze długopisy. Nawet
    pieprzony kaktus. Na szafie został mój obrys ułożony z
    kolapsujących, cukrowych kropelek. Wyglądał mrocznie i dostojnie,
    niczym cień na ścianie Hiroszimy, czy końcówka filmu „Hero”.
    Mogłoby to być wspaniałe, gdyby nie było tak kretyńsko
    absurdalne.

    *

    - Cześć Baśka, jaka ładna kurteczka.
    - Nie uwierzysz, ale pod nią nie mam
    zupełnie nic.
    - Nie przejmuj się, może jeszcze urosną

    (Angora)

    No i tak. Wczoraj leciał na jedynce „Skarb Narodów” no nie?
    A w Brzeźnie trwa trzeci tydzień, orgia szaleństwa spowodowana kolektywnym
    przepuszczaniem marynarskiej pensji Seby. Stado strzępi się, gubi krople, łapie
    nowe, znów się kumuluje. Twór pulsujący, przemieszczający się bez ustanku aż po
    ostateczny kres esencji życiowych i ostatnią monetę dwudziestogroszową. Byłem
    już zwarzony piętnastoletnim koniakiem, który Starszy dostał od Uzbeków,
    gdy najeżony łopatami, latarkami i
    szkłem wszelkiego rodzaju Twór wypełnił szczelnie moje drzwi na świat i stanowczo
    zażądał ode mnie współudziału w wyprawie na poszukiwanie Skarbu Gestapo w
    okolicznych bunkrach. Następne godziny mgliście napływają do mnie stroboskopem
    migających latarek, przekleństw i brodzenia w lodowatej, czarnej wodzie
    sięgającej do pasa, która zawierała zapewne ameby, trąd i te małe,
    rozwścieczone paskudztwa z Amazonki, które wciskają się w mosznę i zaczynają
    żreć człowieka od środka. W głębi pod nogami chrzęściły prehistoryczne warstwy
    butelek i zapewne szkielety. Co czas jakiś któraś z postaci znikała nagle i
    niespodziewanie zapadając się w któryś ziejących w podłodze włazów prowadzących
    w dół na zatopione piętra. Cud, że nikt nie zginął, choć może i zginął, okaże
    się po południu, gdy już wszyscy powrócą do świata żywych i będą w stanie się
    policzyć.
    Przyznaję się bez bicia, okazałem się softem. Stałem jedynie na progu ze
    szperaczem i rzucałem co jakiś czas uwagi typu: O tam chyba coś się błyszczy! I
    stado rozchlapując roztwór gnało w jakiś mroczny kąt. Na rzeczowe skądinąd
    pytania o mój karygodny brak zaangażowania, odpowiadałem skromnie, że są ludzie
    stworzeni do wielkich czynów, nieustraszeni odkrywcy i eksploratorzy i takie
    żuczki z tła jak ja, trzymające usłużnie szperacze rozświetlające im drogę ku
    wielkim czynom. Cóż za ohydny cynizm, tfu! Gardzę sobą… i nie muszę dzisiaj
    suszyć butów, tudzież wyciągać jakiejś wijącej się pijawki z mojego
    drogocennego odbytu.
    A dziś idziemy herbacianą ekipą na dzień otwarty stadionu. Jest blisko,
    zbieramy się więc przed moją bramką. Będziemy rzucać Krewetką z 60-cio
    metrowego dźwigu i patrzeć jak się odbija.

    List do NFZ:
    Nasz dziadek miał ostry atak
    kolki nerwowej, więc wezwaliśmy
    pogotowie. Przyjechał zalany w
    trupa lekarz. Nasikał do szafy,
    zrobił zastrzyk w wersalkę, posłał
    wszystkich w diabły i pojechał. A
    dziadek tak się śmiał, że kolka mu
    przeszła sama.
    Dziękujemy!

    (Angora)

    *

    ***

    1 komentarz

    *

    - Koty są ohydne.
    - Jak możesz tak mówić,
    ja je uwielbiam…
    - To dlatego, że dostrzegasz
    tylko ich powierzchowność.
    - A ty nie?
    - Przelotnie…

    (Z serii: Rozmowy z Hanką Fanką)

    To nie była ta rolka.
    Buhahahahaha! Seba przyklęknął niczym książę i podał Iwonie topielca na
    poduszce wyszywanej w słoneczniki niczym koronę. Chciał jej nałożyć bucik
    niczym Kopciuszkowi a tu nie do pary. Ojej. Jakże nam przykro. A miało być tak
    omdlewająco romantycznie.
    Radziliśmy mu potem sprawdzić, czy w środku przypadkiem nie ma nogi. I tak
    przecież dobrze, że nie znalazł łyżwy… 

    A tak poza tym nie chce mi się. Ogólnie mi się nie chce, a jeszcze przez dwie
    ostatnie noce przegryzłem się przez ostatni tom Millenium i teraz chodzę z
    lekka jak zombi, a tu jak na złość nie ma w okolicy żadnego soczystego mózgu.
    Praca popołudniami wykańcza mnie.
    Wczoraj około 21 Marzan napisał, że o tej porze Olsztyn jest miastem wymarłym a
    on udaje się właśnie w kierunku bardziej wymarłych okolic. Ja z kolei
    usiłowałem grać u kolesia w RPG, ale pojawia się tam typ, który zawsze wybiera
    sobie przenośną, transprzestrzenną bramę, przez którą sprowadza Królową Kopca,
    tak że akcja wygląda zazwyczaj mniej więcej tak: -Mamy cię Henry, jesteś
    osaczony!
    W tym pustym, ciemnym zaułku
    jesteś tylko Ty, Ja, Wyrwiflak i Glaca…
    - Poprawka, Ja, Ty, Wyrwiflak, Glaca
    i Królowa Kopca.
    - Co!!! Arghhhh…
    Raz udało mu się to nawet gdy graliśmy w Harrego Poterra. Biedna Hermiona. To
    była Masakra. Ron w ramionach ksenomorfów. Ciemne korytarze Hogwartu długo
    rozbrzmiewały jeszcze ostatnimi, rzężącymi nieco wrzaskami Hagrida, Madam
    Pompfrey dopadł twarzołap…

    Przecież żakowi nawet diabeł
    niestraszny. Rrax żył na świecie
    dość długo i wiedział, że kto jak
    kto, ale student jest zdolny do
    wszystkiego.

    (Piskorski)

    * 

    Gdyby ten wulkan wybuchł
    parę dni wcześniej…

    (Lady Pazurek)

    Ludzie nadal wyrzucają choinki…
    Z ziemi nic nie widać. Dopiero ze szczytu Cmentarnej Bramy pokazują się smugi
    pyłu niesione po błękitnym niebie przez wiatr. Wyglądają jak sfałdowanie piasku
    na dnie jeziora, fala za falą. To ciekawe jak bardzo naszą percepcję ogranicza
    miejsce, w którym przebywamy. Wystarczy 16 pięter i świat staje się czymś
    innym.
    Z pewnością stałby się inny dla kogoś kto ostatniej soboty wybrałby się na
    nocny spacer na plażę, gdzie wskutek oblewania uwolnienia Najjaśniejszej spod
    ciężkiej płetwy Prawa i Sprawiedliwości, czy też jak chcą niektórzy:
    Przeproście i Spierdalajcie, urządziliśmy wyścigi rowerowe po płyciźnie. Dodać należy,
    że na ośmiu startujących były tylko cztery rowery, składana hulajnoga, para
    rolek oraz karton po telewizorze.
    Wyścig był zażarty i bezwzględny, obfitujący w krwawe obrażenia, zgrzyt
    zderzających się bolidów, liczne fruwające w powietrzu kawałki zwykłe i
    organiczne oraz jedną reanimację usta-usta, z tymże reanimowany odmówił
    współpracy na widok nachylającej się nad nim ohydnej paszczy i uciekł w głąb
    morza skąd wabiliśmy go potem półlitrówką przez blisko godzinę. Do dalszych
    konsekwencji należało nieludzkie zwleczenie mnie z barłogu i prawdopodobnie
    Borysa, oraz gorączkowe przeszukiwanie Zatoki w celu odzyskania roweru oraz
    rolki. Wrak roweru odkryliśmy w pobliżu mola, gdzie spoczywał zatopiony niczym
    amerykańska barka desantowa pod Guadalcanal, po rolce natomiast nie pozostał
    żaden ślad co spowodowało powstanie teorii, że odpłynęła wraz z porannym
    odpływem w kierunku otwartych wód, gdzie z pewnością spowoduje katastrofę
    jakiegoś tankowca.
    I uwierz nam proszę droga Iwono Magdaleno szukaliśmy naprawdę dokładnie, wszak
    znaleźliśmy nawet spoczywającą spokojnym snem wiecznym na głębokości metr
    dwadzieścia komórkę Seby, oraz leżące na przestrzeni 5 metrów dna drobniaki
    jego. A zamarznięte jaja dzwoniły nam w głębinie niczym dzwony zatopionych
    miast wprowadzając zapewne w zadziwienie wieloryby gdzieś w zielonej głębi
    odległego Atlantyku.
    W niedzielę zaś w południe odbyły się w Herbaciarni obchody pierwszych urodzin
    Krewetki, przesunięte z lekka, ponieważ przedtem jej szanowna rodzicielka się
    półpasła. Krewetka otrzymała zbiorczego misia wielkości sterowca, pod którym
    będzie mogła się schować jeszcze przez wiele lat. Herbaciarka, będąca
    posiadaczką dumnego a obfitego biustu, którym zapewne przyprawiłaby o czkawkę
    Lolo Ferrari, ubrała na tę okazję „pionową bluzkę”, z której owe cuda wysuwały
    się co jakiś czas majestatycznie niczym transkontynentalne pociski z silosów,
    tak że ich właścicielka pochylając się musiała subtelnie podtrzymywała je
    dłonią, by w urodzinowym torcie nie pozostały subtelne odciski. 
    Jest wiosna moi kochani, ptaszki śpiewają, niebo jest błękitne a ja od niemal 6
    lat żyję w celibacie, resztę dnia spędziłem z bólem żołądka i światłowstrętem.
    W radiach nadal miauczeli, po raz pierwszy więc od roku odpaliłem kasety. O
    zmierzchu niczym zombi w drzwiach stanął Seba z uśmiechem psychopaty na twarzy
    i pokrytą wodorostami rolką w rękach. W poniedziałek na szczęście czekała mnie
    praca, inaczej pewnie bym się wykończył.

    Rozmawia sąsiad z sąsiadem:
    - Popatrz pan, Jacuś się żeni, a
    jeszcze wczoraj raczkowało toto
    po trawniku, taplało się w kałużach…
    - No, w końcu wieczór kawalerski
    miał.

    (Angora)

    *

    Uśmiechnęła się mięsożernie.
    -… to pułkowniku wyskoczymy
    może na chwilkę na wydmy…
    - Za późno. Może nie jestem
    jeszcze zaobrączkowany, ale
    już na pewno udomowiony.

    Najwyższy wyraził swoją opinię o profanacji Wawelu zamykając
    przestrzeń powietrzną Europy pyłem wulkanicznym. Przyznam, że zawsze podobał mi
    się styl Staruszka, rozmach i ironiczny podtekst każdego działania, w którym
    można zawsze dojrzeć kolejne dno i kolejne… choć może w Gomorze patrzyli na
    to trochę inaczej.
    Ostatnio na samym szczycie szczytów Cmentarnej Bramy zainstalowano wreszcie
    drabinkę na dach. Do tego właz był otwarty, nie muszę więc wam chyba mówić, że
    już po chwili niczym pierwotna forma życia wypełzłem pod przestwór błękitnego
    nieba by z góry popatrzeć na wasz świat. Coś niesamowitego, widać, że Zatoka to
    zatoka, okrągłe, błękitne lusterko upstrzone przecinkami tankowców. Hel
    widoczny jak na dłoni, w dole kipiące Miasto, spiętrzona arteria Słowackiego. Z
    piany zabudowy startujące ku niebu wyszczerbione, zielone zęby morenowych
    wzgórz. Wibrujące w oddali pola odbłysków metalu, wiatr śpiewający swoją pieśń.

    Chciałem ściągnąć Lenn z aparatem, ale nie odpowiadała, pogrążona zapewne w
    sieciowej otchłani „Pudelka” czy czymś równie absorbującym. 
    Wczoraj z Mławy doszły mnie słuchy, że urodziła się córa mojego kuzyna.
    Powiedziałem Mariuszowi, że bardzo się cieszę i żeby pożegnał się ze snem.
    Dzieci to jednak kupa radości, z przewagą kupy…

    W futurystycznej scenerii
    mistrzowie sztuk walki
    walczą o detonator do
    elektrowni atomowej.

    (opis filmu na sieci, nie wiem jak wy ale ja odczuwam w jego
    kierunku dziwne ciążenie)

    *

    - Co pijesz, wino, wódę?
    - …no i piwo

    Rozdzierający ryk syren nad
    miastem. Niedzielne południe. Wszystko zatrzymuje się: samochody, ludzie.
    Twarze obrócone ku błękitnemu niebu. Wszystko zatrzymane w pojedynczym kadrze.
    Stopklatka z naszych czasów. I ta cisza, dźwięk syren brzmiący w absolutnej
    samotności, gdy wszystko pozostałe milknie i przestaje na chwilę istnieć.
    A potem nadciągająca z rykiem fala polskiej paranoi, która przez kilka dni
    zawieszenia spiętrzyła się i skumulowała w pięść mocy: Kaczyński spocznie na
    Wawelu… Najgorszy prezydent Polski wszech czasów, turkuć podjadek polskiej
    polityki, moralny karzeł, który niszczył ludzi z płytkiej zawiści i
    zacietrzewienia, skrajny nieudacznik, który prawie zawsze mając do wyboru dwie
    decyzje wybierał złą, włącznie z tą ostatnią, która kosztowała życie niemal 100
    osób.
    Po awanturze w Inguszetii, piloci nie dyskutowali z „zwierzchnikiem sił
    zbrojnych”, podejrzewam też że nasz Wielki Mąż Stanu, gdy usłyszał, że Rosjanie
    nakazują lądowanie na innym lotnisku, z głębin swojego błyskotliwego intelektu
    wysnuł jedyny słuszny wniosek, że jest to celowa i oczywiście złośliwa próba
    zakłócenia obchodów Katynia. Samolot wylądował by więc właśnie tam nawet gdyby
    było to jezioro wrzącej lawy.
    No ale nic, Kennedy też był żałosnym nieudacznikiem, który przegrałby z
    kretesem kolejne wybory, a jedyną jego zasługą było to, że w pewnym momencie
    przestraszył się tego do czego doprowadził, dzięki czemu nie wybuchła trzecia
    wojna światowa. Teraz jest niemal bogiem a matki wciąż od nowa snują swym
    dzieciom opowieści o Cesarzu Kennedym. Nie trzeba więc wspinać się jakiekolwiek
    wyżyny, wystarczy pięknie umrzeć. Nasz prezydent odszedł z wielkim hukiem
    szkoda tylko że na swój całopalny stos zabrał ze sobą tylu innych.
    Tymczasem syreny krążą nad miastem nucąc swoją smutną pieść, ja pozbyłem się
    starej, zionącej napalmem kuchenki i rzucam kurwami w obłokach pyłu na
    szpachlarzy pośród podniebnych labiryntów Cmentarnej Bramy, w Moskwie robią testy
    DNA i życie powoli wraca na stare tory. Choć obecnie, choć może na chwilę
    wydaje się ono jakieś lepsze. Mam nadzieję, że to był właśnie sens istnienia
    Lecha Kaczyńskiego, że jego małe, wstrętne życie nabrało monumentalnych cech w
    chwili zderzenia ze śmiercią, zmieniając choć na chwilę, a może i na dłużej
    nas, nasz kraj, politykę, sposób postrzegania świata.
    Jak pisałem wcześniej w katastrofie zginął przekrój społeczno – polityczny
    kraju. Każdy z nas, niezależnie od poglądów, miał tam ludzi których cenił  i których jest mu żal. Dlatego myślę, że może
    to być jeden z przełomowych momentów naszej historii. Tak jak zatonięcie
    Titanica, jednostkowo przecież niewielka katastrofa, złamało wiarę
    kilkudziesięciu pokoleń i zakończyło dziewiętnastowieczną erę snów. Nagle
    liberał płacze u boku moherowej babci, przedstawiciel lewicy obok prawicowego
    ultrasa. Nikt nie ma możliwości wbijania szpil bliźniemu swemu ponieważ strata
    jaką ponieśliśmy, tak, ponieśliśmy, jest tak wszechobecna i totalna.

    Co 7 lat ludzie tracą
    połowę przyjaciół

    (Angora)

    *

    Na wstępie zaznaczę, dla tych, którzy już zdążyli zapytać i
    tych, którzy mają to w planach: Nie, to nie ja strąciłem prezydencki samolot.
    Osobiście podejrzewam Ziobrę…
    Najprawdopodobniej zaś, jak to drzewiej bywało Lechu uparł się przy tym
    lądowaniu, bo nie chciał się spóźnić na uroczystości i pilot nie miał
    specjalnie nic do gadania. Prezydent chciał znaleźć się szybko na ziemi i udało
    mu się.
    Święto, modlitwa za papieża, 70 rocznica Katynia, akurat to miejsce i czas. Ginie
    cały przekrój polityczny i klasowy Rzeczpospolitej. Gdyby Bóg chciał wyrazić
    się jaśniej musiałby pojawić się na miejscu osobiście i pomachać chorągiewką.
    Nigdy nie przypuszczałem, że może mi się zrobić przykro z powodu Kaczyńskich,
    posłów PISu, czy przedstawicieli kościoła. Wściekłość, pogarda, oburzenie
    owszem, ale nie smutek. Tymczasem dano nam wszystkim do zrozumienia, że
    niezależnie jak ktoś nas wkurwia i co mówi może być zwykłym przerażonym
    człowiekiem w roztrzaskującym się samolocie i nawet brak jego irytującej
    obecności może okazać się dotkliwą stratą.

    *

    Tlen jest efektem ubocznym
    fotosyntezy, inaczej mówiąc
    oddychamy gównem roślin.

    (Borys)

    Wczoraj wpadłem do Lenn i jej półpaśca, który wiernie
    towarzyszy jej dniami i nocami od samego początku świąt. Przeładowałem książki,
    dałem zapas taśmy klejącej (tak tej, która skończy mi się na przełomie wieków)
    i z namaszczeniem wydobyłem z plecaka prezent na pierwsze urodziny Krewetki. Z
    tego co wiem na coś konkretnego będziemy zbierać się stadnie, ale jako że
    poczuwam się z głębi swego oślizgłego jestestwa do wójkowania, szukałem więc po
    sklepach czegoś w rodzaju pluszowego czołgu. Niestety okazało się, że ten
    rodzaj asortymentu wykracza nawet poza wyobraźnie psychopatycznych, chińskich
    dizajnerów. Dopiero gdy powróciłem do Brzeźna, o tak na Brzeźno zawsze można
    liczyć, uśmiech powrócił na mą twarz, bo oto między radioaktywnymi misiami a
    czymś co wyglądało na zestaw różowych wibratorów dla Barbie spoczywało TO i
    mrugało do mnie znacząco.
    I tak oto nie zważając na groźbę zarażenia wkroczyłem w mroczne czeluście leża
    Lenn. Do prezentacji potrzebowałem kota, złapałem więc przemykającą Yoko, drugą
    ręką wyciągając z torby wielki pluszowy młot z rysunkiem owieczki. Oto kotek –
    Powiedziałem do zainteresowanej Krewetki – Kotek czasem się psuje, biega,
    miauczy. Wtedy należy ująć go tak, po czym… Sami się domyślcie. Dodam tylko,
    że gdy młotkiem solidnie się przywali to beczy jak zarzynana owca, co skłania
    mnie do przypuszczeń, że zabawka ta mogła być osłodą dzieciństwa Hannibala
    Lectera. Kreweten podobno pełza teraz wszędzie z tym młotem sprawdzając czy
    uderzone krzesło też zrobi meee. Bez obaw maleńka, gdy trochę podrośniesz i
    nabierzesz wprawy, to Wujek Groza kupi ci taki większy i metalowy.

    Kiedy człowiek zstępuje w przepaść
    jego życie zawsze zyskuje jasno
    określony kierunek

    (demotywatory.pl)

    *

    Zapalone szczyty drzew. Każdy cień kryje tajemnicę. Urywany
    śmiech. Ogromna kula słońca osiada gdzieś za błękitnymi smugami morenowych
    wzgórz. Wady ukochanych istot w lustrze miłości wydają się urocze. Absolutną
    zaś wolność uzyskać można jedynie tracąc wszystko co się kochało. Był taki
    wiersz, czy nie Madame Szymborskiej? Ludzie stoją w kolejce do nieba a pośród
    nich krążą anioły odbierając to co najcenniejsze, staruszce pożółkłe zdjęcie,
    dziecku pieska.
    Dziś minął pierwszy od dawna dzień, w którym nic nie musiałem a wszystko
    mogłem. Zapchałem go w sumie treścią po brzegi, ale nigdzie się nie spieszyłem.
    Jestem spokojny.
    Ostatnie tygodnie były piekłem wcielonym. Trzy prace dzienne, ciągły pośpiech,
    pot, kwas podchodzący falą z żołądka i cieknący kropelkami z kącików oczu.
    Momenty czystej rozpaczy i roziskrzonej wściekłości. Przeklinanie Boga, Bogini
    i losu. W pewnym momencie stwierdziłem, że zdarza się to już tak często, że
    staje się rutyną. Nie można być wciąż zrozpaczonym, czy wściekłym. To są emocje
    ekspresywne a nie rutynowe. Poczułem, że to wszystko mniej mnie rusza, że myśli
    obrastają ołowiem a żyły twardnieją. Poczułem się lepiej.
    Obecnie zrobiło mi się odrobinę nieswojo, bo zabrakło mi celów. Wszystkie
    zrealizowałem. Czuję się jak pocisk transkontynentalny wystrzelony w ostatnich
    chwilach wojny atomowej. Szukam celów, których już nie ma, porównuję do mapy,
    na której nic się nie zgadza. Nade mną rozciąga się czyste niebo, pode mną
    kłębi się skrywający wszystko, rozświetlany od wewnątrz dym. Taki moment gdy
    nie odczuwam żadnej konieczności, wszystko mogę. Nie myślę więc o ilości paliwa
    w bakach, nie myślę o przyszłości i delektuję się swobodnym lotem.

    *


    • RSS