kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 5.2010

    Matka – A jak Górale wylewnie witali
    Jarka. Krzyki, konie, „panie prezydencie!”
    Ojciec – Bo to lud ciemny i głupi, Kardynał
    Dziwisz wskazał im pomazańca to krzyczą.
    Te wybory to w ogóle starcie między stroną
    ciemniejsza a jaśniejszą stroną.
    Ja – O rany, ależ onanizm emocjonalny…

    (Z cyklu: Ponad porannym twarożkiem)

    Starszy pokazał nam film z wyjazdu byków do Uzbekistanu.
    Babka z matką się poryczały, bo biedactwa ruszały na kraj świata, bo mordki
    wystawiały przez kratki. Zupełnie jakby to były różowe, puchate króliczątka z
    oczkami ze Shreka a nie dwutonowe, nabite testosteronem buhaje ciągające za
    sobą na postronkach oborowych niczym puch dmuchawca. Wprowadzanie ich na naczepę
    wyglądało bardziej jak okiełznanie gigantycznego, szatańskiego oseska zionącego
    sarinem: No wejdź do autka, no nie zapieraj się o słup oświetleniowy go to
    boli, sam popatrz jak się wygiął…
    Wrażenie za to niesamowite robi to czym bestie jadą. Mam wrażenie, że ucierpią
    wszystkie mosty i linie energetyczne po drodze. Całość była niebieska i chyba z
    pięciometrowa, gdy przesuwało się toto z tymi okienkami obok, wyglądało jak
    ściana wychodzącego w morze transatlantyka. Wrażenie robiły też papiery
    przewozowe, jeden gruby segregator, tak na oko ze trzy kilo. Trasa do
    Taszkientu to prawie 7000 km.
    Podobno bydlaki wciąż jeszcze jadą. Starszy rusza w piątek. Polski drag nach
    osten staje się faktem. 
    My za to witaliśmy powracającego z czteroletnich wczasów w Sztumie Bielszego.
    Bielszy jest złym bliźniakiem i jedynym skinem, którego tolerujemy w naszym
    towarzystwie. Znamy go przez jego siostrę, która ma zwodniczą urodę elfa i
    umysł z wirujących żyletek, a Bielszy? Bielszy, no cóż… Ksywkę uzyskał w
    drodze osmozy, gdy o nasz napuchnięty, z lekka już ziejący oparami etylenu kłąb
    zahaczyło czarne BM. Wypełniająca go treść była bardziej zainteresowana
    obcierką lakieru niż zbierającym się z asfaltu S. Ich było trzech a nas tylko
    sześciu, mieli więc miażdżącą przewagę i zgarnialiśmy już niezłe bęcki, gdy ze
    stuporu ocknął się Bielszy, wtedy jeszcze Michał i wpadł w tą hekatombę z
    bojowym rykiem rannego łosia. Może po dwóch minutach stojąc pośród ruin i
    pogorzeliska darł się tym swoim załamującym się od mutacji głosem: Ktoś chce
    jeszcze doświadczyć wyższości rasy białej?! Ktoś chce?!
    - My też jesteśmy biali – rozległo się z poziomu gruntu. Na to dictum osobnik
    od tej chwili zwany Bielszym, pogrążył się na chwile w zadumie, po czym
    doszedłszy do jedynej, słusznej konkluzji odrzekł: Ale nie tak biali jak ja.
    Od tej chwili, zupełnie jak w wypadku Franca Maulera, zaczęto zapraszać go na
    imprezy i polowania. Choć raczej starano się go od razu upoić i trzymać w tle,
    bo miał tendencje do śpiewania Horst Wessel Lied tudzież publicznego zamawiania
    pięciu piw, a przecież tak można komuś wybić oko.
    Ale wracając do meritum. Tak jak Dżesika ma splątek brzytew w głowie, tak jej
    młodszy braciszek jest po prostu cymbałem. Niektórzy twierdzą (potem podam ci
    ich imiona Bielszy), że w głowie ma połówkę kuli do kręgli, z otworami na palce
    do góry i gdyby otworzyć mu czaszkę to można by mu ten mózg spokojnie wyjąć a
    Bielszy nie zauważyłby różnicy. B jest tak głupi, że gdy zamówił na allegro
    wymarzony mundur SS to przysłali mu równie czarny, ale jednak nieco inny mundur
    czołgisty.
    Do Sztumu jechał dość chudy i żylasty. Teraz wygląda jak mały czołg, podobno
    całe cztery lata spędził na zakładowej siłowni a w celi umieścili go z dwoma
    gejami, z którymi grał w karty…

    *

    W chwili śmierci milknie wrzawa oceanów
    piach pochłania ostry sztorm w tłumikach zatok

    (Wencel)

    Zabijają mój tramwaj. Jakiś nazista z upodobaniem do ornungu
    postanowił uporządkować słodki chaos panujący pośród splątanych miejskich linii
    i likwiduje numery 13 i 15. Kurcze, to tak jak ze śmiercią Jana Pawła –
    niewyobrażalne. Przecież to odwieczne i oczywiste, że papież to polak a do
    Brzeźna dojeżdża jedyny na świecie tramwaj numer 13. To naprawdę wiele mówiło o
    tym gdzie dojeżdżasz i skąd zapewne już nie wrócisz. Taki komunikacyjny Dante.
    A teraz trójka, noszeższkurwa, właśnie wyrwano z krwawiącego boku miasta
    kolejny flak tajemniczości. Jak w Niekończącej się opowieści z szumem nadciąga
    nicość zwykłości. To zastanawiające jak często władzę zdobywają ludzie
    pozbawieni wyobraźni.
    Dwa pełne etaty dają mi w kość, tymczasem wygląda na to, że Staś Zwany Czesiem
    posiedzi jeszcze sobie z Danem na Kowalach, zbierając ziemie z ziemi. Jestem
    już odrobinkę zirytowany, wczoraj kierowca ciężarówy z kontenerem dał po garach
    na widok mej skromnej postaci pomykającej zgrabnie przez parking z cegłówką w
    ręce. Dodajmy tylko, że w pełni zasłużył na wymianę przedniej szyby. I to dwa
    razy. Następnym razem będę go oczekiwał z blokiem betonu na balkonie. Poza tym
    muszę wziąć do pracy nożyczki, ponieważ mój szef, który jest świetnym szefem,
    ale totalnym lebiegą jeśli chodzi o koszenie trawników, niczym pijany fryzjer
    pozostawił wszędzie estetyczne, sterczące kępki, ze wskazaniem na wszelkie
    murki, słupy czy krzaczki i muszę przywrócić okolicy ludzką twarz zanim nie
    zlinczują nas tubylcy.
    Wpadłem też wczoraj do Dżesiki rozkręcić i wynieść szafę trzydrzwiową, która
    wyglądała jakby tych drzwi miała znacznie więcej. Enywej, Dż kręciła się wokół,
    podrapywała pod pachą i w paru innych punktach strategicznych. W końcu nie
    wytrzymałem i pytam „Co jest?”, no bo jeśli to pchły, to przynajmniej stanę
    kawałek dalej, to nie doskoczą. Ona: że dostała od babki stanik, ale nie pasuje
    i uwiera, i że najchętniej by komuś oddała…
    - To zdejmuj – mówię
    To zdjęła.
    Gdy chowałem do kieszeni był jeszcze ciepły.

    - Chodź pójdziemy na Marsz Śledzia.
    - Nie, znasz mnie, nie lubię brodzić i
    trafiać na coś nogą pod wodą:
    O meduza! Kamyk! Potwór morski!

    (My)

    *

    Walcz z nimi! A ja światłych
    rad udzielać ci będę… stamtąd.

    (stars in black)

    Na przystanku spotkałem Małą Słodką Pooh z ząbkami i
    szóstoklasistką ze słoiczkiem, w którym chlupotała jakaś podejrzana substancja,
    a w niej wyraźnie widoczna znana trucizna, przez niektórych nazywana Marchewką,
    były też zdaje się Ziemniaczki, a może i Kalafiorek. Tak czy inaczej produkty
    zawierające zabójcze dla podobnych mnie istot mroku witaminy a może nawet
    mikroelementy! Szóstoklasistka jest podopieczną Pooh w klubie i zapoznaje się z
    tajnikami grania w RPG, a także, najprawdopodobniej, ważenia blekotu i picia
    rumu w czasie ceremonii wudu.
    Moją babkę napadł szczur. Gnał już na nią z tętentem, asfalt płatami
    wytryskiwał mu spod buksujących łap, a trzeba wam wiedzieć, że moja babka,
    która napotkawszy na swojej drodze tykającą bombę atomową, odtoczyła by ją na
    bok, ewentualnie pod płot sąsiadów, zresztą może nawet gwizdnęłaby zapalnik a
    pluton sprzedała okazyjnie Irańczykom, babka, która obojętnym wzrokiem
    zmierzyłaby Predatora, po czym załatwiłaby go gazrurką w celu spieniężenia w
    całości lub na części w klubie fantastyki, ta babka, panicznie boi się szczurów
    i mimo że ledwo chodzi i stęka rozdzierająco przy pochylaniu, na widok tych małych
    gryzoni potrafi teleportować się nagle na półtorametrowy, chybotliwy śmietnik.
    Wracając jednak do ataku krwiożerczej bestii, dystans podobno malał w
    zastraszającym tempie. Płuca babki naprężyły się wypełniając się tlenem, ale
    dźwięku żadnego wydać nie zdążyły, albowiem pies babki, wyglądający jak
    rozwichrzone ucieleśnienie debilizmu, z osobliwym uśmiechem wiecznie
    przylepionym do pyska, smyrgnął jej między nogami, raz kłapnął, potrząsnął
    głową i… tyle. Szczur zapewne nie zorientował się nawet o co chodzi. Szedł tu
    proszę ciebie ulicą, skręcił w kierunku apetycznie pachnącego śmietnika a tu
    Kłap! Włochata Śmierć z głupkowatym uśmiechem. No i gdzie tu sens?
    Niedzielę natomiast spędziliśmy pchając pod upalnym słońcem wózek Krewetena po
    Fortach. To znaczy pchali na zmianę Dan i Lennonka, a My i Marzan
    ograniczyliśmy się do obserwacji i udzielania życzliwych rad. Marzan pod
    bezkresnym niebem zainstalował dedykację i autograf, pochylając się stylowo nad
    Stołem Napoleona, w moim, jego tomiku. Forty pięknie odnowiono, sam Napoleon by
    się zapewne wzruszył. Ludzie snują się od ekspozycji do ekspozycji a Miasto
    pięknie wygląda z góry. Powódź wygląda tak nierealnie na ekranie telewizora a
    ja mieszkam trzysta metrów od Wisły, jedyne co mnie pociesza, to to, że, jak w
    tym kawale o wojnie polsko – chińskiej, po drodze są ci dranie z NewPort.

    Inaczej sprawa przedstawia się u
    mrówek. Najgroźniejsze są stare
    robotnice, które też wykazują
    nieprzepartą potrzebę wędrowania
    w nowe rejony świata. Są jak
    kamikadze, walczący z wrogami
    nawet kosztem własnego życia.
    „Entomolodzy powiadają, że
    ludzie wysyłają na wojnę młodych
    mężczyzn a mrówki – starsze panie”

    (skądś)

    *

    Albowiem piękno jest tylko
    przerażenia początkiem, który
    jeszcze znosimy z takim
    podziwem, gdyż beznamiętnie
    pogardza naszym unicestwieniem.

    (Rilke)

    Wczoraj po odprowadzeniu na tramwaj mojej Bestii Osobliwie
    Erotycznej udałem się z błyskawicznym i zaskakującym wypadem do wielce
    szanowanego państwa Rozenształmów, by śmiertelnie ich zaskoczyć, w celu
    odzyskania moich książek, zanim znowu wybędą chyłkiem w kierunku Zielonej Wyspy
    Piwnych Rozkoszy, na której zarówno Rosen jak i Sztania wykuwają pracowicie
    swój los w rozlewni Guinnessa. Zastałem ich na walizkach, przekonująco udali
    radość na mój widok i ugościli mnie bursztynową chlubą miasta Cork. Były także
    atrakcje pirotechniczne, ponieważ R&S mieszkają w bloku na samej Wschodniej
    Rubieży mieliśmy więc przepiękny widok na pożary traw. 
    Wały ognia sunęły pośród pagórków, jaśniejąc od czasu do czasu jakąś kłębiastą
    eksplozją po trafieniu na porzucone chemikalia, tudzież roziskrzając się na
    gęstszych kępach sitowia czy krzakach, czasem białą kulą fali uderzeniowej
    odznaczały się wybuchające puszki po sprajach czy piance montażowej, te
    ostatnie wchodziły w piękny błękit, z racji sporych ilości wodoru.
    Podpalanie traw to taki nasz brzeźnieński sport narodowy, w ogóle podpalanie:
    śmieci, domów, sąsiadów… Uwielbiamy rzucić mimochodem zapałkę i patrzeć jak
    świat wokół płonie.
    Wieczór był księżycowy i mocno wiosenny. Na całej długości dzielnicy trwały
    imprezy balkonowe. Wszystko rozrzedzała lekka mgiełka, powietrze mocno
    pachniało dymem, tu i ówdzie jakaś Julia wymiotowała z góry na Romea.
    Wracając poszedłem naokoło, żeby popatrzeć z poziomu ziemi na łunę i powdychać
    zapach zniszczenia. Przeszedłem w okolicach, z których niedawno dość
    niespodziewanie zniknęły dziesięciometrowej wysokości i dwukilometrowej
    długości osadniki likwidowanej Oczyszczalni Zaspa. Pewnego dnia podniosłem w
    tramwaju wzrok znad książki i zobaczyłem odległe Letniewo. Dobrą chwilę zajęło
    mi dojście do tego co jest nie tak.
    Dalej wzdłuż linii garaży i koło martwej, pomocniczej zajezdni MZK, na której
    to terenie w swoim czasie miała budować Jola Kwaśniewska. Księżyc pięknie
    srebrzył chwasty rozsadzające betonowe płyty. Pamiętam jak to budowali. Śliczne
    epitafium dla obecności człowieka na pustyni bytu.
    W końcu dotarłem do Enklawy Warsztatowej. Dla mnie jest to dość niesamowite
    miejsce. Zaczęło się jako kilka rozrzuconych prywatnych i nie, warsztatów
    samochodowych. Wraz ze zmianami ustrojowymi i finansowymi, rosły mnożyły się,
    obrastały w nadbudówki i przybudówki, tajemnicze podwórka, składziki i własne
    ciche wysypiska. Pomiędzy tę eklektyczną zabudowę niższych technologii
    wciśnięto wille i domy, siłą rzeczy dopasowywując ich kształt i styl do tego co
    już istniało. Efekt jest dość zaskakujący i dziwnie kojący. Taki mały,
    rozedrgany pomnik ludzkiej przedsiębiorczości jaki mógłby wyrosnąć gdzieś po
    zagładzie atomowej. Obecnie mają nawet własną wyginającą się łukiem ulicę i
    budują coś w rodzaju wysokościowca.
    Postałem tam chwilę, patrząc w rozświetlone okna, na nietypowe rozkłady
    pomieszczeń i ludzkie życie roztopione w bursztynowym świetle. W jednym z okiem
    zgasło światło i w księżycowym fluidzie ukazała się kobieca sylwetka.
    Popatrzeliśmy na siebie parę minut, mrok skrywał nasze twarze. Ona smuga
    srebrzystego blasku i ja kontur wycięty w ciemności. Skórzasty cień wśród
    cieni. W końcu pomachała mi, ja zasalutowałem sprężyście po czym roztopiłem się
    w mroku.

    To nie jest brzuszek piwny,
    to zbiornik paliwa do
    maszyny miłości

    (CKM)

    *

    Począwszy od godziny 12:45 do 14:30
    doszło do wprost gigantycznej bitwy
    powietrznej, w której uczestniczyło
    kilkaset samolotów. Świadkowie na
    ziemi twierdzili później, że na okres
    około godziny zamarły walki na ziemi,
    bo działania utrudniały spadające w dół
    płonące samoloty…

    (Janowicz „Niebo nad Kurskiem”)

    Błękitny księżyc tasujący jak dobry szuler karty
    prawdopodobieństwa, wampir w ekipie ratowniczej, wydobywający spod gruzów ludzi
    w bombardowanym Londynie, złapane w pułapkę londyńskiego metra podmuchy wiatru,
    które przez dziesiątki lat niosą ze sobą zapach minionych tragedii. Kupiłem i
    przeczytałem jednym tchem drugi tom opowiadań Connie Willis, uwielbiam tę babkę
    i skupuję wszystko co ma cokolwiek wspólnego z jej wielkogabarytową, przewrotną
    wyobraźnią. „Księga sądu ostatecznego” była nicująca, „Nie licząc psa” kochana,
    ale „Daisy w słońcu” to absolutne mistrzostwo świata.
    Ostatnio w porywie szaleństwa przeczytałem też sobie nowe Bravo. Myślę, że
    zaczynamy doganiać Amerykę, także w produkcji skrajnych imbecylów. Dawno nie
    widziałem tak porwanej, przeżutej i wyplutej sieczki informacyjnej. Wnioski o
    głębokości i przejrzystości kałuży na wiejskim podwórku. Manufaktura
    niedorozwoju umysłowego i estetycznego. Szykujcie się kochani, rośnie nam
    pokolenie Zmierzchu przesiąknięte na wskroś ideałami i wrażliwością Tokio
    Hotel. Może zresztą to nie takie głupie, podobno badacze Biblii twierdzą, że
    świat ma się skończyć, gdy przeminie pierwsze pokolenie od ponownego powstania
    Państwa Izrael, to już zdaje się…  
    teraz…
    I, na bogów Eternii, kim do kurwy nędzy jest Kesha?
    Wczoraj za to myłem moją, wielką, betonową trumnę na Brętowie i gdzieś tak przy
    dziewiątym piętrze dorwała mnie deprecha. Co nie jest wcale takie dziwne, to
    idealne miejsce, piętro za piętrem, niezmiennie, korytarz za korytarzem, świat
    zbiegający się prostymi liniami w odległym, świetlistym punkcie. To wygląda jak
    wieczność, jak śmierć. Około 17:40 przestało mi się chcieć umrzeć, ale nadal
    nie mogłem patrzeć w mijane lustra, co gdy lustro zajmuje 3 metry kwadratowe
    ściany wcale nie jest takie proste.
    Poza tym nadal nic się nie dzieje. Brzeźnieńskie eskadry wciąż liczą straty po
    wizycie Seby, podobno paru typów wciąż się jeszcze nie odnalazło. Słyszałem coś
    o nie pojawieniu się okresu, więc im się w sumie nie dziwię, pewnie bohatersko
    zbierają siły do wspólnego ojcostwa… gdzieś w Tajlandii.
    Późnym wieczorem gdy pośród zaułków Miasta Miast z cichym skwierczeniem
    umierały ostatnie fotony, otworzyłem okno i odetchnąłem wspaniałością
    nadchodzącej nocy. Zrobiło się cicho i naprawdę pięknie. Chciałem wyjść i iść.
    Ale za słabo.

    - Już w porządku mój żołądku?
    - Znakomicie mój odbycie.

    (Demotywatory)

    *

    - Co to ma być u licha, zjadanie
    własnego chłopaka?!
    - Misiożerstwo.

    Demyt! Przespałem noc muzeów. A mieliśmy taki piękny plan
    barbarzyńskiego najazdu na Muzeum Miasta Gottenhaven, zbezczeszczenia
    eksponatów „z morza i marzeń”, potem demolację Muzeum Marynarki, turlania min i
    sesji zdjęciowej na lufach. Kolejne miało być Muzeum Motoryzacji, gdzie
    kompania miała stać na czatach, by Borys mógł zrealizować odwieczną obiecankę i
    pouprawiać z żoną pola ogórków i kabaczków na tylnym siedzeniu Jaguara, no
    chyba że z braku Jaguara, musieli zadowolić się jakimś Maserati, tudzież
    Bentleyem. Wyprawa miała zakończyć się widowiskowym osadzeniem na dnie basenu
    portowego ORP Błyskawica. Piękny plan i godny tysiąca pokoleń śliniących się
    Brzeźniaków, niestety zawiedliśmy okrutnie. Obejrzałem u starszych „Królową”,
    podlewając ją obficie trzema klasami alkoholi po czym poległem haniebnie o
    pierwszej z nosem w „Krucjacie” Dębskiego. Na usprawiedliwienie dodam, że nikt
    mnie nie obudził. Żadnego chóru pod oknem czy choćby strzału z pancerzownicy.
    Zdaje się, że pogoda w minionym tygodniu, wykończyła nie tylko mnie, no chyba,
    że to powszechny i nagły atak starości.
    Dziś za to czuję osobliwy przypływ energii. Od rana ogarnęło mnie „Widzę twoją
    twarz” Kasi Kowalskiej. Dopiłem utlenioną kolę i ogoliłem pysk przy otwartym na
    oścież oknie pełnym słońca. Mam dziś chęć pochodzić.
    Po ścianach, cholera!

    - Ja to mam wymarzoną pracę,
    siedzę i patrzę w okno..
    - A gdzie pracujesz?
    - Jeżdżę tirem.

    *

    Masz tu próbkę kremu Oriflame
    natrzyj nim sobie tyłeczek, czy
    co tam chcesz mieć miękkiego i
    nawilżonego…

    Nie chce mi się. Nie – chce – mi – się. Nie chce. Jedyną
    rozrywka w tym tygodniu to niespodziewane ulewy i snujące się po niebie burze.
    A tak, to nico. Głównym uczuciem tego tygodnia jest senność. Wszystkie dobre
    pomysły wyjechały na wakacje do ciepłych krajów. Jedynym sukcesem jest
    upolowanie szefa, który został zaskoczony przez moje wcześniejsze przybycie,
    gdy ciągał sznurek, usiłując uruchomić ze Stasiem Zwanym Czesiem kosiarkę
    żyłkową. Zwany dostał hełm bojowy z przyłbicą i w ogóle. W tej uprzęży z
    podwieszoną machiną zagłady wyglądał jak nosiciel RKMu z Obcego. Chodzi i
    brzęczy, choć maszynie wyraźnie nie staje mocy, szarpie i gdacze, wyrywając mu
    się z rąk, zamiast uczciwie nieść kres spijaczom chlorofilu.
    A propos spijaczy, Seba zakończył sesję lądową. Podobno wniesiono go na pokład
    nieobecnego duchem i ocknął się trzy dni później gdzieś w okolicach Zatoki
    Biskajskiej. Chodzą słuchy, że Weseli Piraci włożyli go do kontenera z
    chińskimi, pluszowymi jednorożcami, więc jeśli oczywiście panowie marynarzowie
    nie wciskają tradycyjnie kitu ludowi prostemu a lądowemu, to biedny Sebulec
    obudził się w Różowym Piekle Joli Rutowicz…
    A poza tym podobno wyszedł Playboy z rozkładówką 3D. Chyba się po niego
    przejdę, jakkolwiek nie lubię P bo jest za grzeczny, a panny w nim plastikowo –
    komputerowe do bólu. Osobiście uważam, że kobieta nie musi być ładna, powinna
    być interesująca. Piękne kobiety wspaniale się ogląda. Można postawić je na
    półce i patrzeć. Kobietę interesującą ma się od pierwszego spojrzenia ochotę
    ugryźć w coś miękkiego a wrażliwego. Ale wracając do tematu, czyli rozkładówki,
    zapewne kupię to sobie, choćby z tego względu, że moja kolekcjonerska dusza
    uwielbia składować na hałdach rzeczy „pierwsze”, albo „wyjątkowe”. A to
    ostatecznie pierwszy w Polsce przypadek, gdy D da się oglądać w 3D.

    - Weźmiemy ją do trójkąta.
    - Słyszysz kochanie, a my
    tacy zacofani…
    - Tradycyjni.

    (Siostra Szponiastej, Ja, Szponiasta Zwana przez siostrę
    Pusillą)

    *

    - Nienawidzę tego kolesia, na
    Grunwaldzie naślę na niego
    moją chorągiew.
    - Jasne potem znajdą ucięty
    łeb w hełmie i co im powiesz?
    - ”Wie pan, ja myślę że to
    było uczulenie…”

    (Z rozmów ze Stasiem Zwanym Czesiem)

    Mój szef okazał się tymczasowo niezdolny do wypłacenia mi
    reszty pieniędzy, więc ranek spędziłem w oparach farby olejnej, tak gęstych, że
    niemal skraplały się w postać deszczu. Kasę miał podrzucić mi w piątek. Wczoraj
    widziałem jak parkuje wóz poza zasięgiem moich okien i świńskim truchtem
    przemyka do drugiej części budynku. Nie muszę wspominać, że do mojej części nie
    zawitał, a gdy wyjrzałem ponownie samochodu już nie było… czyżby mnie unikał?
    Ciekawe czemu?
    W sobotę byliśmy rozpijani w smoku przez Meave i Krzyśka na podwójnych
    urodzinach. Śmiesznie było gdy po dwudziestej pierwszej, czyli o godzinie
    zamknięcia Empiku, do naszej stosunkowo nielicznej grupki dołączył stadnie mały
    tłum. W tym miejscu grupowe pozdrowienia dla Lennonki od bliższych i dalszych znajomych
    i współpracowników.
    Niedzielę spędziłem w kościele patrząc na „aniołki”. Byłem ubrany całkiem na
    czarno, w tym w mój pneumatyczny golf. Wyglądałem jak złośliwa góra węgla,
    tudzież zabiedzona Godzilla i przestraszyłem na śmierć tacowego, który gdy mnie
    niespodziewanie ujrzał, podskoczył i dzwoniąc bilonem pospiesznie obszedł
    szerokim łukiem. Gdy „aniołki” asymilowały z ręki księdza pierwszy w życiu
    wafelek, wyszeptałem do Szponiastej, moim scenicznym szeptem, który odbił się
    od sklepień i wprawił zapewne w wibrację wszystkie plomby w okolicy, że to
    bardzo wzruszające, i że pewnie równie ładnie będzie gdy nasze dzieci dostaną
    na czarnej mszy po surowym kawałku kota. Ja dostałem stójkę w bok, po której ugiąłem
    się z lekka jak Titanic, a pan za mną dziwnie się zasapał.
    Impreza za to odbyła się w głębi lasów oliwskich w leśniczówce. Było dużo
    pachnącego drewna, palenisko z wielkim garem barszczu, grill, smakowitości i
    wiejska wygódka w wersji high tech (to naprawdę da się zrobić!). Dzieciaki
    szalały po okolicy na koniach, a szanowne męskie gremium strzelało z karabinków
    wokół tarczy i zrywało cięciwy z łuków. Było naprawdę fajnie. Udało mi się
    ominąć wszelkie atrakcje, igrce i zabawy a skoncentrować się na najważniejszym,
    znaczy się karkówce i łososiu z rusztu. Gdy dotarłem do domu, zwaliłem się na
    spiętrzone i na pół żywe legowisko jak kłoda i obudziłem się dopiero na CSI, w
    którym jakiś typ został rozpylony w krwawą mgłę i twarzowe strzępki przez
    rozdrabniarkę. Cool.

    Na pokład samolotu lecącego do
    Smoleńska wsiadł człowiek „mały”,
    kłótliwy, przeciętny. Prezydent
    zaściankowy i ksenofobiczny,
    mierny polityk. Autor słów: Spieprzaj
    dziadu, małpa w czerwonym, ja panią
    załatwię, nieznający za to słów refrenu
    hymnu. Pośmiewisko nie tylko satyryków
    ale całej Europy i prezydent z rekordowo
    niskim poparciem społecznym… w
    trumnie ze Smoleńska przywieziono
    „wybitnego męża stanu”, „patriotę”,
    „bohatera narodowego”, „ojca narodu”,
    „największego Polaka” „równego królom”…
    Ja się kurwa pytam kto podmienił zwłoki?!
    Gdzie jest ciało Kaczyńskiego?!

    (Sms)

    *

    - Który chcecie kopter?
    - 13
    Urzędnik uniósł brew,
    ale nie dyskutował.
    - Czemu wziąłeś 13?
    - Bo ma najmniejszy przebieg

    (Kosik)

    Na Cmentarnej Bramie zostawili otwarty dach i podobno w ten
    deszczowy poniedziałek wodospad sięgnął sześciu pięter w dół.
    C puszczał się radośnie w Wodopoju, ściskając dwie blond szyneczki naraz, gdy
    pośród migotliwych cieni nocnych szczęśliwości pojawił się złowrogi cień.
    Okazało się, że to jego już cokolwiek zniecierpliwiona żona z pistoletem do
    paintballu. Podobno wygarnęła w niego cały magazynek… wiecie ile to mieści w
    sobie pocisków? Gość obudził się w szpitalu sino – żółty i lekarze naprawdę nie
    są w stanie powiedzieć czy da się odratować jądra. Jak to powiedziała jego
    połowica na komisariacie: Nie ma to większego znaczenia, bo mają już dwójkę
    dzieci.
    My byliśmy na imprezie wesołych oazowców. Trochę friki, ale cholernie
    sympatyczne, w sumie jak metale tylko w drugą stronę. Ludzie, którzy zostali
    zmuszeni do wykształcenia potencjału przez okoliczności zewnętrzne. Za chudzi,
    za grubi, z lekka pokrzywieni albo z dziwnym śmiechem… czułem się jak w domu,
    taki karmelowy posmak dawnych spotkań Gratki. Choć bez alkoholu. 
    Dziewczyna z psychologii opowiadała jak miała praktyki w szpitalu na
    Srebrzysku. Sala bez klamek, okna zakratowane. Przyszła, siada naprzeciwko
    tłumu autochtonów i czeka na właściwą opiekunkę, a tu nagle przewiew
    zatrzaskuje drzwi… Nie ma klamek, wszystko zamknięte a na twarze siedzących
    naprzeciwko pensjonariuszy wypełza powoli uśmiech…
    Była też niezła dyskusja o ślubach bezalkoholowych, bo jedna parka właśnie się
    opierścionkowała, o tym jakie są z reguły przejścia z rodzinami. Wcale mnie to
    nie dziwi. Polacy to lud północny, introwertyczny i wewnętrznie skrępowany.
    Pamiętam jak kiedyś do Polski przyjechała jedna Francuska i była przekonana, że
    znalazła się w krainie gejów, bo faceci nie przyglądali jej się na ulicy.
    Osobiście sądzę, że obserwowali, ale mamy wyćwiczone takie patrzenie, żeby nie
    dostać od kogoś w ryja. Mówię ogólnie, bo ja z bezczelnego gapienia się na
    ludzi uczyniłem swoją religię. Enywej, Polak wśród ludzi, najczęściej jest
    skupiony na sobie jak mikroskop elektronowy: Jak wyglądam, jak się poruszam,
    czy nie robię coś śmiesznego, niewłaściwego, co o mnie myślą? Dlatego właśnie
    wynaleźliśmy Standardowy Chemiczny Wyłącznik Szerokiego Spektrum Odczuwania,
    znany także jako wódka. Myślicie, że czemu śmiertelna dawka alkoholu Polaka
    jest pięć razy większa niż Anglika? Polak za dużo odczuwa by się więc
    znieczulić pije jak czołg. I tu dochodzimy do sedna: Wesele. Tłum obcych ludzi,
    którzy chcą przed sobą dobrze wypaść, 
    ubierali się i pindrzyli godzinami, nagle znajdują się w jednym
    pomieszczeniu, gdzie mają tańczyć, jeść rzeczy, którymi mogą się ochlapać,
    rozmawiać… i brakuje panaceum, które nie tylko wyłącza czucie, ale i sprawia,
    że i inni niczym się nie przejmują, a w najlepszym układzie nawet nie
    pamiętają. Dobra zabawa to wyłączenie kontroli, dobra zabawa to możliwość
    zbłaźnienia się przy wszystkich w sytuacji gdy zbłaźniają się też inni, a
    wszyscy przyjmują to ze śmiechem i życzliwością. Nic dziwnego, że rodziny gdy
    usłyszą o weselu bezalkoholowym stawiają zaciekły opór, a potem ludzie wymykają
    się z sali na zewnątrz by uspokoić skołatane nerwy, zamelinowaną półlitrówką.
    Bo prawda, moi mili jest taka, że to cholernie samolubne. Może nawet jest to
    objaw pychy czy chęci wykazania swojej wyższości nad innymi. Spójrzcie jacy
    jesteśmy wyjątkowi, i wy też będziecie, czy tego chcecie czy nie.
    Siedzieliśmy, słuchając opisów, takich wesel, które w skrajnych przypadkach
    kończyły się np. tym, że rodzina umywała ręce i pan młody, przez cały dzień sam
    musiał przygotowywać salę, o kłótniach i zdechłym nastroju nie wspominając.
    Możecie być pewni, na moim weselu będziecie pływać w promilach. Będą zawody
    balonowe i wyścigi setek, nawet w herbacie będzie rum a w kawie ajerkoniak.
    Moją cichą ambicją jest aby was wszystkich wynieśli stamtąd nieprzytomnych, z
    objawami zatrucia alkoholowego i delirium, a wtedy będę mógł was wszystkich
    pociąć w piwnicy i sprzedać na organy.
    A tak poza tym Marzan przysłał mi smsa, że łódzkie pismo Arterie” puszcza jego
    megapoemat, w którym występuję. Stałem się więc, jakby nie patrzeć postacią
    literacką.

    Nosorożec ma bardzo słaby wzrok,
    ale przy jego wadze to już nie jego
    zmartwienie

    (Angora)

    *

    Cały przeklęty świat wije się niczym wiadro węgorzy pod jej
    atomowym spojrzeniem. Wszechwładna suko o ustach z elektronów. Natchnij mnie
    swym suchym, palącym oddechem, bym mógł umrzeć płonąc, pozostawiając sczerniałe
    piętno wypalone na twarzy historii. To taka mała fantazja erotyczna.
    Zabrałem wczoraj dziewczyny na koniec świata. Daleko we mgle smużyły się
    gottenhavskie Seetowery. Pokazałem gdzie ma stanąć nasz Big Boy najwyższy nad
    Kałużą, bo Adamowicza kuje w oko tym podwójnym, betonowym penisem w oko
    Szczurek. Jak to stwierdzić raczyła Hania, faktycznie w sprawie całej chodzi
    najwyraźniej o to: kto ma większego. Podchwyciłem radośnie temat, w końcu,
    ostatecznie korygująca me życie mechanika przypadku sprawiła, że pracuję w
    najwyższym, najbardziej fallicznym budynku w okolicy, który w dodatku ma numer
    69.
    Odczuwam nieokiełznaną chęć zamordowania kogoś za pomocą wyciskarki do czosnku
    i łapczywego pożarcia jego okrężnicy. Jest sobotnia noc i już za chwilę uczczę
    głębokim snem koniec tego najbardziej jebanego z ostatnich stu tygodni. Gdy na
    moment byliśmy sami z Hanią w mojej kuchni, pod sweterkiem odznaczyły jej się
    wyraźnie sterczące sutki. To było urocze. Zawsze uwielbiałem obserwować w sobie
    tę różnicę pomiędzy tym kim jesteśmy a tym kim mielibyśmy chęć być. Bo w samej
    zawilgotniałej głębi jesteśmy bestiami moi drodzy. Bestiami, które z
    opuszczonym łbem siedzą na zadach u stóp Pana i słuchają po raz kolejny tyrady:
    Że tak nie wolno. Co z tego, że nie wolno, kiedy w głębi naszych skorych do
    wycia dusz chcemy poszarpać na strzępy ten dywan rzeczywistości, nasrać na
    błyszczący bielą marmur prawa, upolować coś niewinnego w cieniu liści rajskiego
    ogrodu, rwać, pieprzyć, maczać pyski w świeżej, parującej krwi…
    Tymczasem w poniedziałek idziemy z kuzynkami do zoo, za tydzień w leśniczówce
    świętować będziemy przyszycie skrzydeł kolejnemu aniołkowi, a w dzień obok
    podwójne urodziny Krzyśków. W międzyczasie będę pracował, jadł, srał i spał,
    uklepywał się i mościł w codzienności. I tak do samego końca mojego, lub jej.

    *


    • RSS