kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 7.2010

    M Fetyszysta patrząc na stopy
    Lenn w sandałkach: Nic się nie
    zmieniłaś…

    W Stanach w Halloween zdarza się,
    że wredne babcie, chronicznie nienawidzące kręcących się jak smród po dupie
    rozwrzeszczanych bachorów dają im w cukierkach igły, szkło czy żyletki. Sam
    kiedyś trafiłem na żyletkę w ziemniaku, dobrze że ugryzłem na płask bo dzisiaj
    mógłbym mieć niewielkie problemy z wymową albo usta jak predator. Wracając
    jednak do meritum, nieopodal jednej ze słynnych brzeźnieńskich szkół, w małym
    zgrzybiałym domku mieszkała sobie Pani Zakrzeska. Pani Zakrzeska miała podwórko
    z wysokim pochyłym drzewem z wielością wspaniałych splątanych konarów. Nie
    muszę dodawać, że dysponując takim skarbem w pobliżu szkoły otrzymała też
    wielopokoleniowy małpi gaj z dobrodziejstwem inwentarza. Ach, któż z nas od
    kochanej pani Zakrzeskej nie dostał grabiami po plecach, tudzież nie oberwał
    kamienieniem, podobno w jesieni życia zbierała po ulicach psie kupy by mieć
    zawsze zapas amunicji oraz zakupiła smukłą wiatrówkę. W każdym razie, możecie
    wyobrazić sobie nasze zdziwienie, gdy pewnego dnia odkryliśmy na drzewie
    huśtawkę. Ma się rozumieć podeszliśmy do sprawy profesjonalnie i puściliśmy
    przodem „nowego” by wypróbował owo dzieło szatana. Koleś wskakuje, buja się i
    dziwi czemu stoimy przyglądając mu się z zainteresowaniem. No nic, buja się
    coraz mocniej, huśtawka wytrzymuje, dom wydaje się cichy. No to hura na drzewo.
    Zabawa zaczęła się rozkręcać a tu zduszony okrzyk nowego i typ leży na trawie
    trzymając się za policzek.
    Odetchnęliśmy z ulgą bo już zaczęliśmy obawiać się o zdrowie psychiczne pani Z,
    a przynajmniej o to, że wychodzi z formy. A babsztyl był w formie, i to jakiej!
    Huśtawka była tak zawieszona, że gdy się ją rozbujało zbliżała się do jednej z
    gałęzi, w tejże gałęzi, w sęku osadzony był długi, zakamuflowany smarem i
    porządnie naostrzony drut zbrojeniowy, tak mniej więcej na wysokości oczu
    bujającego się.
    My oczywiście mieliśmy z tego dziką radość i nikt się wtedy za bardzo nie
    przejął. To było takie brzeźnieńskie i w sumie naturalne. Cieszyło nas, że nie
    daliśmy się nabrać i odnieśliśmy kolejny tryumf nad głupimi dorosłymi.
    Oczywiście gdy przyszliśmy kolejny raz, sznurki huśtawki były podpiłowane a pod
    nią w trawie szlachetnie błyszczało wysoko gatunkowe szkło, ale w końcu o to
    przecież chodziło.
    Piszę o tym wszystkim, bo dowiedziałem się dziś o pogrzebie Pani Zakrzeskiej.
    Były 4 osoby i jedna zamiast ziemi cisnęła podobno na trumnę cegłę. Dopiero po
    pogrzebie cmentarz ożył, że tak sobie pozwolę powiedzieć. Słyszałem, że w
    środek mogiły ktoś wbił drut zbrojeniowy, niczym kołek, a całość szczelnie
    pokryto tłuczonym szkłem. W Brzeźnie nadal trwa dyskusja czy była to zemsta czy
    rodzaj hołdu.
    Na sam koniec ogłoszenie parafialne: W góry jedziemy ok 16, prawdopodobnie tym
    razem dotrzemy w końcu do Zakopanego, słyszałem też coś o Pieninach. Jedno lub
    kilka schronisk, ustalenia trwają.

    Zapamiętajcie, że to nie wy
    zabijacie, tylko broń powierzona
    wam przez ojczyznę

    (Dębski)

    *

    - A  mogę  być 
    ponurym,
    morderczym gwałcicielem?
    - Po ślubie.
    - Ależ kochanie to przeczy
    całej idei ponurego, morder-
    czego gwałcicielstwa…

    (My)

    Ja – Nie mam o czym napisać w notce.
    Lady Pazurek – To idź w noc poszukać tematu.
    Ja – Ok
    Noc tańczy w granatowych trzewikach pośród sunących niewzruszenie na zachód
    potrzaskanych, fortec chmur. Wyglądają jak przyprószone popiołem wymarłe,
    podniebne miasta, objęte w posiadanie przez ciszę i wiatr. Noc tańczy, ostatnie
    smugi słońca zza horyzontu rozpalają złotem jej rozwichrzone, utkane z kruków
    włosy. Niebo kładzie się u jej stóp, ziemia drży napięta pod jej profesjonalną
    ręką. Romantyczna profesjonalistka, kładąca do grobu na 12 godzin codzienność.
    Pani obserwująca jak sunę wąwozami podwórek w poszukiwaniu tematu, jeżąca mi
    włoski na karku chłodnym oddechem.
    To były kiedyś zwykłe podwórka. Upchnięte między tyły ulic zarosły z czasem
    zielenią i prywatnością. Teraz to labirynty pełne ukrytych miejsc i śmietnisk
    emocji. Miejsca, w których można być naprawdę samemu jeśli się chce.
    Przez cały dzień na miasto nurkowały na szarych, postrzępionych skrzydłach
    rozkrzyczane burze, jest chłodno, niemal słychać jak liście pęcznieją i trawy z
    ulgą nabierają ciała.
    Znowu nie dotarłem na Woodstock, zastanawiam się, czy to nie jedna z tych
    rzeczy, które raz dane istnieją po to by wiecznie za nimi tęsknić. Wszyscy
    wyjechali. Tłukłem się od pustych drzwi do pustych drzwi. Nawet Wuj Matt
    przestał ostatnio wysyłać smsy, pewnie gdzieś tam, w chwili nieuwagi zgniótł go
    o ścianę ludzki świat. Seba od dwu dni na kursie ku Atlantic City. Znowu
    przywiezie pocztówki z cyckami i będzie się podniecał, że stracił całe
    sześćdziesiąt dolarów w kasynie. Jak będzie miał fuksa to może załapie jakąś
    nową chorobę weneryczną do swojej kolekcji. Kiedyś Borys radził mu, aby te
    orzeczenia lekarskie oprawiał i wieszał w ramkach w korytarzu. Taki Hall of
    fame.
    Nic, noc nadeszła pusta i spokojna. Pogoda przepędziła turystów i znów oddała
    nam na krótką chwilę miasto. Temat nie nadszedł lecz jest notka, więc wszystko
    jakby się zgadza. Awaria powróciła z Mazur i będzie opowiadać w herbaciarni swe
    oszałamiające z pewnością przeżycia. Nic, zbieram się, nie mogę przecież tego
    przeoczyć.

    - Co ci?
    - Byłem przez tydzień w
    piekle i teraz stygnę.

    *

    - Widzisz kochanie, wszyscy ci robią na rękę…
    - Robią mi na rękę?! Ja nie chcę!!!

    (My)

    Samael „On Earth”, kojarzy mi się z szalonym cyrkiem i
    marszem opancerzonych, pluszowych niedźwiedzi pośród dymów zasnuwających
    miasto. Słuchając radia zaczynam się zastanawiać czy nie warto poświęcić życia
    w obronie ojczyzny i nie zorganizować jakiegoś masowego mordu zbrodniczych
    skurwysynów z piSSu. Czasem wolę po prostu radia nie włączać, bo gdy słyszę ten
    kłamliwy bełkot szlag mnie trafia, czy oni naprawdę uważają, że Polacy to
    kompletni debile, których można bezkarnie ruchać w dupę? Choć może i mają rację
    przecież jacyś pasjonaci majonezu w końcu na nich zagłosowali. A tak poza tym
    niespodziewanie wyskoczył mi czerniak i moja hipochondria uderzyła w dzwony i
    śpiewa, śpiewa: Umierasz stary, umierasz. Znajdź sens, skonstruuj samochód
    pułapkę i jedź w świat w poszukiwaniu kongresu narodowych socjalistów. To
    uczucie wyzwalającej ulgi, gdy maska wypełnionego semtexem Stara zmiażdży z
    cieszącym serce chrupnięciem czaszkę ober prezesa.
    Poza tym wszyscy zdrowi. Chodzą słuchy, że w przyszłym tygodniu nasz El Duce
    obarczy mnie dodatkowym blokiem do oporządzenia, mam wrażenie, że gdzieś po
    drodze pogubię nery. Sam nie wiem, co ja zrobię z tą kupą pieniędzy jaką przecież
    z pewnością zamierza mi za to zapłacić. No chyba, że nie zamierza, wtedy zacznę
    sprzedawać lokatorów na organy. Uwierzcie, jeszcze parę dni takiego upału i
    zaczną się dziać straszne rzeczy.

    …pieprzony pastuch. Mu żółwie
    pasać, bo na kozy go nie stać…

    (Stasiu Zwany Czesiem)

    *

    Napis na murze: Spłoń suko.
    Lenn – Jaki ładny przykład
    trybu rozkazującego…

    Z Grunwaldu powrócił zachrypnięty Stasiu Zwany Czesiem i
    snuje korytarzowe opowieści o wojnie z narodem polskim, dla którego tabliczka:
    Turystom wstęp wzbroniony oznacza „Wejdź do obozu z aparatem i zrób mi zdjęcie
    jak zmieniam gacie” tudzież „Pokręć się radośnie i bez konsekwencji koło mojego
    sprzętu za dziesięć tysięcy”. Zdaje się, że były ofiary. Najbardziej oberwało
    się oficjelom i dziennikarzom, czyli stopień represji wyraźnie był uzależniony
    od stopnia wrodzonej bezczelności i poczucia bezkarności. Oczywiście zdarzali
    się normalni, którzy potrafili się dogadać, ale większość przeżywała ciężkie
    chwile trafiając na ścianę wypełnionej złośliwością stali. Gdy miejscowa pani
    wicemarszałek, z nowym dyrektorem muzeum i wianuszkiem dziennikarzy po wielu
    wrzaskach, pertraktacjach i kilku telefonach przeniknęła w końcu do stasiowego
    obozu i stanęła przed kamerami od razu w tle pojawił się Natan z piłą
    mechaniczną i zaczął wytwarzać tło dźwiękowe ćwiartując zapamiętale niewinne
    niczemu martwe drzewa. W całym obozie trwała wojna, tak że w opowieściach sama
    bitwa stała się niewinnym epizodem. Kilka wielkich telewizyjnych nazwisk
    odjechało śmiertelnie obrażonych, kilkudziesięciu turystów spałowanych,
    stoczono zacięte potyczki „pod sceną turniejową” i „o korytka z wodą”, których
    musiał strzec podwójny kordon policji i rycerstwa. Dziennikarze i turyści
    potrafili wyłamywać dziury w płotach byle by tylko wleźć do obozu. Zgwałcono
    dziewczynę, przyjechała policja i gada z dowódcami chorągwi, nagle ktoś rzuca:
    Lepiej złapcie go przed nami bo gość będzie umierał przez tydzień… Panowie
    policjanci popatrzyli po twarzach, posłuchali grzmiącego podskórnie vox populi i
    złapali kolesia błyskawicznie. Okazało się, że typ próbował i w zeszłym roku i
    nawet się do tego przyznał. Możliwe zresztą, że postanowił się ze względów
    bezpieczeństwa sam oddać w ręce sprawiedliwości, bo po okolicy zaczęły chodzić
    opowieści „Co też mu zrobią jak go złapią”. Z delikatniejszych wersji przytoczę
    tylko wypełnienie przez odbyt rzadkim, szybkoschnącym betonem a potem
    intensywne dokarmianie, czy też zamiana miejscami oczu i jąder.
    Ostatecznie wszystko bierze się z nieporozumienia. Oficjele, dziennikarze i
    turyści nie rozumieją, że ten zjazd rycerstwa i inscenizacja NIE JEST DLA NICH.
    Towarzystwo zjeżdżałoby się tu i staczało bitwę nawet wtedy, gdy nie pojawiłby
    się ani jeden widz, ponieważ oni robią to dla siebie i z reguły za własne
    pieniądze. Przyjeżdżają by się spotkać i dobrze się bawić, a widzowie to tylko
    dodatkowy bonus, na którym bardziej zależy muzeum, które bez tego by zdechło.
    A tak poza tym podobno widziano tam niemożebnego, ubranego w średniowieczne
    gaciochy i kapelusz chudzielca, który bardzo przypominał Stasia, biegał z
    karabinem automatycznym i pytał ludzi czy nie widzieli Wielkiego Mistrza bo
    Polacy bardzo chcieliby wygrać…

    Żur – Panie masz pan coś do palenia?
    Ja – Nie, jakbym palił to nie starczyłoby
    mi na picie.

    *

    Ja – A co u Kuli?
    Kostek – Nie żyje.
    Ja – Co mu się stało?
    K – Tryb życia…

    Czy ktoś jeszcze z tu obecnych podkochuje się w tej lasi z
    reklamy Beko?
    Tymczasem zakropiłem sobie oko preparatem impregnująco – grzybobójczym. Wciąż
    żyję i widzę, mam więc w sobie chyba mniej grzyba niż dotąd przypuszczałem.
    Potem był jeszcze dość niemiły incydent z żywicą epoksydową, którą trochę (po
    łokcie) uwaliłem ręce, a także z Cekolem, który przy udziale potu i ciepłych
    prądów powietrza snujących się leniwie w podsufitowych warstwach mojego pokoju
    nagle zamienił mi włosy w bunkier. Jeszcze jeden taki tydzień a będę pancerny
    jak Sharon Stone w „Kobiecie Kot”.
    Ale zacznijmy od początku. Weekend był z lekka szalony. Rano wstałem z łóżka i
    poszedłem do domu. Będąc uprzednio nakarmiony przez Lady Pazurek zdrową dawką
    najprawdziwszego jedzenia. Mała mieszka wysoko, w willowej stratosferze Miasta,
    na zewnątrz czekał już na mnie ranek przepiękny, ciepły i cichy, pełen mieniących
    się światłocieni i dobrego nastroju. Pognałem by rzucić się w wir prac
    domowych, ale nim mój żołądek ochłonął ze zdziwienia a mi udało się zeskrobać
    „te straszne rzeczy ze zlewu” pojawiła się Lenn w celu negocjacji pokojowych
    oraz zrobienia mi obiadu. Oba przedsięwzięcia zakończyły się pełnym sukcesem,
    choć obiad należał do klasy nieokreślalnych, znaczy był smaczny ale zielony i
    śmierdzący, można by go spokojnie zjeść po miesiącu i człowiek by się nie
    zorientował, że coś jest nie tak.
    Nim za Lenn na dobre zamknęły się drzwi pojawiły się w nich Krzyski i
    Szponiasta. Krzysiek w porywie niewysłowionej dobroci oraz poczuciu misji
    ratowania udręczonych, pozbawionych sieci Kiszczaków trzeciego świata
    postanowił mi ten internet raz na zawsze zainstalować. To będzie betka –
    stwierdził. Sześć godzin, kilka zapiekanek z LaParmy i kilka puszek piwa
    później nie był już taki pewien.
    Napęczniały po tym całym żarciu i piciu pogoniłem wszystkich w diabli, no bo
    przecież musiałem wstać po piątej, żeby o 7 wyruszyć z kompanią na kolejną
    miejską eskapadę. Około północy zadzwoniła Pazurkowata, no trudno, kładę się
    znowu. Pierwsza dziesięć dzwonek do drzwi. – Co jest kurwa?- wysyczałem stając
    w otwartych drzwiach z mocnym, hikorowym drzewcem od flagi naszej narodowej i
    obłędem w oczach. Okazało się, że miejscowa fauna, korzystając z przenośnej
    palety przelazła przez śmiercionośny płot mojego ojca w celu wyciągnięcia mnie
    z objęć Morfeusza (tak wiem, że to wielki murzyn) i oglądania Persenidów…
    - Oo tham! Tham lecssą dwa!
    Lecssą Pssersenidy!
    - Gdzie? Gdzie?
    - Tham! Tham! Jeden
    tczerwony, drugi zielony…
    - To samolot idioto.
    No dobra, druga dwadzieścia, przytulę chociaż głowę do poduszki. Godzina 3,
    dzwoni Krzysiu, że z ekipą z Trolla wypełźli na brzeg by podziwiać wschód słońca
    i czy nie dołączę. No to dołączyłem. O trzeciej na plaży grała muzyka, zgrzewne
    przez kibiców, dwie drużyny rozgrywały mecz piłki nożnej. Full ludzi
    spacerowało, lub leżało na piasku, inni pili w kompaniach albo tańczyli na
    molo. Towarzystwo miało zalegać 500 metrów za molem, byli o kilometr dalej.
    Krzyśki pokazywali miasto jakimś przyjezdnym. Pokazali im więc Trolla, falowiec
    no i obiecali im wschód słońca. W Trollu zasiedzieli się i zniecierpliwiona
    obsługa pożegnała ich słowami: Wypierdalać! Zapraszamy ponownie.
    Posiedziałem z nimi do rana. Pożartowaliśmy, była tam panna o biuście tej
    wielkości, że gdy leżała na brzuchu i zawiał wiatr, to zabujała się delikatnie
    na boki. Porobili zdjęcia wynurzającej się tarczy słonecznej i poszliśmy.
    Lady Pazurek wiedziona nieomylnym instynktem drapieżcy przechwyciła mnie
    jeszcze w tramwaju, Dannonki czekały pod herbaciarnią, dotarła Herbaciarka i
    ruszyliśmy na podbój Biskupiej Górki. Na jej stokach ocalał jeszcze kawałek
    miasta, który nie wyparował w 45. Strome, wąskie uliczki, pośród wysokich,
    odrapanych fasad. Niesamowite studnie podwórek i bujna zieleń pleniąca się
    pośród ruin jak na obrazach Piranessiego. Na szczycie fortece i zardzewiałe
    druty kolczaste. Potem tajemnicze ścieżki wijące się w dół po stokach, zapomniane,
    wyślizgane bruki i okolice niegdysiejszego lokum Lennonki. Porzuciwszy nas na
    pastwę miejscowych potworów, Lenn pomknęła zaraz na dół, do pobliskiego sklepu,
    gdzie dokarmiała niegdyś znajome koty. Po chwili zaobserwowaliśmy masowy exodus
    znajomych kotów sunących z paniką w oczach w górę stoku. Zdaje się pamiętają ją
    jeszcze…
    Herbaciarka opowiadała o pierwszym w historii strap tease w herbaciarni.
    Zafundowali na urodziny kolesiowi, z tym że całość organizowała H wydzwaniając
    po różnych niezwykłych miejscach i prowadząc negocjacje. Skończyło się na tym,
    że na imprezę wkroczyła urocza blond policjantka poprzedzana parą sterowców,
    powiła się z solenizantem po czym zniknęła w WC, by jak to ujęła zrobić mu
    piane. Zaproponowała to samorzutnie i H zorientowała się dopiero o co chodzi po
    słowie „połyk”.
    Wieczorem Lady Pazurek z Avatarem opuściły Miasto i ruszyły na południe
    pozostawiając mnie sam na sam z robotą, upałem i remontem, na który
    nierozsądnie się porwałem. Stasiu wybył na Grunwald by poprowadzić do boju
    swoją chorągiew, a ja zostałem znowu z dwoma etatami i martwymi pustułkami
    ginącymi od upału albo zderzenia z wierzą Cmentarnej Bramy, albo obydwoma
    naraz.
    W domu to co miało być operacją kosmetyczną zmieniło się w bombardowanie
    Bejrutu. Po tym jak raz naruszyłem sufit spadło nagle tyle gruzu, że myślałem,
    że to całe pieprzone WTC, nałożyłem od razu stary, nazistowski hełm bo pękało i
    rozpadało się dosłownie wszystko. Druty zbrojeniowe kruszyły się i osypywały mi
    się pomiędzy palcami. Opanowanie sytuacji zabrało mi niemal tydzień a i tak nie
    ma się czym pochwalić, bo sufit zostawiłem nierówny nie mając pewności ile te
    ruchome piaski są w stanie utrzymać Cekolu.
    Nocami chodziłem stygnąc i słuchałem relacji Pazurkowatej z dalekiego świata.
    Temperatura dochodziła do 38, płynąłem przez czas na lekkim rauszu, generowanym
    przez ciepło, robotę i piwo, którym chłodziłem reaktory. Wracając za którymś
    razem trafiłem na jakaś ekipę. Dziewczyny wyraźnie się spiekły i się trzęsą,
    proszą kolesi o jakieś ciuchy ci się śmieją. Nagle jedna laska podchodzi do
    mnie i strzela: Dzień dobry kolego. Fajna koszulka, mógłbyś mi ją dać?
    Popatrzyłem na nią przez moment po czym nic nie mówiąc zdjąłem koszulkę i
    podałem w wyciągniętych rękach, pochylając przy tym głowę jak przy mieczu
    samurajskim. Potem odwróciłem się i poszedłem. Po chwili gęstego milczenia za
    sobą usłyszałem zduszone „dziękuję”.
    Lenn zabrała się za lepienie i malowanie kotów i rzeźbiątek na handel w
    herbaciarni. Gadamy przez telefon a ona:
    Muszę kończyć bo mi moszna schnie,
    muszę ją wymoczyć żeby się przykleiła.
    Jutro Szponiasta powraca w glorii w moje utęsknione ramiona. A dziś znowu
    gnębimy Krzyżaków i idziemy w Paradzie Równości, czyli jak to wykrzyczeli
    Wojewódzki i Figurski: Dziś wszyscy jesteśmy pedałami!!!

    Marzysz o prawdziwym menie!
    Masz już dość tych wstrętnych,
    miękkich pośladków żony, ma-
    rzysz o tych dwóch twardych
    kamieniach zaciskających się
    na twojej twarzy…

    (Wojewódzki i Figurski)

    *

    Samotnicy są z samej
    definicji drapieżnikami

    Maszeruję w samym środku błękitnej tarczy planety, pod tym
    bezbrzeżnie pustym niebem czuję się jak cel. Rozgrzane do białości promienie
    światła ciekną ulicami, po skórze, po ścianach, skraplają, zbierają w
    świetliste strumienie i fale. Miasto tonie w upale, nawet nocne widma blakną
    pożerając jakby trochę mniej skinheadów. Wszystkie najpiękniejsze katastrofy
    zaczynały się niespodziewanie. Kochankowie o splecionych na zawsze dłoniach w
    zaułku w Pompejach, otwarta, dziecięca książka na stole w jednym z
    zamarzniętych w czasie osiedli koło Czernobyla. „Reflecking God” Mansona jest
    najwspanialszą z piosenek do umierania. Sam Bóg będzie jej słuchał kończąc
    pewnej niedzieli Wszystko.
    Na zewnątrz jest 38 stopni, rozmawiałem ze starszym przez sieć, w Uzbekistanie
    jest zimniej. Obiecał przywieść jakąś berbeluchę z Taszkientu i kiełbasę z
    konia.
    Szponiasta z rodzinną falą ruszy przez Polskę. Ja zaś pozostanę sam na sam z
    remontem. Policzę się nareszcie z moim toksycznym przyjacielem zieleniącym się
    soczyście w najdalszym kącie, na południe od szafy. Wyrwę flaki z sufitu i
    zasmaruję drania czymś co nazywa się Hydrostop antygrzybiczny i lekko
    opalizując przelewa się leniwie w butelce niczym sperma Szatana. Nadchodzi czas
    bólu i grozy… oraz nagich, cekolowych zjaw grzechoczących upiornie pustymi
    puszkami o drugiej nad ranem.
    Znajomy z wykopków Pazurzastej przysnął w upale za kierownicą, zbudziły go
    tajemnicze drgania i widok uciekających ludzi. Okazało się, że pojechał sobie
    przez rząd ustawionych na poboczu kobiałek. Podobno nie zatrzymał się w obawie
    przed linczem.

    Idę z tobą! I tylko mi nie mów,
    że Kraina Ciemności to nie
    miejsce dla kobiet!

    (Sindbad – legenda 7 mórz)

    *

    Ja – Chyba podsiedliśmy jakieś dzieciaki…
    Szponiasta – Trudno, prawo tramwaju!

    (My)

    Narodowi socjaliści przegrali wybory prezydenckie. Lennonka
    zagłębiła się już tak bardzo w siebie, że nie dostrzega skali zniszczeń jakich
    dokonuje wokół. Miałem dziś do niej wpaść, ale jakoś niespecjalnie mam ochotę
    ją oglądać. Od dziewięciu dni nie znalazłem nawet dwóch godzin by spokojnie
    osiąść na tyłku. Śpię w chwilach nieuwagi.
    Rano dostałem smsem potwierdzenie zamówienia lodówki, już niedługo będą mógł
    spokojnie przechowywać płucka dzieci sąsiadów. Większość spraw ciągnących się
    przez lata zdaje się być ostatecznie rozwiązana. W końcu mam trochę miejsca by
    rozpędzić się do kolejnej ofensywy. Jeśli nie uda mi się w tym miesiącu
    zainstalować internetu, to zrobię coś złego światu.
    Wszystko we mnie pędzi, jestem nabuzowany lotnymi oktanami mieszanki trzy
    łyżkowej kawy Kronung, koli i litra napoju energetycznego. Czuję
    niepowstrzymaną chęć zdjęcia koszulki, wspięcia się na coś wysokiego i
    strącenia paru samolotów. Nie wzgardziłbym też jakąś wrzeszczącą blondynką pod
    pachą.
    Lady Pazurek dostarczyła mi skamieniałe robale, które walają im się w wykopach.
    Przez jakiś czas zastanawiałem się co też z nimi uczynić, aż mnie olśniło.
    Zapraszam na zupę.
    Stasiu Zwany Czesiem, gdy siedzieliśmy nad chlebem z majonezem i cytrynowym
    Żywcem, opowiedział z lekką masakryczną historyjkę, jego znajoma studiująca na
    weterynarii jechała do domu taszcząc z koleżanką wielgachną torbę a w niej
    spreparowanego, pływającego w kawałkach w formalinie wilczura. Całość ważyła z
    90 kilo, poprosiły więc jakiegoś typa, żeby im to wstawił do tramwaju. Typ
    wstawił ale spytał cóż to? Co mu miały powiedzieć? – Sprzęt komputerowy. Jedna
    poszła po bilety, druga się zagapiła a typ na kolejnym przystanku łaps za torbę
    i w długą. Ludzie krzyknęli – łapać go łapać, ale dziewczyny tylko machnęły
    ręką. Teraz wyobraźcie sobie minę kolesia, jak po tym jak kluczył po uliczkach
    z torbą 90 kilo, jak już ją zatachał szczęśliwy do domu, otwiera… a tu bok
    psa z okienkiem na żebrach. Jeśli do domu dotarł nocą to prawdopodobnie wrzask
    było słychać pod Bydgoszczą.
    Dobra czas do roboty, na zewnątrz zachęcająco się zachmurzyło, ale nadal jest
    upał. A więc jak przystało na typa pracującego w najwyższym obiekcie na
    przestrzeni trzech dzielnic, niecierpliwie czekam na burzę.

    - Panie co to za zasrany hotel,
    wchodzę do pokoju a tam typ
    z pistoletem i mówi, że jak nie
    zrobię mu laski to odstrzeli mi
    łeb!
    - Niemożliwe w moim hotelu?!
    I co? I co pan zrobił?
    - A co kurwa? Słyszał pan
    wystrzał?!

    (Weekend)

    *

    - …w imię zasad? My jesteśmy ponad
    zasadami! Jesteśmy kwasami!!!

    (Lady Pazurek)

    Kaktus Zwany Dodą, który niegdyś otrzymałem od Krzyśków,
    utracił swój jadowicie różowy kolor. Czubek zbrunatniał mu i usechł, stając się
    niemal przezroczysty. Kaktus wypuścił za to trzy symetryczne względem siebie
    wypustki, które rosną i rosną. Mam teorię, że Doda ma dosyć mojej czułej opieki
    i postanowiła wykształcić śmigło aby przeprowadzić cichcem ewakuację w jakieś
    bardziej sprzyjające bytowaniu, różowe miejsce… Ewentualnie w celu
    przeprowadzenia mściwego bombardowania.
    Awarii dziwi się, że nie była na grillu, ale przecież pracowała na to ciężko
    przez całe lata. Nie spotyka się z nami, a nawet jeśli czasem jej się zdarzy to
    wychodzi po pięciu minutach obrażając nas, a raczej obrażała by nas, gdybyśmy
    już do jej zachowania nie przywykli. Przez całe lata skutecznie się od nas
    izolowała i teraz dziwi się, że jest dla nas praktycznie obcą osobą, o której
    niewiele wiemy i która niewiele wie o nas. Awario droga, przyjaźń to kwiat,
    nieważne jak jest silny i jak duży urósł, albo go podlewasz albo usycha.
    Z kolei i Lenn ruszyła szlakiem Awarii i postanowiła wejść na drogę
    asertywności, czyli pospolitego, upierdliwego chamstwa. U Awarii też tak się
    zaczęło, pewnego dnia postanowiła być sobą bez względu na wszystko. Postanowiła
    iść własną drogą. Zapomniała jednak, że jeśli nie idzie się choć na drobne
    ustępstwa w stosunku do innych korzystających z trasy to ostatecznie wędruje
    się samemu.
    Potrafię to oczywiście zrozumieć, cel uświęca środki. Gdybym ja znalazł coś
    ostatecznego do czego warto byłoby dążyć, też zrzuciłbym pewnie z siebie osad
    codzienności, żeby tylko łatwiej byłoby mi biec do przodu. Ale czy Awarii albo
    Lenn rzeczywiście mają przed sobą taki cel, czy też po prostu znużył je wysiłek
    jaki trzeba wkładać w utrzymanie przyjaźni i funkcjonowanie pośród ludzi.
    To oczywiście, wbrew temu co sobie pomyślałyście, nie jest atak. To
    podsumowanie. Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie to już na tyle by atakować.
    Uznaję wasze prawo do samostanowienia, ostatecznie każdy ma prawo unicestwić
    się na swój własny, niepowtarzalny sposób. Inaczej ma się jednak sprawa z
    upierdliwym prześladowaniem wygenerowanym przez bezowocne opierdalanie się
    całymi dniami i frustrację. Lenn nosi cię, to zacznij robić pompki, albo
    papierowe koty dla Herbaciarki. Nie przestaniesz, to licz się z konsekwencjami.

    *

    Czyste
    intencje autora
    znajdziecie w jego
    brudnopisach

    (Lec)

    Płynę
    przez słoneczne światło. Pośród falujących warstw ciepła skrzą się góry karmelu
    i bitej śmietany. Wirujący sex z kosiarką, siedem godzin pod rozżarzonym sklepieniem
    nieba. Milion białych aniołów przekuwa mnie swoim palącym wzrokiem, gdy wśród
    oparów gotującej się benzyny i pięknie umierającej trawy pcham popiardujący traktorek
    mego życia. Gdy miałem do wyboru być szczęśliwym czy być zwycięzcą wybrałem to
    pierwsze. I co dziwne, nie żałuję tego. Czysta radość z kolorów lata i zimne
    piwo pod chłodnym prysznicem. Pierdolę charty obleczone w obroże garniturów,
    bujające się w ogłupiałym transie w swoich rdzewiejących w korkach mercedesach.
    Czym mam mniej tym jest mi lżej. Wszystko co najważniejsze i tak mam w środku.
    Zataczam kolejny krąg kosiarką, mam mokry łeb prosto spod kranu, oczywiście gęste
    kłaki porastające moją zróżnicowaną geografię sterczą na wszystkie strony nieskrępowane
    koszulką. Nagle z góry słyszę: Panie kosiarzu! Panie kosiarzu! Podnoszę wzrok a
    tam trzy nastoletnie laski uśmiechnięte od ucha do ucha podnoszą na trzy cztery
    koszulki. Wszyscy bardzo się ucieszyliśmy, one z żartu, ja z powodu braku
    jakichkolwiek śladów staników. Pokazałem im jeszcze moje wirujące ostrza
    stanowczo twierdząc, że jestem mistrzem fryzjerstwa intymnego.
    Szponiasta kontemplowała wczoraj zalany po brzegi przez kolejarzy wykop archeologiczny.
    Właściwie robiły to we cztery. Widziałem na zdjęciu ich zamyślone twarze na tle
    naleśnika Żuław, gdzie, gdy zachce się sikać to potrzeba lornetki by znaleźć
    jakiś samotny, smutny krzaczek. W innym wykopie pojawiła się choleryczna
    ryjówka. Poleciał w jedną stronę, w drugą, zrobiła histeryczne kółko w
    poszukiwaniu wroga, któremu mogłaby wypruć flaki, tudzież wyrwać gąsienicę, po
    czym skryła się w norze, którą przecięła koparka.
    Herbaciarka szalała na weselu przyjaciółki. Ubrała się w sukienkę, którą kupiła
    przed rokiem, a od tego czasu piękna ta niewiasta rozszerzyła się nieco w przestrzeni,
    szczególnie w partiach górnych. Tańczyła tam z jakimś znajomym szaleńcem, który
    entuzjastycznie rył nią rysy w parkiecie i podrzucał pod sufit. Suknia
    tradycyjnie miała szeroki dekolt i w pewnym momencie skumulowane ciśnienie,
    napięcie powierzchniowe, siła ciążenia, rotacja i co tam jeszcze, sprawiły, że
    te wyspy szczęścia, natchnione zeppeliny wyskoczyły sobie na wszystkie strony.
    Herbaciarka zajęła się gorączkowo upychaniem, a jej partner przylgnął do niej
    obronnie z przodu mówiąc z nieuniknionym fatalizmem: Stało Się! Wypadły.
    Jutro idziemy stadnie do Trolla na koncert czegoś co nazywa się Blind Crows, przedtem
    kompania urządzi przez miasto szaleńczą szarżę rolkowo – rowerową. Załatwili
    nawet przyczepkę dla Krewetki. Padł też postulat aby załatwić Przyczepkę Na
    Misia, ale ja sobie wypraszam.

    Zawsze
    gdy człowiek zaczyna wątpić
    w siebie palnie takie głupstwo, które
    go zachwyci

    (znowu
    Lec)

    *

    - Tato, co przynoszą bociany?
    - Chaos i zniszczenie synu.

    (Harry)

    Ciepły letni wieczór nasuwa się na
    świat niczym puchowa kołderka. Niebo smurzy się pastelowo, ludzie poruszają się
    wolno. Idące do pracy córy nocy śmieją się swobodnie z jakiegoś żartu, w tej
    chwili, w tym miejscu, nie widać ciążącego w nich cienia, wyglądają jak zwykłe,
    młode dziewczyny. Od czwartej rano w cugu. Facet zażyczył sobie kafelki w karo
    na całym dachu. Zastanawiam się czy zamierza tu wprowadzać gości po drabinie? A
    może wciągać wielokrążkiem? Nade mną niekończąca rozżarzona półkula nieba.
    Niemal fizycznie odczuwam napór słonecznych promieni. Potem bieg przez dolne
    warstwy Miasta zastałe w uniesionym kurzu i druga połowa dnia spędzona w
    betonowej trumnie pełnej upału. Siadamy na zimnych kafelkach na 15,5 i do głowy
    przychodzą nam głupie pomysły. Stasiu Zwany Czesiem wychodzi z propozycją byśmy
    się przeszli po piętrach i zgodnie, we trzech, odcisnęli na tych wielkich
    lustrach pośladki. Hitler z samego dna zażądał wglądu w monitoring ochrony,
    wypatrzył, że jakaś pani piętnaście minut popedałowała na rowerku w fitnessie i
    zrobił mega chryję. Wszyscy walą z niego w tubę, wszyscy oprócz Spółdzielni,
    która musi się z brytnejem użerać. Mówiłem wam w ogóle o Hitlerze? Jest ich
    dwóch Hitler i Goring. 

    Hitler i Goring w jednym stali domu
    Goring na górze a Hitler na dole
    Hitler najdziksze obmyślał podboje…

    Wieś zawsze wyjdzie z człowieka,
    nieważne jak dobry ma samochód i ile wybulił za mieszkanie. Mamy więc dwóch
    takich małych człowieczków, którzy robią nieadekwatnie wiele huku wokół swoich
    żałosnych postaci i pasjami próbują zatruwać życie tym, którzy wydają się od
    nich zależni. To dwóch jedynych prymitywów, którzy nie odpowiadają na moje
    Dzień Dobry. Dlatego też zawsze gdy ich widzę powtarzam to wyjątkowo głośno i
    wyraźnie z uśmiechem od ucha do ucha. Z niecierpliwością oczekuję dnia, w
    którymś któryś zechce mi podskoczyć. Mógłbym wtedy eksperymentalnie wykazać jak
    mało znaczy forsa w zderzeniu z morderczą inwencją kogoś, kto przetrwał
    dzieciństwo w Brzeźnie i edukację w szkole nr 20.
    Tymczasem kolesie od ogródka zakopali mi pod murawą wielki zbiornik na wodę.
    Nareszcie doczekałem się miejsca, w którym będę mógł bezstresowo przechowywać
    ciała…

    Lubię jak mnie nie doceniają.
    Niedoceniani śmieją się naj-
    głośniej na końcu.

    (Dębski)

    *


    • RSS