kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 8.2010

    Harry Potter dał Zgredkowi
    ubranie. Teraz Zgredek będzie
    rządził Rosją…

    W niedzielę mijałem stadion, na
    którym ustawiali właśnie ostatnie metalowe wsporniki, tak, że nasz stalowy
    pająk jest na ukończeniu. Teraz zapewne przy najbliższej pełni stalowe monstrum
    ruszy się ze zgrzytem ze swoich posad i wyruszy przez kraj w poszukiwaniu żeru.
    Będzie krążył grzechocząc od plebani do plebani i wysysał przez kominy z
    ciepłych łóżek rezydentów watykańskiego okupanta…
    Spokojnie, pracowałem dziś prawie 16 godzin a potem spotkałem watahę znajomych
    potworów, z którymi przez pulsującą, różową mgłę wolnych oktanów
    rozpatrywaliśmy kwestię krzyża i doszliśmy do jedynnnego, hik, sssłusznego
    wniosku, że należy wygnać z Najjaśniejszej siły okupacyjne Watykanu i ich
    kolaborantów i przywrócić wiarę przodków. I znów spośród oparów wynurzą swe
    dumne twarze Światowida i Swarożyca, odrosną gaje i zapłoną kupałowe ognie,
    zatańczą ekstatycznie obleczone w zwiewny len akolitki. Odrodzą się nasi
    pomordowani bogowie, ze zgliszczy wskrzeszą się chramy i świątynie, a dzielne
    słowiańskie hufce znów wyruszą na pancerzach czołgów, z ogniem i mieczem w
    kierunku Miśni i Głogowa… czy coś w ten deseń…
    Ostatnio rekonfiguruję się. Zmieniam się „zewnętrznie”, że tak powiem. Robiłem
    to parę razy w życiu. Najmocniej chyba po mega katastrofie jaką była moja
    pierwsza miłonawiść. W gruncie rzeczy jestem osobnikiem melancholijnym, ponurym
    i zgoła introwertycznym, a funkcjonowanie pośród ludzi wymaga ode mnie
    świadomego wysiłku. Przez ostanie kilkanaście lat sunąłem przez życiorys na
    scenariuszu jaki napisałem sobie do Gratki. Tyle, że nie ma już Gratki, nie ma
    paru tysięcy znajomych i nie poluje już od jakiegoś czasu na kobiety. Nie
    zmieniałem się przez nieuwagę, z rozpędu, czy lenistwa, nie wiem, bo nie
    myślałem o tym. A tymczasem zaniedbana skorupka złuszczyła się i pokruszyła,
    tak że zacząłem wyglądać w niej jak zombie. Zaczęła też uwierać i przeszkadzać,
    tak, że w tym roku ogólne niedopasowanie ujawniło się gwałtownie w formie jakiegoś
    takiego histerycznego rozedrgania i gwałtownego kryzysu, który swoją kulminację
    miał w górach, gdzieś w drodze w dół z czarnego Stawu do Morskiego Oka.
    Konieczność zmian zaakceptowałem jeszcze przed wyjazdem, lecz było to czysto
    teoretyczne i jak zwykle nie spieszyło mi się specjalnie. Teraz poświęcam sobie
    nieco więcej uwagi.
    A jutro idziemy na Salt z Angeliną, którą Lenn czci niczym boginię. Wszyscy
    zresztą będziemy się andżelinić, tudzież wpatrywać się w mięsiste usta
    Olbrychskiego. W tejże zaś chwili na TVNie zaczyna się House ucinając wszelką dyskusję.

    Dzięki sieci i technologiom
    cyfrowym rejestrujemy życie
    i wspomnienia, które potem
    rozpowszechniamy.

    (gdzieś napisane)

    *

    A Świnica jest fajna. Ma piorunochron.
    On buczy gdy idzie burza. Nikt nie wie
    dlaczego

    (Dan)

    Już jestem. Żywy i przypieczony. Farfocle sypią mi się z
    nosa i karku. W sumie miałem wymodzić dziś szczegółową notkę o naszej małej eskapadzie,
    ale biorąc ogólną i nieco zastanawiającą niechęć jej uczestników ograniczę się
    do absolutnego minimum. Zdobyliśmy dwa z trzech Obciachowych Szczytów. Na
    Gubałówkę wjechaliśmy wyciągiem a złaziliśmy wzdłuż kolejki, mijając wspinające
    się dziunie w japonkach i innych obcasach. Z Giewontu spłynęliśmy z deszczem, a
    w piekle pod Zawratem przeżyłem drugi najpotworniejszy i najwspanialszy moment
    życia. Pionowa ściana, opieram się na czubku buta w szczelinie i czuję jak z
    każdą chwilą, powoli acz nieubłaganie buta jest w szczelinie coraz mniej a na
    zewnątrz coraz więcej. Trzymam się kurczowo łańcucha, którego trzymają się
    jeszcze dwie nadaktywane osoby. Z przodu dwadzieścia osób, z tyłu dwadzieścia
    osób. Wszyscy kłócą się i drą, kto ma pierwszeństwo przejścia. Jacyś psychopaci
    przepychają się bokiem po skałkach. W dole 300 metrów pustej
    przestrzeni, wyjący wiatr i pierdolone kondory. Gdy schodziłem potem z tego
    siodła w dolinę Pięciu Stawów wszystko było takie Piękne i Wyraziste. Czułem
    się tak jakby czuł się Mojżesz gdyby dane mu było ujrzeć Ziemię Obiecaną.
    Miałem ochotę tarzać się wśród traw i spijać roztwór z każdego stawu po kolei.
    Zaliczyliśmy część Szlaku 4 Szarlotek, kilka przyjemnych dolin. Krzysiu znów
    nie dotarł na Wołowiec, a ja znowu nie dotarłem na Rysy. Tym razem jednak
    przynajmniej je zobaczyłem. Stałem nad Czarnym Stawem przechodząc kolejne fazy
    załamania nerwowego, za mną siedziała Szponiasta twierdząc, że dalej nie idzie,
    piętro niżej nad Morskim Okiem spoczywały Krzyśki z podobnym postanowieniem.
    Sam dalej nie poszedłem. Na kwaterach mieliśmy trzyletniego blond nordyka,
    który cały czas nas pytał czy mamy siusiaki. W Krakowie otarliśmy się o
    Komorowskiego, a Krzyśki spotkali znajomych z Miasta. K śmiał się, że: i weź tu
    jedź z kochanką do Krakowa, żeby nikt cię znajomy nie zobaczył, itd.
    W domu okazało się, że podczas mojej nieobecności starszy jednak postanowił
    skosić trawnik, niemal natychmiast spalił kosiarkę. Babka za to postanowiła
    wymienić żarówkę i dlatego notka pojawi się dziś a nie wczoraj.
    Poza tym świętowaliśmy wczoraj urodziny Szponiastej i Dana. Pożeraliśmy
    przeróżne białkowe i węglowodanowe wypieki i mieszaliśmy potwornie trunki.
    Dziewczyny piękne my rubaszni i owłosieni. W okolicach północy Szponiasta
    wysłała mnie z misją odprowadzenia Hani. Pazurkowata jest jednak niesamowita.
    Puściła mnie z H, która jest niewątpliwie ponętna i jak najbardziej w moim
    typie. Czasem przeraża mnie ogromny potencjał zaufania jaki we mnie pokłada ta
    mała kobietka. My złe, niegodziwe potwory nie powinnyśmy doświadczać rzeczy tak
    absolutnych, w końcu istniejemy właśnie po to by być wolne i złe.

    … o  sarenki.
    Pewnie  mają
    wściekliznę bo idą w naszym
    kierunku.

    (Krzyś)

    *

    Ja – Cicho, bo obudzi się pies, potem babka…
    Dan – … i dziadek, i rzepka…

    Robi się coraz ciemniej. Od lat sześćdziesiątych natężenie
    promieniowania słonecznego spadło o 4 %. Średnie tempo wygaszania światła na
    planecie wynosi jedną czwartą procenta na dekadę. Nie jest to na tyle
    intensywne byśmy byli w stanie cokolwiek zauważyć. Co jest powodem? Nikt nie
    wie, mówi się, że zanieczyszczenie atmosfery. Co ulżyło wam, że to coś co da
    się naprawić? A może raz na jakiś czas słońce przygasa by nagle eksplodować w
    rozbłysku. Zgadzałoby się to z cyklicznością wymierań w historii Ziemi. Jeśli
    dodać do tego, że zwalnia jądro, galaktyka ustawia się w naszym kierunku
    prąciem a w 2012 prorok Emmerich zaprojektował nam windsurfing na
    dwukilometrowych falach to zaczynam rozważać czyby nie zacząć w garażu klecić
    sterowca.
    Umarł Andrzej the Pirat. Dostał wylewu i po dwóch dniach wypłynął na szersze
    wody. Raczej już nie usłyszymy na Długim Targu jego gromkiego Ahoj! No chyba,
    że w październikowej mgle, gdzieś po północy. Podobno Miasto wypłacało mu nawet
    pensję, a w rubryce zawód pisało: Pirat.
    A poza tym widzieliśmy Mentata. Był tłusty, spocony i w różowe plamy. Miał
    pecha i zapuścił się z kolejną dziewoją w pobliże herbaciarni. Do końca usilnie
    próbował nas zignorować, ale mu się nie udało, bo witaliśmy go po kolei, na
    głosy z tym, że na końcu gromko ryknął Krzysiu i Mentacisko najwyraźniej zląkł
    się, że jak nie da znaku życia to K go dotknie a wtedy rozsypie się w pył.
    Najwyraźniej nadal tkwi w tej swojej czarnej koszuli w fantasmagorycznym
    świecie śpiewającego budyniu a my zmuszając go do reakcji w pewien sposób
    złamaliśmy go. Lenn, której M odcisnął się niegdyś traumą na nastolatstwie,
    była niezwykle zadowolona. Wszyscy zresztą wyglądaliśmy jak sklep z
    fortepianami, bo Wielki M wyglądał tak żałośnie z tym różem i kroplami
    wielkości grochu skapującymi z brody, że aż pociesznie.
    Skombinowałem już plecak, ale na razie nie pakuję się jeszcze. Muszę usiąść i
    dogłębnie przemyśleć kwestię gdzie wtryniłem menażkę, od której kiedyś zapewne
    dostanę Croicfelda-Jakoba i moją odwieczną mydelniczkę, w której przewożę mumie
    bakterii z wszystkich naszych wyjazdów, bo nie przypominam sobie, bym mył ją
    kiedykolwiek. Jak wypowiemy komuś wojnę to zgłoszę ją jako broń masowej zagłady
    do Ministerstwa Obrony z rekomendacją zrzucenia jej do ujęć wody pitnej.
    A teraz już pa, lecę na Jarmark, póki jest.

    Z powodu rotacji kuli ziemskiej
    każdy rzucony obiekt poleci
    dalej na zachód niż na wschód

    *

    Krzysiu – …ale wiesz, że czasem
    w czasie burzy błysk pioruna
    utrwala w szybie obraz stojącej
    za nią osoby?
    Ja – No.
    K – …więc nie stawaj przy moim
    oknie w czasie burzy.

    Najcichszy z szeptów. Delikatna przędza losu, pokrywa nasze
    twarze. Oplata nas coraz szczelniej, aż pewnego dnia nie możemy już złapać
    oddechu, przestajemy widzieć i nagle rozumiemy, że to już, że to teraz.
    Ci co wieżą w bogów piją z naczynia nadziei, kiedyś uważałem, że to pójście na
    łatwiznę, odrzucenie czarnych skrzydeł odpowiedzialności za własne czyny, powód
    by nie rozważać natury otaczającej nas rzeczywistości, że nie ma nic stałego,
    że wszystko drga, że nie istnieje czas lecz jest to tylko nasz sposób
    postrzegania rzeczywistości, że możemy być niczym więcej niż tylko przypadkiem,
    pojedynczym rozbłyskiem pośród niczego. Tak trudno jednak uwierzyć w własne
    nieistnienie, że kiedyś pomyślimy naszą ostatnią myśl. Naprawdę ostatnią, a
    później będzie tylko NIC.
    Przez pół nocy leżałem na rozłożonym na trawie kocu, czekając na deszcz
    meteorów. Leżałem pozwalając by pustka napływała do moich oczu. Podobno,
    gdybyśmy w dzień spojrzeli z wnętrza studni w niebo ujrzelibyśmy gwiazdy.
    Deszcz ognia nie nadszedł, niebo pozostało nieme, pełne odległych świateł i
    samolotów.
    Zacząłem pierwszy w życiu urlop. To dziwne, dostawać pieniądze za nie chodzenie
    do pracy. Uwiera mnie ta myśl i muszę się jeszcze do niej przyzwyczaić. Przy
    Dominikanach loterię prowadzi Sylvia Na Wózku. Przyzywa nas do siebie za
    pośrednictwem Lenn, by znów wykorzystać w jakiś niesatysfakcjonujący sposób.
    Sylvia jest przepaloną na wylot poetką i osobą z wszech miar obrzydliwą.
    Oszukała mnie kiedyś, z racji wózka pozwoliłem jej na to dwa razy. Teraz jednak
    nie mam ochoty zbliżyć się do niej nawet na odległość strzału z balisty, z
    której chętnie bym jej przyładował. Pomyślcie, idziecie ulicą a tu turkocząc
    przemyka wózek inwalidzki wypełniony chlapiącym paskudztwem i półtora metrową,
    osinową strzałą. Niepowtarzalne zdjęcie z wakacji.
    Ostatnio zrozumiałem, że nie potrzebuję wybaczenia. Czasem za nim tęsknię, ale
    nie jest mi niezbędne. Istnieją ludzie, których należy nienawidzić. Potrzebują
    tej nienawiści, bez niej przestali by istnieć. Więc po co im to odbierać. I
    nie, Lenn nie chodzi o ciebie. W żadnym wypadku. Nie myśl o tym. To dygresja
    bardziej uniwersalna. Na nienawiść trzeba sobie zasłużyć.

    Prawdziwy Bóg jest zwierzęciem.
    Jest w zwierzętach, tak blisko, że
    aż go nie dostrzegamy. Codziennie
    się za nas poświęca, wielokrotnie
    umiera. Karmi nas swoim ciałem,
    odziewa w swoją skórę, pozwala na
    sobie testować lekarstwa, żebyśmy
    mogli żyć dłużej i lepiej. Tak okazuje
    nam przywiązanie, obdarza nas
    przyjaźnią i miłością.

    (Tokarczuk)

    *

    Żyje się po to by mieć satysfakcję i
    powiedzieć na koniec Panu Bogu:
    Upieprzyłem się, naharowałem, oto
    masz Panie Boże – moje dzieła, może
    niedoskonałe, ale własnoręczne.

    (Kalicińska)

    W niedzielę wszyscy rozpierzchli się z herbaciarni na cztery
    strony świata, a Krzysiek i ja przez bastiony i Most Nierządnic poszliśmy sobie
    w świat. Niebo zmieniało się nad nami jak stary, terkoczący film. Szliśmy
    wzdłuż obwałowań Motławy wciąż na południe mijając podmokłe osady, złe
    wspomnienia i pordzewiałe mosty kolejowe. Miasto kuło niebo gotykiem daleko z
    tyłu jak na starych rycinach, gdy w końcu dotarliśmy do linii przyszłej Obwodnicy
    Południowej. Na horyzoncie wzgórze przecięte na pół, linia ziemnych zakłóceń,
    linii palownic i kurtyn deszczu sunących przez równinę opadających na świat z
    nisko sunących chmur. Obfotografowaliśmy miejsce, gdzie staną pylony nowego
    mostu wantowego i ruszyliśmy wzdłuż wypełnionego wodą rozdarcia w kierunku
    strzelających w niebo płomieni rafinerii. Nad nami mknęły smugi szarości,
    żuławskie błoto czule otulało stopy, drobny deszcz siekł w plecy i ten ogień i
    stal przed nami i ta zryta ziemia niczyja. Dwóch wędrowców pośród równin
    Mordoru. W końcu zgubiliśmy kurs i polnymi drogami i na przełaj przez błota
    kierowaliśmy się na Stogi i pierwszy most wantowy by i ten kierunek zgubić
    wśród nowo powstających domów, pól szczypiorku i kapusty. Nasz kurs układał się
    pośród odnajdywanych ulic, zakłócały go linie kolejowe i betonowe obwałowania
    rzek. Mijaliśmy stare, postrzelane domy i baseny, dziesiątki dmuchanych
    basenów. Co podwórko kolejny, taka nasza dmuchana Kalifornia. Śmieliśmy się, że
    jak przyjdzie powódź to okoliczni mieszkańcy wsiądą do swoich dmuchanych
    basenów i nieprzebranym, błękitno – białym mrowiem powiosłują ku Miastu. Do
    tramwaju ostatecznie dostaliśmy się przy Bramie Żuławskiej, każdy ze swojego
    przystanku, każdy w innym kierunku.
    Świat toczy się koleiną orbity. Lenn tworzy koty, którymi wstrząśnie posadami
    sztuki nowoczesnej. Mój starszy urządza grille w ogrodzie i robi drinki z piwa
    i wódki. Hania tymczasem powróciła z Norwegii i wynurzyła się w naszej
    rzeczywistości niczym złotoskóra Tiamat z lodowatych wód fiordu. Ze Stasiem zaś
    snuliśmy ostatnio wizję jak to przeciwko krzyżakom spod Pałacu Prezydenckiego
    zbierze się z całej Rzeczpospolitej polskie rycerstwo i w pełnych zbrojach
    wybije im debilizm z tych przesiąkniętych kadzidłem czaszek. Najwięcej radości
    sprawiło nam rozpatrywanie ewentualnego starcia rycerstwa z siłami policji. -
    Ani pały, ani polewaczki, ani gumowe kule. – Tylko ostra amunicja. – Pod
    warunkiem, że zdążyliby zanim byście dobiegli…

    Nowy film w kinie. DiCaprio
    budzi się na plaży. Ktoś z
    sali: Patrz, jednak uratował
    się z Titanica.

    (Bash, mniej więcej)

    *

    …Och! Jaki mi kupił pierścionek!
    Jak GPS…

    (Ktoś do kogoś)

    Niczym pordzewiały wrak okrętu podwodnego w Dzień Sądu
    Ostatecznego, ciężko odrywam się od mulistego dna i wśród girlandów uwięzionego
    od dziesięcioleci powietrza podążam powoli przez granatowy odmęt ku odległej
    powierzchni i światłu. W ten dzień ostatni na powierzchnie wynurzą się
    wszystkie statki i okręty by podążyć do portów przeznaczenia, w ten dzień
    ujawnione zostaną wszystkie tajemnice a w płucach rozpadną się ostatnie cząstki
    powietrza. Potem już nikt nie będzie musiał oddychać.
    Jak być może się domyślacie mam kaca. Podwójnego. Nie to żeby coś mnie bolało,
    ale wokół jest z lekka granatowo a do powierzchni wciąż mam jeszcze spory
    kawałek. To promilowe lato mnie wykończy.
    Najpierw objawiło mi się paru desperatów z dziesięciolitrowym baniakiem młodego
    wina, które głęboko odetchnęło po otwarciu, zapewne na widok naszych rasowych
    gęb i żądzy w oczach. Pewnie miało złe przeczucia. Piliśmy to przez całą noc
    gapiąc się w TV, leciał akurat TEAM AMERICA, kto nie widział ten nie wie jakie
    straszne rzeczy dzieło to może zrobić z psychiką porządnego pijaka. Rano
    wyżarliśmy z dna resztkę wiśniowo – porzeczkowej berbeluchy i wyruszyliśmy na
    podbój wszechświata. Dzień przepracowany w różowo – porzeczkowej mgiełce. Po
    południu zaś wylądowaliśmy w zielonej niszy u Krzyśków. Wypełniliśmy się po
    brzegi wędliną i piliśmy, piliśmy piwo. Kontynuowaliśmy to zajęcie oglądając
    później w środku teledyski i Szalony Świat Malcolma, czy jakoś tak. Muszę wam
    powiedzieć, że po obejrzeniu teledysku „ale jondro” Lady Gagi nabiera nieco
    innego wymiaru. W chwili obecnej zaś, po tym jak przez całą noc śniło mi się,
    że zamknęli mnie w wariatkowie, bez jakiegoś szczególnego powodu, ot tak ze
    złośliwości czy na czyjeś zlecanie, sam już nie wiem czy bardziej chce mi się
    rzygać czy zasadzić rozświetloną mrocznym, wewnętrznym blaskiem, niczym
    kryptonit, kackupkę. Tymczasem idę na kompromis – siedzę i się nie ruszam.
    Tylko czubki palców tańczą mi po klawiaturze. Niestety nadchodzi ten pełen
    strasznych wyborów moment gdy zakończę ten teks i coś będę musiał ze sobą
    zrobić.

    Gdyby cola nie byłaby sztucznie
    barwiona byłaby zielona…

    (100 rzeczy, których na pewno nie wiecie)

    *

    Lenn podrywa nowego barmana w herbaciarni:
    - Zobacz jaką świetną bransoletkę kupiłam,
    skórzana, z futerkiem. Kocham skóry!
    - Aaa, ech, jestem wegetarianinem…

    Kumpel chce, żeby po śmierci zamiast w trumnie zatopić go w
    bloku betonu. Twierdzi, że będzie siedział na chmurce i patrzył na czerwone
    twarze i wybałuszone do granicy eksplozji oczy grabarzy, którzy będą musieli go
    dotargać po stokach i tarasach Srebrzyska na miejsce ostatecznego spoczynku. W
    lokalu zapanowała pełnej zadumy cisza, po czym ktoś orzekł, że w sumie to
    logiczne – nie trzeba będzie wylewać fundamentu pod grób. Na to, główny
    zainteresowany obraził się, że jakoś nikt nie przejął się perspektywą jego
    rychłego zejścia, na co otrzymał odpowiedź, że jeśli się nie przymknie to jego
    zejście może okazać się naprawdę rychłe, a może nawet zalejemy go żywcem tym
    betonem. Ktoś skoczył nawet uczynnie na zaplecze po worek cementu, ale okazał
    się przeterminowany. No i zaczęła się oczywiście dyskusja, czy to godzi się
    typa chować w przeterminowanym betonie. Na co on się obraził i wyszedł. No i
    dobrze, i tak nie mielibyśmy za bardzo skąd wziąć betoniarki.
    Ja chcę po śmierci zostać przywiązany do wypełnionego trotylem czołgu i
    zrzucony na Świątynię Opatrzności Bożej. Najlepiej podczas inauguracji
    otwarcia. Moje zdjęcie będzie świetnie wyglądać na pierwszej stronie Wyborczej,
    pośród tych wszystkich prawicowych nekrologów.
    Jest wieczór, lekki, ale stały wiatr, tak jak lubię. Atmosfera jak w ostatnie
    dni wakacji, gdy trzeba pić esencję wolności do końca, bo poza progiem
    niedzieli czeka już szkoła. Mam ochotę wyjść w noc i las wokół Glattkau i
    włączyć się w poszukiwania tej zaginionej, co to ją wszyscy szukają i co
    utrwaliło się na podrygującym monitoringu jak idzie za nią bezdomny. Może nawet
    potknę się w mroku o jej ogryzione kości, w końcu to mogli być brzeźnieńscy
    bezdomni…
    Tak nadal wszystkich nienawidzę. To prawdopodobnie przez brak seksu i krzyże w
    TV. Czemu nie usypią przed Pałacem Prezydenckim stumetrowego kopca, dla tego
    najcudowniejszego z prezydentów. Najlepiej z własnych ciał.
    Wiem, że jestem zły i wstrętny, ale moja połowica mnie kocha pomimo to. Czego i
    wam życzę. Szalom.

    Arecki gada z kolesiem, który
    właśnie wrócił z Bolkowa:
    K – Kot mi zdechł i musiałem
    go pochować.
    A – Zawsze marzyłem by mieć
    kota…
    K – Odkopać ci?

    *

    - Talent to nieszczęście. To rana, którą
    trzeba rozdrapywać i rozdrapywać…
    - Rozdrapywać? Czemu?
    - Bo się zagoi.

    (Tryzna)

    I oto zakończył się siódmy miesiąc roku dwa tysiące
    dziesiątego. O kolejny miesiąc mniej do końca mych ziemskich koloni. Dziś
    śniłem o Mławie i gdy się obudziłem było mi ciepło na sercu. Mam nadzieję, że
    jeżeli cokolwiek istnieje po śmierci, to dla mnie będzie to Mława w letnim
    słońcu. Jedyne miejsce, w którym jestem zdolny usiąść i nic nie robić.
    Przełom miesięcy to także okres, w którym mój szef zwany Bossym, przestaje do
    mnie dzwonić i wymyka się chyłkiem z okolic, w których aktualnie przebywam.
    Szczerze mówiąc nie chce mi się za nim ganiać ani ciągle do niego wydzwaniać.
    Myślę, że prościej będzie postąpić tak jak on i na przykład nie przyjść sobie
    bez uprzedzenia do pracy, dajmy na to od poniedziałku.
    Czasem też nachodzi mnie ochota by z 16 piętra upuścić mu pustak na samochód,
    ot tak, by dać znać, że go zauważyłem.
    Jacyś debile w Warszawie wykłócają się o pospinane na krzyż listewki,
    symbolizujące rzymskie narzędzie tortur. Jeszcze trochę i przezwyciężę mą
    subtelną pokojową naturę różowego cherubinka i wyskoczę tam poprzestawiać te
    drewienka do góry nogami, ewentualnie urządzę ogólnokrajowy konkurs na najbardziej
    spektakularne spalenie modelu Tupolewa. Za każdym razem, gdy wyobrażam sobie
    jak Bóg ścisnął w pięści tę metalową puszkę, za każdym razem, gdy widzę
    przesiąkniętą złem mordę tego knura w chwili, gdy dociera do niego, że za
    chwilę będzie się palił a metalowe ostrza pękającego kadłuba będą go darły na
    krwawe strzępy, od razu wraca mi wiara w jakąś kosmiczną sprawiedliwość.
    A tak ogólnie mam właśnie tydzień nienawiści więc lepiej nie pokazujcie mi się
    na oczy. Po ostatnim weekendzie naprawdę odczuwam dogłębną i dziwnie
    uspakajającą chęć mordu. Kto oglądał Rambo 2 ten wie, że nawet tło może okazać
    się zabójcze.

    Czasem sztywna postawa jest
    wynikiem paraliżu

    (Lec)

    *

    Oglądamy  film. 
    Chuck  Norris  przykłada
    ostrze  do  szyi 
    wietnamskiego  generała  i
    mówi grobowym głosem: Teraz będę zadawał
    pytania, poznam gdy skłamiesz. Gdzie są
    amerykańscy jeńcy?
    Szponiasta równie ponuro: Gdzie kręcono
    smerfy?

    W środę w herbaciarni grali na
    gitarach i śpiewali dwaj kolesie. Lokal pękał w szwach. Łamiące się gitarowe
    riffy, z „The Wall” Pink Floydów, rozbrzmiewały pośród nadciągającej nad miasto
    nocy, łamiąc serca kiszczakom i gołębiom.
    Pachnę łąką. Uzbrojony w rozliczne ostre przedmioty, opancerzony poczwórną
    warstwę folii, rzuciłem się z pierwotnym wyciem w gąszcz, zainfekowanej
    dżungli, która wyrosła mi za płotem i zaczęła swą podstępną robotę rozsadnika
    chorób i chwastów w bezpośrednim sąsiedztwie drogocennych trawników mego ojca.
    Kto nie wierzy w ewolucję powinien obładować ekwipunkiem murzynów, wziąć
    rusznicę kaliber 12 na koniki polne i udać się na eksplorację brzeźnieńskiej
    flory i fauny. Na cienkim pasku gruntu, w cieniu dwóch, ostatnich, rachitycznych
    topoli odkryłem rozlicznych przedstawicieli wszystkich grup i królestw, którzy
    powitali mnie z posępną nieżyczliwością tudzież obłędną agresją. Pierwszy raz w
    życiu zaatakowały mnie biedronki.
    Odwiedziła nas też Egzaltacja. Znaczy odwiedziła Lennonkę i obie przeleciały z
    hukiem turbin przez nasze życie. Egzaltacja bardzo przypomina Tau zarówno z
    wyglądu, zainteresowań jak i poczucia humoru, poza tym posiada zdolność
    uśmiercania jaskółek w locie za pomocą łopaty pełnej obornika i ogólnie unieszczęśliwiania
    stworzeń latających. Kiedyś jednym dotknięciem obróciła  nietoperza w pył… O drugiej w nocy
    odprowadzałem do furtki rozhukane towarzystwo, a niebo było piękne, usiane
    koronką delikatnych, rozświetlonych księżycem obłoków. Po powrocie odkryłem, że
    Szponiasta, która w którymś momencie imprezy położyła się odwrotnie na łóżku,
    przykryła kocem i zasnęła, przejawia silną niechęć do przebudzenia się. Jechała
    do mnie wprost znad jeziora, z torbami, opalenizną na wszystkich nidoopalonych
    dotąd kawałkach  i lekkim kacem. Na
    miejscu dokarmiliśmy ją pizzą i trzema szklanami koli z rumem. Ijarrr!
    Potargałem ja trochę, w końcu westchnąłem, wyrwałem poduszkę spod nóg i dość
    malowniczo wpasowałem się pod kocem w miejsce, które jeszcze zostało.
    Dziś pijemy trzeci dzień z rzędu. Tym razem urodziny mojej matki, potem
    wyrywamy do centrum zobaczyć orkiestrę grającą na ścianie ratusza i fajerwerki
    na otwarcie Jarmarku. Na koniec zaś jedna z mrocznych zagadek Dana, ta jest
    akurat dość prosta: kobieta poprosiła w restauracji o potrawę z Iguany.
    Posmakowała po czym wybiegła na ulicę i zabiła się rzucając pod samochód.
    Dlaczego?

    …był nieuchwytny w czarnym stroju
    na tle białych, marmurowych ścian
    Sajgonu…

    *


    • RSS