kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 9.2010

    Przez ostatnie pół roku pociągi
    PKP spóźniły się pięć lat

    No i staliśmy sobie ze Stasiem Zwanym Czesiem w szklanym
    koszu ochrony na Cmentarnej Wieży i patrzyliśmy jak oceaniczne fale przelewają
    się z chlupotem nad wałem zbiornika retencyjnego. Ochroniarz cały podniecony,
    pewnie już widział oczyma wyobraźni sceny rodem z „Tragedii Posejdona” z sobą w
    roli głównej. Policja przeganiała radosne tłumy, które przybyły na miejsce by
    poszturchać wał kijem w celu empirycznego przekonania się czy już rozmiękł.
    Maleńka Strzyża, która akurat w tej okolicy biegnie częściowo przy ulicy a
    częściowo przez podwórka najeżyła brunatną sierść i zaryczała. Straż zwoziła
    worki. Słowackiego nigdy chyba nie była tak pusta.
    Oczywiście jako prawdziwi Polacy udaliśmy się czyniąc niefrasobliwe uwagi w
    samo serce żywiołu. Podrażniliśmy się chwilę z rzeką po czym ukontentowani
    atrakcjami tegoż popołudnia udaliśmy się do Majki na zapiekane z cielęciną i
    pieczarkami ziemniaczki by w spokoju obejrzeć ten ludzki dramat w telewizji.
    Poza tym obserwuję właśnie straszliwy dylemat mojego pryncypałosa. Jest koniec
    miesiąca, kiedyż to teoretycznie dostaję od niego pieniądze, powinien więc mnie
    unikać jak jeziora kwasu i chyłkiem przemykać garażami z budynku do budynku. Z
    drugiej strony chce mi zlecić mały remoncik na łykend więc powinien się pojawić
    by ustalić szczegóły. Z typem w ogóle jest dużo śmiechu, ostatnio żeńska część
    naszego cmentarnego triumwiratu, zwana przez ogół miast, wsi i księżycowych
    kolonii, Balbiną, nie wytrzymała i zapytała Stasia: A on to ma jakąś żonę, albo
    dziewczynę? A Stasiu jak to Stasiu, banan na pół paszczy i mówi z całą
    szczerością i nieokreślonością: Nie obchodzi mnie to. Jak dla mnie to mógłby
    mieć nawet chłopaka…
    Pogoda zrobiła się przyjemna, tak że chyba wybiorę się do epicentrum do
    biblioteki wymienić tomiszcza i sprawdzić jaką tym razem fryzurę ma Layla. Dziś
    nim powrócę z piekła codzienności, Szponiasta chce zasiedlić me domiszcze i
    zrobić obiad. Zastanawiam się czy od razu nie zamówić sobie nowej wątroby,
    takie długie teraz te kolejki. Z drugiej strony jeśli przygotuje jakieś frykasy
    to trzeba by pomyśleć o załatwieniu jakiejś spawarki, by w imię poszanowania
    ról społecznych i równouprawnienia przykuć ją na stałe do kuchenki…
    Kurczę nie mogę się nadziwić jaki ze mnie twardziel. Przecież za ten tekst moje
    kochane maleństwo wyrwie mi wątrobę i poda przysmażoną z koperkiem i polaną
    obficie płynem mózgowo – rdzeniowym.

    Wspaniale jest mieć depresję.
    Człowiek robi co chce i nikt
    nawet nie piśnie.

    (Hornby)

    *

    Pacjent – Niech mnie kulę biją!
    Dr Void – Chwileczkę skoczę po
    męża i narzędzia…

    (Kto wie ten wie)

    Od dwu dni jest ciemno i pada. Nie
    wiem czemu ale jest mi przez to jakoś rozkosznie. Praca pali mi się w rękach,
    przemykam przez smugi deszczu z psychopatycznym uśmiechem nieustającego
    psychicznego orgazmu, na śmierć przerażając poczciwe staruszki, zamazujące
    nocami farbą co bardziej rozebrane reklamy. Jednej zabrałem nawet pędzel,
    maznąłem białą – olejną po nosku mówiąc: A ti ti. Ogólnie czuję się jak małe
    puchate zwierzątko w przytulnej norce wielkości świata. No dobrze, monstrualnie
    wielkie zwierzątko, ale za to puchate. Może to nadmiar światła mi szkodzi?
    Do tego brat Borysa przywiózł z Holandii takie śmieszne tabletki, po których
    chichocząc jak pensjonarki, rzucaliśmy się pomidorami i zdaje się jednym
    sfatygowanym porem, a następnie udaliśmy się do miejscowego kościoła i
    zabarwiliśmy na czerwono wodę święconą za pomocą soku z buraków. Gdy już
    wróciliśmy w siebie okazało się, że wszyscy mamy po cztery czerwone krople,
    jedną na czole, dwie na ramionach i jedną na klacie. W sumie moglibyśmy
    odsprzedać proboszczowi ten patent, aby był w stanie rozpoznawać najżarliwszych
    z wiernych.
    W robocie dostaliśmy aparat cyfrowy i robimy zdjęcia „przed i po”. Ze strony
    zaś miejscowych krąży z aparatem typ poszukujący niedoróbek. Mamy taki cichy
    plan by zagazować go w windzie, tudzież puścić kwas ze spryskiwaczy. Zadaje się
    wojna propagandowa ze wspólnotą zbliża się do nieuchronnej eskalacji.
    Ale wracając do deszczu. Jest niesamowity: leje, i nie przez pięć minut,
    godzinami. Stale, równomiernie, potężnie. Zatrzymuję się na 15,5 i patrzę w dół
    na wzgórza. Z dolin pną się ku niebu szare jęzory mgły rozpuszczając w
    tajemnicy dalsze szczyty. Spośród oparu wynurzają się pękate, pełne kolorów
    kopuły drzew. Wiatr uderza rozpylając wszystko w wibrujące fale wodnego pyłu.
    Deszcz chłoszcze świat równomiernym werblem. Stuka w dach i szyby. Miasto
    płynie przez ten przestwór jak zła baśń. Stojąc tam czuję się jak Szatan
    napawający się władzą nad światem, jak Sharon den Adel śpiewająca „Stand my
    Ground”, jak szary papież obejmujący wszechwidzącym wzrokiem najdalsze rejony
    swego imperium popiołów.
    Uśmiecham się w Mrok, za panoramiczną szybą deszcz rozkłada szeroko skrzydła.
    Ponad światem przebiega szum skrzydeł tysiąca spaczonych aniołów.

    Niech mnie panna nie budzi z
    poobiedniej
    drzemki pod żadnym pozorem, chyba że
    zniosą celibat, wtedy natychmiast.

    (Tischner)

    *

    - Czy ty w ogóle lubisz kobiety?
    - Niezbyt, nie umiem ich dobrze
    przyrządzić…

    (Diwow)

    Panny Nikt skaczą z balkonów. Spadają jak ciepły, jedwabny
    deszcz. Przypływy łez uderzają przybojem o podnóże świętej Ślęży, której szczyt
    znieruchomiał na zawsze zatopiony w oślepiającej pajęczynie błyskawic.
    To tylko wstęp. Wstęp względem refleksji. Nie przejmujcie się więc nim
    wykrzywione lalki o oczach z koralików jarzębiny. Wiecie jak zrobić sałatkę z
    buraków? – Wrzucasz granat do golfa… 
    Wszędzie plakaty ze stadionem Poznania, „A nam już trawa rośnie”. Epatują
    tłustym zadowoleniem. Mamy taki sprytny plan by rozsypać im na tej szafirowej
    murawie garść żołędzi i puścić dziki. Wizja obejmuje też transport koleją
    Trójmiejskich dzików. Dla niepoznaki przebierzemy je w żółte płaszcze sztormowe
    i kalosze. Będą tak siedziały w przedziałach z tymi raciczkami. Scena: wchodzi
    kanar i mówi – bilety do kontr… a tu równocześnie obraca się w jego stronę
    osiem ponurych ryjów wystających spod kapturów.
    Brzeźnieńskie potwory promują plan prostszy lecz równie uroczy. I tak zapewne
    nadejdzie jeszcze ten dzień, gdy poznaniacy zostaną zbombardowani kretami.
    Tymczasem chmury popękały w końcu i rozsypały na małe metalowe kawałeczki.
    Księżyc srebrzyście sierści trawę. Zmierzcha ostatnio coraz szybciej. Ciemność
    jest teraz w moim bezpośrednim zasięgu. Szponiasta z Kudłatą lądowały w
    ElbingCity gdzie w muzeum mierzą suwmiarkami średniowieczne noże, klucze i
    kłódki, celem uwiecznienia ich w pracy magisterskiej. Nocleg załatwiły sobie u
    franciszkanów. Gdy Lady P zadzwoniła po raz pierwszy w tle było słychać jakieś
    bolesne stęknięcia i ryki z pogłosem, a to franciszkanie ciągnęli przez
    klasztor kabel od internetu dla dziewczyn. Nie wiem czemu wyobraziłem sobie
    kurdupla w habicie przygiętego do ziemi wielką szpulą kabla na plecach, jak w
    pierwszej wojnie.
    W łykend nadrabiałem zaległości w czytaniu i przebiłem się przez 1700 stron.
    Nie żebym zapałał jakąś gwałtowną gorączką czytelnictwa. Po prostu zaległe
    książki zaczęły się już wylewać z szafki i kolonizować wyjście na korytarz,
    grożąc odcięciem od życiodajnych rejonów kuchni.
    Potem przyszedł i przeminął nagle kolejny tydzień. Dziś w Gottenhaven jest
    kolejny Temple of Goths, parę dni temu Marzan przekroczył pieszo granicę Ukraińską
    w Medyce, a Pazurkowata wywijając przyległościami dojedzie dziś do mnie na
    rolkach i czeka nas noc pełna cudów i pożerania grzanek.

    Nie zawracaj mi głowy – odburknęła
    kotka, miałam właśnie ideę, którą
    zaciekle śniłam.

    (Stross)

    *

    - Masz go tylko nastraszyć.
    - Ból jest straszny…

    (Firefly)

    Jechać na ślub Bajki czy nie
    jechać. W sumie trudno orzec, aby mnie specjalnie uwielbiała, a gdy odcięli
    mnie siekierą od sieci, kontakt praktycznie się urwał. Sam nie wiem czy moja
    obecność tam nie zakrawałaby na jakiś wygłup. Tym bardziej, że ostatnio mam
    jakoś dosyć ludzi. Nawet z pracy zacząłem wracać przez las, Doliną Zerwanych
    Mostów i w tamtejszej okolicy łapię bezludne tramwaje. Gdy wnętrze wypełniają
    ciała jestem już zazwyczaj bezpiecznie zamknięty w sobie. Ostatnio byliśmy na
    imieninach Void i na pożegnanie sformował się wokół mnie krąg i urządzono sobie
    konkurs wolnego strzelania.
    W zasadzie trudno powiedzieć by ten dwunastoletni eksperyment kontaktowania się
    z ludzkością przyniósł mi jakieś jednoznacznie pozytywne efekty. Czasem
    zastanawiam się jak by to wyglądało gdybym nigdy nie napisał do Gratki i nadal
    tkwił we własnej przenikającej przez te wszystkie światy strefie samotności.
    Pewnie bym cierpiał ale po tej stronie też cierpię. Kim bym był gdybym oglądał
    to wszystko z zewnątrz a nie testował na własnej skórze.
    Poza tym brak mi jakiejkolwiek motywacji. Potwory mojego rodzaju napędzane są
    bólem, a ja jak raz ustabilizowałem sobie życie. Tkwię w rozmemłanym odcieniami
    szarości dylemacie, z jednej strony nazbierało się rzeczy, które mogę stracić,
    z drugiej wszechogarnia mnie nuda i powtarzalność codziennej dojrzałości. Mam
    więcej kasy niż kiedykolwiek, ubezpieczenie, mieszkanie, aktywność wypełnia mi
    dni po brzegi, ale to wszystko ma smak popiołu bo nie wykracza poza ramy
    zwykłości. To jest to samo co sprawia, że dziesiątki milionów ludzi funkcjonują
    i przemijają bez śladu. Stają się niecharakterystycznym tłem w podręcznikach
    historii. Budzę się i nie czuję bym miał po co wstawać.

    *

    Ra, a słyszałeś o supernowych?
    Bóg

    (Gratka)

    Trzecia w nocy. Słyszę pociąg jadący gdzieś daleko przez
    noc, przez ciemność… I odczuwam tęsknotę. Tęsknotę do innych przestrzeni i
    układów odniesień. Do obcych starówek, w których zapomnianych kątach odciskają
    się jak w kliszy czyjeś młode wspomnienia. Do rzeczy, których będzie żal gdy
    przeminą. Do sennych lokacji, w których dźwięk pociągu jest jedyną oznaką
    cywilizacji, a kolejne dworce otwierają się obscenicznie na obce Miasta.
    Całe moje życie było przesiąknięte przekonaniem, że zasługuję na wszystko co
    najgorsze, i zawsze trafiało mi się w życiu to co najlepsze. Czasem zaledwie
    ocierałem się o absoluty, wiele… większość szans przepuściłem przez palce, ale
    nawet ten gorzki posmak, który po nich pozostał pozostawił we mnie znamię
    wspaniałości.
    Dziś ludzki świat rozrósł się niepomiernie. Dzikie terytoria, które niegdyś
    przemierzały stalowe wilki pełne są ludzi. Sennym bestiom pozostała noc, strefa
    marzeń, cywilizacyjna fuga. Lecz nawet i ten moment zaczyna zarastać światłem.
    Dawniej brzeźnieński park był pusty i cichy, w melancholijnym cieniu kruszała
    historia, jak w narkotyczny strzał można było wypaść nagle z tego Sherwood
    wprost na pustą plażę u podnóża niekończącego się horyzontu. Teraz Brzeźno
    przeistacza się w kurort. Park ładnie zrewitalizowano, ustawiono tablicę ku
    czci założyciela, imć Haffnera i ta najnowsza z przestrzeni zaroiła się nagle
    rodzicami z dziećmi. Czuję się trochę tak jak Drakula, który po wyjściu z
    trumny odkrył, że przerobili mu zamek na myjnie samochodową. Nie mówię, że to
    źle, w ogólnym zarysie to cudowne i niesłychanie budujące, niemniej jednak z
    niecierpliwością czekam na jesienne kohorty deszczu i zimna, które odzyskają
    dla mnie trochę miejsca.
    Ostatnio krążyliśmy ze Szponiastą i robiliśmy zdjęcia tego co zniknie,
    strasznie się nabiegaliśmy od jednego do drugiego bieguna Miasta. Jak już
    odkryjemy odpowiednio przyjazny serwer, to podzielę się z wami tymi atrakcjami
    z samego dna naszego grodziszcza. 
    Tymczasem jednak wszystko przepełnia złoty odcień umierającego lata. To moja
    ulubiona pora roku. Idę nią trochę pooddychać.

    …no i mam nadzieję, że
    zaspokoiłem twoje niezwykle
    wysokie wymagania względem
    oczekiwań.

    (Kerry King)

    *

    Cisza zawiesza prawdę.
    Krzyk ją zakłada.

    (Marzan)

    Witajcie moje prosiaczki różowe,
    kurczątka puchate, korniszonki oślizgłe… tak, jestem głodny. Bardzo. Mamy
    wtorek a ostatni raz jadłem w niedzielę. Mam właśnie ten przypływ agresywnej
    energii, który przychodzi, gdy organizm nie musi trawić. Mam ochotę upolować
    jakiegoś wegetarianina i go pożreć z dodatkiem czosnku i koperku. Jest może
    ktoś chętny poświęcić się dla szczytnego celu i mojego dobrego samopoczucia?
    Ech wolne od prionów i wolnych rodników, dobrze przysmażone udko katolika, jak
    to mawia Cyniel. Cyniel jest mniej więcej tym co pozostało na piaszczystym
    brzegu, pośród gnijącego morszczynu, po wielkich tsunami heavy metalu lat
    osiemdziesiątych, i z całym szacunkiem dla Cyniela i jego niepokojących
    preferencji, ja bym jednak wolał wolną od prionów i wolnych rodników, dobrze
    wysmażoną pierś wegetarianki.
    Cyniel to mimo wszystko fajny koleś, kiedyś zjadł na oczach zaskoczonego
    komornika nakaz eksmisji, potem obiecał mu, że zamieszka w jego bezpośrednim
    sąsiedztwie i będzie chodził krok w krok za jego żoną, a Wielki C naprawdę jest
    wielki i raczej wizualnie zniechęcający, wygląda jak coś z Independence Day,
    człowiek ciągle pozostaje w jego wilgotnym cieniu. Na koniec zaś wyznał
    urzędnikowi państwowemu, że kultywuje absolutną wolność własności oraz
    seksualną, a dobrze wie, że ten ma dwie córki. Co prawda starsza ma osiem lat,
    ale on jest otwarty na nowe doświadczenia…
    Odwiedzaliśmy potem Cyniela w szpitalu. Wywieźli go do Fabryki Wypaczeń na
    Zaspę i jak zwykle coś mu tam źle przyszyli, teraz C ma jedną powiekę bardziej,
    dzięki czemu jest jeszcze bardziej straszny, co zapewne niezwykle go cieszy.
    Jedyna strata to stary wagon kolejowy, w którym C bytował, a w którego miejscu
    wyrasta obecnie Baltic Arena. Tam to dopiero były ogniska! Kiedyś spaliliśmy
    tam całą, starą Ładę Samarę, którą znaleźliśmy nieopodal, na poboczu. Kiełbaski
    potem trochę dziwnie pachniały, coś jakby wnętrzem reaktora, ale po tym co
    piliśmy moglibyśmy tarzać się w świeżym plutonie i zagryzać soczystym radem, a
    i tak nic by nam nie było.
    Teraz C mieszka na Chełmie, podobno w mieszkaniu pod nim już dwa razy zmienili
    się lokatorzy.

    Margarita. Kto by pomyślał,
    że moja czaszka znajdzie się
    w takim miejscu, a już
    myślałam, że straciłam ją
    bezpowrotnie. Mała Żabka

    (Gratka. Nie pytajcie o co
    chodziło, bo sam boję się sprawdzić)

    *

    A może każdy z nas dotarł do innego końca tęczy? Od rana
    przez świat przechodzą smugi deszczu. Przychodzą, odchodzą, pozostaje cisza
    pełna oczekiwania. Za chwilę w nią wyjdę. Przyjdę, przejdę, przeminę, do
    następnej chwili. Mój cichy krok nie obudzi krakenów spod bruku, żaden cerber
    nie mrugnie z piwnicznego okna. Ominę meduzę stadionu, zawieszę myśli w wilgoci
    na wysokości metalowych koronek. Może znajdę jakiś sens przebudzenia, wyjścia,
    ruchu.
    Jestem jak większość z was obiektem zatrzymanym w czasie. Bezustannie odtwarzam
    ten sam schemat myślowy. Ten sam cykl, wzbogacając go jedynie o kolejne
    permutacje. Wyłamanie się z niego graniczy z niemożliwością. Zagraża strukturze
    dnia codziennego i boskiemu dziełu. Szary wilk we mnie jednak czuje to i wierci
    się. Ma świadomość sytuacji, co zaznacza się czasem jakimś nagłym wyciekiem
    nieposłuszeństwa, gdzieś na mapie miasta po zmroku. Sytuacje nie jest więc
    całkowicie beznadziejna. Może nie zabiję nikogo pożerając jego, ciepłe jeszcze
    wnętrzności, ani nie zgwałcę nikogo paralizatorem, ale jakiś pomniejszy
    kataklizm jestem jeszcze w stanie wywołać.
    Dobro jest ciepłe i bezpłciowe. Blady hermafrodyta zakochany w aniołach. Zło
    świerzbi czernią o parę rzędów bliżej doskonałości. Zło jest skuteczniejsze, bo
    Źli ludzie zawsze mają Plan.

    *

    Pytanie czy komputer potrafi myśleć
    jest równie ciekawe jak pytanie czy
    okręt podwodny umie pływać.

    (Dijakstra)

    Budzę się w nocy. Ciemność za oknem rozbrzmiewa głuchymi
    tąpnięciami eksplozji i terkotem broni maszynowej. Wojna myślę w sennym widzie.
    Wstaję wyglądam za okno, nico. Włączam radio – muzyka. Żadnych ostrzeżeń, syren
    nad miastem, tripodów kroczących za oknem. Pewno Brzeźno kogoś trawi – myślę.
    Zamykam okno i idę spać. Dopiero jak obudziłem się na dobre dwie godziny
    później to mnie olśniło. Kanonada była o 4:50, czwarta czterdzieści pięć,
    pierwszy wrzesień. Dwa kilo od mojego okna jest Westerplatte. Pewnie znów ktoś
    najechał składnicę. Pewnie prezydent i premier z delegacją. Jak dobrze poszło
    to rozstrzelali Kaczyńskiego… Najlepiej z miotacza ognia.
    Mija pierwszy tydzień po powrocie do pracy. Nie ma Kozicy, więc nasz klub KKK
    działa lekko upośledzony i zwija się na półtorej etatu pośród splątanego,
    wewnętrznego piekła naszej betonowej trumny. Podobno w ciągu dwóch miesięcy zamienię
    Cmentarną Wieżę na Trzy Żagle. Zawsze to bliżej domu. Oficjalnie idę tam
    dlatego, że na każdym nowym miejscu potrzebny jest ktoś z doświadczeniem. Ale
    kto wie, może nie trzeba było poić detergentem niezadowolonych mieszkańców,
    tudzież wkładać ich istotnych części pod wirujące szczotki traktorka od
    garażowych posadzek. A właśnie w nowym miejscu będę miał własny traktorek, będę
    nim popierniczał po podziemiach ścigając kobiety z zakupami. Albo nocami
    bezszelestnie szarżował po schodach klatek, tak że wkrótce wśród bardziej
    trunkowych, wracających nocami lokatorów pojawią się opowieści o traktorku
    widmo. „I panie, otwierają się drzwi windy a tam szczotki! Dziesiątki
    wirujących szczotek…”. Mam taki cichy projekt zabgrejdowania go za pomocą
    gąsienic i lufy.
    Noce stają się teraz takie wyraziste i pełne tęsknoty jak lubię. Nadchodzi
    jesień, moja ulubiona pora roku. Wszystko umiera, a ja mknę wśród ocierających
    się o mnie miękkimi powiewami wiatru ciemności z muzyką Closterkellera w
    żyłach. Zimne powietrze wypełnia płuca, światła lśnią pośród wilgotnych bruków
    i coś woła, woła mnie i zmusza do ruchu, biegu, marszu poprzez mrok.

    Pozwoliłeś sobie na jedno kurwa, na jedno
    spierdalaj, i teraz nie ma rady: kurwa
    raz znalazłszy się w słowniku, zniszczyła
    twoją piękną polszczyznę i twoją osobistą
    kulturę, nawet gdy nie wypowiadasz jej głośno
    rozkłada nogi na końcu języka, nawet kiedy
    jej nie myślisz, jest.

    (Nowaczewski)

    *


    • RSS