kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 10.2010

    - Moje ty przepiękne maleństwo.
    - Nie przesadzaj, aż taka mała
    nie jestem…

    (My)

    Mijam Cockney Pub w drodze ku centrum nocy. Dudniący rytm
    klubu wypełnia serce kocią przeciągliwością. Wnętrze aż kipi od dymu i
    feromonów. Smukłe ciała królowych nocy i parkietowych księżniczek, podskórny
    rytm alkoholu i basów, bezczasowa fuga w rzeczywistości, wyśmienita atmosfera
    sprzyjająca byciu złym. Zza rogu wypada na mnie długonogi, mroczny tłumek
    zakonnic w podwiązkach i wampirzyc o okrwawionych ustach. Przy akademikach
    jakiś tańczący po powierzchniach chwiejących się jezdni typ pyta mnie o czas. „Za
    sto dziesięć minut godzina diabła” odpowiadam wpasowywując się w ogólny
    nastrój. Górą przelatują kruki w poszukiwaniu sprawiedliwości. Ta jedyna noc w
    roku szepcząca porwany hymn ku czci Sheli Webster i Erika Dravena.
    Pisząc do Lenn nie nawiązywałem do jej ostatnich komentarzy. Lenn jest jedną z
    sześciu osób, do których skierowałem podobną prośbę, ale jedyną, która na
    bieżąco komentuje. Prośba była skierowana do najbliższych mi osób, czytających
    moje wypociny, które nie potrafią oddzielić bloga od rzeczywistości. Chodzi o
    to, że nie jestem w stanie napisać nic naprawdę dobrego, gdy za każdym razem
    muszę zastanawiać się, kogo obrażę, zasmucę czy kto zaneguje moją, przyznajmy
    dość poetycką, interpretację zdarzeń. To nie był atak tylko próba ratowania
    tego bloga, w sytuacji gdy z pisania zostaje mi coraz mniej przyjemności, a
    coraz więcej kombinowania i nerwów, czy przypadkiem ktoś nie poczuje się
    dotknięty takim sformułowaniem zdania a nie innym.
    W sumie powinienem porozmawiać z siedmioma osobami, ale Awaria jest już
    przypadkiem beznadziejnym. Tak więc, nadal możemy się wszyscy spodziewać, że
    będzie się tu pojawiać jak szczur, tylko wtedy gdy ma pewność, że może mi
    przypierdolić a wszyscy jej przyklasną.
    I tak, w sumie jestem podobny trochę do prezesa. Jestem imperialistą i
    technokratą. Dla mnie ideałem byłaby Rzeczpospolita od oceanu do oceanu i
    Sahara jako piaskownica polskich dzieci. Jest jednak kilka różnic. To ja jestem
    tym kolesiem, który zawsze odsuwał się na bok by przepuścić innych i był jako
    ostatni wybierany, gdy trzeba był dobrać drużyny na Wf. We mnie jednak nie
    eksplodowało to złością i zawiścią, czy chęcią zniszczenia i poniżenia
    oponentów. Potrafię zaakceptować czyjeś racje i zawsze daję mu przestrzeń by
    mnie przekonał. Lubię jak się mnie przekonuje, czy nawet ze mną kłóci bo to
    naprawdę mocny dowód zainteresowania moją skromną osobą. Wierzę też niestety w
    samorealizację i skuteczność, nienawidzę marnotrawstwa i chodzi tu przede
    wszystkim o marnotrawstwo i nieskuteczność w czymś tak elementarnym i
    nieodwracalnym jak życie. Nienawidzę tego u siebie i u innych. Potrafię bez
    problemu pomóc najgorszemu wrogowi, gdy widzę, że dzieło jego jest dobre, a
    przynajmniej interesujące. Niszczenie zaś czegoś traktuję w wymiarze sacrum.
    Jest to dla mnie coś pełnego treści i doniosłego. Staram się nie niszczyć
    niczego bez potrzeby i nie ma różnicy, czy jest to wciśnięta mi na ulicy w rękę
    ulotka czy osoba. Można więc powiedzieć, że to co niszczę jest obiektem mojego
    ostatecznego i skoncentrowanego po ostateczne granice zainteresowania. Cieszcie
    się tym.
    Tymczasem zaś księżycowe światło wypełniło mi umywalkę, gdy wiatr na zewnątrz
    drze na strzępy jesienne niebo i gasi uliczne latarnie. Przestawiam zegar i
    cofam się do poprzedniego dnia. Szykuję się przekroczyć ponownie równik nocy
    diabła.

    Lecący z prędkością 600 km/h
    pluszowy miś może dokonać cudów

    (Kulhanek)

    *

    - A dlacego jesteś scerbaty?
    - W życiu gubi się różne rzeczy.
    Czasem są to zęby…

    (Z uroków opieki nad dzieckiem)

    Na początek uwaga natury
    personalnej: Lenn, to że potwór cię nie pożarł nie oznacza, że nie jest
    potworem. Znasz mnie dość długo by wiedzieć do czego jestem zdolny, więc nie
    szturchaj kijem bestii, tylko dlatego, że wygląda na senną i wyliniałą, bo może
    się tak zdarzyć, że ujebie ci rękę aż po kość ogonową, bardzo zgrabną zresztą i
    wystającą. Szczerze mówiąc byłbym ci niewymownie wdzięczny, gdybyś przestała
    komentować a nawet czytać mojego bloga. To niezwykle uprościłoby nasze
    współżycie na jednej płaszczyźnie współrzędnych. Potraktuj to jako bezpłatne
    ostrzeżenie i wyraz dogłębnej życzliwości jakiej nie doświadczyła większość
    szkieletów w moich szafach.
    Wpadamy ostatnio do herbaciarni, a Herbaciarka od razu konfidencjonalnym tonem:
    Mam dziurę… Ja na to: Wiem. …w materacu. Okazało się, że większą część jej
    mieszkania zajmował wielki, samopompujący się materac, na którym spała i
    uprawiała. Traf jednak chciał, że materac opierał się o stojak na gazety a
    intensywne i powtarzalne ruchy trakcyjne spowodowały punktowe przetarcie osnowy
    i co tu się dużo rozwodzić, sflaczał, materac ma się rozumieć. Spotkaliśmy ją
    akurat w trakcie intensywnych prób opanowania sytuacji, okazało się, że w
    sklepie motoryzacyjnym ostatnia duża łatka, w bezpośredniej bliskości wdzięków
    H zwulkanizowała się z papierkiem. W tej jakże krytycznej sytuacji pojawiliśmy
    się my i z jakże wysokiego i zasłużonego, kafelkarskiego stopnia na drabinie
    bytów udzieliłem jej jedynego możliwego remedium… Taśma srebrzanka dobra na
    wszystko. Zakleić z obydwu stron dla pewności. Jestem naprawdę ciekaw czy się
    udało, czy też obudzili się rano na podłodze.
    Następnie Herbaciarka zaprezentowała nam swoje, świeżo zakupione, czarne BMW.
    Cholernie klasyczne, z ciemnymi szybami, śladem po trzech paskach odciśniętym
    przy oknie kierowcy i trzema workami ziemi w bagażniku. Były tam też zdaje się
    basy, ale wyglądały jak mała odrapana komoda więc pewności nie mam. H była na
    przeglądzie, po jakimś czasie przychodzi zafrasowany mechanik i mówi: Wie pani,
    on nie ma amortyzatorów, a w ogóle to jak pani hamowała? Herbaciarka streściła
    skomplikowany proces hamowania, a pan mechanik był pod prawdziwym wrażeniem jej
    przemyślności i elastyczności kończyn. Należy przy okazji wspomnieć, że
    delikatnie rzecz ujmując H jeździ jak rozwścieczony ośmiolatek kombajnem przez
    procesję, nie zwraca np. uwagi na drobiazgi typu: krawężniki, nieważne jak
    wysokie by one nie były, świadczyć o tym może wygląd przedniego spoilera. Życie
    ratuje jej dobry refleks, a przed policją niewątpliwy urok. – Ale ten znak
    zakazu to Góral przekrzywił jak cofał…

    Mam na sobie koszulkę: Nienawidzę
    ksywki
    MISIU, znajoma zostawiła mnie ze swoimi
    dziećmi… Dwunastoletnie dziecko typu
    dziewczynka:
    - Misiu, misiu, misiu, misiu
    - A wiesz co misie robią dzieciom?
    - Nieee
    - Łapią małe dziewczynki – Tu łapię małą
    dziewczynkę – i obgryzają im kostki – Tu
    kłapię przekonująco w bezpośredniej
    bliskości wierzgających kończyn.
    Dwunastoletnie dziecko typu dziewczynka:
    - Nie! Nie! Jestem dziewicą! Zjedz moją siostrę!
    Siostra, lat 15, przeciąga się nieopodal lubieżnie
    z szerokim uśmiechem.
    Ratunku!!!

    (Uroków ciąg dalszy)

    *

    Mam ochotę zerwać z niego skórę,
    uszyć z niej piżamę i chodzić w
    niej spać…

    (Dead like me)

    No i tak, mam konto na Facebooku bo Szponiasta potrzebowała
    sąsiada do swojej Treasure Island, żeby coś jej tam wysyłał. Pewnie przyjdzie
    kiedyś taki czas, że je nawet zobaczę, może nawet, o perwersji, coś na nim
    zrobię, a ono zamruczy z rozkoszą i zjeży piksele na karku.
    Październik powoli przywdziewa właściwe barwy, choć w tym roku jest
    zdecydowanie niezdecydowany i po deszczu wiatr rozrywa szara skorupę nieba i na
    ziemię spada nierealny, emaliowy błękit i światło słońca tak złote, że osadza
    się złotym pyłem w komórkach. Bossy nam się zaktywizował i eksploatuje nas
    bezwzględnie. Dan ślizga się po okolicznych stokach z kosą spalinową. A my zagłębiamy
    się w zapomniane przez Boga i administrację kąty wydobywając na światło dzienne
    mroczne niczym owłosienie łonowe Żanet Kalety, lokatorskie tajemnice. Ten
    koleś, którego zrugaliśmy jak burą sukę w podziemiu nie zadzwonił jednak do
    naszego pryncypałosa. Najwyraźniej przemyślał co może mu zrobić szef takich
    pracowników jak my i zadzwonił do Wspólnoty.
    Na dzielnicy spokój, zastanawiamy się jedynie nad ogólnokrajową zbiórką środków
    finansowych dla tego kolesia co w Łodzi strzelał do piSSlamistów. Wszak
    powiedział, że gdyby miał większą broń to strzelałby do samego ober prezesa.
    Czas więc zorganizować jakąś kasę na dobrego prawnika i większy kaliber, na
    przykład 210
    milimetrów i pociski burzące. Rozpatrujemy także plan
    zorganizowania wielkiego połączonego zjazdu rodziny Radia MaMordę i twardego
    elektoratu piSS. Zjazd odbyłby się w jakimś odludnym miejscu, wokół 30-sto
    metrowego krzyża wypełnionego sprężoną hiperpalną mieszanką do bomb termo -
    barycznych. Jakby zebrało się ich tam ze 3 miliony to byłaby też niezwykła
    korzyść dla gospodarki, bo nie trzeba by wypłacać całego mnóstwa emerytur i
    utrzymywać tysięcy bezrobotnych nieudaczników. Nie wspominając już nawet o tym,
    że nie trzeba byłoby organizować żadnych pogrzebów, bo plugastwo samo
    odleciałoby z wiatrem ku stratosferze.
    I tyle, następnym razem opowiem wam o dziurze herbaciarki i jej czarnym BMW bez
    żadnych hamulców.

    O prawdziwej miłości możemy
    mówić wtedy, gdy mąż idzie
    wyrzucić śmieci a żona mu
    towarzyszy

    (Angora)

    *

    Przychodzi facet do apteki:
    - Czy są prezerwatywy?
    - Nie, właśnie się skończyły.
    - No to dupa!

    W niedzielę z całego miasta
    ciągnęli na świętą wojnę Lechiści by popatrzeć jak miażdżymy Arkę w derbach.
    Banda jakiś cymbałów wędrowała sobie przejściami podziemnymi, rzucając
    policyjne petardy. Później tramwaj, którym jechaliśmy ze Szponiastą, stanął, że
    tak powiem, w polu. Okazało się, że któryś z tych cymbałów rzucił petardę w
    środku poprzedzającego nas tramwaju. Jak przejeżdżaliśmy przez przystanek to
    stójkowi trzymali jakąś wyjącą kobietę, najwyraźniej w szoku, z uszu ciekła jej
    krew.
    Dziś jakiś koleś przeżył w lochach Cmentarnej Bramy traumę miesiąca, a
    mianowicie, pewien poczucia swej ważności i oczywistej wyższości nad robolami
    miast i wsi, naskoczył na Stasia Zwanego Czesiem z ryjem, że nie posprzątano
    garaży. Garaże były sprzątane, co więcej były sprzątane przez Stasia przez trzy
    dni. Za każdym razem nim doszedł do końca początek był już upieprzony, co już
    samo w sobie Stasiulę z lekka zirytowało, teraz natomiast usłyszał, że nie
    sprzątał, tylko pokręcił się z maszyna przy kamerze monitoringu dla
    niepoznaki… Cóż, potem mówił już głównie Stasiu. Na nieśmiałe przebąknięcia
    stwierdził, że mu za rozmowy i kulturę nikt nie płaci, jebnął gościowi drzwiami
    przed twarzą i poszedł w świat.
    I na tym by się pewnie skończyło, gdyby nie to, że wędrując ku wolności
    podziemiami usłyszałem wrzaski Zwanego i wątłe riposty tubylca. Byłem już więc
    wdrożony w treść dyskusji, a do tego od rana nieludzko wręcz wkurwiony. Gdy
    więc przekroczyłem drzwi a koleś burknął coś niepochlebnego w moim kierunku
    zaryczałem na niego dokładnie od punktu, w którym skończył Stasiu. Przewlokłem
    go do garażu i z powrotem, a gdy odprężony i zadowolony, że ktoś sam,
    dobrowolnie podłożył mi się pod gąsienicę, opuszczałem scenę zdarzeń, nasz
    sponiewierany nieco oponent mruczał już tylko cichutko pod nosem, że może w
    takim razie, on zadzwoni do szefa. Zgodziłem się łaskawie, po czym dogoniłem
    Zwanego Czesiem i poszliśmy nawiedzić w pracy Ciapka, który ma nieszczęście
    pracować po drodze.
    Po drodze ustaliliśmy, że będziemy eksterminować szczególnie upierdliwych
    autochtonów. W kanciapie ustawimy przykrytą plandeką wannę, w której będziemy
    rozpuszczać ciała. – A jak ktoś spyta: Co to? – To? Karp na święta…
    W Teleexpressie pokazywali 3,5 kilową piranię złowioną w którejś z naszych
    rzek. Tiiia, święta nadchodzą w naszej Krainie Cudów.
    A teraz na specjalną prośbę fanów, zaintrygowanych specjalistycznym tekstem z
    poprzedniej notki, coś z tej samej, hmmm, beczki:

    Snowballing (toczenie kuli
    śniegowej)
    Efekt kuli śniegowej, czyli wytrysk do
    ust aktorki, która następnie przelewa
    nasienie do ust koleżanki lub koleżanek
    na planie. Za każdym razem ilość nasienia
    w tajemniczy sposób zwiększa się, stąd
    nazwa.

    (Może one tam mają jakieś dodatkowe
    gruczoły…)

    *

    Pearl necklace – Tak 
    określa
    się widowiskowy wytrysk w
    okolice dekoltu. Idealnie wykonany
    trik polega na lądowaniu dokładnie
    na wcięciu mostka, dzięki czemu
    nasienie może spłynąć symetrycznie
    po obu stronach szyi, tworząc coś
    w rodzaju naszyjnika.

    (Człowiek wciąż się uczy)

    Dziewiętnasta trzydzieści trzy, ciemno jak w dupie. W
    zeszłym roku o tej porze leżał już śnieg. Selekcjonuję ostatnio muzykę w
    kompie, stąd te angielsko brzmiące tytuły notek. Czasem zakochuję się po prostu
    w brzmieniu jakiejś frazy. Wyobraźcie sobie np. to co mógłby z rozczuleniem
    głaskać Sauron, mówiąc: oj ti ti niegrzeczni…
    Jak co roku na jesieni, zgoliłem sobie kudły z twarzy, i tym razem, kto by
    pomyślał, spodobało mi się to co zobaczyłem. Chyba pierwszy raz w życiu. Jakbym
    tak zrzucił parę kilo to byłby ze mnie prawdziwy, filmowy drań. Mógłbym
    siedzieć głaszcząc białą nutrię i sepleniąc: At last mister Błąd, wciskać guzik
    z zapadnią ze zmutowanymi dorszami. I faktycznie, Robak miał rację, może
    wydawać się, że w moich oczach jest smutek, choć teraz gdy mam mniej na twarzy
    widać, że są po prostu nieruchome. Jakkolwiek bym się nie wykrzywił,
    jakiejkolwiek bym nie zrobił miny, widać, że za tymi szkiełkami siedzi ktoś
    nieruchomy, kto patrzy i liczy. Dwa kawałki niebieskiego plastiku.
    Pogoda ostatnio jest nieprawdopodobnie wręcz piękna. Złote światło, kolory
    liści, modry błękit nieba w dzień, czarny aksamit nocy przetykany srebrnymi
    szpilkami gwiazd. Banał, ale jakże upojny.
    Na nic ostatnio nie mam za bardzo czasu. Jedyny czas wolny to ta godzina, gdy
    wędruję przez kocie szlaki na Cmentarną Wieżę. Potem tylko obserwuję
    przesuwające się po ziemi cienie, przemieszczając się pomiędzy piętrami.
    Jedyne ostatnio wolnoczasowe osiągnięcie to przeczytanie 900 stronicowego,
    najnowszego Webera w 8 godzin. Pod koniec myślałem, że oczy wypłyną mi uszami.

    Co 20 brytyjskie dziecko
    sądzi, że Adolf Hitler to
    niemiecki piłkarz.

    (CKM)

    *

    Paranoja to umiejętność.
    To sekret długowieczności

    (White collar)

    Idziemy z kolesiem Pseudobulwarem w Brzeźnie, właśnie
    pokazuje mi pięknie sfałszowane i lśniące jekateryńskie ruble, gdy z jednej z
    knajpek wytaczają się cztery pijane w trzy dupy nastoletnie laseczki. Pochwiały
    się chwilę, biorąc poprawkę na wiatr i stałą grawitacyjną Matki Ziemi po czym
    ruchem jednostajnie zygzakowatym pożeglowały w naszym kierunku. Sam nie wiem za
    bardzo o co im chodziło. Zostaliśmy wycałowani, wielokrotnie wyściskani,
    skomplementowani a na koniec zawieszono nam na szyi, niczym wieńce hawajskich
    kwiatów, dwa łańcuchy rowerowe. Następnie szepcząc coś o niewolnikach miłości
    rozchichotana, bujająca na boki jędrnymi pośladkami nadzieja narodu powędrowała
    dalej by rozpuścić się w różowej zorzy wieczoru. Postaliśmy moment patrząc na
    siebie z kamiennym spokojem, coś w stylu: „Widziałeś to? – Nie. – Ja też nie”.
    Po czym zdjąłem łańcuch z szyi i podałem mu ze słowami: Ty masz rower…
    Rusza powoli ociężały potwór Trasy Słowackiego. Zaczęli burzyć pierwsze budynki
    na wylocie Partyzantów. Przetoczyłem się przez kadr filmującej to ekipy TV. W
    Brzeźnie za to postawili wieżę wiertniczą w związku z gorączką gazu
    przetaczającą się ostatnio przez naszą niezwykle roponośną ojczyznę. Może i ja
    pokopię trochę w ogródku, demolując drogocenny trawnik mojego starszego.
    Stasiu Zwany Czesiem żyje ostatnio wypuszczony na wolność, bo żona utknęła mu
    na jakimś szkoleniu w Wawie, gdzie dowiaduje się jakież to przerażające rzeczy
    cola robi z nerkami. Ostatnio balował ze starą znajomą przez trzy dni. Małżonka
    podobno wie o wszystkim, ale profilaktycznie ponabijałem się, że mimo wszystko
    poinformuję ją o szczegółach, a potem znajdą go siedzącego na przystanku bez
    oczu i mózgu, a bruzdy i zadrapania na wewnętrznej stronie jego czaszki dziwnie
    będą przypominać ślady po widelcu.
    Stasiuchna gra trochę na giełdzie. Opowiadał mi o swoich fascynujących
    przeżyciach z akcjami. To mu walnąłem, że kiedyś stanie się potentatem. Będzie
    siedział na tronie z kości słoniowej pośród rozległej posadzki wyłożonej
    czaszkami maklerów, i podawał pierścień do pocałowania drobnym inwestorom. Staś
    łaskawie zgodził się z tą wizją, pod jedynym warunkiem, że pierścień będzie
    przypominał wypiętą dupę.

    - Nazywam to miejsce „Wtorek”.
    - Dlaczego?
    - Bo zwykle bywam tu w środę…

    (White collar)

    *

    - Jak go przez bramę wpuścili?
    - To dlatego, że bez topora ten
    wasz maniak, Kotow, jest
    prawie niewidzialny. Przesącza
    się gadzina.

    (Diwow)

    Marzan zdaje się znowu dostał w
    czambuł. Do tego skroili go z kasy i dokumentów. Dzwoniąc do Lenn stwierdził,
    że poprzednio spuszczono mu wpierdol w rocznicę rozwodu, teraz ślubu. Można by
    pomyśleć, że Lenn ma do niego jakiś żal… Ona sama skomentowała jedynie, że M
    wie teraz przynajmniej kiedy znowu spuszczą mu łomot. Wszystko to zaś jest
    akurat tak mroczne jak lubię. W następną rocznicę pójdę z M, niosąc ze sobą
    popcorn i trójwymiarowe okulary.
    Kończę robotę na Cmentarnej Bramie i pod koniec miesiąca wyląduję
    prawdopodobnie w Trzech Żaglach. Będzie mi brakowało lasu szumiącego w dole.
    Mam tam podobno wylądować z Danem, na samą myśl ogarnia mnie depresja. Gdy Peyo
    wymyślał smerfa Marudę jako niedoścignionego wzoru użył Dana, tylko złagodził
    nieco formę, by dzieci nie rzucały się pod tramwaje. A teraz będę z nim
    zamknięty w jednym kompleksie. Będę biegł w panice korytarzami, wiedząc, że nie
    ma ucieczki, a śluz będzie kapał z sufitu… Tak przed chwila leciał Aliens vs
    Predator.
    A tak poza tym pomalowałem sobie pół pokoju. Jakoś tak mnie wzięło. Wziąłem i
    pomalowałem. Babka wpadła, przeszła, zagadała, wyszła. Wróciła, spojrzała,
    wyszła. Mija chwila znowu wróciła, patrzy uważniej i pyta: A ta ściana to
    zawsze miała taki kolor? Jaaa, no naprawdę! Nie wyobrażacie sobie jaką miałem
    ochotę stwierdzić z kamienną twarzą: Oczywiście, zawsze taka była, nie pamiętasz?
    Ale dałem sobie spokój, bo jeszcze by dostała jakiejś schizofrenii i zaczęła
    tępić biegające po ścianach różowe pająki za pomocą wiertarki udarowej, albo
    co. Mój dom wypełnia taka ilość potencjalnie śmiercionośnego asortymentu, że
    ewentualne szaleństwo, któregoś z członków rodziny, bardzo źle by wróżyło temu
    ramieniu galaktyki.
    Dobra kończę, muszę wstać o świcie, by kontynuować dzieło podboju świata. Na
    koniec więc konkurs: jaki był najpotworniejszy film Swarzenegerra – „Jack
    Kaktus” czy „Herkules w Nowym Jorku”. Zależnie od odpowiedzi uszczęśliwicie
    mnie, albo Kciuka. Z drugiej strony, któregoś z nas pewnie unieszczęśliwicie, a
    Kciuk ma dwa metry dziesięć, nosi ortalionowy strój charakteryzujący ludzi o
    prostej a szczerej psychice, a gdy jest nieszczęśliwy wyłamuje ludziom część
    ciała, od którego otrzymał tu swoje miano. Tak więc powodzenia. Nagrodą będzie
    nieprzekazanie adresu zwycięscy usychającemu z tęsknoty Kciukowi.

    Pytania do królika mordercy:
    - Jak smakują dresiarze?
    - Trochę ortalionem, ale
    ja jem to co jest w środku…

    (Avatar skądś)

    *

    Nad dalekim, cichym fiordem
    można także dostać w mordę

    (Kolejny z tajemniczych, podróżnych smsów od Marzana)

    I oto nadeszła jesień. Czas kolorowych liści, dymów
    niosących się w powietrzu i światła przesiąkniętego złotem, czas ślimaków
    wychodzących z kanalizacji. Tak, powróciły. Jak zszedłem na dół do łazienki, to
    jeden siedział na brzegu umywalki i patrzył na mnie z namysłem. Chyba najwyższy
    czas zasypać rury Kretem i urządzić ohydztwu małą hekatombę. Ha! Ha! Ha!
    Płońcie płazińce!!! Czy coś w ten deseń.
    Ukraińscy elektrycy, którzy przez ostatnie pół roku owijali drutami Baltic
    Arenę zluzowali przedwczoraj pokój na dole, załadowali busa łupami i pojechali
    doma. Mi przypadł zaszczyt wyremontowania pokoju po nich, co też uczyniłem, choć
    przyznam miałem niejaki problem z tłustymi plamami na ścianach obok łóżek i z
    kropkami krwi na suficie. Zostało mi przy okazji nieco farby, może więc przy
    okazji pomaluję mój trupio blady pokoik bo ta sterylność ścian wywołuje u mnie
    co czas jakiś euforyczne stany czystego zła, które z oddaniem i szczerą radością
    dzielenia się z bliźnimi niosę w świat, by płonął i murszał… niczym ślimaki w
    kanalizacji, jakkolwiek miałoby to zabrzmieć.
    Po dobrze wykonanej pracy udałem się, otoczony oparem farby, do kuchni by
    wysmarować grubo margaryną i dżemem malinowym trzy kawałki ciasta, otrzymane
    parę dni temu od babki. Kawałki te są już ze mną od jakiegoś czasu, mimo to nie
    obsychają ani nie starzeją się w żaden widoczny sposób, co mnie osobiście
    odrobinę przeraża i wywołuje z lekka filozoficzny zamysł nad ich składem
    chemicznym. Z drugiej strony może udzieli mi się kapka ich nieśmiertelności.
    A tak poza tym wybierzemy się chyba na dniach, całą śmiercionośną ławicą na
    Piranie 3D by z rozrzewnieniem popodziwiać jak w trójwymiarze oddziela się
    mięso od kości cycatych, amerykańskich studentek. Jakby to rzekł młody
    Beksiński, na zachód od godziny duchów: Czy może być coś piękniejszego.

    Badaczom udało się skrzyżować
    złotą rybkę z rekinem. Spełnia
    ostatnie trzy życzenia…

    (CKM)

    *

    Spotykają się dwa pawie na ścianie:
    - Coś ty taki smutny?
    - Kobieta mnie rzuciła…

    (Kostek)

    Pewnego dnia rząd zabije wszystkich, którzy czytali tego
    bloga. Sami zobaczycie! Rozliczne rodziny zaś zamiast domowników znajdą tylko
    śmierdzącą kwasem solnym zieloną paćkę na dnie wanny, i to wcale nie jest
    paranoja. Jak to mawia Seba, tłumacząc czemu rząd montuje ołowiane ciężarki na
    jądrach parkowych łabędzi, to rozsądna dalekowzroczność i umiejętność
    praktycznego przewidywania.
    Po zatoce płynęło wczoraj coś co wyglądało jak okręt podwodny. Niemcy za to
    zapłacili właśnie ostatnią ratę reparacji za I wojnę światową. A potem
    wszyscy się dziwią, że wywołali drugą. Gdyby mi ktoś przypieprzył taki rachunek
    za wspólną imprezę, to też w ciemnym zaułku, dyskretnie rozjechałbym go
    czołgiem.
    Avatar szykuje nową sesję i gania nas żebyśmy robili postacie. Powiedziałem
    jej, że może zrobić ze mnie cokolwiek, muszę mieć tylko jedną cechę. Ale o tym
    szaaa, nich to będzie straszliwą niespodzianką dla reszty graczy. Jako osobnik
    aspołeczny RPG łączę z nieustannym, ciężkim stresem. W sumie je nie lubię grać,
    trudno więc powiedzieć czemu ludzie tak uparcie wleką mnie na swoje sesje. Może
    potrzebna im odrobina makabrycznego humoru, a może po prostu potrzebują kogoś emanującego
    stresem w tłum i rozsiewającego wokół fale paniki za każdym razem, gdy trzeba
    zrobić coś tak prostego jak wyliczyć tor balistyczny grota strzały, przy
    założeniu stałej grawitacyjnej, ruchu obrotowego obcego świata, wiatru
    wiejącego z północy z prędkością 12 metrów na sekundę i niosącego pył z odległej
    Pustyni Tysiąca Nieszczęść, no i oczywiście nie zapomnijmy uwzględnić ruchu
    stałego przyspieszonego oraz bardzo zdziwionej miny małego, zielonego celu.
    Przesadzam? To Role Master system dla psychopatów po politechnice. Szkoda, że
    nie widzieliście jak kiedyś Void musiała u Zwierza zbudować magią mur. Ciągnął
    się i ciągnął, poznaliśmy magiczne imię każdej, pojedynczej cegły…

    Tu kapitan, mamy niewielkie
    problemy z lądowaniem. Może
    nieco trząść i możemy
    wybuchnąć.

    (Firefly)

    *

    Kostnica miejska znajdowała się
    nieopodal fabryki mydła, co już
    samo w sobie mówiło o reputacji
    dzielnicy…

    (inspirowane Harrisonem)

    Jest piękny, niedzielny poranek.
    Nieopodal spoczywa w łóżku półnaga i Nienaruszlna Aż Do Ślubu Lady Pazurek, i
    tak już prawie od sześciu lat. Gdzieś tam Seba mija kolejny równoleżnik, Borys
    przekrwionymi oczyma patrzy w rozdziawioną gardziel potomstwa, a gdzieś tam na
    dole Bajka jest świeżą, wprost z kartonika żoną po nocy poślubnej. Lennonka
    jest w Warszawie i nareszcie ma szansę dotknąć na wpół bajkowego Mostu
    Poniatowskiego. Ten most jest to jedna z tych rzeczy, które chronią Wawę przed
    starciem z powierzchni ziemi. Niemal każdy w tym kraju stracił kogoś pożartego
    przez tego betonowego pająka – pożeracza dusz. Może kiedyś fatum minie gdy ten
    urbanistyczny koszmarek stanie się przedmieściami Łodzi.
    Lenn w każdym razie lubi Warszawę. Mówi, że czuje tam prawdziwą atmosferę
    miasta. W sumie, jakby się tak zastanowić to wychowała się pośród blokowisk,
    wielka W może być więc dla niej faktycznie uosobieniem miejskości. Poza tym
    żyli tam ludzie, których życiami żyje.
    Tak, wiem, że to dziwna notka, taka jakaś niemrawa i bezcelowa. Ale szczerze
    mówiąc jestem odrobinkę przeżuty. Zarwałem dwie noce i pracowałem dwie pełne
    doby, żeby mieć czas zrobić w łykend remont dla mojego szefa, który niech żyje.
    Zależało mu najwyraźniej na czasie. Miał się zgłosić w środę. Nie dał znaku
    życia aż do dzisiaj, mimo, że przebywał czasem zaledwie kilkanaście pięter pode
    mną. Ma to oczywiście związek z comiesięczną komedią jaka towarzyszy
    przekazywaniu mi pensji. Nie dzwoniłem, bo to w końcu jego problem. Z mojej
    strony jest to uprzejmość, bo roboty mam od zajebania, a i policzyłbym mu po
    znajomości, więc żaden to dla mnie interes. Kij mu w oko, tydzień był morderczy
    i przynajmniej teraz trochę odpocząłem, i to mimo przyjazdu starszego, który
    przywiózł od Uzbeków różne, straszne a jadalne rzeczy. I tak od dwu dni
    zagryzamy kawiorem suszoną w słońcu dynię i zapijamy piętnastoletnim koniakiem
    prosto z beczki. Ojciec zaraz wyjeżdża zrobiliśmy też więc przyspieszone
    urodziny babki z tradycyjnym tortem węgierskim od Zebla i jeszcze bardziej
    przyspieszone święto zmarłych. Dodam tylko, że mój Starszy ma rękę do
    tworzenia, nieszkodliwych na pierwszy rzut oka drinków, które cicho i
    niepostrzeżenie robią ludziom rzeczy potworne i pamiętane przez pokolenia. Tak
    więc mój żołądek przypomina teraz Hiroszimę a mózg pracuje na pół gwizdka,
    strząsając z siebie z obrzydzeniem takie lepkie bryłki zielonego żelu, czy coś
    w tym stylu. Za moment spośród pienistych warstw kołder powstanie moja furia i
    wyjdziemy na rozsłoneczniony, przesiąknięty na wskroś złotem świat, by
    przekonać się czy mamy też światłowstręt.

    - Ciekawe czy Einstein, będąc
    mądrzejszy
    od wszystkich nie czuł się samotny, czy
    gardził otaczającymi go rzeszami
    przygłupów?
    - Myślę, że to dlatego zbudował Bombę…

    *


    • RSS