kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 11.2010

    - Oni są jacyś dziwni, od 45-ciu
    minut nie było reklamy…
    - Ti di di!
    - Powiedziałaś i się zorientowali

    (My vs TV)

    Jesteś małą, nagą dziewczynką pośród mroku, a twoja skóra
    utkana jest ze światła gwiazd. Radość błyska w twoich oczach, na wargach perli
    się szkarłatna kropla krwi. Kochasz na śmierć, na zabój, po koniec, po kres
    esencji. Emanujesz ciepłem, którego łagodność jest równie iluzoryczna jak
    ciepło słońca, które jest przecież zamrożonym termonuklearnym wybuchem. Twoja
    skóra nosi zapach wszystkich mrocznych tajemnic. Uśmiechasz się do mnie.
    Uśmiechasz się do wszystkich. Rzucasz powłóczyste spojrzenie mijając mnie
    pośród ulicy, gdy po wilgotnych asfaltach przesuwają się roziskrzone mgławice
    kolorowych świateł. Omijasz mnie zawsze o krok, choć tak bliska. Nie
    odstępujesz mnie, wciąż obecna tuż na granicy cienia, widoczna kątem oka. Ty
    jedyna, która potrafisz kochać ostatecznie. Ty która, gdy przychodzisz już nie
    mijasz. Patrząc przez mrok ulicy, w obecności tysiąca kłębiących się we mnie,
    niezrealizowanych światów, uśmiechasz się do mnie, gdy wymawiam szeptem twoje
    imię.
    Gdy nadszedł drugi świt po przybyciu śniegu, zjeżdżaliśmy z Bossym z obwodnicy.
    Droga w głębokim rozmiękłym śniegu, wóz sunął miękko na letnich oponach, a
    przed nami roztańczył się jakiś koleś w Cienko- cienko czy innym Tico. B
    usiłował go wyminąć szerokim łukiem, jezdnia była szeroka i pusta. I dobrze bo
    nagle rozstaliśmy się z tarciem i wóz zaczął wirować w dzikich piruetach dopóki
    nie zarył dupą w rowie. Byłem w środku paru wypadków samochodowych i nie
    przejąłem się zbytnio, bo całemu zdarzeniu brakowało Potencjału, ale B wyglądał
    z lekka blado, a ręce miał kurczowo zaciśnięte na kierownicy.
    Główna nawała śnieżna zdaje się nas ominęła, w decydującym momencie zerwał się północny
    wicher i bombardowanie przeniosło się nad Litwę i Estonię. Wszystko za to
    zamarzło na szklankę. Popsuła się nam piaskarka podczepiona do naszego
    Lamborghini wśród traktorów. Musiałem wleźć więc do środka i sypać po ulicach
    ręcznie i na stojąco. Czułem się jakbym uprawiał surfing, szczególnie gdy
    pokonywaliśmy garby spowalniające.
    Po wszystkim gapiliśmy się z wozu na przemykające za oknami budowy i wykopy. W
    radiu mówili o tym pomniku Jezusa co to tylko brakuje mu pulsujących,
    czerwonych żarówek w oczach, a przypominałby Godzillę. Stwierdziliśmy, że
    Miasto nie powinno oddawać pola. Powinniśmy wznieść stumetrowy pomnik
    Kaczyńskiego, wjeżdżać windą na górę i patrzeć na świat jego oczyma.

    Każdego dnia w Afryce budzi się
    lew. Wie, że musi biec szybciej niż
    gazela, żeby ją schwytać inaczej
    umrze z głodu. Każdego dnia w
    Afryce budzi się gazela. Wie, że
    musi biec szybciej niż lew, inaczej
    straci życie. Kiedy się budzisz nie
    pytaj czy jesteś lwem czy gazelą,
    po prostu zacznij biec.

    (Stiffel)

    *

    - Ty jesteś człowiekiem bez pasji!
    Ty nie masz pasji…
    - Mam.
    - Tak, jaką?
    - Kebaby.

    (Zasłyszane w tramwaju)

    O mało co nie przenocowałem ostatnio kumpla. Pewnie musiałbym go wcisnąć w stertę ultraprawicowej prasy, którą trzymam na sprzedaż pod schodami. Koleś zdradził żonę w dzień po ślubie i kochająca małżonka bardzo chciała go po tym serdecznie uściskać czy coś. Już się mościł pomiędzy „Tygodnikiem Solidarność” a ‚L’osservatore Romano”, gdy pod dom dotarli Hunowie i rozłożyli się z oblężeniem. Znaczy przybyła oblubienica z tatą, wujkiem i czterema przyjaciółeczkami – harpiami i prawdopodobnie z akumulatorem wyposażonym w końcówki, które można podłączyć pod jądra, w bagażniku. Sytuacja przypominała nieco scenę z Garfielda gdy dzieciaki zagoniły śnieżkami Garfielda i Nermala za mur. – Daj nam kociaka, kocie, a darujemy ci życie!, a na to Nermal: Nigdy! Jeden za wszystkich… Wszyscy za jednego, kończony przelatując nad murem. Może nie było aż tak widowiskowo, ale nim wybrzmiało ultimatum, koleś wyjechał z manelami przez okno w łazience i z ogłupiałą miną, był zsuwany na drugą stronę płotu. Podobno widziano go na działkach za kopcem Jeziora Zaspa… Ups, wybacz stary.
    W tramwaju spotkałem Małą Słodką Pooh. Znaczy się nadal jest mała ale już nie słodka. Poprzekomarzaliśmy się w typie: Twoja depresja jest niczym w porównaniu do mojej depresji, i złowrogie maleństwo wysiadło koło Manhattanu. Ja – Co, idziesz grać do klubu? Pooh, prostując się na całą swą dumną wysokość wyrośniętego teriera i głośno, na pół wagonu - Tak, idę zabijać!
    Seba przysłał Borysowi do roboty faks z tekstem: Help me! S.O.S. Albo koleś znowu opił się syropu i ma spiralną zjeżdżalnie w głąb swego zakonserwowanego solą mózgu, albo właśnie obierają go ze skóry somalijscy piraci. No ostatecznie mógł się też nasłuchać Metallicy. Ci marynarze nie są do końca normalni. Pamiętam jak daliśmy mu na drogę dyskografie Megadeth i Obituary, a potem dzwonił o drugiej nad ranem i mówił, że zamknęli go w hangarze 18 i chcą mu zrobić coś strasznego sondą. Podobno przez połowę rejsu spał w szalupie. 

    Oglądamy „Predators”
    Ja – Ten to twardziel, dotrwał do końca…
    Avatar – Może jest po prostu najwolniejszy.

    *

    Jedynie śmierć uwalnia nas
    z lęku przed śmiercią

    (Zbierzchowski)

    Tak, obejrzeliśmy „Piranie”. Cóż to za cudowny wytwórschorowanego, amerykańskiego kolektywu umysłów. Wykorzystane na siłę wszystkiesztampowe elementy, przez ludzi, którzy prawdopodobnie słyszeli o takichzjawiskach jak scenariusz czy dialogi, ale byli zbyt zajęci zakupem cysternykaczej krwi, by się takimi drobiazgami przejmować. Oczywiście najokrutniej ginąci, którzy mają największe cycki, piranie bekają penisami a gałki ocznewirując, powoli opadają ku dnu. Moja ulubiona scena to skalpowanie panienki zapomocą śruby motorówki… Powiedział wielki miłośnik filmów gore, który niewidział praktycznie żadnego filmu tego rodzaju… no chyba, że liczy się„Martwica mózgu”.
    A skoro o martwicy mózgu i gore już mówimy, jechałem ostatnio tramwajem zlechistami. Jeden koleś, wydając z siebie nieartykułowane ryki, ganiał potramwaju z tasakiem. Przy operze drogę tramwajowi zajechał radiowóz i wpadlipolicjanci pod bronią. Koleś jednak przesączył się jakoś na zewnątrz i wszyscymogli obserwować jak bełkocząc i zataczając się mknie na czele peletonu wkierunku jakiejś biało – zielonej dżungli swego serca.
    Na zewnątrz szaro do obłędu. Nie widać horyzontów, wszystko rozmiękło. W sobotęma spaść pierwszy śnieg. Kiedyś mnie to cieszyło, potem było obojętne, terazmyślę o tym z grozą. Jeszcze nie zrosła mi się na dobre ręka po odśnieżaniu wzeszłym roku. W tym będziemy podobno mieć pługi i specjalne szufle okute niczympancernik Potiomkin, dzięki czemu nie trzeba będzie co trzy dni kupować nowych,ale i tak lodowatym zimnem przejmują mnie teksty typu: … Pięć osiedli, napierwszym 400 metrówchodnika i parking na 110 samochodów. Był taki moment w zeszłym roku, że jechaliśmycodziennie przez trzy tygodnie bez przerwy, po 10, 12 h. Okresy snu przemykałytak szybko, że miało się wrażenie, że przekopywanie się przez zaspy trwa wnieskończoność. Myślałem, że już nigdy nie wyschnę.

    - Spadaj!
    - Tak powiedział Bóg do
    Lucyfera i jak to się
    skończyło?

    (My)

    *

    Nigdy nie nazywaj kogoś
    głupcem, rób z nim interesy

    (Demot)

    Pogoda jest przewspaniała. Poziom
    wody na przelotówkach z Brzeźna na Zaspę, rośnie powoli, ale sukcesywnie
    przekraczając powoli płynną granicę pomiędzy morzami a oceanami. Zaczynam się
    poważnie zastanawiać nad budową arki, choć nadal maj fejwryt jest sterowiec, od
    razu byłby na 2012, abym mógł komfortowo i wygodnie obserwować waszą zagładę.
    Wieje szalony, jesienny wicher a budynek wyje jak potępiony, od czasu do czasu
    popiardując uszczelkami w windach. Gdy podmuchy mkną pośród rur i kabli
    wewnętrznymi szybami, wszystko drży jakby te kilkanaście tysięcy ton betonu
    szykowało się do startu na orbitę. Gdy piliśmy romantycznie herbatę z Balbiną w
    moim gabinecie, to nieprzyzwyczajona kobita myślała, że ktoś trzyma w
    mieszkaniu kilkanaście kotów w rui. Trzeba przyznać, że jęki wydawane przez
    wieżowce potrafią czasem zaskoczyć. Do tego jeszcze flirtowała ze mną
    ochroniarka, dodam tylko, że jest ode mnie o głowę niższa i chyba cięższa, w
    sumie niewiele brakuje by zaczęła pochłaniać światło i wytworzyła własny
    horyzont zdarzeń.
    Przeczytałem horoskop na przyszły rok. Jest gówniany.
    Ostatnio nie jadłem za wiele, wczoraj kupiłem trochę karmy i mój organizm na
    nowo odkrywa mięso. „Parówki to nie mięso”, skomentowała przez końcówkę
    Pazurkowata.
    W łódzkich Arteriach wyszedł drukiem poemat Marzana, w którym wraz z innymi
    towarzyszami podróży występuję. Ciekawe czy poważył się tym razem mnie jakoś
    konkretniej zdefiniować czy jak to niegdyś w 30 Dniach będę się musiał
    zadowolić „moim kolegą”. Lenn znowu znęca się nad ludźmi w Empiku. Szponiastej
    nie chce się pisać pracy magisterskiej, jestem z niej dumny.
    Zaraz będę musiał wstać i wyjść w tę gehennę na zewnątrz. Nie chce mi się. Taka
    pogoda jest idealna do siedzenia w domu przy gorącej herbacie z malinami i
    książce, i patrzenia z nostalgią w okno na te romantyczne krople deszczu. Po
    bezpośrednim poznaniu te krople deszczu sporo tracą ze swego romantyzmu.

    Nie mów mi o tym,
    kto był Twoim pierwszym,
    mogę Ci przysiąc
    ja będę lepszy.
    (THE CUTS)

    *

    Nie wyglądasz jak babcia, dlaczego
    masz takie duże zęby… dlaczego
    w ogóle masz zęby

    (Potem)

    Czarna woda mlaszcze w dole o pale molo. Daleko iskrzą się
    świetlne koronki miast. Gdzieś wokół żyją własnym życiem dawne miłości i
    zasychają w skrzep kurzu zapomniane zdjęcia. Jestem tak zmęczony, że nie chce
    mi się jeść. Tracę pół kilo dziennie. Tylko pić, pić mi się chce, padłbym na
    kolana w piasku i piłbym te czarne fale, gdyby nie to, że pewnie potem
    wydarzyłoby się ze mną coś zabawnego, np. trzecia ręka na plecach zaczepiająca
    nastolatki w tramwajach.
    Obecna praca jest na peryferiach, poza Miastem, 23 minuty od domu. Siedząc w
    niej od rana do wieczora czuję się odcięty od rzeczywistości. Po drodze nie ma
    nawet zawszonego kiosku. Bossy przejawia niezdrową inwencję twórczą w
    przydzielaniu kolejnych zleceń, ostatnie zaczynają ocierać się o akrobacje
    powietrzne. Jego popisowym numerem jest przydzielanie pracy dla dwóch osób
    jednej. A nie daj Boże ci się uda, wtedy ucieszy się, że tak dobrze ci poszło i
    dołoży drugie tyle.
    Ostatnio ziomek podrzucał mnie obwodową do Karwin. Szemranie silnika Daimlera
    było jak miękki poszum wiatru, noc przelatywała za oknem jak sen. Wracałem
    potem przez lasy natykając się na dziki, sarny i miejscowych dzikich. Przekroczyłem
    granice jawy i snu wchodząc na łąkę pośród boru. Pachniało igliwie, ułomek
    księżyca srebrzył wszystko niemrawo, a na łące dopalał się samochód. Metal był
    rozgrzany do czerwoności i wydawał z siebie suche trzaski, tak, że w pierwszej
    chwili myślałem, że to strzały z KBKSu. Oddaliłem się szybko na wszelki
    wypadek, by nie wdepnąć w jakąś hipotetyczną plamę krwi.

    Przyniosłem z rozmowy z nim
    prawie cały zapisany zeszyt.
    Milczał przez cały czas.

    (Lec)

    *

    Nic tak nie zbliża ludzi
    jak świąteczny grzyb w
    płucach

    (Kości)

    Zlazłem rano do łazienki. Odruchowo spłukałem z umywalki
    kolejnego zamyślonego ślimaka, patrzę za okno, a tam Borys. Nosz na Perkuna i
    Swaroga! Mam łazienkę na parterze, chronioną jedynie skąpą zazdrostką i aurą
    zła bijącą ze środka, jeśli więc ktoś chciałby oglądać moje obfite, powabne
    kształty, błyszczące podniecająco w strumieniu wody, to nie ma większych
    przeszkód. Możecie więc się domyślić, że widok B rozpłaszczonego na szybie nie
    wywołał we mnie fali szalonego entuzjazmu. Popatrzyłem chwilę z nieruchomą
    twarzą jak daje mi rozpaczliwe znaki, zastanawiając się, czy może nie wyjść na
    zewnątrz i dla przykładu i na wszelki wypadek nie sprofanować jego powłoki
    cielesnej moim zdezelowanym grillem. Widząc jednak histerię w jego czarnych jak
    lufy dwururki oczętach otworzyłem okno…
    Wiecie czego chciał? Cebuli. Żona dała mu kasę a on dał sobie wcisnąć zgniłą i
    bał się powrócić w mocarne a czułe uściski małżonki. Koleś, który sam
    napieprzał się z czterema ochroniarzami rafinerii i ostrzelał im wóz z kuszy,
    typ, który wbił dziesięciocentymetrowego gwoździa w udo dresa, który usiłował
    wysiąść z Audicy i z kolesiami spuścić nam łomot, Gość, który na komisji
    wojskowej wycedził mundurowym w oczy, że jak mu dadzą broń to ich wszystkich
    znajdzie i powystrzela razem z rodzinami i nie przepuści nawet chomikowi… No
    i cóż, zacząłem Independence Day
    bez większości cebuli, nawet tej zakurzonej zza szafki, którą trzymałem na czasy
    głodu i ludożerstwa.
    Ale wracając do bolesnej rzeczywistości, wczoraj szalałem po 3żaglach z
    Szalonym Reksem. Szalony Reks to coś co najogólniej można by nazwać turbo
    froterką, służy do usuwania zabrudzeń przemysłowych i budowlanych z podłóg oraz
    powolnego a bolesnego otwierania puszek mózgowych ludzi, którzy staną na mojej
    drodze. Do kompletu jest mega odkurzacz odsysający wodę, do tego jeszcze wózek
    z wiadrami pełnymi kwasu. Już samo tachanie tego windami po piętrach było
    delikatnie rzecz ujmując absorbujące, natomiast czyszczenie… Szalony Rex
    opiera się na wirującej tarczy, znaczy się jeśli akurat nie próbuje wyrwać wam
    rąk ze stawów to usiłuje przebić się przez ścianę, pożreć czyjeś stopy, albo was
    rozjechać. Najsensowniej więc zaprzeć go sobie o brzuch i wykonywać ruchy całym
    ciałem jak przy hawajskim tańcu. To świetne ćwiczenie, dla wszystkich mięśni
    ciała, ale nie po sześciu godzinach takiego bujania non stop. Czuję się dzisiaj
    jak zabawka pięciolatka, z łóżka wytruptałem jak trapiona artretyzmem
    japoneczka. Jęcząc i chwytając się kurczowo barierek spełzłem na dół a tam już
    czaił się Borys, co oznacza że musiałem cały proces pełznięcia, jęków i
    chwytania powtórzyć ale w odwrotnym kierunku. A już miałem nadzieję, że się tak
    tam na dole po cichu położę i kwiląc delikatnie nie będę ruszał niczym poza
    nozdrzami.

    - O masz dalmatyńczyka.
    - Nie doty…
    - Grauuu! Ryyyk! Chaps! Kłap, kłap, kłap…
    - Mam nadzieję, że to jego spaczony
    charakter a nie wścieklizna.

    (Z serii: Z kamerą wśród fauny i flory Brzeźna)

    *

    Kto chce bić psa, nie wystarczy mu
    pałka musi jeszcze znaleźć psa

    (Chińskie przysłowie)

    Nie wiem czemu, ale piosenki Myslovitz
    o świcie uruchamiają we mnie jakiegoś zaśniedziałego ducha rebelii. Mam ochotę
    wyjść w ciemność i krzewić ideę buntu wśród ludu pracującego za pomocą mydła
    rozsmarowanego na 5
    metrach szyn tramwajowych. Lud spóźniony to lud zły,
    świetny grunt dla rewolucji, która zmiecie średnią kadrę menadżerską, czy coś.
    Brzeźnieńska Rada Starców po wysłuchaniu mojej mrożącej mocz w prąciu opowieści
    o kleszczu perwercie, czy cokolwiek to było, bo podobno nie zgadza się kształt
    odwłoka, ustaliła, że to po prostu musiała być jakaś perwersyjna samica. One
    tak mają. Idziesz sobie ulicą a tu wyskakuje taka i się przysysa. No i weź
    wytłumacz się potem żonie.
    A odpowiadając Lenn, następnym razem gdy będziemy mieć tu jakiś kanalizacyjny Armagedon
    wpadnę do ciebie z rańca, nawalę ci kupę, w twoim mikroskopijnym, wypachnionym
    kibelku, po czym dumny i pełen nowej nadziei udam się w kierunku wschodzącego
    słońca.
    A tak w ogóle to przedwczoraj nastąpił Powrót Kotłowni i wczoraj wieczorem po
    całym pieprzonym dniu pracy na deszczu, stałem kręcąc sprężyną pośród
    wilgotnych ciemności i wyjącego wiatru, plując liśćmi, które z prędkością
    100k/h i oślizgłymi plaśnięciami rozpłaszczały mi się na twarzy. Przy okazji
    odkryłem jakież to katakumby kryją się pod moim domem. Dziadek gdy budował dom
    nie raz i nie dwa dał się ponieść ułańskiej fantazji. Teraz w razie czego, wiem,
    że mam pod domem plenery do kręcenia filmów o Powstaniu Warszawskim, np. „Ale
    wpuścili nas w kanał”.
    W robocie dostaliśmy identyfikatory. Ciekawe co by było, gdybyśmy ich nie
    nosili? Postrzelili by nas? A może przesłuchiwali z pomocą generatora i szlifierki
    kątowej w podziemiach pod halą garażową nr 2? A, już kumam, pewnie chodzi im o
    to żeby rozdygotane ofiary nie musiały mówić ochroniarzom czegoś w rodzaju: Tę
    szarlotkę z kuchni porwał mi wielki, owłosiony stwór, który śliniąc się obficie
    i mlaszcząc lubieżnie zniknął bez śladu w plątaninie korytarzy. Teraz  gdy powiedzą, że był to wielki, owłosiony
    stwór z identyfikatorem to wszystko będzie jasne.

    Siedzi baca na poboczu i
    całuje się w rękę.
    - Co robicie baco?
    - A to gra wstępna panocku,
    zaraz się będę łonanizował

    (CKM)

    *

    Dom chylił się ku śmierci i
    wydawał dziwne odgłosy
    ostrzegając mieszkańców.

    (Rackova)

    Wczoraj przez okno w łazience zajrzał mi Orion. Po całym
    dniu jesiennej szarości i siąpiącego deszczu, chmury odeszły i przez
    przejrzyste powietrze mój wzrok znów mógł sięgnąć na dziesiątki lat świetlnych
    dookoła. Pojawienie się na niebie Oriona zawsze traktuję jako swego rodzaju
    święto. Gdy Wojownik powraca na niebo czuję, że odchodzi czas ludzkości a
    nadchodzi czas mocy i żywiołów. Z piwnic wyglądają skrzaty, z dachów gargulce i
    koty, z odrapanej bramy wyjrzy lamia a gdzieś znad strzelnicy dobiegnie głos
    banshee. Bladolica Pani Mrozu nadchodzi cicho przed świtem a tam gdzie stawia
    swe smukłe, bose stopy pojawia się szron i kończy się życie na sto różnych
    sposobów. Noc, kiedy zza horyzontu zanurza się Orion, to czas starych bogów, żywiołaków,
    opowieści, to mój czas. To wtedy czuję się najlepiej. To czas, w którym każdą
    komórką mojego złowrogiego cielska odczuwam zew by wyjść, wyjść, wydostać się i
    iść w noc, poza granicę stada, poza nawis nocy.
    Nadchodzi czas nocnych włóczęgów, urywanych krzyków i cichego dźwięku
    ogryzanych kości. To czas kiedy to w końcu ja czuję się niebezpieczny.

    *

    Przepowiednia Majów mówi:
    21.12.2012 – koniec świata. A
    już 25.12.2012 – Kevin sam na
    Ziemi w telewizji.

    (Playboy)

    Wczoraj wieczorem odkryłem u siebie kleszcza na…hm, cóż na
    bardzo istotnym szczególe anatomicznym. Prawdopodobnie był to kleszcz, bo
    wyrywałem go z siebie za szybko by się przyjrzeć. Najpierw tradycyjnie
    pomyślałem, że to czerniak i z lekka spanikowałem, a po chwili bardziej gdy
    dostrzegłem sterczące ku niebu nóżki, no i zacząłem go wyrywać jeszcze
    szybciej. Teraz siedzę sobie i czekam na boreliozę, tudzież wirusowe zapalenie
    mózgu, jeśli więc pewnego dnia przestanę nagle pisać, to może to oznaczać, że
    spoczywam śliniąc się gdzieś tam na pylistych równinach mojej pracy, albo
    podziwiam w drgawkach ściółkę w przydrożnym rowie, czy coś w tym duchu.
    Natomiast teraz et cetera wonieją mi upojnie rumem, bo nie znalazłem akurat nic
    lepszego do dezynsekcji, a ostatnie zaś kawałki insekta zboczeńca zostały
    spuszczone wraz z krwawymi strzępami przez zlewozmywak ku rozległym i
    nieodgadnionym wodom mórz i oceanom świata.
    W nowym miejscu w robocie pierwsze dni są tradycyjnie straszne. Wczoraj na
    drugiej hali garażowej chmury pyłu odpaliły system przeciwpożarowy. Wyły
    syreny, migały światełka, zamykały się grodzie, a ja wśród tego inferna, biały niczym
    widmo, czy ocaleniec z WTC. Na innej hali Dan szalał na maszynie, pozostawiając
    za sobą szklany połysk, jak tam wlazłem to przypomniała mi się scena z
    „Powolnych ptaków”, gdy przez jedną rzeczywistość sunęły powoli pociski z wojny
    toczonej w innej. Czasem któryś wybuchał po drodze, zostawiając po sobie takie
    właśnie szklane równiny.
    Wiem już też czemu Dan nie będzie pracował ze mną na stałe. Otóż Wspólnota
    kategorycznie zażądała na jego stanowisko kobietę. Znajdźcie mi teraz jakąś
    feministkę, to napluję jej na czoło.
    No a wieczorem Awaria zaprosiła mnie do kina na film: Pozwól mi wejść. Do teraz
    zastanawiam się czy nie przeoczyłem jakiejś aluzji. Film okazał się
    nadspodziewanie dobry i nadal siedzi mi w głowie nawet pomimo późniejszych
    dramatycznych wydarzeń. Jest niespieszny i taki, skandynawski w klimacie, jeśli
    wiecie co chcę powiedzieć. Miał coś w sobie z „Księgi Diny” czy „Kobiety w
    błękitnej wodzie”. To nie jedna z tych rzeczy, które przypominamy sobie
    przeglądając pod koniec stare bilety.
    Dobra spadam, wypadam i lecę, na niebie pierwsze oznaki świtu. Czas udać się na
    plac boju.

    *

    Producenci papierosów ostrzegają:
    Minister Zdrowia jest po prostu
    niebezpieczny.

    (Playboy)

    Jacyż nieostrożni ci nasipolicjanci, wjeżdżają do Brzeźna, robią zasadzki na miejscową faunę i oczekują,że nikt ich nie staranuje i nie ostrzela. Przynajmniej wykazali się resztkamiinstynktu samozachowawczego i od razu wezwali posiłki. Dużo posiłków, bosytuacja zaczęła przypominać tą chwilę z „Obcego”, gdy wokół panuje cisza,senny spokój i bezruch, aż do pierwszych strzałów, gdy zaczynają się ruszaćściany. Niemal czuło się jak całe otoczenie wstaje sprzed telewizorów i ruszaku drzwiom ściągając mimochodem z korytarzowego wieszaka przeróżne narzędziabólu.
    Ja z kolei zmagam się z falloutem w kotłowni. Trzy dni oczekiwania nahydraulika, gdy co 1,5 godziny w kotłowni tworzy się akwen, po którym z łopotemna wpół rozpuszczonego papieru toaletowego żeglują klipry guana, i te pełnegrozy momenty gdy wonne fale wypływające z wc lokatorów, przerywają tamy ipłyną radośnie do lokatorskich pokojów by wsiąknąć w dywany. A jeszcze niedawnobabce tak przeszkadzały progi w drzwiach. Teraz za to wysłuchuję jaki to jestemwyrodny i niepomocny, a w ogóle to mógłbym stać w korytarzu i niczym flisakwygarniać wiosłem brunatny nurt w kierunku podwórka sąsiadów.
    W międzyczasie przemknęły Urodziny Śmierci i też ani matka ani babka nieprzejęły się takimi drobiazgami jak mycie grobów czy tachanie tego całegoświątecznego majdanu na plecach, Podpaliły tylko świeczki i poustawiały namarmurowych tortach, zaznaczając, że tą płytę można było umyć lepiej. Dodamtylko, że płytę umyłem „Czynnikiem Różowym” przyniesionym z pracy. To cudowygląda jak substancja X z taniego horroru, przelewa się leniwie w słoiku,opalizując małymi, świetlistymi drobinkami. Na cmentarz niosłem ją w dwusłoikach, jeden w drugim. Na wszelki wypadek obklejonymi taśmą. A po myciu ipłukaniu grobów, jak to zauważyłem bez zdziwienia zniknął okoliczny bluszcz.Nie usechł, zniknął.
    Dobra, koniec, muszę ruszać. Dziś przejmuję moje nowe wieżowce.

    Na komisariat wpada pędem koleś:
    - Szybko! Zamknijcie mnie, rzuciłem
    w żonę żelazkiem!
    - Zabił ją pan?
    - Nie trafiłem…

    (Playboy)

    *


    • RSS