kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 12.2010

    Kopciuszek oglądany od tyłu
    jest historią kobiety, która
    uczy się, gdzie jest jej miejsce

    (Eska)

    Rozumiem, że macie już dość o
    śniegu? Racja, jest przecież jeszcze lód. Ale na poważnie, w ciągu ostatnich
    tygodni moja egzystencja zintegrowała się ze środowiskiem, w którym bytuję i
    pracuję, a środowisko to składa się głównie ze śniegu i różnych sposobów
    przemieszczania go i wprawiania w ruch. Zdaję sobie więc sprawę, że mogę być
    ostatnio nieco monotematyczny i niczym Eskimos zapoznam was wkrótce z
    kilkudziesięcioma określeniami na to białe kurewstwo, które podporządkowało
    sobie moje życie. Ale w sumie o czym innym by tu pisać, o tym, że widziałem
    zdjęcie lasi Marzana i że to naprawdę niezła szprycha, albo opowiadać o tym jak
    w dawnych czasach, gdy Dan pracował jeszcze na złomowcu to miał pomocnika,
    który co rano przypalał trawę a potem szalał radośnie pośród stert żelastwa i
    umykających w popłochu żurów dwutonową sztaplarką, którą na pełnym gazie skakał
    z muld i nierówności wprawiając w drżenie okolicę.
    Myśmy z kolei mieli kiedyś kierowcę, zwanego Kaczorem, który w cztery tygodnie,
    cztery razy skasował naszego gazowego, firmowego poloneza. Kaczor był znany z
    tego, że był spawaczem i nie zwalniał. Jeśli chodzi o spawanie, to już samo to
    mówi wiele o jego kunszcie i finezji, poza tym panicznie bał się tego
    dygoczącego grata i wychodził z założenia, że jeśli dociśnie gaz do deski i
    zaciśnie mocno oczy to prędzej czy później przejedzie każde skrzyżowanie. Jego
    ulubionym sportem, czy też żywą, trwającą traumą, było holowanie przyczepy
    pełnej okien. To co się działo, gdy mknął w dół stoku z nami czterema na
    pokładzie i dwiema tonami szkła z tyłu, a tuż przed maską pojawiał się znikąd
    próg zwalniający, przeszło do legendy i krąży szeptane z nabożną czcią po
    wszystkich budowach świata. Zapewniam was nie ma takiego obiektu, który by przy
    odpowiedniej prędkości nie poleciał. W tym wypadku było to wiele latających
    obiektów, część nawet tymczasowo żywych. Niestety jak w każdej bajce bywa na
    końcu zawsze jest lądowanie… ale przecież nie będę wam o tym opowiadał, bo to
    przecież nuuuda.
    W sumie wokół tylko śnieg i lód, lód i śnieg, a i strzałka ułożona na ścieżce z
    zamarzniętych psich kup. Naprawdę wolałem nie wnikać dokąd prowadzi.

    Żona do męża: Kochanie,
    gdybyś wiedział co przed
    tobą ukrywam, powiesiłbyś
    mnie za jaja…

    (Eska)

    *

    - Chcesz wpierdol okularniku?
    - Stary, ja się wychowałem w Brzeźnie,
    jeśli chcesz mnie przestraszyć to spryskaj
    mnie wodą święconą, alboco…

    W pierwszy dzień świąt wędrowałem do Szponiastej przez
    zaśnieżony las. Cały na czarno, w gestapowskiej skórze, skórzanych rękawicach,
    czarnej czapie a na plecach plecak pełen prezentów… Poczułem się jak jakiś
    Satan Claus czy inny Jack Skeldington niosący dzieciom pod choinkę śmierć i
    pożogę, oraz ewentualnie te zabawne, spreparowane, małe główki.
    Te parę godzin u Pazurkowatej to był cały mój odpoczynek w zeszłym tygodniu.
    Boli mnie wszystko. Harowałem prawie całe święta, jak nie w pracy to „w domu”,
    a w poniedziałek już czekało na mnie zakute w szklany pancerz pół metra śniegu
    na parkingach wielkości lotniska. Teraz mam ochotę zabrać do pracy karimatę i
    wpasować się gdzieś między biurko a mały czołg do czyszczenia hal i przespać
    dwa dni.
    Do tego jest zimno. Jest z -14 i wieje wiatr, więc umówmy się, że temperatura
    odczuwalna to co najmniej -700. Ostatnio nie miałem czym wbić gwoździa, na
    szczęście nieopodal kontenera znalazłem zamarzniętego na kość, przejrzałego
    banana. Przy uderzeniach wydawał taki ceramiczny dźwięk.
    Poza tym robię sylwestra. Jak ktoś chce się wprosić zapraszam, mile widziane
    płynne zaproszenia. Mam ochotę ściągnąć stadko znajomych dziewczyn, spić je i
    porobić noworoczne psikusy typu: tabletka gwałtu do drinka, a potem budzi się
    na kacu 1200 metrów
    nad Afganistanem obleczona w mundur i karabin, w momencie gdy sierżant
    psychopata, otwierając kopniakiem drzwi do nicości, właśnie wrzeszczy: Minuta
    do skoku…
    Ale tak na poważnie, z tego co słyszałem Avatar znów zbierała przez cały rok
    kasę na fajerwerki. Zamierzam ustawić je wszystkie w oknie i urządzić dywanowe
    bombardowanie domu sąsiadów. Mają w ogrodzie mnóstwo choinek i iglaków
    zapowiada się więc małe Drezno. Może do nich dotrze, że zapalanie o 2 w nocy
    szperacza, tuż za moim oknem nie jest trafionym pomysłem.

    Odważny, to inne określenie kogoś
    zbyt głupiego by odsunął się na bok

    (Holt)

    *

    W całej historii świata, były
    tylko dwa udokumentowane
    przypadki zbiegu okoliczności.
    Większość specjalistów jest
    zgodna, że drugi był sfingowany

    (prawdopodobnie Holt)

    Kładę się po 14 h roboty. Za 3,5
    godziny będzie doba jak przemierzam rzeczywistość. Zamykam oczy, 40 minut
    później sms od Marzana, że jest w Letniewie (Co on tam robi? Chyba ginie) i czy
    nie mam ochoty na piwo i zabawę. Przedtem dostałem od niego palący sms, że pod
    Neptunem zbieramy się by napluć w oko Łukaszence, zdaje się, że jeszcze akurat
    byłem w pracy. Jestem prawie pewien, że teoria światów równoległych jest
    trafna, a do mojego świata białych lasów w ciemności, śnieżnych wirów, smaku
    soli na ustach i wielodniowego przemierzania z maszynami mrocznych podziemi, w których
    ścianach szemrzą cicho wody Styksu, docierają czasem głosy z zupełnie innej
    planety. Odległej o setki i dziesiątki lat świetlnych i bliżej nieokreśloną
    liczbę multiwersalnych błon, za którymi da się wyczuć dotykiem ruch czy
    kształty, ale które nie dają się w żaden sposób przerwać. Co niestety nie
    zmiana faktu, że czuję się jak zdrajca.
    Dziś mamy pierwszy dzień świąt. Dopiję herbatę i idę do pracy.
    Ostatnie dni były dość ciepło, wręcz upalne. Temperatura tańczyła wkoło zera i
    padał deszcz, który natychmiast zamarzał w biały lukier. Nie będę nawet
    wspominał jaki wpływ miało to na proces chodzenia czy ruch kołowy, wyglądało to
    za to niesamowicie. Drzewa i domy odbijały się w śniegu jak w tafli jeziora.
    Woda płynęła przez moment zamarzając w fałdy i jęzory, w świetle ulicznych
    latarni wyglądało to jak wschód słońca nad Merkurym.
    Na ulicy ludzie rozmawiali o „biednych drogowcach”, a ja uświadomiłem sobie, że
    to o mnie.

    Według rosyjskich wierzeń,
    ludzie urodzeni w wigilię
    stają się wilkołakami.

    *

    Patrzyła na niego ciepłym,
    zadumanym spojrzeniem,
    jakby drapieżnego anioła

    (Holt)

    O poranku ponad śnieżnym pustkowiem, za zasnutego błękitną
    mgłą horyzontu wystrzeliwuje w niebo różowy promień. Nie wiem na czym to
    polega, ale tak to wygląda, różowa kolumna światła podpierająca nieskończoność.
    Potem nadchodzi słońce i dymy z EC2 tracą swą biel i szarość i stają się na
    wskroś czerwone. Gdy pierwszy raz ujrzałem to ponad zamarzniętymi łąkami za
    Szpitalem Zaspa, aż się zatrzymałem, i to mimo, że o poranku, wędrując do pracy
    niosę półtorej nieszczęścia pod kurtką i mocno koncentruję się na zachowaniu
    ogólnej szczelności, bo najdrobniejszy strumyk powietrza docierający do gołej
    skóry niesie potencjał trzymanego w ogniu noża.
    Ostatnio znów dyrygowałem pługiem szalejącym po parkingach 3żagli. Stanąłem na
    półtorametrowej zaspie i wymachiwałem rękami to tu to tam. Brakowało tylko
    batuty. To w sumie dość zabawne jak coś tak dużego gna w takt twoich ruchów to
    tu to tam jak mały piesek za piłeczką.
    Ostatnio też skuwałem lód w Oliwie, to akurat nie było zabawne. Skończyłem gdy
    spod swetra zaczął wysypywać mi się zamarznięty pot. Robiło się naprawdę
    ciemno, było cicho i pusto, a ja przy każdym kroku musiałem przezwyciężać opór
    kostniejących stawów. Ostatecznie dowlokłem się na pętle w Oliwie, kto nie
    jeździł ostatnio tramwajami ten nic jeszcze nie przeżył. Przypomina to trochę
    próbę generalną do końca świata. Od razu przypomniał mi się pociąg z
    Woodstocku. Enyłej. W pewnym momencie przesączyła się do mnie jakaś taka fajna,
    czarnowłosa laseczka w białym futerku z sępikiem. Nie miała się czego chwycić
    więc radośnie się o mnie oparła i zaczęło się. Wiła się raz tu raz tam, trzy
    razy wyjęła i schowała telefon, dłuższą chwilę poszukiwała słuchawek. Cały czas
    intensywnie się o mnie ocierając i wypełniając usta włosami, w ogóle jej przy
    tym nie przeszkadzało, że stałem trzymając przed sobą plecak, a moja dłoń
    znajdowała się dokładnie pomiędzy jej pośladkami, a palce, że tak powiem, na
    wysokości zadania. Westchnąłem rozdzierająco raz czy dwa, w końcu nie
    wytrzymałem i mówię jej prosto w ucho, które akurat niemal przylegało do moich
    warg: Ej Młoda, jeszcze chwila i się podniecę i będzie nam jeszcze ciaśniej. W
    tym momencie, WHOAM! Ludzie odsunęli się tworząc wokół nas krąg przestrzeni.
    Trochę jak w tym, kawale, co to mama jedzie w autobusie z córą. Straszny ścisk
    i nagle córa mówi: Mamo, chyba będą w ciąży. Bój się Boga, dziecko, z kim?! Nie
    wiem nie mogę się odwrócić.
    Tramwaj oczywiście nie dojechał. Wsiadło tylu ludzi, że nie był wstanie ruszyć
    i do epicentrum poczłapałem pieszo w moich świętej pamięci koronkowych
    adidasach, które teraz zmieniają się w lodową skamielinę u moich drzwi, jako
    ponure ostrzeżenie i nauczka. Wiem, że to nielogiczne, ale gdy wracam z roboty
    i widzę jak pogrążają się w lodowym grobie robi mi się lepiej.

    Jak to ktoś napisał o pewnym oficerze:
    Podkomendni poszliby za nim wszędzie,
    ale z ciekawości…

    (Holt)

    *

    …ja tak odnośnie wczoraj
    to znaczy jutro…

    (Lady Pazurek)

    Doskonale się bawię pośród tej śnieżnej katastrofy. Istnieje
    próg, po którym można się już tylko śmiać. No to się śmieję wprost w pysk
    północnym demonom, plwam na ich oślizgłe, blade cielska, pozwalam by ich palący
    oddech zmieniał mi kości w błękitne szkło i słucham jak dźwięczą niczym struny
    harfy. Zaspy, które usypuję zaczynają dorównywać mi wzrostem. Kupiłem dziś
    glany i resztę prezentów. W domu zzułem strzępy letnich butów, w których
    brodziłem ostatnio w białawym fluidzie rzeczywistości i wystawiłem je, razem ze
    sterczącą z ich wnętrza folią, na zewnątrz by zamarzły. Mały odwecik za miesiąc
    cierpienia. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się, czy mniej by bolało, gdybym
    chodził w klapkach.
    Miasto wokół pełznie. Wszystko przedziera się z trudem, światła opatulają się w
    żółte aureole pośród padających nieustannie drobnych ziarenek śniegu. Lubię gdy
    wszystko staje się takie ekstremalne, w ciemności przesuwają się łuskowate
    grzbiety i błyskają pazury. Ludzie kulą się w sobie, zwijają się w cierpieniu
    jak płatki zeschłych kwiatów. Ja wtedy rozkwitam w tej ciemności. Mój krok
    staje się sprężysty, wyostrza się wzrok. Kocham każdy kolejny koniec świata.
    Uwielbiam wyruszać na wojnę.
    Już za chwilę, o 4 wstanę by iść. Znów jako pierwszy wydepczę szlak przez las.
    W śniegu po uda, oznaczę kierunek na Zaspę. Gdy będę wracał wieczorem, będzie
    to już wydeptana ścieżka, przez tych wszystkich, którzy poszli moim śladem.

    Jej włosy pełne były mroku,
    twarz księżycowego blasku
    a w cudnych oczach tańczyły
    tajemnice.

    (Sturgeon)

    *

    Siedzę w kościele, pusto, tylko
    ja i refleksja. A tu nagle wychodzi
    ksiądz z zakrystii, podchodzi do
    mikrofonu, stuka – Stuk, stuk, stuk,
    zdrowaś? Zdrowaś?

    (Bałtroczyk, chyba)

    Na zewnątrz mamy połączenie mega
    odwilży ze śnieżycą. Połowa śniegu zmienia się w wodę nim dotrze do ziemi,
    wiatr przelewa mięsiście lodowatą breję z jednej strony ulicy na drugą, gdzie
    uderza falami przyboju o krawężniki i porywa małe samochody. Niezwykle
    zachęcające, już nie mogę się doczekać wyjścia na zewnątrz. Idziemy dziś do
    muzeum w Zielonej Bramie, to już drugie podejście, poprzednio zastaliśmy okute
    drzwi zamknięte na głucho i zrobiliśmy szlak turystyczny po budowach starego
    miasta.
    Wczoraj gdy wracałem z roboty trafiłem na Jana Pawła na, powiedzmy Samanthe. Z
    S łączyła mnie kiedyś przyjaźń. Teraz nie wyglądała już co prawda jak dzika
    bogini seksu wychodząca na swych białych stopach z gejzeru pożądania, ale
    zachowała się naprawdę nieźle. Poza tym miała na sobie dwa nosidełka, jedno z przodu,
    drugie z tyłu wypełnione bliźniakami i siedziała okrakiem na wibrującym z
    głuchym gulgotem motorze Yamaha. Gadaliśmy przez 6 zmian świateł wkurwiając
    niemożebnie zmuszonych do omijania nas kierowców. Podobno poznała męża w czasie
    motorowej wyprawy do Dubaju, powiedziała, że spodobałby się mi, bo koleś jest
    Niemcem a jego dziadek był w SS i teraz gdy mają gości Kristow z namaszczeniem
    prezentuje gościom pamiątki rodzinne. Używają ich też do zabaw seksualnych,
    powiem szczerze, że wizja przebranej w czarny mundur i czapkę Samanthy,
    wilczycy z SS, prześladował mnie jeszcze przez połowę drogi do domu.
    Zaoferowała mi, że mnie podwiezie, ale oceniłem, że musiałbym jakoś tak
    parabolicznie wcisnąć się pod drugiego bliźniaka i przylgnąć do opiętych skórą
    fragmentów S, więc dałem sobie spokój.
    Cholera, ale dzisiaj ciemno. Oho jakiś potwór tu idzie… a nie to tylko babka.

    Najważniejsze jest najbliższe 5
    minut
    reszta to wyobraźnia

    (Mrożek/ Dzień Świra)

    *

    To było gorzej niż nieuczciwe.
    To było nieopłacalne…

    Znowu zapominam czasy kiedy nie odśnieżałem. Las, przez
    który przechodzę w drodze do domu, sprawia niesamowite wrażenie. Każda gałązka
    pokryta śniegiem, białe kopuły, wąska wydeptana ścieżka. Zorza zachodu, nisko
    wśród gałęzi. Śnieg emanujący miękkim, lekko żółtym blaskiem. Taka kość
    słoniowa. Gdy dotarłem do domu, już na dole, na wycieraczkach, zrzuciłem
    wszystko co mokre. Zatrzymałem się na moment i pozwoliłem by świat sunął dalej
    wokół mnie. W końcu drgnąłem, ponownie włączyłem się do ruchu. Otworzyłem drzwi
    na oścież i poszedłem pospacerować boso po śniegu do kolan.
    Wiatr rozrywa chmury i nagle pośród śnieżycy, w której nie widać na
    wyciągnięcie ramienia, śnieg kończy się jak nożem uciął i z góry z siłą
    fotonowego młota spada złote światło słońca, a wokół w zapadłej nagle ciszy, na
    tle błękitnego nieba opadają obłoki śniegu. Po dwudziestu minutach znowu
    nadchodzi szary zmrok i pośród białych wirów suną tylko skulone postacie ludzi
    lub potworów. Wygląda to tak, jakby w górze toczyła się wojna. Z całej firmy
    chyba już tylko ja nie kaszlę.
    Zapada zmierzch. Powietrze jest przejrzyste, wiatr porwał chmury wypuszczając
    na wolność fortecę księżyca sunącą powoli pośród tysiąca odcieni niebieskości i
    błękitów. Smażę powoli obiad w oczekiwaniu na Szponiastą i wściekam się po
    cichu bo znów nie dam rady dotrzeć na wieczorek Marzana. Brak mi ludzi, z
    którymi mógłbym dzielić fascynacje i tęsknoty. Z drugiej strony, oni wszyscy
    poszli do przodu, a ja zostałem, sam nie wiem gdzie. Powietrze wokół wypełniają
    pierwsze wirujące płatki śniegu.

    *

    Daj sobie czas. Wszystko
    się w końcu zdarza.

    (Kości)

    Świt przybywa na błękitnych skrzydłach, spogląda w dół na
    maleńką postać w wystrzępionej skórze z opancerzoną szuflą do śniegu w rękach.
    Figurka wyczuwa jego wzrok i patrzy czujnie w górę. Czuje ciepło, nadciągający
    miękki oddech odległej Matki Afryki, z której wszyscy pochodzimy. My i nasi
    bogowie. Północne smoki ulatują wraz z nocą ku Rosji. Przemykają ponad
    zamarzniętymi paznokciami i popiołem zmieszanym ze smoleńskim błotem. Tymczasem
    obiekt obserwacji czerniący się pośród plansz parkingów, rozpina powoli zamek
    błyskawiczny i pozwala by wiatr odnalazł pod kurtką zaginione żebra i
    zaimpregnowaną niedawnymi mrozami skórę. Budzik w telefonie rozbrzmiewa nagle
    godziną szóstą, w górze ponad moją głową budzą się z cichym poszumem dźwigi.
    Rzeczywistość dąży ku nieskończoności dopóki nagle się nie skończy.
    Mam pył w lewym oku. Drobny jak puder. Wytrąca się bardzo powoli. Nie pomogły
    preparaty i leki, ani pół godziny pod otwartym strumieniem wody z kranu.
    Wpatrywaliście się kiedyś w strumień wody uderzający w wasze oko? Niezapomniane
    wrażenie. Pył krąży w fluidzie pokrywającym gałkę oczną, rozpada się i łączy,
    wraz z ruchem oka. Tańczy tuż przed mózgiem w czasie czytania, rzuca cień na
    oko pomimo zamkniętych powiek, kłębi się i rozwija w małe, czarne galaktyki tuż
    przed polem widzenia.
    Ostatnio nastąpiła też jakaś hekatomba pośród przyjaciół. Nagle wzeszła
    codzienność, cienie się skurczyły i zniknęły a oni rozpadli się w popiół jak
    zamyślone wampiry przyłapane przez wschód słońca. Część jest na dobrej drodze
    do serdecznego kopa w dupę. Od trzech tygodni nie byłem pod Pomnikiem, to
    najdłużej od 12 lat.
    Zdaje się, że zeżarło mi też licznik na blogu.
    Poza tym lepiłem dziś z babką pierogi na święta, gdy Starszy przyjedzie z
    ciepłych krajów śmierdząc wielbłądem będziemy je jeść.

    Zużyte rzepki. Często klęczała,
    zakonnica, albo prostytutka.

    (Kości)

    *


    • RSS