kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 4.2011

    - Wy faceci tylko o jednym
    - Ale za to na wiele sposobów

    (Szyda)

    Hura! Już po świętach! Mogę iść do pracy! Do pracy, do
    pracy…kurwa.
    Wiecie, że wszechświat z zewnątrz wygląda dokładnie jak neuron w naszym mózgu.
    Myśl, że cały wszechświat mógłby być pojedynczym neuronem Boga, jest cokolwiek
    zatrważająca. Daje co nieco wyobrażenia o skali. Wyobraźcie sobie próbę
    porozumienia z takim intelektem, coś jakbyście wy usiłowali porozmawiać ze
    swoją pojedyncza komórką skóry na palcu. Cokolwiek sobie przekazujemy możemy
    mówić tylko i wyłącznie o wpływie i intencji, nigdy o treści.
    No dobra wiem, że wszedłem na temat grubego kalibru, ale ja naprawdę nie chce
    wychodzić. Jestem w takim nastroju, że, przy odpowiednim bodźcu, mógłbym
    zapewne zacząć rozpatrywać teorię względności.
    Święta minęły jak na granicy Korei. Kobiety nadal pokłócone, więc de facto były
    dwa śniadania świąteczne i trzeba było latać po piętrach, bo inaczej
    przekleństwo i anatema. Tatuś wrócił na święta i cały czas prowokował do awantury.
    Sądzę, że byłem niezwykle irytujący, kiwając lekko głową i patrząc w zamyśleniu
    w przestrzeń. No i nie było żurku… Na żurek musiałem się udać do Szponiastej,
    gdzie ogólnie rzecz ujmując bawiłem się najlepiej przez te dni. Pewnie dlatego,
    że nie było żrących się kobiet, Ojca Wszystkich Wojen, a za to był żurek.
    Oglądaliśmy „Bitwę o Los Angeles”. O rany, obcy atakowali jak idioci.
    Najwyraźniej wzięli wiedzę o wojskowości z amerykańskich filmów klasy B. No nie
    ma innego wytłumaczenia, biegali w zbrojach po okolicy, a wielcy byli jak
    cholera, więc żeby się schować potrzebowaliby chyba stodoły, a i to nie jest
    pewne, bo jak armia czerwona, kulom się nie kłaniali. Do tego mieli centrum
    dowodzenia wielkie jak nieszczęście i poruszające się powoli w powietrzu
    ciągnięte na linach przez drony jak wielki balon. No ja, czy naprawdę gdybyście
    chcieli zająć jakąś planetę i eksterminować zamieszkujący ją gatunek to
    wygłupialibyście się w ten sposób? Nie łatwiej zrzucić gaz z orbity i poczekać
    dwa dni. Szybko, tanio i higienicznie. Zresztą liczba opcji jest ogromna.
    Czynnik chorobotwórczy, subatomowe pożeracze nano, fale dźwiękowe o wysokiej
    częstotliwości czy w końcu, jeśli nam się nie spieszy, napromieniowanie
    powierzchni, mały rozbłysk na słońcu czy dobrze wymierzona planetoida. Ja to
    wymyśliłem w minutę a obcy nie zdołali przez milion lat przygotowań do agresji.
    Z drugiej strony zapewne film nakręcony według mojej opcji nie ucieszyłby za
    bardzo amerykańskiej widowni. Kolesie źle znoszą poczucie bezsilności.

    Twoja stara jest tak gruba,
    że krąży wokół niej mniejsza
    stara

    *

    - Nowa notka będzie?
    - O! Dobrze, że mi przypomniałaś.
    Idę stworzyć potwora

    (My)

    Kiedyś na Wielkanoc pęknie skorupa Ziemi, rozlatując się na
    wszystkie strony poprzez próżnię, może jakiś kawałek zawierający zamarznięte
    nagle Kuala Lumpur czy Denver muśnie delikatnie księżyc miażdżąc go na pył i
    wyrzucając z orbity. Podświetlone czerwienią magmy szczątki rozsuną się
    ukazując małą flągwę, która pierwszy raz spojrzy swoim gorejącym, umieszczonym
    w trójkącie powiek okiem na wszechświat, po czym zmieniając leniwie zachodzące
    w trzewiach procesy jądrowe na energię kinetyczną, ruszy majestatycznie w
    kierunku gwiazd. Kto wie może i pękną inne jaja, kołujące dotąd wokół małej,
    ciepłej gwiazdy i pożegluje przez przestrzeń w towarzystwie kwilącego
    mikrofalami rodzeństwa, a może dla reszty jaj czas jeszcze nie nadszedł i ruszy
    w podróż sama. Któż wie jakie są zwyczaje flągw?
    Ostatnio w nocy Lady Pazurek zażądała bajki na telefon. Opowiedziałem jej mniej
    więcej coś takiego: Dawniej diabeł chodził po ziemi a nad ziemią latały anioły.
    Bóg dotykał swych dzieł, sprawiał cuda i niszczył miasta i nieposłuszne
    kobiety. Aż pewnego dnia zawarł pakt i skrył się za zasłoną. Pakt związał
    wszystkie strony, zrywając anioły z niebios i wciskając diabły w ciepłe błoto u
    naszych stóp. Stwórca wyrzekł się możliwości ingerencji dając nam wolną wole,
    nadprzyrodzone nie mogło być odtąd widoczne bo człowiek miał wierzyć i wybierać
    a nie wiedzieć. Ziemia jednak nadal pozostała polem bitwy. Stanął więc Szatan
    pośród sawanny i zamyślił się. I minął dzień i noc, a gdy przyszedł poranek,
    Ojciec kłamstw podniósł głowę i uśmiechnął się, po czym zmienił zastępy zła w
    koty, by poszły do ludzi, przeniknęły do ich domostw, wypaczały i uczyły zła i
    egoizmu. By wysysały dusze kładąc się na gościnnych kolanach i mrucząc. Ujrzał
    to Gabriel, zaśmiał się gorzko nad przemyślnością przeciwnika i tchnął Zastępy
    w postać psów, by wiernością i przyjaźnią wspierały dobro w człowieku, strzegły
    jego ognia i progu. I taka jest właśnie historia niechęci psów i kotów, które
    czasem potrafią żyć razem, ale zawsze uważnie się obserwują i pilnują
    wzajemnych posunięć na wielkiej szachownicy ludzkich losów…
    Tu nadmienić należy, że Lady P jest dumną posiadaczką dwóch kotów i okazyjnie
    dwu psów. Z reguły gdy zasypia na łóżku ma coś leżącego i mruczącego. Tak więc
    w środku nocy, po nocnych mszach i lekkim odrealnieniu przedświątecznych dni
    opowiastka ta uzyskała nagle nieco głębszy wymiar. Coś w stylu: Trzymasz w
    łóżku mruczącego potwora, który wyssie ci duszę. Śpij dobrze. Nigdy nie proście
    bo będzie wam dane.

    25 tys ton rudy potrzeba do uzyskania
    50 ton metalicznego uranu, z których
    0,7 % nadaje się do wywołania reakcji
    jądrowej.

    *

    - Miałeś mnie zamknąć w wieży
    i karmić ciastem.
    - Ta, wkrótce wypełniłabyś tę
    wieżę sobą…
    - … i ciastem.

    Dziś szalałem po zakamarach i przesiąkałem detergentami. A potem dymem i łyskaczem.
    Wytoczyłem tez z katakumb naszą rozdygotaną kosiarkę. Gdy ją odpaliłem, mógłbym
    przysiąc, że nawet słońce przygasło. Rzygnęła na boki przeróżnościami i
    pomknęła na przełaj przez murki, krawężniki i przypadkowe ciała jeży wlokąc
    mnie za sobą. Obecnie jestem szczęśliwie obżarty i wysmarowany sosem do nachos.
    Jutro stanę za to oko w oko z przyszłymi teściami i domowym pasztetem. Tyle,
    sija idę zobaczyć ile waży koń trojański.

    *

    Pani będzie o was dbać.
    Będziecie wielkie…

    (Avatar rozpakowując przesyłkę z
    mięsożernymi roślinami)

    Tia, Avatarna zakupiła rosiczkę,
    muchówkę i dzbanecznika. Troskliwie sprokurowała im symulator bagna, napełniała
    paszczęki wodą destylowaną i przeganiała zainteresowane zmianami dietetycznymi
    koty. Potem penetrowały z Lenn sieć w poszukiwaniu porad dotyczących karmienia.
    Ja osobiście uważam, że pewnego dnia, po przyjściu z zajęć Av odkryje w
    rosiczce wierzgającą tylną część kota. Ostatecznie, aby ludzkim odruchom stało
    się zadość (Nie patrz w dół, nie oglądaj się, nie dotykaj bo upierdoli ci
    rękę), popodniecały rosiczkowe receptory i kwiliły szczęśliwe patrząc jak
    paszczęki zaciskają łapczywie poszukując kontaktu z ich tkanką miękką. Lenn się
    śmieje, że gdy będzie nadchodziła pora karmienia to cała grządka będzie kłapać
    zachęcająco.
    Ja powoli wracam w siebie. Przeszedłem w dwa i pół dnia ekspresową anginę, którą
    dostałem jako bonus do miłości. Oczywiście apogeum nastąpiło w niedziele, kiedy
    akurat świat przykryła swym jedwabistym ciałem wiosna, niebo nabrało modrości
    dubajskiego basenu a słońce zalało wszystko miodowym złotem. Nie mogłem
    oczywiście zignorować takiej prowokacji, więc zataczając się, potykając o krawężniki
    i przystając co czas jakiś by ciężko podyszeć udałem się do epicentrum,
    uznałem, że jeśli mam skonać to pod niebem i na stojąco. Po drodze zgarnąłem Pazurzastą,
    która stawiała mnie do pionu, twierdząc, że ludzie na ulicach się o mnie
    martwią. Nie byłem akurat tego dnia specjalnie komunikatywny, za to świat
    widziany z onirycznych, różowawych głębin Pazurkozy był doprawdy nieziemski.
    Nie ma co narzekać, takaż jest cena obściskiwania, gorących, rozgorączkowanych
    kobiet, ale nie ma co się oszukiwać, było warto.
    W CSA zaczęli widzieć duchy. Nie wiem czemu ale byłem na to gotów od jakiegoś
    czasu. Teraz tylko czekam, aż pojawi się Godzilla. „Poruczniku mamy tu taki
    dziwny ślad. To chyba odcisk palca, ale jest naprawdę zajeeebisty.”
    Za to wczoraj zapoznaliśmy Lenn z Sheldonem z „Big Bang Theory” zdaje się
    łyknęła przynętę ze spławikiem, wędkarzem i kawałkiem brzegu.
    Dobra, spadam do pracy. Nasz El Duce wpadł na pomysł, że przed świętami musi
    być posprzątane świątecznie i uśmiechnęło się nagle do nas dwa miliony okiem i
    rozwarły szczęśliwie paszcze hal garażowych, które w najbliższym czasie będę
    smerał różnymi wynalazkami Szatana po podniebieniu. Było takie opowiadanie
    „Człowiek, który zjadł świat”. Teraz będzie „Hala, która pożarła człowieka” i
    zadławiła się i rzygała samochodami bo to był kiszczak, a z kiszczakami jest
    tak, że nigdy nie wiesz czy ty jesz go czy on ciebie.

    Czy wiedzą państwo co to jest:
    czerwone i szkodzi na zęby?
    Cegła, proszę państwa, cegła.

    (Bitwa na głosy)

    *

    Ja – Zawsze przyłazi, gdy jemy,
    obojętnie kiedy by to nie było.
    Szponiasta – Może my ciągle jemy…

    Zadzwoniła, gdy byłem w piekle i właśnie wtedy nad piekłem
    wzeszło słońce i stało się jeszcze goręcej. Tydzień przywracania na mapy pewnej
    ulicy w deszczu i wietrze, potem wizyta na cmentarzu, gdzie musiałem odkopać
    groby… spod liści. A na końcu moje kochanie, które przyniosło mi wyjątkowo
    paskudnego i zapewne uśmiechającego się szeroko na widok tak dobrze przygotowanego
    gruntu, retrowirusa. Ja takie rzeczy przechodzę naprawdę szybko, ale zapewniam,
    to żadne pocieszenie, gdy objawy z dwóch tygodni kumulują się lawinowo w dwie
    doby. Tak więc dzisiejszy przepiękny poranek powitałem wyglądając jak rosyjski
    czołgista w samym środku napromieniowanych ruin Hamburga, który dotąd wierzył,
    że sowieckie czołgi naprawdę są odporne na broń ABC. No może skóra nie odpada
    mi płatami, tak, że mogę obejrzeć swoją działającą wątrobę a zęby nie stukają
    mi perlistym deszczem o nadtopiony bruk, ale w sumie niewiele brakuje. W każdym
    razie czuję się jakbym wypełzł z jakiegoś włazu.
    Skoczyliśmy wczoraj do Neufahrwaser by pogapić się na bitwę pomiędzy brytyjskim
    galeonem a obsadzoną przez Francuzów Twierdzą Wisłoujście. Po okolicy pałętali
    się też rycerze, naparzając się żelastwem i próbując wcisnąć ludziom badziewie
    z wyświechtanych kramów. Z pozytywnym zresztą skutkiem w wielu wypadkach. Lady
    Dżi biegała po okolicy z aparatem wielkości bazooki, Marzan natomiast odmówił
    ustawienia się przed balistą. Za to potem, gdy przysiadł na nabrzeżu, a salwy
    armatnie i muszkietowe rozdzwoniły koryto Martwej Wisły zaczął przyciągać żaby.
    Najwyraźniej one go wyczuwają, słyszą jego rechoczący zew z odległości tysięcy
    mil i podążają w jego kierunku nie bacząc na odległości i fakt, że w Wiśle są
    warunki do występowania życia mniej więcej jak we wnętrzu betonowego sarkofagu
    w Czarnobylu. Nic to, nie bacząc na groźbę rozpuszczenia i bliskość morza, płaz
    usiadł na betonowej płycie pobrzeża i począł wpatrywać się maślanymi oczami w
    swego guru, jedynego poety, który zdolny był bez względu na kanony i szyderstwa
    otoczenia, spłodzić wiekopomne dzieła w rodzaju „Rechotu z bocianiego gniazda”,
    który to utwór swoim epickim tragizmem odcisnął się cieniem na mojej młodości.
    Dym się rozwiał, Angole pomachali białą szmatą a Francuzi krzyknęli „Alle!” a
    my ruszyliśmy ponownie w prozaiczny świat Lennonek i ulic, którym trzeba
    przywrócić miejsce na mapach.

    Avatar – Nadchodzi ta godzina, gdy mój
    kot trafi pod kran. Jest już taki brudny i
    zakurzony…
    Ja – Ciągle leży na półce to i się kurzy.

    *

    Jeden okręt podwodny klasy Ohio
    ma na pokładzie arsenał mogący
    wywołać zniszczenia 25 razy
    większe niż II wojna światowa

    Taaak, znowu byliśmy na Sucker
    Punch i podobał nam się jeszcze bardziej. Nawet dyżurny ponurak Pomeranii Dan
    stwierdził, że jest niezły, w jego przypadku to niemal jakby entuzjastycznie
    wykonał taniec godowy na włosach łonowych stukając kastanietami przyszytymi do
    sutków.
    Odprowadziłem mojego Szpona Bojowego. Noc była ciepła i nabrzmiała treścią po
    deszczu, Miasto wokół cichło. Stałem na przystanku, gdy nagle za wiaty wychynął
    bezszelestnie pordzewiała amfibia śmierci, obwieszona gibającymi się
    przeróżnościami. Wyskoczyła z niego para ludzi szaf, obleczonych w skóry i
    błyszczących łysymi glacami w świetle ulicznych latarni, w rękach trzymali
    jakieś niezidentyfikowane, podłużne przedmioty. Rzucili się w moim kierunku a
    ja pomyślałem, że to moja ostatnia godzina. Tymczasem oni rozwichrzając mi
    włosy przemknęli z obydwu stron i zaczęli intensywnie szorować wiatę… Zaraz potem
    dotarł tramwaj i nocni czyściciele wiat Doktora Zło pozostali rozmazującym się
    wspomnieniem.
    Wracając, nadal pełen świetlistych energii dojechałem do samego końca linii i
    wylądowałem Na Rogu. Okazało się, że jest tu część ekipy, raźno nabijająca się
    z łikendowego wystąpienia Kaczuszki i pijąca zdrowie rosyjskiej mgły, żeby była
    gęsta i zdrowo rosła. Opowiedziałem skąd wracam i co w związku z tym i nagle
    ktoś odpalił punchową ścieżkę dźwiękową dziewczyny wskoczyły na stoły i zaczęły
    się wić, Kulfon też wskoczył niestety by zaprezentować niezwykle skomplikowany
    układ ruchów trakcyjnych. Na szczęście celnie rzucona popielniczka zakończyła
    jego taneczne aspiracie. Wszyscy odryczeliśmy z Emilii „Sweet dreams”, potem co
    niektórzy powyli do „Tomorrow
    never knows”. Najwyraźniej nie tylko my z Pazurzastą mamy głowy wypełnione po
    brzegi tą ścieżką. Ale od razu mówię, nie słuchajcie tej muzyki bez obejrzenia
    filmu.
    No nic czas iść do roboty, robota to kochanka, która nigdy się nie nudzi i
    zawsze z radością wita twoją obecność. Niecierpliwie czeka na twój dotyk i z
    radością spije z twych ust ostatni oddech. 

    Siedzi Pinokio nad rzeką i
    filozofuje:
    Dziwna to sprawa, i poczęcie nie-
    pokalane i ojciec cieśla…

    (Angora)

     

     

    *

    - Shall we
    dance?
    - Lets…

    (teledysk
    Keshy)

    Nawiedzili mnie ostatnio Marzany. On ubrany po ludzku,
    uczesany i pozbawiony tych wszystkich wystających, wyschniętych kawałków,
    najwyraźniej pod dojmującym wpływem jej. Ona filigranowa przedstawicielka kasty
    Małych, Ciepłych Blondynek, Które, Po Cichu Żądzą Światem, dysponująca niskim,
    erotycznym tembrem głosu, który byłby zapewne w stanie zmarszczyć wodę tudzież
    permanentnie zjeżyć i zmienić w napuszone bestie Ogólnopolski Zjazd Łysych. Tak
    się akurat złożyło, że mieliśmy z M spotkać się, chlać nieumiarkowanie, śmiać
    się rubasznie i snuć opowieści nostalgicznie, ewentualnie wymiotować obficie,
    tymczasem niespodziewanie postawił w mych progach kobietę i wpuścił ją w ten
    skrzypiący, cuchnący wydzielinami burdel i gąszcz przedwypłatowych braków,
    które wyzierały z każdego kąta oczyma wielkimi i zamuszonymi jak u głodujących
    afrykańskich dzieci. Niemniej Lady Dżi nie krzyczała histerycznie i nie biegała
    po okolicy strząsając z siebie te wszystkie, małe, przyjazne stworzenia, z
    którymi na co dzień dzielę życie, choć z różnych względów nie piła. My za to
    nie żałowaliśmy sobie, osiągając zasnute różową mgiełką wyżyny i gdy potem
    odprowadzaliśmy ją do domu, i nagle zorientowaliśmy się, że jesteśmy w nocy w
    samym epicentrum Neufahrwaser nie przejęliśmy się specjalnie. Raźnym krokiem
    wracaliśmy przez rozprute ulice, pośród rozerwanych szyn remontowanej linii, a
    w pastelach zmierzchu szczerzyły się do nas obnażone spod sukienki asfaltu bruki
    i jeszcze starsze tory pamiętające inne czasy i inne historie.
    M opowiadał jak na uniwerku pracuje w ciasnym, kiszkowatym pokoju wypełnionym
    stołem i jednym komputerem, o który walczy pięć stłoczonych tam osób. Było
    sześć, ale pani profesor skorzystała z przywilejów szarży i ewakuowała się poza
    horyzont zdarzeń. Pokój ma też sufit misternie upleciony z azbestu i podobno
    wszyscy, którzy tam pracują schodzą prędzej czy później na raka.
    Ostatnio byliśmy też stadem w WhiteTown, patrzyliśmy z drewnianych pokładów na
    kłębiące się żaby i łapaliśmy piach we włosy na plaży pod niekończącym się
    błękitnym niebem. Krzysiek mówił jak brał Brutusa do weterynarza. Do
    weterynarza chodzą z nim raczej rzadko, ale bestia bezbłędnie potrafi określić
    moment kiedy ma to nastąpić. Musieli opancerzyć go w kaganiec i wlec przy
    akompaniamencie zgrzytających o nawierzchnię, permanentnie zablokowanych
    przednich łap. Gdy w końcu pani weterynarz spojrzała w przekrwione, wypełnione
    szaleństwem oczy zapytała tylko: Czy on nie jest wściekły?
    Wczoraj za to byliśmy na urodzinach, gdzie pośród nocy towarzystwo, rycząc ze
    śmiechu śpiewało „Zombie” Crannberies, do programu karaoke. Miasto zaś trzęsło
    się i huczało, a wiatr zdejmował chodniki i przesuwał budynki.
    Nie pisałem przez chwilę, bo stworzyłem ostatnio notkę doskonałą, Jej
    wspaniałość wypełniła mnie szczęściem i dumą, a potem gdzieś między Wordem a
    systemem zalągł się diabeł i wszystkie słowa opadły w nicość. Muszę przyznać,
    że po tym przez chwilę nie byłem w stanie pisać. Więc teraz z prawdziwą ulgą
    generuję to ostatnie zdanie.

    Wenus z Milo też zaczynała
    od obgryzania paznokci…

    (RMF)

    *

    Masz całą broń jakiej potrzebujesz.
    Więc walcz!

    (Sucker Punch)

    Taaak, byliśmy na Sucker Punch. To
    jeden z tych filmów, na które czekałem od miesięcy, choć po hekatombie jakiej
    dokonał w świecie moich osobistych nadziei „Avatar” podchodziłem do niego
    raczej ostrożnie. A teraz wyskrobuję sobie jego tytuł na ściance prawej komory
    mojego serca, tam gdzie już jest: Kruk, Trzynasty wojownik, czy Skyline. Nie
    kocham może filmów specjalnie mądrych, muszą one jednak posiadać tę smugę
    cienia, mieszankę samotności, tkliwości i bohaterstwa, które ostatnio jawią się
    w naszym przenicowanym świecie jako niemodnie naiwne.
    Spodziewałem się, że Sucker Punch będzie zlepkiem ładnych teledysków
    połączonych jakąś czystą umowną fabułą, tymczasem, o rany, ten film ma treść!
    Jest ładny, momentami piękny i faktycznie, tak jak mówi jego motto: nie
    jesteście gotowi na to co zobaczycie.
    Małomówna Emili Browning, utkwiła mi mocno w głowie we wszystkich filmach w
    jakich ją widziałem, choć dotąd nie zdawałem sobie z tego sprawy, bo za każdym
    razem wyglądała i grała zupełnie inaczej. Milcząca dziewczynka z Ghostship czy
    mądra siostra z Serii Niefortunnych Zdarzeń, teraz to jedna z nielicznych
    aktorek, której nazwisko kojarzę z twarzą.
    A tak poza tym mam glona w oku, który jest połączeniem starego uszkodzenia,
    pyłu i wody kranówy, a łeb bolał mnie dzisiaj tak, że leżałem trzęsąc się przez
    cztery godziny i naprawdę zastanawiałem się czy nie byłoby lepiej doczołgać się
    do kuchni i poderżnąć sobie gardło, żeby wreszcie nie czuć bólu. Avatar za to
    zrobiła sobie czadową fryzurę i zaczęła nosić skórę, idąc do kina miałem zwałę
    obserwując tych wszystkich kolesiów, którzy się za nią oglądali.

    Sami tworzymy światy,
    w których żyjemy.


    *

    Nie lubię jak tak dziwnie tańczysz.
    Nie wiem czy mam się śmiać czy
    dołączyć

    (Lady Pazurek)

    Zakazali palenia ognisk. Robaki w garniturach. Odcięte od
    życia nieludzkie kukiełki napędzone ambicją i głupotą. Najpierw wymyślili
    podatek od spadku, sprawiając, że całe rodziny musiały sprzedawać dorobek
    życia, żeby zapłacić podatek od jego otrzymania. Potem wymyślili zakaz picia
    pod chmurką, debile, co stawia nas w równym rzędzie z islamskimi satrapiami.
    Nikomu innemu w Europie nie przyszedł do głowy równie niszczący więzi
    międzyludzkie nonsens. A teraz to. Mam wrażenie, że gdzieś tam ktoś usiłuje nas
    wszystkich rozdzielić. Odizolować od siebie. Pozamykać w sterylnych pokojach z
    terminalami i opodatkować tlen, ustalając tempo i głębokość oddechu. Odetniemy
    cię od korzeni, oddzielimy cię od przyjaciół. Jeśli chcesz z nimi przebywać to
    płać w lokalu, my weźmiemy od tego podatek by móc ci zakazać coś jeszcze. Nie
    chodź piechotą, nie zaglądaj, nie wkraczaj na grodzone osiedle, nie wdychaj
    dymu. Rób wszystko pod linijkę, waż stolec. Zawsze gardziłem anarchistami, i to
    zarówno w wersji soft – punkami, jak i w wersji hard – skinami, uważałem zawsze,
    że to żałośni słabeusze, którzy płytkimi ideologiami i przynależnościową do
    wyobcowanej grupy maskują strach. Teraz za to mam ochotę na jakiś
    anarchistyczny projekt, w ramach wyrażenia mojego społecznego niezadowolenia.
    Podpalić Bazylikę Mariacką, niech płonie i rozświetla niebo nad Miastem,
    wysadzić Urząd Wojewódzki niech rozpylony tynk pokryje kartki i twarze.
    Władować pocisk z pancerzownicy w dupę miejscowego posła opozycji, by rozpylona
    posoka i strzępki kości użyźniły glebę dla przyszłych pokoleń. I okazuje się,
    że nie tylko ja tak mam. Pomruk narasta w ludziach, po których nigdy bym się
    czegoś takiego nie spodziewał. Czym bardziej dociskają nam śrubę tym bardziej
    wściekłość narasta. Jeśli nastąpi wybuch, będzie to coś niesamowitego, bo po
    raz pierwszy w historii ludzie nie ruszą do walki z powodu ideologii czy
    warunków bytowania, ale dlatego, że odebrano im ich miejsce w rzeczywistości,
    bo wydziedziczono ich z człowieczeństwa.  

    Żartowałem z tym aresztowaniem.
    Podpalcie go…

    (Firefly)

    *


    • RSS