kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 5.2011

    Była dzieckiem wychowywanym
    przez wilki, dopóki wszystkich
    nie zabiła i nie pożarła…

    (Chyba Kości)

    Piiięęękna pogoda. Błękit, złoto i żar z nieba. A mi się
    oczy kleją. Zrobiłem sobie kawę z pięciu łyżeczek i po chwili namysłu dosypałem
    do niej przeterminowanego Power Horsa. Co prawda oczy mogę już trzymać otwarte,
    ale za to żołądek zareagował na ten roztwór niezwykle entuzjastycznie i teraz
    tańczy Lambadę Świętego Wita.
    Szlifowałem sobie wczoraj akurat stwardnienia na piętach pilnikiem do metalu,
    gdy w oknie mojej łazienki, przejawiając niezdrowe podniecenie i ogólną,
    nieuzasadnioną radość objawili się Seba i Borys. Spytałem ich uprzejmie, czy
    jak kiedyś trafią na moment, że będę sobie zażarcie pucował druciakiem et cetera,
    to też tak będą stać mi w oknie uśmiechając się jak idioci, czy może jak
    ludzie, do których miana z pewnym wysiłkiem można by ich zaliczyć, zapukają.
    Okazało się, że krypa Seby ostatecznie utknęła gdzieś w Hiszpanii i wrócił stamtąd
    samolotem. Oczywiście jak wszyscy pozostali, którzy usłyszeli tę nowinę,
    zapytałem: Czy jadł jakieś ogórki?
    W każdym razie zapytali, czy mam ochotę iść i pić, odparłem, że mam ochotę iść.
    Zostałem wyzwany od zdrajców, zaprzańców i wyborców piSSu i zakwalifikowany
    jako spróchniały starzec, ale ostatecznie moja asysta została zaakceptowana, z
    tym, że główny argument brzmiał: Będzie więcej dla nas. Ogólnie dobrze wyszło,
    obżarłem się kabanosów no i miał kto pomóc Sebie zanieść B wprost w ramiona
    stęsknionej żony, z tym, że to Seba miał problemy z biegiem i ogólnym
    ustaleniem kierunku, więc to on zaliczył wszystkie ciosy chochlą.
    Teraz jednak trochę żałuję, przydało by mi się jakieś lekkie znieczulenie, bo
    rzeczywistość ogólnie mnie gniecie, nawet komp od 10 minut całuni mi „The End”
    Doorsów.
    Posiedziałbym przy ogniu z jakimś ekstremalnie słodkim winem i patrzyłbym jak
    odblaski ognia układają się na twarzach dziewczyn.

    Sami tworzymy światy, w których żyjemy.

    *

    W dzieciństwie musieli
    przywiązywać jej do szyi
    kotlet, żeby bawił się z nią pies

    (Maverick)

    Nisko stojące słońce wypełnia sobą
    wieczorami ulice. Nasz Il Duce przypieprzył nam w tym tygodniu taką robotę, że
    dopiero dziś wróciłem do świata żywych, a cały wczorajszy dzień przetrwałem na
    Ibupromie.
    W mieście znowu demonstrowały związkowe kurwy. Zdaje się, że przyłączył się do
    nich nawet Marzan by kąsać rękę, która go karmi, ubiera i funduje zniżki na
    bilety.
    Nienawidzę taj bandy pozbawionych etosu, nieudacznych komuchów, którzy, zamiast
    pracować i starać się, wyciągają wciąż tylko żebraczo rękę po czyjeś. Nie
    zgadzam się by ta oślizgła hołota była utrzymywana z moich podatków, co to za
    pojebany kraj, w którym państwo finansuje związki zawodowe? Kto normalny
    finansuje swojego najgorszego wroga? Prawdziwy człowiek sam wykuwa swój los i
    sam ponosi konsekwencje swoich czynów, bierze je na klatę, a nie skamle i chce
    czegoś Od Rządu. Rząd nie jest od dawania, tylko od administracji. Przecież
    rząd nie ma nic własnego, ma nasze, i jeśli coś daje to my na tym tracimy.
    Kurwa, za każdym razem gdy słyszę o tych skurwysynach mam ochotę ustawić
    moździerz 125 mm
    na jakimś dachu i przyjebać w tę ich demonstrację kilka pocisków odłamkowych.
    Od razu mieliby jakiś prawdziwy problem.
    Mieliśmy nawet kiedyś w Brzeźnie taki mały projekt związany z pięcioma
    kombajnami marki Bizon obwieszonymi megafonami, z których tętniłaby Szarża
    Walkirii. Dwa przejazdy tam i z powrotem i zdradzieckie ścierwo spłynęłoby do
    kanałów w postaci papki.
    Z aktualności: Stasiu Zwany Czesiem miał krótkie spięcie z naszym Wodzem, który
    nich żyje. Teraz zgrzyta zębami i odgraża się, że złoży wymówienie, zrobi
    odpowiednie kursy i zostanie BHPowcem, by prześladować naszego ukochanego
    Hegemona do końca jego dni.
    Wczoraj wieczorem wpadły do mnie zmęczone przedślubnymi zakupami Szponiasta z
    siostrą, przez trójmiejskie środowisko znaną jako Szybkos Kopytos. Przyniosły
    karton czipsów i czekolad (Nasz Lidl idzie do remontu i była wyprzedaż – 30%,
    więc nie było chyba w okolicy żywego człowieka, który choćby na chwilę nie
    wskoczył w oko cyklonu) i piwo. Zrobiliśmy sobie krótki spacer w okolice Końca
    Świata, gdzie Kopytos pokazała mi swój stanik i pozowała do zdjęć, a następnie
    wylądowaliśmy u mnie, gdzie w spokoju absorbowaliśmy Dary Boże, podziwiając
    chropowatą nonszalancje i trafne komentarze Jamesa Bonda.
    Aaaa i najważniejsze, najdonioślejsze i wstrząsające posadami rzeczywistości
    wydarzenie. W środę nawiedziliśmy herbaciarnię, gdzie siedzieliśmy przyjmując
    przy stole migrujących znajomych. Herbaciarka za kilka godzin miała ruszyć do
    Czech była więc w szampańskim lekko przekornym nastroju i przeplatając czeskie
    słówka z radosną nieustępliwością namówiła Lady Pazurek do konsumpcji
    pierwszego w jej życiu piwa. I przygasły gwiazdy, i bogowie zachłysnęli się w
    zaskoczeniu, i na moment zatrzymała się ziemia w swym odwiecznym ruchu, gdy
    pełne wargi Szpona Szponów dotknęły powierzchni boskiej cieczy, by naruszyć
    napięcie powierzchniowe absolutu… Co prawda było żurawinowe, ale to mały krok
    człowieka…

    Och, to najbardziej romantyczna
    rzecz jakiej nie zrozumiałam.

    (Big Bang Theory)

    *

    Wszystkie religie świata
    wymyślił diabeł by skryć
    Boga przed człowiekiem

    (skądś)

    W sumie nie odczuwam dziś potrzeby
    żeby pisać. Piszę żeby powkurwiać diabła – południka, który spoczywa mi na
    ramieniu, wywija kolczastym penisem czy innym chwostem i czułym głosem cedzi:
    Nnnie chceee ciii się…
    W niedziele połamało mi plecy i chodzę cokolwiek sztywny i pochylony z lekka w
    prawo. To zadziwiające jakie przy zwykłych czynnościach domowych można wykonać
    akrobacje, tylko po to by nie używać niektórych partii mięśni, czy uniknąć
    zginania się w pasie. Babka nasmarowała mnie jakimś różowym, świecącym z lekka,
    promieniotwórczym paskudztwem, które pali żywym ogniem. Twierdziła, że to
    bardzo zdrowe, rozprowadzając równocześnie paćkę grubą, gumową rękawicą. Na
    pierwszą noc wziąłem też od niej Vicodin. Dziam, dziam, dziam… Tego, świat po
    Vicodinie jest naprawdę piękny. Prowadzę tryb życia, którego środkiem ubocznym
    jest to, że ciągle coś mnie boli, gdybym się kiedyś obudził i nic by mnie nie
    bolało byłbym z pewnością bardzo zakłopotany. Po wielkim V nie bolało mnie nic.
    Myśli stały się ciepłe i sympatyczne, a burza, która w nocy rozświetliła niebo
    na biało dostarczyła mi wiele radości i przeniezwykłych wrażeń. Przyznam, że
    zastanawiałem się nad kontynuowaniem kuracji, w nadziei, że zacznie mi się
    ukazywać Amber w niezobowiązująco rozpiętym lekarskim fartuchu, pod którym będą
    się pysznić Sekrety Victorii, ale Szponiasta zdusiła ten projekt w zarodku
    stanowczo twierdząc, że tematem moich widziadeł może być ona i tylko ona.    
    Czytam znowu Eddingsa. Tom za tomem. Zawsze to robię gdy życie staje się
    nieznośne. Gdybym miał wybrać sobie jakiś świat z całego multiversum, to byłby
    to zapewne, któryś ze światów Eddingsa.
    I tyle, jeśli uda mi się sprzedać monetę to pójdę dziś zresztą towarzystwa na
    „Priesta”, jeśli mi się nie uda też pójdę, tyle, że ktoś z towarzystwa będzie
    zdecydowanie nieszczęśliwy.

    Sztuka – bomba zegarowa z pozytywką

    (Lec)

    *

    Nasze dzieła są ważniejsze
    niż my sami

    Nikt tak nie całuje jak śmierć. Jeden jej dotyk jedno
    muśnięcie, chwila jej bliskości jest nieporównywalna z czymkolwiek. Po to
    ludzie wspinają się na skały, jeżdżą jak wariaci czy idą na wojnę. By poczuć
    jak Mroczna Lady ociera się lubieżnie udem o udo, by usłyszeć jej namiętny
    szept w uchu. Ci, którzy dotknęli śmierci zawsze już będą tęsknić.
    Wczoraj w nocy dzwonili do mnie, że nasz stary znajomek, nazwijmy go Mountgomery
    roztrzaskał się o skały gdzieś w dalekiej Rosji. Nikt się nie zmartwił,
    zebraliśmy się tylko na godzinkę na omszałych skorupach bunkrów. Zapaliliśmy i
    zgasiliśmy świeczkę i strzeliliśmy po setce aby miał dobrą drogę. Nikt się nie
    przejął, bo Mounty odnalazł w końcu swoją kochankę, za którą podążał z
    maniackim uporem po całym świecie, której szeptu nasłuchiwał w ciemnych
    zaułkach, podejrzanych spelunkach. W końcu odnalazł ją pod otwartym niebem
    wśród gwizdu umykającego powietrza. Tomcio i Rebeka, którzy byli w jego ekipie
    mówią, że spadając nie wydał z siebie głosu. Odstawiliśmy setki dnem do góry na
    stuletni beton, wykreślając w myślach kolejne nazwisko z listy obecnych. My
    potwory odchodzimy w zapomnienie po kolei i nikt w zgiełku nowych epok za nami
    nie zatęskni, nawet my sami. Mounty dotarł do domu, zrealizował się i spełnił
    do końca.
    Ja tymczasem zdobyłem hełmofon. Zawsze chciałem mieć hełmofon, teraz mogę
    siedzieć z aluminiowym zasobnikiem szczęścia w dłoni, na jakimś rozgrzanym
    pancerzu i śpiewać: Myszerej pancerni… Szponiasta mówi, że teraz jeszcze
    powinienem dokupić sobie czołg. Zobaczymy, może zażyczę sobie w prezencie
    ślubnym. Okrojony T-34 zdarza się nawet za 3000, a znając moich
    znajomych wszystko jest możliwe. Kto wie czym odjedziemy spod kościoła,
    limuzyny są takie trywialne.
    A poza tym ogoliłem się ostatnio szamponem, rewelacja.  

    - Świat staje się coraz mniejszy.
    - Świat jest taki sam jak był, tylko
    coraz w nim mniej

    (Piraci Z Karaibów)

    *

    Stirlitz z troską patrzył w ślad za
    swoim łącznikiem, przedzierającym
    się na nartach przez granicę.
    - Czeka go piekielnie trudne zadanie-
    pomyślał…Lipiec 1944 dobiegł końca

    (Angora)

    Nasz Il Duce, który niech żyje, i u którego nasze pensje
    występują codziennie jutro, zamierza nabyć sobie jedynie znanym sposobem
    kosiarkę bez zbiornika. Czyli taką, która sieka wszystko na drobny pył, który
    staje się następnie nawozem. Wyobraziliśmy sobie jak by to było w ferworze
    walki najechać czymś takim, zupełnym przypadkiem oczywiście, na jazgotliwego
    pieska lokatorki. Wszelkie ślady zostałyby rozpylone po okolicy, zostałyby
    tylko, nadal stojące, cztery małe łapki, z których jedna po chwili by się
    przewróciła… To mi przypomina jak kiedyś Krzywy Zenek kosił trawnik swojej
    babci. Trawnik… jeśli można nazwać tak busz do pasa i dwumetrowe osty, padał
    z głuchym łomotem niczym las deszczowy. Odbywało się to bez wyraźnego porządku
    ponieważ KZ kosząc równocześnie uciekał przed babką, która truptała za nim i
    skrzekliwym głosikiem objawiała swoją osobistą teorię koszenia, oraz oczywisty
    debilizm stosowania wszelkich innych metod. Trudno się więc dziwić, że Zen był
    nieco zdekoncentrowany, prowadząc przez dżunglę charczącego, rzygającego spalinami
    trzydziesto dwu kilowego potwora, mając równocześnie przed oczami wizję babki
    spazmatycznie wciąganej pod niego wirującymi ostrzami. Babka mówiła właśnie coś
    szczególnie odkrywczego i miała japę otwartą na całą szerokość, gdy z kosiarki
    dobył się dziwny mlaszczący dźwięk i cała okolica, łącznie ze świętymi,
    babcinymi pelargoniami i smoliwąsami, a także babką i jej obnażonymi migdałkami
    zostało spryskane ciepła posoka i różnymi, miękkimi fragmentami. Jak się
    okazało w chaszczach spał jeż, na którym najwyraźniej podwójny hałas nie zrobił
    wrażenia do samego końca. Zaznaczyć należy, że jedynym nie spryskanym obiektem
    w okolicy był sam Zenek, czego babka mu nigdy nie wybaczyła i teraz jest Żydem,
    Masonem i Czyta Wyborczą. Bardzo smutna historia. 
    Ja tymczasem toczę nierówny pojedynek z Matką Przyrodą. Ja pielę chwasty z
    kwietników w dzień, ona je zarasta od nowa w nocy. Myślę, że może mieć z tym
    coś wspólnego super, mega, wykurwisty nawóz, który w wielkim stężeniu nakazał
    mi mój pracodawca rozsypać na samym początku. Osobiście sądziłem, że najpierw
    rązsądnie będzie wypielić a potem nawozić, ale co je tam wiem. Teraz muszę
    dokładnie szczotkować ręce, żeby mi się trawa nie puściła spod paznokci.

    Są dwie rzeczy, na które
    można patrzeć bez końca:
    Zachód słońca i parkująca
    kobieta.

    *

    Ja – Kochanie, ty byś mnie nie

    rzuciła krakenowi na pożarcie…
    Moje słodkie kochanie – Nie, hydrze.
    Fajnie będę podwójnie pracował w tym tygodniu a potem jeszcze w weekend wyląduję na jakimś ostatecznym krańcu wszystkiego i będę za pieniądze tworzył krajobraz. Wiatr niesie przez powietrze różne paskudztwa. Noc muzeów przeleżałem z bólem głowy. W nocy ozwał się Marzan, gdyby zadzwonił dzień wcześniej może bym się zwlókł z barłogu, a tak spałem snem sprawiedliwego i śniłem o Aube ubranej w kreację wieczorową z wiszących butelek coca coli. W środku przelewały się resztki napoju a ja zbudziłem się i chciało mi się strasznie pić. Napiłem się, zlazłem na dół, otworzyłem drzwi i stanąłem na golasa w obliczu nocy. Przez moment patrzyła na mnie parka zszokowanych jeży, po czym potuptała, parskając z dezaprobatą w mrok. Pooddychałem ciemnością i zawinąłem się z powrotem w mieszkanie nim któraś z sąsiadek sięgnęła po noktowizor.
    Szponiastej sypnął się komp, siedziała więc dziś na moim i straszyła babkę przybyłą w celu plądrowania szafek. Obejrzeliśmy ostatnią część piratów. Ona pojechała do domu, ja poszedłem na plażę w poszukiwaniu krakenów, ale znalazłem tylko Kapsułę i Ryćka. Choć należy przyznać, że w rękach dzierżyli szkło, a w oczach mieli coś z krwiożerczych piratów, zapewne na wypadek, gdybym ulotną treścią chciał się z nimi podzielić.
    Zachowałem się jak rasowy kot i udałem, że wcale nie o to mi chodziło.
    Żadna sprawa nie jest beznadziejna
    póki walczy o nią choć jeden głupiec
    (Piraci z Karaibów)

    *

    - Zobacz kochanie: Nasutnik Lennonki.
    - Nie głaszcz go.

    (My)

    Piątek, poranek. Deszcz. Padało całą noc. W końcu to chyba
    pierwszy prawdziwy deszcz w tym roku. W pracy nie poszaleję, a takie miałem
    wspaniałe plany ekspansji i podboju.
    Ostatnio wreszcie zrobiło się ciepło, po polarnej majówce miałem wrażenie, że
    resztę roku spędzę w kurtce albo zaszyty w worek od kartofli. Stałem ostatnio w
    samej koszulce nieopodal Końca Świata pozwalając by wieczór delikatnie opływał
    mi skórę i patrząc jak do portu wpływa coś przedziwnego. Wyglądało jak
    skrzyżowanie ogromnej wanny z małym miastem, gdyby to był człowiek to holowniki
    sięgały by mu mniej więcej do kolan. Miasta skrzyły się nad zatoką, dosłownie
    światła migotały sprawiając, że cały obraz zdawał się nierealnie bajkowy.
    Ostatnio do Miasta zaczęły przypływać największe statki świata. Kontenerowce
    większe od lotniskowców. Teraz przy DTC stoi sobie długa jak dwa statki Maersk
    Elba, największa maszyna jaka kiedykolwiek wpłynęła na Bałtyk – 366 metrów długości, a
    niedługo przypłynie Eleonora, która ma prawie 400 – dwa Pałace Kultury leżące
    jeden z drugim, no, może bez iglic. W ruchu wyglądają jakby oderwał się kawałek
    lądu.
    Poza tym wykąpałem z babką psa, bo bydle wytarzało się w jakiś psich perfumach
    (Kupa albo coś zdechłego) a ma zwyczaj spać z babką w łóżku pod kołdrą. Po tym
    traumatycznym dla wszystkich stron zdarzeniu wszyscy zaszyli się po kątach, by
    się wysuszyć i leczyć rany.
    Byliśmy też ostatnio na „Thorze”, jeśli chodzi o film, cóż najlepiej
    zapamiętałem rozwiązania architektoniczne, treść już zacząłem zapominać.
    W pracy mam dostęp do gazet różnych opcji i z zapartym tchem obserwuję zimną
    wojnę Jastruna z „Złorzeczę Rze”. Ostatnio przywlokłem stamtąd klosz do lampy,
    gdy moja Pociecha go ujrzała, stwierdziła, że z pewnością docenią go wszystkie
    muchy. Będą ostatkiem sił docierać do jego wnętrza by umrzeć, i już wkrótce
    będę miał pod sufitem ekwiwalent cmentarzyska słoni.
    I tak to się toczy, szarość i błękitność dnia. Nabyłem drogą kupna, wraz z
    wyborczą, wszystkie trzy części Piratów z C i mogę na reszcie śledzić z
    zapartym tchem losy mojego ulubionego bohatera tej opowieści – Kapitana
    Barbossy.

    - Indyjczyk pytał czy może dzwonić
    do mnie na komórkę.
    - Odpowiedz mu, że konsylium składające
    się z mnie i mnie powiedziało „Nie”.

    (My)

    *

    Jelit 11 owiec potrzeba do
    złożenia jednego naciągu
    rakiety tenisowej

    (CKM)

    No i byliśmy na grillu u Krzyśków, mieli podwójne urodziny
    dostali więc wino, mnóstwo wina. W sumie pewnie Krzysiu mógłby wypełnić nim
    wannę podczas jakiegoś skomplikowanego rytuału godowego. Zasiedliliśmy namiot w
    ogródku, w tle rafineria opiekała niebo jęzorami płomieni, a co czas jakiś
    wpadało któreś z rodziców Krzyśka, by sprawdzić czy namiot jeszcze stoi, a my
    nie tarzamy się w dopieszczonych rabatach, tudzież nie terroryzujemy karpia w
    oczku. Kiedyś w oczku mieli żółwia. Znaleźli go na przystanku. Póki nie odpłyną
    razem z deszczem do ciągnącego się nieopodal kanału wiódł szczęśliwe życie
    drapieżnika w oczku wodnym. Podobno nie uciekały wtedy żaby, Normalnie gdy się
    podchodzi to wszystkie skaczą do wody, a te tylko siedziały na brzegu i
    patrzyły…
    Awaria opowiadała jak gasiły z koleżanką pożar lasu psem… czy coś w tym
    duchu.
    Było ogólnie dość wesoło, Krzysiu opowiadał o pladze czapli w naszym zoo. Musieli
    zacząć karmić pingwiny w pomieszczeniach, bo gdy karmili je rybami na zewnątrz
    to czaple łapały pingwina, wynosiły za ogrodzenie a potem zabrawszy mu rybę
    zostawiały. Podobno siedzą na barierce wybiegu niczym sępy a nie da się ich
    pociągnąć z miotacza ognia bo są pod ścisłą ochroną. Straszny jest los
    pingwina, ale z drugiej strony wyobraźcie sobie: wracacie wieczorem zważeni
    przez olivskie lasy, a tu nagle przez drogę przechodzi, bujając się pingwin…
    Przecież to niehumanitarne. Zawału można dostać.
    A jeśli już o tym mowa, gdy wracaliśmy przez pogrążające się w mroku Stogi,
    oboje lekko już odpływający, nagle parę metrów od nas, spomiędzy bloków
    wychynął wielki, owłosiony kształt. Sunął dostojnie w plamach ulicznych
    latarni, przeciął chodnik, dość ruchliwą ulicę i zniknął pomiędzy domkami. Może
    nie był to pingwin, ale dzik miał na oko z 250 kilo. Najlepsza była mina
    Pazurzastej, która przyglądała mu się z niezdrową fascynacją po czym lekko
    bełkocząc zapytała: To było naprawdę?

    Ryzyko śmierci wskutek uderzenia
    korkiem od szampana jest większe
    niż z powodu ukąszenia jadowitego
    pająka

    (CKM)

    *

    W każdym strachu na wróble
    tkwią ambicje grozy.

    (Lec)

    Świat mnie dzisiaj parzy. Zmienia
    się pogoda, ciśnienia tańczą w szalonym locie godowym warstw powietrza. Mam
    światło i dźwiękowstręt. Obraziłem się na grę i mam ochotę coś przepiłować.
    Do tego zimny wiatr na zewnątrz zdziera twarz jak stary pergamin. I nikt nie
    jest w stanie powiedzieć co właściwie spod niego wychynie: anielski atłas czy
    łuska. Czy jeśli Bóg i życie po życiu istnieje, to czy nie zostanę ze Szponiastą
    rozdzielony na zawsze. Będę patrzył przez małe okienko bydlęcego wagonu jak jej
    mała świetlista postać wsiada do windy do nieba. Czy powinno to wpłynąć w
    jakikolwiek sposób na czas teraźniejszy?
    Wczoraj idąc do WhiteTown zszedłem z chodnika i w zamyśleniu zacząłem wędrować
    ulicą wzdłuż torów. Przede mną z chodnika wypadła jakaś kobita i wręczyła mi
    ulotkę ze słowami: Przede mną pan nie ucieknie. Okazało się, że jest kandydatką
    do rady dzielnicy. Rozmowę zakończyła mówiąc: Ja pana znam z Gratki Pułkowniku
    Kiszczak… i zniknęła poza horyzontem zdarzeń.
    Holender, ona mnie zna, może nawet wie gdzie mieszkam, i gdy na nią nie
    zagłosuję, to będzie mi przybijać martwe tchórzofretki do drzwi! 
    Film o Chriście był zrobiony z amatorską pasją, najciekawsze były momenty gdy o
    sobie opowiadał sam autor, albo gdy pokazali jego miejsce pracy. Były też kadry
    z przymiarek do filmu o Kajku i Kokoszu. Ciekawie było też towarzysko, była
    pucułowata wnuczka Christy, sporo luda z rady miasta i jakiś samotny poseł. Do
    tego prezydent Karnowski pokazał zeszyt z komiksami wycinanymi niegdyś z
    Wieczoru Wybrzeża. Trochę poetów i innej artystycznej pianki. Ogólnie rzecz
    ujmując byliśmy tam jednymi z młodszych widzów. Arturo za to dał swego chudego
    ciała i nie pojawił się w ogóle.
    Teraz za to mam ochotę palić i masakrować, i dobrze się składa, że jedziemy na
    grilla do Krzyśków. Jak dobrze pójdzie wkrótce Miasto ocieni grzyb atomowy
    wznoszący się znad Stogów.

    Na czym polega wymiana opinii?
    Gdy idziesz do szefa ze swoją
    opinią a wychodzisz z jego

    *

    Ten mą rękę dostanie, kto
    granat połknie i na ognisku
    stanie

    (Potem)

    Wpada do mnie Piguła, spogląda przekrwionym od spawarki
    okiem i pyta: Chcesz Grzyby? Popatrzyłem na niego przez chwilę nieruchomym
    wzrokiem, zastanawiając się: idiota to czy prowokator? W końcu jednak
    postanowiłem dookreślić sytuację i pytam? Jakie? A ten wyciąga słoik podgrzybka
    w occie.
    Wpadłem też na piwniczną inaugurację, reaktywowanego po latach AA – Klubu
    Alkoholika (Pierwsze A jest dla zmyłki ). Jednak impreza po wstępnej fazie
    stęsknionych uścisków i serdecznych obłapień przerywanych gromkimi okrzykami
    szybko wkroczyła w fazę, w której przydały się łatwo zmywalne podłogi.
    Upchnąłem więc po kieszeniach flaszki z winem agrestowo – porzeczkowym i wycofałem
    się na z góry upatrzone pozycje, by z Boro, Dżesiką i Parokrotnym w spokoju
    kontemplować ich zawartość na plaży, gdzie niebo jest wysoko a horyzont daleko.
    A wszelkie ślady pokryje czas.
    I cóż jeszcze. Idziemy dziś ze Szponiastą do Dworku Sierakowskich na film o
    Januszu Chriście. Pamiętam jak kiedyś robiłem z nim wywiad, był już wtedy
    staruszkiem i raczej niczego już nie rysował. Mimo to pokazałem mu pomysły do
    komiksu o mnie i Marzanie, kto nas widział ten wie, że do Kajka i Kokosza wiele
    nam nie brakowało. Podobno WhiteTown zamierza postawić koło Grodziska Osadę
    Kajka i Kokosza, coś w rodzaju francuskiego Parku Asteriksa, tylko lepszego bo
    pozbawionego podejrzanych dopalaczy, co to ponoć zwiększają siłę. Czysta siła
    słowiańszczyzny, jeszcze sprzed watykańskiej okupacji. 
    Potem będziemy wędrować w świetle przybierającego księżyca lasem, pełnym
    starych bunkrów i zmurszałych szkieletów. Może trafi się jakiś wilkołak i na
    weekend będzie pieczeń… No dobra, potem by się pewnie okazało, że znowu
    zniknęła jakaś wracająca z dyskoteki blondynka. Po poprzedniej wciąż jeszcze
    brzęczą mi tipsy w żołądku.    

    Niemcy opracowywują swoją
    wersję Gadu – Gadu, będzie się
    nazywać Sprechen – Sprechen
    w skrócie…

    (Skądś)

    *


    • RSS