kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 6.2011

    - Argh! Nie bądź zła…
    - Nie jestem zła, jestem
    przekonująca.

    (My)

    Gdy o świcie, który nastąpił po tej najkrótszej z nocy,
    dotarłem do Brzeźna, poszedłem na plażę, żeby popatrzeć na ostatnie
    świętojańskie ognie. Ponad piaskiem i nieruchomymi, kobaltowymi wodami zatoki snuły
    się dymy z popielisk. Gdzieś daleko od Glattkau błyskało jeszcze parę iskierek.
    Podobne mi, szare cienie wędrowały wolno żyłami ścieżek wewnątrz wiecznie
    bijącego Serca miasta. Godzinę wcześniej stałem wiele mil na południe od tego
    miejsca, patrząc ze wzgórz na żarzącą się metropolię, przez rozdarcia w
    chmurach lśnił welon nadchodzącej jutrzenki. Za mną w dudnieniu basów, w
    wielkim drewniano-kamiennym, rozwijającym się w systemie kolejnych narośli tworze
    zwanym Wróblówką dogorywało wesele Siostry zwanej także jako Szybkos Kopytos. To
    była gęsta noc, choć szczerze mówiąc po ostatnich tygodniach maratonu w pracach
    nieszczególnie miałem ochotę na cokolwiek. Siedziałem więc opancerzony szkłem i
    patrzyłem jak tańczą piękne dziewczyny i odpierając co czas jakiś skoordynowane
    ataki małoletnich kuzynek Oli, które postanowiły przetestować moją misiową
    reputację.
    Stasiu zdziwiony zapytał co się dzieje gdy z krzykiem rozpaczy gnałem do
    łazienki:
    - Co ci jest Kiszczeku?
    - Pocałowałem Szponiastą we włosy a one są całe w brokacie…
    Tak więc brokatowa klątwa znowu uderzyła.
    Gdy para młoda wysiadała z wozu pojawił się nad nimi bocian i zaczął krążyć,
    nim ucichły chichoty za lasu wychynęło za nim 7 bocianiątek…
    Ślub był niesamowity, prawdziwe spektakrum palotynów, państwa młodych oraz
    chóru Filharmonii Olsztyńskiej, w którym długowłosy młody żonkiś śpiewał.
    Ksiądz ciekawie żartował, młodzi czytali pismo, chór rozbrzmiewał w małym
    kościółku otwartym na zieloną przestrzeń parku. Pierwszy raz chyba nie nudziłem
    się śmiertelnie na ślubie.
    Parę dni wcześniej nim nastąpił ślub i nim jeszcze wykonywałem jeszcze
    dodatkową robotę za Dana, który gdzieś tam zwisa na skałkach, zobaczyłem z
    siedemnastego manewry na zatoce. Bojowe śmigłowce przemykały po niebie, mknęły
    w formacja krępe, zwinne okręty. Pomiędzy stojącymi na redzie kreśliła esy
    floresy ostronosa fregata. Pierwszy raz w życiu widziałem na żywo zanurzenie
    okrętu podwodnego. Przedtem jedynie zdarzało mi się ujrzeć sunące nisko nad wodą
    ciemne cienie łodzi podwodnych zmierzających ku jakimś odległym celom.

    - To niebezpieczni ludzie…
    - Niebezpieczni? To tak jakby
    naturalna katastrofa szukała
    miejsca żeby się wydarzyć.

    (Eddings)

    *

    Ja bym cię nie spuszczał
    z oka jak hiena wpatrująca
    się w ludzkie dziecko

    (Megamocny)

    Koval odezwał się po latach. Powrócił z trupio letnich
    ramion Green Pointu i rozgłosił, że czas najwyższy reaktywować Coroczny Plażowy
    Zlot Ludzi Złych. Do północy zastanawialiśmy się jak mu delikatnie przekazać
    liczby. Bo nas ludzi naprawdę ZŁYCH szczerze mówiąc nie zostało zbyt wielu, a
    źli jesteśmy też trochę jakby mniej. Taki Seba praktycznie się już nie
    kwalifikuje: Jedna próba zmielenia murzyniątek śrubą statku, dwa przypadki
    niedoleczonej rzeżączki i jedno spisanie przez policję za obnażanie się w
    miejscu publicznym nie czynią z niego ociekającego śluzem demona mroku i
    występku, choć z tym śluzem to może nie do końca… Zresztą ja też powoli
    odpływam, o Borysie lepiej nie wspominać – Tatuś, Mężuś, Pracownik Miesiąca,
    jego ojciec, zwany niegdyś Sekatorem, obraca się zapewne w grobie niczym
    wentylator. Kiedyś zbierała się nas tam czterdziestka, rozpalaliśmy ogniska na
    piasku (obecnie zakazane), żłopaliśmy (też zakazane), wrzeszczeliśmy,
    zaczepialiśmy przechodniów, wodując w zatoce tych bardziej elokwentnych, a na
    koniec, wskutek wszystkich powyżej wymienionych, urządzaliśmy sobie biegi
    przełajowe przez park z policją, z elementami akrobatyki i przypadkami krwawej
    przemocy. Parę dni później poobcierani i posiniaczeni paliliśmy przy
    nieśmiertelnym Cherry nasze wezwania na kolegium, tudzież do sądu, ustalając
    Króla Grzywny i obnosząc go na ramionach wokół ognia.
    Demyt co my mu mamy powiedzieć, że nasze zło należy odczytywać jak biblię
    metaforycznie? Przecież tylko idiota łyknie taki kit, i to w obydwu
    przypadkach.
    A tak poza tym straciłem już 3,5 kilo (cholera czuję się trochę jak Bridget
    Jones). We wtorek w czasie leżenia powinny zacząć wynurzać mi się żebra.
    Istnieje możliwość, że na ślubie nawet dopnę koszulę. Zastanawiam się czy tego
    nie kontynuować, żeby powkurzać ojca, który niedługo powróci z Vaderlandu.
    Lubię jak Stary Lodowiec musi włożyć trochę wysiłku w wynajdowaniu moich osobistych
    wad.

    - Kochanie chodźmy się poseksić
    - Dobrze, po ślubie
    - Ok, zawlokę materac przed ołtarz…
    - Po weselu

    (My)

    *

    Chiński ideogram oznaczający
    „kłopot”
    powstał z przedstawienia dwóch kobiet
    pod jednym dachem.

    Właśnie pobiegłem z krzykiem do
    telewizora, by go wyłączyć nim nieubłaganie nadciągnie „Pokojówka na
    Manhattanie” i wypali moją psyche po ostatnie dogorywające węgliki id. Nie
    zrozumcie mnie źle, wielbię J Lo, ale są na tym świecie potworności, których
    nie osłodzą nawet jej jędrne pośladki. Ostatnio zasuwam na niemal trzy etaty,
    jak sobie to policzycie to wyjdzie wam, że brakuje mi trochę czasu na sen,
    podpowiem wam to to „niemal”. Do tego odchudzam się przed ślubem siory
    Pazurkowatej, by nie wyglądać jak obwiązany siatką zjawiskowy baleron. Muszę w
    tydzień zrzucić z 9 – 11 kilo, co jest osiągalne, natomiast wiąże się z głodem,
    a głód wpływa na mnie mniej więcej jak soczysta pełnia księżyca na młodego
    wilkołaka. Łaknę krwi!… i ziemniaków, i kiełbasy polskiej, i salami, i
    bułeczek, i jajecznicy… do diaska jestem tak głodny, że mógłbym zjeść nawet
    jakieś warzywo. W formie czipsów na przykład…
    Nie mam więc ostatnio ochoty pisać. Szczerze mówiąc nie chce mi się żyć. Leżę
    sobie spokojnie na dnie dołka patrząc na przesuwające się po błękitnym niebie
    obłoki. Przyjmuję wszystko bez specjalnych emocji, jedyne czego wciąż naprawdę
    pragnę to sen, i śpię w każdej dostępnej chwili i miejscu.
    Aube zdaje się pojawiła się w Mieście i nie zgłosiła się żeby dostać buzi.
    Jestem niepocieszony i zdruzgotany, chyba pójdę się zaraz dźgnąć hiszpańskim
    ogórkiem, tudzież ponacierać niemieckimi kiełkami, skutkiem czego nie będę
    musiał iść na ślub i brać udziału w obciachowych zabawach o północy, których
    głównym celem jest łapanie obcych osób za różne deprymujące miejsca, bo akurat
    będę siedział na klopie krwawiąc z oczu.
    Najgorsze jest to, że Szponiasta będzie świadkować, będę więc sam tam siedział
    w tym kościele przeglądając się w lakierkach i pilnując momentów kiedy inni
    klękają. Prawdopodobnie za rok i tydzień sam będę, w obliczu Stwórcy i
    przedstawiciela Sił Okupacyjnych Watykanu, wciskał obrączkę na palec
    wyrywającej się oblubienicy, muszę więc zadaje się stać częścią tej egzotyki.
    Mam nadzieję, że stwórca wybaczy mi te kolaborację. Jedyne co mnie pociesza to
    końcowa scena z „Constantine” – Sacrifice!

    Wizyta Obamy przebiegłaby bez
    przeszkód, gdyby nie to, że w
    pewnym momencie prezydent
    chwycił Jarosława Kaczyńskiego
    i kazał się doprowadzić do garnka
    ze złotem na końcu tęczy…

    (Jakieś złe radio)

    (wiem, że to stare, ale po prostu musiałem to zrobić)

    *

    Idę sobie plażą, uśmiecham się
    w zamyśleniu, a tu wychodzi
    z wody jakiś przystojniak. Patrzę
    Fajne włosy, fajna głowa i broda.
    Jakie ramiona, o jaka klata, ooo
    plaża nudystów…

    (Kudłata)

    Szponiasta wraca do domu, a tu cicho, pusto, nikogo nie
    ma… tylko na środku jej pokoju stoi profesjonalny stół operacyjny a wokół
    walają się narzędzia… Tia, a to tylko jej siostra kastrowała czyjegoś kota.
    Do rozświetlonej pośród nocy pakamery wdarły mi się rozwścieczone ćmy. Z pięć
    czy sześć sztuk, latały wokół i obijały się z trzepotem o ściany. Kładąc się
    spać czułem się jak w czaszce wariata. Do tego jeszcze to niemiłe
    przeświadczenie, że jak zasnę to któraś usiądzie mi na ustach, co z nieznanych
    przyczyn wywołuje u mnie delikatną histerię.
    Ostatnio pełzłem na 3żagle na piątą, żeby podlewać, bo jak się okazało (po raz
    kolejny) koszenie trawy przy 35 stopniach powoduje u niej nagłą zmianę koloru i
    stanu skupienia, gdy odlatuje z wiatrem w głąb lądu. Szef zakupił mi
    profesjonalny sprzęt, któremu w sumie brakuje tylko dopalaczy i stateczników,
    oraz znacznie mniej profesjonalne, długaśne węże, które dostawały tu i ówdzie
    takich zabawnych burchli, które po jakimś czasie, krótszym niż dłuższym, pękały
    siekając mieszkańców skoncentrowanymi wiązkami wody. Ale co tam, póki taśmy,
    póty nadziei. Teraz na szczęście znów odnalazła nas Antarktyda, ale jeszcze
    parę dni temu mieliśmy tu mały fenomen: Burze zwalające na Brzeźno hektolitry
    wody, ale tylko do granicy dzielnic, tak że i tak musiałem wstać przed świtem
    przebrodzić te półtorej kilometra przez grząską klęskę żywiołową i podlewać
    suchą jak pieprz Zaspę.
    Znów kąpaliśmy z babką psa, który znalazł sobie kolejną przyjazną kupę, w
    której się mógł wytarzać, konstruuję sobie właśnie taki specjalny wysięgnik i
    wyrzutnię balonów z wodą. Następnym razem przywiąże się bestię z drugiej strony
    ogródka i… gotowe! Bulgocząca, mokra dziura w trawniku, no może jeszcze ogon.

    Na Mariackiej jakiś koleś pozował do zdjęcia, które robił mu jakiś dwulatek
    siedzący w wózku. Aparat był dla niego trochę za ciężki i tak zabawnie mu się
    bujał, gdy próbował wycelować.
    Kończę, muszę przygotować 12 świec, obiad i się oświadczyć. Najlepszy numer, że
    informacja o tym będzie kryć się w pendrajwie, leżącym w torebce Szponiastej,
    podczas gdy ona sama będzie siedzieć pośród tych wszystkich świec, obrusów i
    papryczek z fetą, i zastanawiać się o co chodzi. Muahahaha!

    No dobra, kogo ja chcę oszukać, od razu się domyśli.
    Przecież to kobieta. My geniusze zła nie mamy lekko. 

    …losuj te karteczki z
    hełmofonu i niech moc
    czołgu będzie z tobą

    (Lady Pazurek)

    *

    Snuj marzenia jakbyś miał
    żyć wiecznie. Żyj jakbyś
    miał umrzeć jutro.

    (Dean)

    We wtorek miałem w pracy burzę
    piaskową. Wiało solidnie, a każdy powiew uzyskiwał w pokrętnych, betonowych
    meandrach Zaspy nową siłę i zawiłą finezję. Gdy wiatr dotarł do nas, podniósł
    ze zwodniczą powolnością ten cały pył budowlany zalegający okolice. Wyglądało
    to jak zdjęcia robione przez żołnierzy w Iraku. Zwarta, brunatna chmura
    zwalająca się w ulicę jak lawina i pochłaniająca kształty ludzi i przedmiotów.
    Wczoraj od rana usuwałem piach szuflą do śniegu.
    Dan szalał z kosiarą, do czasu gdy trafił o jedną wystającą z ziemi szynę za
    dużo. Ostrze wydało DŹWIĘK po czym jego połowa odleciała z gwizdem w nieznanym
    kierunku. Po sprawdzeniu czy nadal posiadamy obie ręce i nogi oraz, co
    ważniejsze, żywotne organy i rzuceniu okiem na parking, czy żaden z okolicznych
    samochodów nie prześwituje, spróbowaliśmy kosić jedynie połową noża, ale to już
    nie było to. Szczerze mówiąc przypominało próbę lotu kombajnem.
    Dzwoniła do mnie Rebeka, że zrobiła sobie tatuaż – różyczkę w okolicy warg, z
    tym, że zdaje się nie chodziło o usta. Spytała czy chcę zobaczyć. Po chwili
    namysłu odrzekłem, że może lepiej nie, bo po 6,5 roku celibatu mogłoby się to
    skończyć niespodziewaną ciążą i lekką dezaprobatą ze strony Pazurkowatej,
    okazanej w formie taboretu wbitego w lewe płuco tudzież innych zaostrzonych i
    rozgrzanych do czerwoności przedmiotów umiejscowionych w moim jelicie cienkim.
    A, i słyszeliście Agentka ma wino! Musimy z tym coś zrobić…

    Ja do M – A ciebie na naszym weselu
    posadzimy pomiędzy Lennonką a
    Agentką…
    M – Co ja ci zrobiłem?!!

    *


    • RSS