kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 7.2011

    Przebrałem się w obcisły dres adidasa
    zdobyty ongiś jako trofeum:
    - Och! Nie reagujesz na moje opięte wdzięki!
    - Udaję martwą…

    (My)

    Balbiniaste stworzenie uciekło wysyłając Bossowi o północy
    sms pożegnalny. Teraz gość chodzi i dziwi się światu: czemu, przecież taki
    budyneczek to najwyżej pół etatu, a przecież on płaci za cały… nie dociera do
    niego najwyraźniej, że te dwie klatki maja metraż czterech zwykłych bloków a na
    podłogach nie leży zasrane lastryko tylko jasne kafelki. Wokół jest full gładkich,
    błyszczących elementów do pieszczenia, a lokatorzy kręcą przez judasze filmiki
    telefonami, które następnie wysyłają do administracji z adnotacją: Myła płytki
    pod niewłaściwym kątem, tak, że mazy naruszają mój zmysł estetyki i poczucie
    symetrii.
    Jakoś nie zauważył, że ochroniarze zmieniają się tu jak magazynki do kałasza w
    Kopalni Wujek. Ja osobiście nie jestem jakiś specjalnie wywrotny jeśli chodzi o
    pracę, a moją nienaprawialną wadą jest głupota lojalności, ale i mnie zaczyna
    poważnie gnieść dysproporcja między wykonywaną pracą a zarobkami. Gdyby za
    każdym razem gdy dokłada mi kolejną robotę do grafiku dokładałby mi dychę do
    pensji to dostawałbym o jedną czwartą więcej kasy. Praca na kolejnych
    zastępstwach też jest dobijająca. Bywa, że pracuję za 3 osoby na raz, a według
    jego pokręconej logiki nie płaci za to, ponieważ wyrównuje się to, gdy ja idę
    na urlop. Jestem ciekaw, kiedy ja wezmę pięć tygodni urlopu.
    Zmieniają mi też kanciapę. Muszę udać się w głąb, ku jądru ziemi, gdzie nie ma
    wody, prądu, kibla czy też większego sensu, jest za to pełno ciężkich,
    trzaskających drzwi, które trzeba będzie pokonywać taszcząc maszyny, ponieważ
    moje stare miejsce ma zająć Zarząd, cokolwiek to znaczy. Zapewne Zarząd nie
    zdaje sobie sprawy, że w tym pomieszczeniu nie działają telefony. Dan radzi
    zostawić zbuka w wentylacji, ewentualnie rozmnożyć myszy.
    Ale to nic, będę miał własną, prywatną, długą kiszkę pod schodami. Nazwę ją
    Klubem Harrego Pottera i będę z niej rzucał zaklęcia Cruciatus na rodzaj ludzki
    powyżej.
    Tymczasem ktoś genialny wpadł na pomysł, żebyśmy ścieli wszystko co żółte z
    iglaków. Iglaków jest około 150 i wszystkie umierają. Niestety nie żółkną też
    gałązkami, a listkami i połówkami listków, czujemy się więc jak fryzjerzy cieniując
    i podcinając. Nie muszę też wspominać, że po naszym przejściu krzaki wydają się
    osobliwie mniejsze.
    I tyle impresji zawodowych. Jest tego więcej ale nie chce mi się już o tym
    myśleć. Dziś idziemy ze Szponiastą na podwójne urodziny jej ciotek,
    bliźniaczek. Po raz kolejny ucieknie mi Katabuk, który Marzan będzie czytał w
    Teatrze w oknie na Długiej. Na zewnątrz pięknie szerzy się lipcopad. Turyści wywożą
    mokre wspomnienia.

    - Plastikowy dżem?!
    - A co jedzą lalki Barbie?

    (My)

    *

    Żona pyta męża:
    - Powiedz kochanie, czy jestem twoim skarbem?
    - A co, chciałabyś żebym cię zakopał?

    (Prawie jak my)

    Uwielbiam moją mała ojczyznę, która jak znam życie jako
    pierwsza zetknie się z wielkim przypływem roku 2012, choć w sumie jak tak się
    zastanowić to w tym kraju mało co dzieje się normalnie. A więc zapewne dwukilometrowe
    fale nadejdą z południa, przelewając się przez Karpaty i eksterminując
    elektorat piSSu na Podkarpaciu. I dobrze tak robactwu, będę miał pewnie całe 45
    minut by ponapawać się, że zdechli szybciej niż ja. Dodatkowym bonusem, jest
    to, że po drodze byłaby jeszcze Warszawa. Relacja na żywo z zagłady Warszawy -
    czyż życie nie jest piękne?
    Ostatnio w naszej brzeźnieńskiej krainie cudów policja zaskoczyła przed
    wejściem do jednego z lokali, kolesia, który odpalając niewprawnie piłę
    łańcuchową odgrażał się, że wszystkich w lokalu pozabija. W sumie szkoda, że
    tam nie wszedł, pewnie wszyscy by się na niego obejrzeli i zanim zabraliby się
    za ćwiartowanie go tulipanami, gromko go obśmiali.
    Dan się śmiał, że od razu rzuciłby w typa krzesłem. No co, wpada do lokalu
    koleś z ryczącą piłą łańcuchową. Może drwal? Są tu jakies drzewa? Nie ma. No to
    go krzesłem, i co zasłoniłby się? Czym? Przecież ma zajęte ręce. Piłą? To go
    drugim… W sumie trudno się dziwić, że wszystkie imperia, jakie najechały nas
    w ciągu ostatniego tysiąclecia padły. Wolały zapewne samounicestwienie niż
    dalsze obcowanie z miejscowym ciężkim poczuciem humoru.
    Boss wysłał Balbinie dyscyplinarkę i przestał odbierać od niej telefony, teraz
    kobita dzwoni do mnie zaryczana i chce żebym za nią negocjował. Uczyniłem więc
    wysiłek, ale nie sądzę by coś z tego wyszło, tym bardziej, że po piętrach
    szaleje już nowe balbiniaste Maleństwo, na razie z przerażeniem w oczach, bo
    fakt faktem ta robota nie ma końca. I przerwie ją zapewne dopiero nadejście
    wielkich fal. Będzie pewnie jak w scenie ze świecą dymną w Waterworld: Wszyscy
    zatrzymamy, się westchniemy z ulgą stwierdzając: Dzięki Bogu.
    Byliśmy na ostatnim Potterze. Ujrzałem czterdziestoletniego Draco Malfoya,
    teraz mnie już nic nie zdziwi. Nawet plakat reklamujący film „Kowboje
    kontra obcy”, z Craigiem, Fordem i Trzynastką.

    Popatrz „Nieruchomości blisko morza”
    Gdy nadejdą wielkie fale wszystkie
    nieruchomości będą blisko morza.
    Bardzo blisko.

    *

    - …i nie męcz z bardzo Indyjczyka.
    - Nie ma go na sieci.
    - Wiem
    Jest u mnie
    W lodówce

    (My)

    Szef szuka nowych twarzy do naszego niekończącego się wilgotnego
    i pełnego chwały pracowniczego maratonu. Na rozmowę przybyło trzynaście Balbin,
    jedna co 15 minut. Widziałem jak krążyły nerwowym rojem nieopodal terrarium
    ochrony. Gdy ujrzały ostatecznie ciężar gatunkowy czekającego je zadania,
    zostały dwie, w tym jedna w końcu nie przyszła.
    W porcie zapanowało poruszenie dokerzy biegli alejkami przekomarzając się
    radośnie i dobrodusznie spychając się ze schodów, celnicy uśmiechali się serdecznie
    a szeroko, przemieszczając się razem z garniturem służb niższego i średniego
    szczebla w jednym, konkretnym kierunku. Zjawisko porwało też moją matkę z jej
    stratosferycznego szóstego piętra, na którym dzielnie pełniąc służbę dla kraju,
    często spoglądała na ćwiczących ponad Westerplatte chłopców z Gromu, którzy
    zwisając z płóz śmigłowców machali do niej, uśmiechając się szeroko pod
    czarnymi maskami… no dobrze, poniosło mnie. W każdym razie okazało się, że
    warszawscy Wietnamczycy ściągnęli sobie ze swej bagnistej ojczyzny całą
    świątynię. Upakowali ją w kontenery i wysłali. Nasi nie byliby sobą gdyby nie
    ruszyli gremialnie tego cudu obejrzeć. Po otwarciu klapy z wewnątrz wylała się
    tętentniąc masa tropikalnych pająków oraz buchnął nieziemski smród. Całe wnętrze
    spowite było gęstą pajęczyną, na rozłożonym ołtarzu spoczywała zwinięta w
    gazetę ośmiornica. Po kątach walały się wory z popsutą żywnością, a kto wie
    może i czyimś wujkiem podróżującym niepostrzeżenie do tej przewiewnej,
    nadwiślańskiej ziemi obiecanej. Zaiste było na co popatrzeć, ale niedługo,
    ponieważ większość okolicznej ludności zbiegła generalnie już przy pająkach.
    Mój starszy za to przetrwał w Uzbekistanie trzęsienie ziemi. Epicentrum było w
    sąsiednim Kirgistanie, do Taszkientu doszła mniej więcej szóstka. Na szczęście
    po wielkim trzęsieniu w 68 Uzbecy budują domy, które spokojnie wytrzymują
    siódemkę, więc mój starszy ocknął się na podskakującym i walącym o ściany
    łóżku, pośród jęku i delikatnego falowania ścian. Trwało to jakieś 30 sekund,
    potem ucichło, rozszczekały się psy. Starszy zastanawiał się czy aby nie wstać
    i nie wyjść z budynku, ale pomyślał o tych ośmiu piętrach betonu nad sobą i
    doszedłszy do wniosku, że i tak nie zdążyłby uciec, przełożył się na drugi bok
    i spał dalej.
    W sumie dzisiejsza notka miała być o Norwegii i o absolutnej sile
    zrealizowanych marzeń, które w stanie są rozsadzić świat i spopielić
    rzeczywistość, ale nie chce. Treści i skali tego czynu nie powinny opisywać
    żadne słowa. Powinno opisywać je absolutne milczenie.
    Przynajmniej złapali bombiarza z Krakowa. Podpalał i wysadzał bo był
    sfrustrowany i nie układało mu się w życiu. Jednej parze podłożył bombę rurową
    wypełnioną gwoździami, bo za często się uśmiechali. Gość w sumie z postury i
    kałduna a nawet wieku podobny do mnie. I na Boga przysięgam, że go świetnie
    rozumiem. Zanim zacząłem siorbać magnez w ilościach przemysłowych sam otarłem
    się kilka razy o nieprzemożoną chęć podpalania napalmem pislamistów tudzież
    zdetonowania Lennonki.
    Umarła też Amy Pijaczka dopełniając swej legendy i wpisując się krzywymi
    literami do nieśmiertelności.
    Dzisiejsza noc zastanie nas pewnie na plaży wznoszących szkło w kierunku
    Londynu i dalekich brzegów Norwegii. Żywi wypiją za martwych, wiatr poruszy
    ziarenka piasku.

    Śnili mi się ludzie rozmawiający przez
    Skypa w czasie końca świata. Rozmawiają
    i patrzą jak kolejna osoba milknie i jej
    status znika, wraz ze zniszczeniem
    nadchodzącym z drugiej półkuli. Obudziłem
    się rano myśląc o tym, który zostałby
    ostatni.

    *

    - Próbuję znaleźć w necie ten lakier,
    co mam na paznokciach, ale jakoś
    bezskutecznie
    - Uciekli,
    wiedzieli, że nadciągasz
    jak tsunami
    - Oj podoba mi się, a nie pamiętam,
    co to za firma była…
    - Umbrela

    (My)

    Pogoda jest paranoiczna. Idziesz do pracy: słoneczko, błękit,
    ciepełko. Wchodzisz do budynku, wychodzisz na teren a tu cyklon, przetaczające
    się zwały szarości, ulewa spłukująca samochody i tynk ze ścian. Koniec pracy a
    tu złote popołudnie i wszędzie wokół tętent wczasowiczów gnających na plażę. Aż
    człowiek ma ochotę oglądać się przez ramie czy jakieś chmury nie czają się za
    plecami.
    Poza tym jestem zmęczony. Przydałby mi się tydzień wolnego, w którym nic bym
    nie musiał. Zamurowałbym drzwi do babki i codziennie się wysypiał. Połaziłbym
    sobie po Mieście zaglądając w zakamary i strasząc przechodniów, zainfekowałbym czymś
    strasznym internetowe strony piSSu… a tak robota, robota, robota. Odkładanie
    kasy na ślub, walka z przydomowym systemem spryskiwaczy i babka 300 razy
    dziennie.
    Dan odzyskał swój wehikuł. Po przeglądzie ma chyba nawet hamulce. Wpadł wczoraj
    do mnie wraz ulewą i otrząsającymi się z obrzydzeniem z wilgoci kosiarkami i trochę
    pomógł sprzątać część Balbiny.
    Poza tym popłynęliśmy sobie ostatnio na Hel obejrzeć odnowioną baterię Schlezwig Holsztyn i nowe muzeum,
    które koło niej zrobili. To największa bateria nabrzeżna jaką kiedykolwiek
    zbudowano, jak byliśmy tam ostatnio była dzika i zarośnięta. Połaziliśmy po
    pociętych okopami lasach przekraczając wynurzające się niespodziewanie z ziemi
    sploty drutów kolczastych lub rozstrzelone, metalowe rozgwiazdy starych
    pocisków. Odwiedziliśmy foki, zjedliśmy rybkę i zabawialiśmy Krewtkę. Widok z
    morza mocno poprawił mi humor. Ciągnące się od horyzontu po horyzont Miasto i
    maleńka pipidówa Gottenhaven wciśnięta gdzieś z boku. Do tego Baltic Arenę widać
    praktycznie z samego Helu. Lśni jak ogromny bursztyn wyrzucony na brzeg.

    - Opryskałem się dziś stężonym
    Randapem i teraz zastanawiam
    się ile mam w sobie z chwasta…
    - To jest jakoś szkodliwe dla ludzi?
    - Jeszcze nie wiem.

    (My)

    *

    - Zapodziała mi się gdzieś w domu
      karta bankomatowa
    - Twój kot nabywa właśnie 12 kilo
      karpia

    (My)

    W tej wojnie każdy tryumf przybliża nas do śmierci. Wizyta
    znajomych przygnębiła mnie. Uczucia wyższe wymagają cierpliwości, uporu i
    poświęcenia, a nie życia składającego się z wielokropków i znaków
    przestankowych. Poza tym strasznie dużo roboty. Dużo, dużo, jestem poplamiony
    farbą olejną jak dalmatyńczyk, a na myśl, że miałbym się jeszcze po coś
    pochylić ogarnia mnie delikatna histeria połączona z łagodną chęcią ujęcia w
    dłoń pistoletu do gwoździ i udania się do najbliższej galerii handlowej.
    Ostatnio zasiadłem do You Tuba i wiedziony zapewne słodką żądzą samozniszczenia
    odpaliłem Monopol Zodiak, a dalej już poszło samo, „Dziunia” Pewexa,
    Yo Laos i dalej, dalej, głębiej ku jądru ciemności. Aż po horyzont szaleństwa,
    nad którym rozbrzmiewają piekielne surmy armii ciemności i złego smaku.
    Byliśmy na Transformers 3. ten serial z odcinka na odcinek staje się lepszy.
    Biała dziewica sunąca z rozwianym włosem pośród furkoczących pocisków i
    strumieni plazmy, wiatr układający w każdej chwili zwiewne woale wokół jej
    kształtnych piersi… Roboty? Jakie roboty?
    Mieliśmy też sesję Star Treka. Postanowiliśmy wzorem Sheldona zapoznać się z
    całością tego monumentu poczynając od tej przerażające, pierwszej części gdy
    załoga Enterprise podąża w głąb i w głąb.
    Z kolei gdy wracaliśmy z parady żaglowców na Motławie natknęliśmy się na
    pięknoustą Julię BrzydUlę Kamińską. Że to ona doszliśmy drogą dedukcji
    zestawiając wszystkie posiadane przez nas wyrywkowe informacje. Szła ze swoim
    starszym, który uczył Obecnie Juz Inżyniera Krzyśka w Łączności. Przez moment
    patrzyła na mnie jakoś tak jakbym miał ją rozpoznać i chciała coś powiedzieć.
    Kurcze, teraz nie wiem czy nie powinienem mieć wyrzutów sumienia. Może znam ją
    z Gratki a może faktycznie zna mnie z bloga, w końcu czai się podobno gdzieś tam
    na liście znajomych Hani i Ani.

    - Nie wiedziałam, że tak lubisz skrzypce
    - Uwielbiam. Skrzypce mają niesamowite
    możliwości, od jęku po ryk.

    (My)

    *

    - I cóż tam słychach w krainie szponiastostworów?
    - A nic, pokazałam moje świadectwa kuzynce, żeby
    ją pognębić…
    - Pognębić?
    - Racja, to niewłaściwe słowo. Zmotywować

    (My)

    Jak to jest, że człowiek jest niby w miarę rozsądny i osadzony
    we własnym życiu, ale jak czyta, że Jessica Biel rozstała się z narzeczonym to
    się cieszy, że znów jest wolna? Przecież prawdopodobieństwo napotkania jej w
    brzeźnieńskim Lidlu jest nieprawdopodobnie małe, nie wspominając już o tym, że
    mój angielski zirytowałby zapewne Piętaszka. No ale może lubi takich
    zwalistych, owłosionych i jąkających się…
    Podobno gdzieś w Mieście mamy kobite, która ma 115 lat. Właśnie sprawdzają czy
    nie jest przypadkiem najstarsza na świecie.
    W starej Polityce wyczytałem, że Stomma nabija się z miejskich prób uratowania
    stoczniowych żurawi. Panie S naprawdę, gówno nas obchodzi jakaś przeżarta
    robactwem historia zamordowanej przez związkowców, pierwszej Solidarności, nie
    interesuje nas jakaś Walentynowicz, która podobno w tych żurawiach hodowała
    sobie hemoroidy, po prostu te dźwigi eksplodujące metalowym pękiem z samego
    centrum miasta zajebiście wyglądają. To jeden z najbardziej niesamowitych
    widoków Europy i w naszym kraju zwęglonych zabytków i odrapanych miejskich
    krajobrazów to rzecz godna ratowania.
    PiSSlamistyczne kundle tymczasem skompromitowały nas na oczach całej Unii. I
    właśnie w ten sposób wojna piSS z PO stała się wojną światową. W każdym razie
    chyba lepiej żeby Ziobro tu nie wracał, ponieważ może nie zdążyć stanąć przed
    Trybunałem Stanu za zdradę, bo dobrzy ludzie znajdą dla niego dobrze naostrzony
    hak.
    Ja tymczasem zasuwałem sobie w pracy za trzy osoby, bo wszyscy postanowili
    akurat gdzieś wyskoczyć równocześnie. Następnie hasałem na budowach do 4 nad
    ranem. W zeszłym tygodniu przespałem może 14 h, ale wstrząsająca opowieść o
    moich przygodach to materiał na osobną notkę. Może następnym razem napiszę wam
    jak się kosi historię…

    …zjadłem. Wszystkich zjadłem.
    Zostaliśmy sami na świecie, tylko
    ty i ja… co w sumie źle ci wróży.

    *

    Stivi – …jakie to ma znaczenie, zombi nie istnieją.
    Miko-Cóż myślę, że w dzisiejszych czasach, nie byłoby znów tak trudno stworzyć czynnik chorobotwórczy upośledzający wyższe funkcje mózgu i pozostawiający jedynie czyste instynkty.
    St – Super, to znaczy, że zombi nie tylko próbowałyby cię pożreć ale i zgwałcić.   
    Ja – Babskie zombi chciałyby się najpierw poprzytulać.
    St – Zombi zombi zombi pada pada śnieg…
    Mi – Jest lato…
    St – Chałupy welcome tu, zombi zawita tu…
    Mi – Zmienisz w końcu repertuar?
    St – Jasne, kiedy zombi raźno kroczy nawet kret wytrzeszcza oczy…
    Mi – Ja pierdole, zna ktoś sposób na przeobrażenie kretyna w zombi?
    St – Mam tak samo jak ty, miasto moje a w nim…
    PUK PUK
    Mi – Kto tam?
    -Gueergharrrghmmm
    Mi – Brzmi jak zombi.
    St – To Borys, wpuść go.
    Ada – Zero instynktu samozachowawczego. A jeśli by to był prawdziwy zombi?
    St – Wtedy dalibyśmy mu w czapę i zjedlibyśmy go.
    Mi – No! I polowalibyśmy na zombiaste laseczki, a potem możnaby wybierać: Soczysta pierś czy szyneczka.
    Borys – Ja zamawiam korpus!
    Ada – Jesteście okropni, nic was nie różni od tych potworów.
    Ja – Jak to nic? My byśmy je upiekli…
    *    

    • RSS