kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 9.2011

    - Moja ty kopytkująca antylopo…
    - Antylopo?! Kopyta mam, i rogi…
    i rogi?!

    (My)

    Czas to kołdra wypełniona szeleszczącym pierzem chwil.
    Nakrywam się nim jak dziecko kryjące się przed strachami zasiedlającymi noc.
    Odcinam się na chwilę od „muszę” i „chcę”. Obejmuję
    dowodzenie. Captain on
    deck! Zaciskam ręce na kole sterowym. Ja jedyny i niepodzielny władca mego
    świata, zmieniam kurs tej planety, opuszczam parkingową orbitę i ruszam w dół,
    jak najdalej od dogasającego blasku słonecznego ogniska. W dół, w ciemność, ku
    nowym gwiazdom i nowym początkom. 
    Nadchodzi świt wraz z dźwiękiem budzika, powstaję z martwych, szukam mózgu i
    kawy. Wypijam magnez i potas i wapń. Krystalizują mi się myśli. Boli mnie
    trochę mniej nadchodzący dzień.
    Stałem na betonowym jęzorze pośrodku choinki gottenhavskiego portu i patrzyłem
    na przedziwne kształty naszej floty uderzeniowej. Za mną kurczył się
    zbombardowany niegdyś transatlantycki dworzec, wszystko zalewał złoty blask.
    Szliśmy wzdłuż portowych narośli. Każda miała swoją historię.

    Przewodnik – Gdy przyszli Niemcy, zerwali
    oczywiście płaskorzeźbę z orłem, napis i
    zniszczyli wszystkie kamienne kule…
    Krzysiu – Orła rozumiem, napis też, ale
    czemu kule?
    Ja – Ja też nie rozumiem tej nieuzasadnionej,
    niemieckiej, głębokiej niechęci do kul.

    Niczym pajęczyna osnute były opowieściami stare magazyny i
    chłodnie, na niebie majaczył szkielet olejarni, we wnętrzu pirsów spały snem
    wiecznym stare pomosty. Przy urzędzie polski bunkier wyglądający jak piramida,
    jedyny taki na świecie. Kończyły się lata trzydzieste i więcej takich nie
    zdążono już wybudować. Dom stojący na pogrążonych w ziemi mostowych przęsłach i
    pospinany od tyłu nitowanymi klamrami, park podzielony przez Niemców na działki
    z kartoflami. Przeszliśmy pośród filtrów wielopiętrowego bunkra z trzymetrowymi
    stropami, którego ponury opiekun, szary jak beton, wieścił niechybną zagładę.
    Drugi taki bunkier, tylko mniejszy był w miejscowej stoczni. Gdy Amerykanie
    bombardowali ją dywanowo pozostał tylko on pośród morza gorącego popiołu i
    poskręcanego metalu. W końcu odeszliśmy w miasto, słońce zaszło. Na dnie toru
    wodnego śniły wciąż o chwale rozrzucone szczątki Gneisenau.

    Sms od Lennonki:
    Ale jaja! Odkryłam pierwszy
    siwy włos (na lewej…
    Piersi! Myślę z lekkim szokiem,
    przesuwam dalej:
    …skroni) Nie myślałam, że mnie
    to spotka.

    *

    Siedzimy nad roztworem.
    Pani w TV mówi:
    - Obejrzałabym serial o
    sympatycznej rodzinie…
    Seba – Obejrzałbym jak
    rozrywają cię żywcem
    critersy…

    Mamy na 3żaglach nową firmę ochroniarską. Chłopaki nie
    zdążyli się jeszcze na dobre rozłożyć, a już pierwszego wieczoru, w
    umieszczonej w piwnicach kotłowni zaczęła się hekatomba. Jakiś domorosły
    geniusz uznał, że odprowadzanie zaworu bezpieczeństwa do sieci to niepotrzebny
    wysiłek i strata materiału, więc umieścił go pod sufitem, tak, że jak wzrosło
    ciśnienie, woda zamiast odpłynąć spokojnie ku morzu wystrzeliła do piwnicy. Ten
    sam koleś, aby mu się łatwiej chodziło przykrył odpływ w podłodze plastikowym
    deklem. No i tak kolesie pierwsza noc na ochronie, schodzą w dół, a tu woda po
    kolana. Dzwonią do konserwatora koleś patrzy na telefon, potem na zegarek i
    mówi „A chuja”. Dzwonią do administratorki, cisza, kobieta na
    urlopie, pozostała im tylko straż pożarna. Wodę pompowano całą noc, a i tak nim
    dotarł ratunek, stały już zatopione windy, a cały budynek migotał jak tonący
    Titanic, bo przecież rozdzielnia prądu jest tuż obok kotłowni. Żeby było
    śmieszniej, wszędzie są w miarę szczelne drzwi przeciwdymne, więc jak już dobrnęli
    w wodzie po kolana i otworzyli drzwi kotłowni…
    Ostatnio zresztą robili coś w tych kotłowniach. Zakupili jakiś super nowoczesny
    system z wielkim wypaśnym zbiornikiem. Nie pomyśleli tylko o tym, że zbiornik jest
    mniej więcej półtora raza taki jak drzwi. No i po paru tygodniach namysłu
    wpadli w końcu na rozwiązanie. Przyznam, drugie najprostsze i drzwi za
    drzwiami, futryna po futrynie wyrywali ze ścian, a w ścianach wykuwali po
    obydwu stronach takie półokrągłe otwory. Po czym tachali to monstrum przez te
    dziury… jak ja się tam dobrze bawię.
    A tak po za tym w sobotę rozpocząłem moją edukację kościelną i w ramach
    przygotowań do ślubu i pierwszych kroków na drodze do fascynującego świata
    katolicyzmu wylądowałem na sali z grupą gimnazjalistów, którzy usiłowali
    księdzu odpowiedzieć na niezwykle trudne pytanie typu: W którym roku urodził
    się Jezus, w jakim kraju czy też kto był jego ojcem. Naprawdę wiele mnie
    kosztowało by nie chichotać jak pensjonarka. Potomek pary szczerze wierzących
    komunistów wysłuchujący dukania kolesi ze świadectwami ukończenia religii. Przyznać
    jednak trzeba, że paru rzeczy się dowiedziałem. Np., że nazwę Betlejem tłumaczy
    się jako Dom Chleba. W gruncie rzeczy lubię się uczyć więc cała sprawa mnie
    specjalnie nie uwiera, a mnogość otaczających mnie cymbałów gwarantuje, że sam
    nie wyjdę na kretyna.
    Jeśli kogoś to bawi, to ostrzegam, gdy podejdę do pierwszej komunii oczekuję co
    najmniej quada, choć coś opancerzonego z lufą byłoby milej widziane. Ciekawe
    czy dostane taki biały strój…
    Hm, co by tu…aha. Lenn, i co namówimy DJ w C żeby puścił Bjork z Sucker
    Punch? Monsieur Nergal jeśli pan to czyta to czy potrzebuje pan jeszcze tych
    kaset zalegających w garażu, jeśli nie to może chciałby je pan oddać w dobre
    ręce, np. moje? A i który z was potworów…znaczy się szanownych czytelników
    zagląda na ten blog z Wenezueli? Co wy tam robicie do cholery, karczujecie lasy
    deszczowe?

    - Na Trójmieście jest artykuł
    o planowanych wieżowcach w
    Letniewie.
    - Taa, tak jakoś czułam, że
    artykuł Krzysiu napisał.
    Wieżowce his love.
    - Aha
    Kiedyś któryś na niego spadnie

    (My)

    *

    …a więc mówisz, że wprowadzam
    chaos w twoje życie bo składam ci
    ubrania w kostkę?

    (Lady Pazurek)

    Patrzę w światło księżyca odbijające się w butelce. Diabły
    tańczą na jej dnie. Gwiazdy suną po niebie. Myśli suną przez głowę, żadna nie zatrzymuje
    się wystarczająco długo by zapuścić korzenie. 3szklaneczki śpiewa obok jakąś
    ukraińską pieśń wtulając się w jakiegoś drągala, który podobno spędził dwie
    tury w Afganistanie, i którego jedyną myślą po powrocie było PIĆ i KOPULOWAĆ.
    Przygarnęliśmy więc tę frontową sierotę by w naszym towarzystwie i pod tym
    niezgłębionym niebem uzupełniła równowagę płynów. Kopulację i wszelkie poboczne
    pozostawiliśmy Szklaneczkowatej. Ostatecznie w końcu znalazła sobie faceta,
    który nie boi się jej monstrualnych braci, bo sam jest większy niż wszyscy oni
    razem wzięci.
    W zeszłym tygodniu dałem się zawlec Lenn do Cockney’a. Walczyłem ze sobą cały dzień
    a w końcu z żołądkiem pocierającym o migdałki ruszyłem w noc na spotkanie zła i
    występku. Dawno nie byłem wśród ludzi, a z natury swej nieludzki, bałem się czy
    jestem jeszcze w stanie mówić ich językiem. Noc ta była piękna. Mimo, że knajpa
    jest na jednym z większych skrzyżować Miasta, to nie jest zbyt popularna, jest
    względnie mała, pod ziemią i snuje się za nią reputacja dawnej knajpy
    skinheadów, z której co czas jakiś wypadali w nastroju upojnym i niefrasobliwym
    by szerzyć naturalną sprawiedliwość pośród przechodniów. Sam tam kiedyś
    musiałem zabulić za szybę w sklepie z zegarami, bo cisnąłem w nią jakimś
    łysielcem w nadziei, że opadająca górna połowa szyby przetnie go na pół.
    W każdym razie było czadowo. Mała salka do tańczenia, w której gdy tylko tam
    zajrzałem natychmiast eksplodował wzmacniacz. Wspaniali ludzie, część z
    zupełnej przeszłości i nie widziana od lat. Był tam m.in. szef Lenn z Empiku
    wraz z żoną, okazało się, że koleś zna mnie z zamierzchłych gratkowych czasów, gdy
    przychodził pod pomnik. Lennonce jego, na co dzień, wiernej empikowej
    służebnicy szczęka opadła na blat stołu i zadzwoniła, a wszystkie zęby obróciły
    się wokół osi. Wokół snuły się piękne kobiety, metal lał się wprost z kolumn w
    żyły, piwo i wiśniówka przesiąkały granice układów, pachniał świeży pot
    zmieszany z perfumami, nastoletnia barmanka, z obrożą na szyi, rozsnutym
    spojrzeniem i w wysokich sznurowanych butach była przepiękna i smakowita. Piło
    się i tańczyło, politykowało w onirycznych kombinacjach, tańczyło przez
    ciemność, wychodziło na zewnątrz, pod metalowy dach w świetle księżyca.
    Wspinało się na schody ku Miastu by wyjrzeć ostrożnie na świat z oczyma na
    poziomie chodnika. Zostałem spity do podszewki, wytańczony do zmiażdżenia łydek
    i wyciskany przez rozlicznych przedstawicieli płci wszelakich. Ciapek mi
    tłumaczył „Że on zawsze”, a ja tłumaczyłem Damie Kier, że wcale nie jest stara.
    W domu byłem o czwartej a poranek był straszny.

    Drrryń
    - Cześć to ja, twój Il Duce
    pamiętasz, że masz w sobotę
    skoczyć na 3żagle zrobić
    partery?
    - FAK…tycznie

    *

    - Co tam?
    - Nie ma!
    - Co nie ma? Gdzie nie ma? A,
    mnie nie ma, tu, tam, tu…
    - Dlaczego nie ma?
    - Miałam skomplikowany poranek

    (My)

    Ostatnio widziałem jak koleś
    wyrzucał choinkę z resztkami świątecznych dekoracji. Zdaje się, że doszedł do
    wniosku, że czas zrobić miejsce na kolejną.
    My za to prostowaliśmy drzewa na Ariadny. Łeb bolał mnie tak, że przy każdym
    ruchu miałem przed oczami purpurowe błyski. Całą drogę przez las trawiłem trzy
    Ibupromy Max, a gdy potem się przebierałem na 3Żaglach i przysiadłem na chwilę
    żeby zmienić buty, zamknąłem oczy a gdy je otworzyłem było godzinę później. Gdy
    dotarłem do domu zwaliłem się jak ścięte drzewo na blat stołu zmęczony bólem.
    Obudziłem się z notesem wrośniętym w twarz.
    Nasza bezwzględna korporacja na opracowaną świetną metodę zdobywania nowych
    zleceń. Śledzimy dwie czy trzy firmy, których metody i zaangażowanie w
    wykonywaną pracę jest delikatnie mówiąc niezadowalające. Potem wpadamy,
    olśniewamy, szokujemy ruchem, skalą i technologią, i nasze imperium rozrasta
    się o kolejny dom czy osiedle.
    Ostatnio opanowaliśmy ekskluzywne, choć lekko obciachowe osiedle w Glattkau,
    gdzie większość mieszkań należy do przyjeżdżających tu raz do roku warszawskich
    prominentów. Jak to często u nas bywa zostałem zrzucony z desantem do
    pierwszego uderzenia. Dziewczyny dopieszczały klatki, a ja w tumanach deszczu
    stabilizowałem teren zewnętrzny. W tle szumiało pobliskie morze, wiatr czesał
    nienaturalnie gęste trawniki, ochroniarze czyścili swojego grilla. Kląłem na
    czym świat stoi deszcz, wiatr i mech, który za naszych poprzedników porósł
    gęstym kożuchem parking, choć zdarzały się i pozytywne momenty, w końcu nie co
    dzień człowiek odkrywa, że grabi liście z trawnika Nergala. Jego Mroczna Eminencja,
    sam Książę Ciemności Pomorza, przetoczył się raz czy dwa bezszelestnie przez
    okolicę, swoją z pewnością śmiercionośną i napiętnowaną zapewne przez samego
    Belzebuba klątwą przejeżdżania na czerwonym, i, a jakże, czarną Hondą Civic.
    Potem zdarzał się jeszcze w okolicy ale, nie miał pod pachą sprawionego
    niemowlaka, siaty weków z ministranta, ani nic.
    Coś jeszcze? No tak oprócz tego, że przeszedłem przez tydzień mokry do gaci I permanentnie
    przewiany, zostałem też porażony prądem, maszyna do podłóg osmaliła mnie
    dwudziestocentymetrowym, różowym płomieniem, a w kuchni odkryłem grejpfruta,
    który leży tam od 4 miesięcy i nie zgnił. Trochę się go boję.

    - …no, Nergal mieszka mniej
    więcej tutaj.
    - To jest tam,
    gdzie zniknęła
    Iwona Wieczorek?
    - …

    (My)

    *

    - Gorąco…
    - Nooo, muszę kończyć bo mi
     się telefon do twarzy przylepił.

    (My)

    Zabawnie jest słyszeć te same megafony w telewizji i za
    oknem. Polski hymn wybuchł znad Baltic Areny i wstrząsnął niebem ponad
    Brzeźnem. W górze jasny księżyc, samochody kłębiące się na każdej płaskiej
    powierzchni od połowy Zaspy, niesamowite nasycenie okolicy ludźmi. Ciepło i to
    wspaniałe letnie niebo a na nim helikopter za helikopterem, jakbyśmy fetowali
    jakieś miejscowe święto Tet.
    Dziś w Biedronce na kasie siedziała jakaś ucieszona brunetka… Cholera, niech
    na tym stadionie tak nie gwiżdżą, bo się pisać nie da… w każdym razie
    dziewczyna zagadywała każdego o mecz, aż trafiła na jakiegoś dziadka. Dziadek
    słuchał z nieruchoma twarzą jej słabnących szczebiotań, aż gdy zamarła mówiąc,
    że Niemcy dali teraz swoich rezerwowych, więc powinniśmy wygrać, dziadek rzekł
    grobowym głosem, jakim zwykle wygłasza się uwagi typu: TO żyje ewentualnie Ten
    pan nikogo już nie zabije – Ich rezerwowi i tak są lepsi niż nasi najlepsi. I
    poszedł. A pannie łzy stanęły w tych wielkich modrych oczach. Tak właśnie moi
    mili umiera idealizm… na kasie… w Biedronce.
    W czwartek ląduję na Leśnym Osiedlu, tam, gdzie mieszkanie kupują nasi rodzimi
    celebryci. Będę przyszpilał Gruchałę i drapał Pazurę.
    Zmęczyłem się dzisiaj. Byłem w obydwu pracach budując podwaliny kapitalizmu i
    każdego z nas z osobna dobrobytu, a na koniec pozagłębiałem się w skomplikowaną
    psychikę kowbojów eksterminujących poszukiwaczy złota z Procjona, w filmie
    „Kowboje i obcy”. To się posuwa w naprawdę interesującym kierunku z
    niecierpliwością oczekuje produkcji typu Wikingowie kontra Klingoni czy
    Predator vs Benedyktyni: Kysz poczwaro, oto woda święcona!
    Ten mecz jakoś mnie usypia, chyba wyskoczę w ciepłą ciemność by pozamalowywać
    reflektory niemieckich autokarów. A swoją drogą z tego, co się zorientowałem to
    żadnego z okolicznych, aktywnych, a i paru nieaktywnych złodziei nie ma w
    domu…

    - Co oni tam tak bębnią?
    - Chcą żebyś przyszedł,
    wzywają King Konga

    (My)

    *

    - Nie pomagasz!
    - Ale za to ładnie wyglądam

    (My)

    W zeszłym tygodniu weszliśmy w zakazane regiony Stoczni
    Gdańskiej. Uczyniliśmy krok z wygładzonego progu stoczniowej bramy wprost w
    ocean rdzy. Wejrzeliśmy w otchłań przyszłości w wykopach rodzących fundamenty
    ECS. Potem opadliśmy w dół miękko, aż nasze stopy dotknęły wychodzących spod
    łuszczącej się skóry asfaltu bruków. Myszkowaliśmy pośród wyprutych bebechów
    polskiej gospodarki.
    Najbardziej niesamowite jest to skumulowane na niewielkiej przestrzeni współistnienie
    epok i stylów: Tu mocarstwowo pręży ceglane muskuły Stocznia Cesarska połączona
    pałąkami suwnic z zgrzebnym socrealem, ponad przycupniętymi grzybami bunkrów
    przeciwlotniczych z drugiej wojny. Rozbryzgane szkło martwych hal, porastające
    mchem sentencje, kolorowe ślady osady artystów na zwalistym tle Hali U-bootów.
    Autobusy z turystami i Krzywonos przemykająca nagle na tle polowej kuchni.
    Obsadzone starymi drzewami aleje, negatyw miasta, Awaria kradnąca kadry i
    wrzucająca je na Fejsa jako swoje.
    Później, w tygodniu, nagłe zatrzymanie. Lody w gasnącym słońcu na dnie kanionu
    Długiej. Lady Dżi mówiąca, że będzie zajęta. Wejście w mrok Teatru w Oknie. Sitar, bębny, Marzan ubrany jakby właśnie zszedł z gór, albo odpadł od Hueya
    ulatującego z płonącego Sajgonu. Rytm słów, rytm krwi, mrok, żyły wypełniające
    się poezją, myśl wypełniająca się wiatrem znad poszarpanych grani. Chrzęst
    kroków na żwirze wszystkich polnych dróg świata, oddech, oddech i krzyk, i
    wiatr i powoli spływające przez powietrze kartki. Było mrocznie, było dziko.
    Tak jak lubię. Tak jak lubią wszystkie dzikie stworzenia świata. Mordowani
    przez Indian podróżnicy, brzeźnieńskie wycierusy czy Holly Golightly.
    Arek, który nie wygląda na osobnika, który zbyt często styka się z żyjącą
    poezją, parował wrażeniami jak ksiądz w salonie sado maso.
    Balbina przybyła na 3żagle po swoje rzeczy (tu marsz imperium). Przybyła z całą
    swoją rozliczną rodziną, której nasz Il Duce nie wpuścił jednak za płot, tak,
    że lukali smętnie jak Balbina tacha graty. Wyniosła tego z trzy wory, a gdy
    zapadła noc, nasz wódz otrzymał oburzonego smsa, że brakuje szampana i 15 zeta
    w miedziakach… Cholera, szampana, dobrze, że nie zapomniała kawioru i ostryg.

    Dana wysłali na jakąś pipidówę, żeby rozkopywał koniec świata. No to wykopał
    starą bombę i sparaliżował miejscowe roboty.
    No i ostatecznie dochodzimy do urodzin Pazurkowatej i Dana. Wyszło nawet
    nieźle. Piliśmy mieszając, jedliśmy nadużywając czosnku, gadaliśmy wesoło.
    Awaria dostała histerii i machając kończynami odbiegła w noc, Lenn oglądała do
    nocy Sucker Punch i dziękowała nam, że go jej pokazaliśmy. Tego wieczoru
    poznałem naprawdę wiele dziwnej muzyki. A dziś ziejąc w chwasty randapem pośród
    wietrznych turbulencji, zakropliłem sobie oko tym radioaktywnym cholerstwem.
    Jeśli jutro będę żył, doznam wysublimowanych rozkoszy oglądając Kowbojów i
    obcych.

    Czy członek członka partii
    jest członkiem partii?
    (Alicja)

    *


    • RSS