kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 10.2011

    Siedzi admin nocą w pracy a tu nagle
    pukanie do drzwi. Otwiera a tu śmierć
    ze śrubokrętem. Gość zbladł ale pyta:
    - Czemu ze śrubokrętem?
    - Ja do serwera…

    (skądś)

    Przez Brzeźno przechodzi teraz bruzda. Tnie na pół myśli i
    krajobrazy. Najnowsza droga ku przyszłości unicestwiająca miejsca wrośnięte w
    naszą skórę i przyzwyczajenie. Mieliście kiedyś tak, że pluliście sobie w brodę
    bo nie uwieczniliście na zdjęciu miejsca zwykłego, przez które przechodziliście
    milion razy i które było tak oczywiste, że w pewien sposób stanowiło waszą
    kotwicę w rzeczywistości? Nagle zniknęły domy, działki, ulice, spod lotnych
    piasków wiatr odkrywa nagle równe ułożone kostki chodnika, horyzont jest
    dziwnie pusty i daleki bez nagle zagubionych drzew. Teraz będziemy mogli
    mijając stadion po nowych mostach, przedostać się pod rzeką wprost na Stogi a
    dalej na Warszawę. W Brzeźnie wyrastają wielkie ronda i skrzyżowania, jakby w
    pół wieku po tym jak miasto objęło tę nadmorską osadę, teraz opadła na nią
    siatka ścisłego centrum. Podobno będziemy mieć tu wieżowce.
    Tymczasem pomykam pośród ruin dawnych czasów, zaglądam w wykopy w poszukiwaniu
    bomb i starych szkieletów. Od spodu podchodzi woda, jakby świat był tylko
    złudzeniem pływającym na powierzchni wszechoceanu snów.
    Zabawa wertykulatorem okazała się tak przednia jak myślałem. Gnałem z tym 40
    kilowym bydlakiem pośród nigdy nieustających wiatrów Osowej, zdzierając
    trawniki i wprawiając w drżenie okolicę. To cholerstwo to taka kosiarka, tylko
    bardziej, ma całe mnóstwo zębów, którymi zdziera powierzchnię planety usuwając
    nadmiar starej trawy i natleniając ziemię. Wygląda trochę jak te potwory z
    Nausiki. Przebierając tymi ząbkami z przodu, wyrywa się z rykiem z rąk, jakby
    ją puścić to pognałaby radośnie przed siebie obalając płoty i krzesząc iskry na
    polbruku.
    Seba wysłał mi zdjęcie miejsca, w którym wsiąkł w ląd. Piękna szeroka plaża a
    na niej i w płytkiej wodzie przerdzewiałe wraki wyrzuconych na brzeg okrętów.
    Głównym zajęciem miejscowych jest wyławianie ryb i kontenerów, które pospadały
    z liniowców w czasie sztormu. Podobno dalej na północ są plaże, na których w
    czasie wielkiego oceanicznego odpływu osiadają dziesiątki min morskich. Seba
    jeszcze tam nie dotarł, ale obiecał, że jak już tam będzie to wyśle mi zdjęcie
    z tej plantacji kolczastych kul.
    Wyszło słońce. Zaraz ruszam pod pomnik tranzytem przez leże Pazurkowatej.
    Klamerki dla Meg zapakowane, zęby przepłukane colą, humor wisielczy. Zwarty i
    gotowy by iść podbijać świat, wprawić go w niepowstrzymane drżenie i skrajny
    stan paniki… No dobra, niech wam będzie. Czas iść pogryźć go trochę w łydki.

    Jak pozbywać się ludzi zaczepiających
    cię na ulicy i mówiących:
    - O jaki ładny piesek!
    - A jaki dobry w łóżku.

    (skądś)

    *

    Nadszedł i przeminął straszny koniec
    filmu „Melancholia”
    - Uuu, nie jest ci smutno?
    - Jestem szczęśliwa, że się skończyło

    (My)

    Skosiliśmy całą Osową, mordując grzyby i wypełniając wnętrze
    kosiarki psim gównem. W Glattkau gnaliśmy pomiędzy chmurami przetaczając się
    przez stoki, gdy jeden padał, drugi chwytał kosiarkę i biegł dalej. Mokrzy po
    ostatni skrawek potępionych dusz wypełniliśmy wnętrze samochodu, patrząc jak
    deszcz spłukuje z szyby słowa ulepione z kurzu. Wciąż nie mogę pojąć mętnej
    głębi ludzi, którym starcza inteligencji na zarobienie kasy na mieszkanie w
    apartamentowcu, a już nie na skojarzenie faktu, że jak coś im spadnie z
    balkonu, to zapewne leży pod nim na ziemi. Mam taką małą wystawkę dóbr
    wszelakich, które czekają na właścicieli pod balkonami przez tydzień. Nigdy po
    nie nie przychodzą. Mam w lochach worek klamerek. Jutro dzięki przed urlopowemu
    opierdalactwu Dana będę dziabał kilometry trawników specjalną maszyną, która
    natlenia trawę i ćwiartuje krety.
    Seba zamierza zamieszkać w Afryce środkowej, pisze, że mają tu nieprzepisowe według
    UE banany. Podobno są pyszne. Napisał: Nigdy więcej zimy hahahahaha… Korzeń
    ci w nerkę stary, wesołej malarii i namiętnych much Tse Tse. Szajs, kolejnego
    mniej.
    Ostatnio zastanawiałem się czemu już nie chce mi się niczego tworzyć. Wniosek
    okazał się trywialny: Nie ma już nikogo, kto by się tym zachwycił i tym samym
    motywował mnie do dodatkowego wysiłku. Przyjaciół już nie mam, życie
    sprowadziło ich do poziomu dobrych znajomych, ludzie czytają bloga ale nie są
    na tyle zainteresowani by komentować, Szponiasta akceptuje mnie takiego jakim
    jestem a ja sam siebie nie znoszę. Nie ma więc przed kim szpanować. Nie ma
    przed kim się popisywać.
    Do tego jeszcze wszystkiego przegapiłem kolejny koniec świata. Był przedwczoraj
    o 18 a ja
    nawet nie zauważyłem. Byłem zbyt zajęty wyodrębnianiem kociokształtów z
    ciemności pośród porażonych jesienią willowych ulic Wrzeszcza. Podobno Polibuda
    zabiera się do budowy 106 metrowego radioteleskopu w Borach Tucholskich. Jak
    skończą to się rozszczepię i wyślę gdzieś w przestrzeń, by serfować w
    absolutnej ciszy na czole fali rozszerzającego się wszechświata.

    Z potępieniem wiążą się wspaniałe
    perspektywy. Nawet teraz słyszę
    jak pod moimi stopami rośnie
    piekło

    (skądś)

    *

    Teraz się dzieci nie bije,
    teraz mają jakieś psychologiczne
    sposoby, żeby się nad nimi
    znęcać.
    (Ranczo)
    Gdy pierścienie władzy stają się zbyt wielką pokusą, gdy mistycyzm przesiąka powietrze paląc dachówki kościołów a magia skrapla się światłem i wypala dziury w posadzkach, zawsze można liczyć na zimny, solidny pancerz.
    Nieznane zawsze można zniszczyć. Strach zawsze można zastrzelić. Można zmiażdżyć wszystko co stanie nam na drodze, pod ryczącym niebem pełnym stalowych krzyży, gdy znienacka i wbrew zdrowemu rozsądkowi na nieboskłon wysnują się spoza horyzontów zdarzeń podniebne lotniskowce pełne ślepych aniołów, by przesłonić tarczę słońca i dać wytchnąć sumieniu. Los uśmiecha się znacząco patrząc jednym okiem, księżyc rozświetla od środka chmury. Los rozwiera palce. Stuk, stuk, stuk. Kości zostały rzucone… Tylko do czyjej miski?
    *

    …i nawet psy taplały się wesoło
    w pierwszych kałużach potopu

    (Lady Milewska)

    Zagrzmiały wśród spiętrzonych chmur fanfary, archaniołowie
    zgubili złoty łupież nad Zakopanym, uderzyły dzwony serc prawdziwych Polaków,
    gdy nazikomunistyczna hydra po raz szósty runęła z jękiem w pył u naszych stóp.
    Niech żyje Rzeczpospolita! Niech zwycięża Rzeczpospolita! Niech rozkwita
    Najjaśniejsza na nawozie z trupów i moherów jej wrogów. Niech Rzeczpospolita
    trwa wiecznie!
    W parku przy Akademii kot bawił się z lisem. To było dziwne. Jesień przybyła,
    zwalając się na Miasto skumulowaną ścianą szarości i deszczem strząsanym z
    obrzydzeniem przez dzikie wschodnie wiatry. Kaczyński ponownie nie dotrzymał
    słowa.
    Noszę rozłażącą się w szwach „skórę” bo jest ciepła i wygodna. Seba
    wrócił na chwilę jakiś blady. Wszyscy wymarli. Jestem sam na plaży. W pracy Białorusin
    proponuje mi robotę przy ochronie Top Model, pewnie bym musiał oddzielać
    nasiona od Krup. Szponiasta opowiadała, że kolega jej mamy jest profesorem
    ekonomi i ma w grupie Chińczyków. Nie wyznaje się za dobrze na tych ich
    krzaczkach, a i z twarzy wszyscy wyglądają tak samo. No i jeden zdawał egzamin
    za wszystkich, a wpadł dopiero wtedy, gdy okazało się, że zdaje za dziewczynę.
    Potem wyszło, że kobita nawet go o to nie prosiła, on tak sam z siebie, z
    rozpędu zapewne.
    W niedziele wstałem koło 7, zawlokłem kobiety na wybory, a potem wróciłem,
    położyłem się i nagle była 18:30. Zeszły tydzień był z lekka męczący. Albo
    zapadam w sen zimowy. W sumie utyłem jakoś tak ostatnio…

    Kto słyszy jak trawa rośnie?
    - Kosiarze

    (Lec)

    *

    …teraz wiatr niesie mi jedynie zapach jesiennych dymów z
    działek, w których zielonym oceanie chciałem kiedyś zamieszkać. W wewnątrz
    miasta, które więzi wszystkie moje dusze, otorbiony jednak całunem liści, gałęzi
    i zdezorientowanych impulsami telefonii komórkowej pszczół. Wszyscy żyjemy w
    tym ulu, rozmieszczeni pośród elektronicznych plastrów miodu. Jakże słodko
    przemija życie, gdy mózg nurza się w elektrycznej nieśmiertelności. Marzyłem by
    w tym zamkniętym mikroświecie budziły mnie promienie słońca i otulała wilgoć
    jesieni. Tęskniłem do ognia, drewna i ziemi. Każdy wieczór byłby obietnicą,
    każda noc orgią polowania.
    Teraz marzę by doczekać czasów, gdy na starość będę mógł podłączyć się bezpośredni
    do rozbudowanej gry sieciowej, która odbierze mi lata i przywróci zagubioną
    przestrzeń, ukradzioną przez media i pączkujące apartamentowce.
    Zamykam oczy i wysuwam przed siebie nogę. Stawiam pierwszy krok. Chrzęst. Idę
    powoli po plaży, pod nogami zamiast piasku z trzaskiem pękają tarcze zegarków.
    Plaża jest nimi usłana, skorodowane tarcze i zastałe wskazówki.
    Moje pragnienia przygniatają mnie ciężarem nie do uniesienia.
    Czas zgrzyta pomiędzy zębami

    *

    Wszyscy chcą naszego dobra
    Więc nie dajmy go sobie zabrać

    (skądś)

    Kolejny dzień pracy. Pył osiadający na szkle, kolejne
    kilometry pchania przez hale trzydziestokilowej zamiatarki, a potem noc.
    Szalona jazda przez ciemność granatowym mikrusem Dana, gdy na każdym zakręcie
    przetacza się z grzechotem z tyłu 300 kilo sprzętu.
    Noc była ciepła. Mocny wiatr dotykał skóry dając oparcie w powietrzu. Zmęczenie
    rozrzedzało rzeczywistość, rwąc obrazy i odkładając się popękaną tęczą w kącikach
    oczu. Wtoczyliśmy się po omacku na parking Hotelu Marina.
    Gdy miałem parę lat moi starci wiecznie zajęci sobą oddawali mnie w ręce
    lokatorek. Dziewczyny płaciły trochę mniej opiekując się mną. Jedna z nich
    nazywała się Kaśka i usilnie poszukiwała męża, Greka albo Szweda. Jej
    terytorium łowieckie obejmowało co lepsze hotele i restauracje, a ja siła
    rzeczy wędrowałem tam za nią, grymasząc na tatary i dewolaje w czasach, gdy
    ludzie stali w dwunastogodzinnych kolejkach po mięso. Chodziłem po pokładach obcych
    statków, myszkowałem w ładowniach, znałem jak własną kieszeń przesycone
    siermiężnym, komunistycznym blichtrem korytarze hoteli Posejdon i Marina.
    Patrzyłem na maleńki świat z najwyższych pięter Hotelu Hevelius. Pociłem się w
    saunach i taplałem się w basenach, wlepiałem rozszerzone ślepia w klocki Lego i
    samochody Burago w hotelowych Peweksach. Chodziłem do kina na filmy dla
    „dorosłych” i wdychałem zapach spoconych kroczy i mokrych koronek w Night
    clubach.
    Cinkciarze i ubecy pod przykrywką mówili mi cześć, recepcjoniści chowali dla
    mnie cukierki a mewy ruszające w noc głaskały mnie po głowie.
    Ale w końcu nadeszła noc, a wraz z nocą stanąłem ponownie u wrót dawno umarłego
    świata. Ruiny rozciągały się przede mną w świetle gwiazd. A ja obładowany
    sprzętem i chemią wkroczyłem w tę porzuconą ponad 25 lat temu przestrzeń.
    Pierwszy krok sprawił niemal fizyczny opór.
    To była gęsta noc. Wkraczaliśmy w gorące i wilgotne bebechy hotelu, który
    zamarzł w czasie i przez ćwierć wieku niemal się nie zmienił. Nocna robota,
    syzyfowa beznadzieja. Skazani na klęskę nim jeszcze czegokolwiek dotknęliśmy.
    32 stopnie ciepła, wilgotność 100% ziejące z otwartych saun i pomieszczeń
    masażu. Nieustające ciurkanie strumyczków w basenie o 4:40 nad ranem szarpało
    nerwy jak lawa bibułę. Niewyłączalne radio, do świtu niemal znienawidziłem
    Adele. Tachaliśmy meble i donice, bawiliśmy się elektroniczną wagą, brnęliśmy
    ze sprzętem przez pół kilometra komunistycznych kafelków, typu wojskowego (takich
    porowatych, co to koty musiały szorować szczoteczkami do zębów) nie mytych
    chyba porządnie od położenia w latach osiemdziesiątych. Brnęliśmy w oparach
    kwasu, laliśmy zasady a efekt był mniej więcej taki jakby omieść miotełką do
    kurzu ikarusa w czasie odwilży. Gdy wydobywaliśmy się z betonowych kiszek
    korytarzy na zewnątrz, wychodziliśmy na chłodne powietrze przedświtu z
    przeświadczeniem, że nie zrobiliśmy nic.
    Zrzuciliśmy jeszcze graty na 3żaglach, przerażając śmiertelnie ochroniarzy.
    Nie było sensu się kłaść. Coś zjadłem, zajrzałem w net i wziąłem się za
    sobotnie porządki, potem pędem do kościółka, gdzie zagłębialiśmy się w
    przestwory Herbiki, Septuaginty i Wulgaty.
    Kontynuując tak dobrze zaczęty dzień zaszyłem się na godzinę w Empiku.
    Policzyłem sobie ile kasy wydam w tym miesiącu na ksiązki, pogadałem z
    dziewczynami i kupiłem złoty model Delage D8120, który jest śliczny jak coś co
    kobieta trzyma w torebce, by czasem to wyjmować i pogłaskać.
    Spenetrowałem kawałek Miasta z aparatem. Wlazłem na teren wykopalisk, gdzie
    stanie Muzeum II Wojny. Pospacerowałem wydartymi ziemi, brukowanymi ulicami, po
    których nikt nie chodził od 70 lat. Akurat tego dnia zamknęli działającą tu od
    30 lat wielką pętlę. Na koniec zaś pomknąłem po City Forum na Marsz
    Puszczalskich, gdzie więcej niż puszczalskich było fotoreporterów, dziennikarzy
    i telewizji. Swoją drogę więcej też było chyba facetów, którzy przyszli
    popatrzeć na wyzywająco ubrane laski. Spotkałem tam oczywiście Krzysia oraz
    jedynkę na listach SLD wręczającą ulotki. Dziewczyny wyruszył zbawiać świat a
    ja wylądowałem w końcu w domu. Od dawna nie smakował mi tak obiad.

    Myśląc o biedzie umacnia się ją.
    Biedni nie potrzebują dobroczynności,
    Potrzebują inspiracji

    (skądś)

    *


    • RSS