kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 11.2011

    Poczułem, że istnieją rzeczy gorsze
    niż śmierć. Zaczęło mnie także
    prześladować przeczucie, że dla
    jednej z takich właśnie rzeczy
    stałem się obiektem zainteresowania

    (Strieber)

    Zupka chińska z parówką w niedzielny poranek to właśnie to
    czego trzeba każdemu prawdziwemu mężczyźnie. Jest mi smutno, samotnie i źle,
    bla bla, zrzędu, zrzędu. Jesień przypomniała sobie o nas i przebiegła wczoraj w
    nocy po niebie, znacząc swój szlak rykiem sztormowego wiatru i całunem szarych
    kropel sypiących się z rąbka sukni. Śnieg ma spaść podobno w lutym, wznoszę ku
    niebiosom porysowaną szuflę i wydaję z głębi trzewi heroiczny wrzask, a wraz ze
    mną wszyscy, którzy kiedykolwiek stanęli ze śniegiem oko w oko o trzeciej nad
    ranem, z męczącą pewnością, że będzie to długa i wnikliwa znajomość. Smuci mnie
    fakt, że mimo sił i chęci nie mam po co iść pod Pomnik, bo nikt oprócz mnie tam
    nie przyjdzie. Wszyscy zbyt daleko obsunęli się w czas, może po prostu starzeję
    się zbyt wolno. Dobija mnie Lenn tworząca nieskończone arcydzieła, te białe
    plamy wypalają we mnie dziury jak jakiś domestos, w wyjątkowo wielkiej, tłustej
    i owłosionej bakterii. Przygnębia blog Marzana, który zmienił się w migoczący
    baner reklamowy, tracąc ostatecznie resztkę zapachu jakiejkolwiek treści.
    Dobija mnie Borys, który tylko przychodzi, pije piwsko i milczy. Jest tego
    więcej, o wiele więcej, czuję się jakby powoli spełniały się moje marzenia o wędrówce
    przez puste światy, wymarłe miasta, nasiąknięte wyblakłymi wspomnieniami i
    niemym krzykiem niezrealizowanej przyszłości ziejącej z każdego kąta.
    „Problem w byciu ostatnim polega na tym, że po tobie nie będzie już
    nikogo” powiedziano Jackowi Sparrow. Na szczęście po nas są inni, tyle, że
    są Inni. Nasze światy stykają się, czasem nawet przenikają ale tak naprawdę nie
    jesteśmy w stanie już siebie pojąć czy zrozumieć. Myślimy inaczej, mamy inne
    układy odniesienia…
    Kurcze, ale mnie wzięło na tarzanie się w banałach… mało nie napisałem:
    bananach. Cóż to by mogło być nawet zabawne.
    Trzeci tydzień bólu. Uodparniam się powoli na ostatnie środki przeciwbólowe. W
    tygodniu pojawił się nawet szef, zagadał, po czym powiedział: jeszcze tu wrócę,
    poszedł za budynek wsiadł w samochód i odjechał. Spotkałem go jeszcze gdy
    walczyliśmy z potopem w halach garażowych na Zadupiu Dolnym. Jakiś koleś mył
    właśnie ząbki, gdy nagle jego wanna, zaczęła napełniać się z chlupotem
    zawartością rur kanalizacyjnych. Postał w niemym podziwie do chwili, gdy
    roztwór osiągnął krawędź wanny po czym pobiegł panikować. Mają tam taki zabawny
    zawór, którym można spuścić całą zawartość rur do garażu. Gość zawór otworzył,
    ale już nie zamknął, a pompa w garażu była oczywiście po polsku wyłączona.
    Przybyliśmy na miejsce koło północy, gdy gro treści zostało już odpompowane
    przez odpowiednie służby. Wtachałem maszynę do podłóg, po czym okazało się, że
    odpowiednie służby odpompowały wszystko oprócz tego co na równo wypełniało
    studzienkę pompy. Nie muszę chyba dodawać, że jedyne gniazdko elektryczne do
    którego można było podłączyć zarówno pompę, jak i maszynę znajdowało się 10
    centów poniżej poziomu cieczy. Podłączyliśmy się więc na okrętkę do oddymiaczy,
    a później jeszcze traktując maszynę jako przedłużacz podłączyliśmy do niej
    pompę. Sprzątnąłem ten dramat do drugiej, ratując ściany i podłogi i myśląc o
    minach tubylców, którzy po zejściu rano do garażu odkryją, że samochody wcale
    nie są takie szczelne na jakie wyglądają. Wiedziony wrodzoną podejrzliwością
    oraz paranoją gracza RPG postanowiłem wlać do maszyny tylko odrobinę chemii, bo
    w końcu diabli wiedzą co na tej podłodze się rozlało i czy nie zareagowałoby na
    chemię na przykład dwumetrowym płomieniem. Szef oczywiście zawołał lej, lej.
    Oki Doki. Gdy podłoga podeschła po myciu zrobiła się różowa… Ale tak naprawdę
    różowa, żeby nie powiedzieć jebitnie, szczęśliwiekonikowo różowiusia.
    Pocieszyłem go, że to powinno zejść po dwóch, trzech myciach.
    Na pożegnanie powiedział, że dowiezie mi kasę rano, trzy dni temu.

    - Znowu zadzwonił do mnie twój telefon
    - Bo on zawsze, gdy wkładam go do
      torebki to dzwoni do ciebie.
    - Może czuje się samotny.

    (My)

    *

    - To ma tak być?
    - Tak
    - Ostatecznie?
    - Jawohl!

    (My)

    Oczywiście gdy w końcu nadeszła ta jedyna noc w miesiącu,
    gdy oblekłem się w skórzastą czerń i telepnąłem przez noc do Cockneya zaczęło
    lać. Mocno, jednostajnie, z zacięciem i upierdliwym uporem by nasączyć każdy
    centymetr kwadratowy Kiszczaka. Mój kochany szef, który niech żyje, a któremu
    uprzejmie i po znajomości za pół ceny pomalowałem mieszkanie, przez tydzień nie
    zdołał dowieźć mi pieniędzy, za co zostanie jutro zatłuczony odkurzaczem do
    liści. Albowiem środki te są mi niezbędnie potrzebne na dentystę, po tym jak kolejny
    ząb pękł mi do nasady, ujawniając nerw i obłęd bólu pozbawił życie kolorów i
    zmienił w mękę każdy oddech. Tydzień pochodziłem z tym rozsadnikiem cierpienia,
    ale teraz gotów już jestem popełniać czyny drastyczne i cechujące się
    bezwzględnym okrucieństwem choć osobliwie zabawne.
    Do Cockneya zabrałem ze sobą tym razem Lady Pazurek chcąc nasączyć ją melodią
    nocy. Przedtem nasączyliśmy się nieco promilami na imieninach mojej
    rodzicielki, gdzie oprócz gości, był obecny mój starszy siedzący w laptopie.
    Uczestniczył w rozmowach, opróżniał własną flaszkę i śpiewał 100 lat z
    dwusekundowym opóźnieniem. Po drodze wpadliśmy do Lenn, gdzie siedząc w
    rosnącej kałuży deszczówki wypływającej z każdego jednego pora mojego ciała,
    spijałem wino z pepsi, a moja nieujarzmiona piękność zmieniała buty z
    deszczowych na bojowe. W Cockneyu DJ wyszedł zza konsoli i spytał czy mi się
    podoba, co było odrobinkę przerażające, bo pozostawia pole do spekulacji, w
    jakież to mroczne legendy spowija mnie Lenn, krocząca przede mną przez świat
    niczym mały, farbowany herold zagłady. Ciała wiły się pośród par i oparów, co
    czas jakiś wśród ścian ozywały się przykurzone kwadratowe echa. Po okolicy
    niczym kule bilardowe przemykały rozwichrzone dziewoje z ADHD, które odbijały
    się radośnie, gubiąc kawałki, od ludzi i ścian. Była też moja ulubiona
    przydymiona barmanka, choć tym razem szalała po parkiecie. Uwielbiam się na nią
    gapić, w tych gotyckich ciuszkach i z rozmytym spojrzeniem, wygląda jak coś co
    przeciekło z mojego osobistego świata na tą spracowaną i poprzecieraną nieco na
    kantach płaszczyznę rzeczywistości.
    O trzeciej nad ranem w półsennym stuporze wypiliśmy ze Szponiastą Earl Greya.
    Dzień wstał szary i wilgotny, mocno jesienny. Dziwne, ale przyniosło mi to ulgę.

    - Nie mogę pojąć tego, co
    działo się w Warszawie.
    - Mamy na świecie całe
    mnóstwo młodych mężczyzn,
    którzy nie dostali swojej
    wojny, więc szukają, szukają…

    *

    Wiecie czego najbardziej boją się
    nietoperze na starość?
    Nietrzymania moczu…

    (RMF)

    Zanim zapomnę, przykro mi mój drogi Ciapkozaurze, ale sól w
    odpływie nie pomogła. Najwyraźniej ślimaki ją pożarły. Są teraz jakby trochę
    większe i bardziej dorodne. Jedyna nadzieja, że tak się upasią, że nie
    zmieszczą się w sitku i będą tylko na mnie spoglądać ze smutkiem z tych
    dziurek. Poza tym odkąd obejrzałem reklamę filmu „Roid rage”, w
    którym to wstrząsającym arcydziele zmutowane owsiki wyskakują z odbytów by
    wyrywać ludziom strzępy twarzy i wygrzebywać gałki oczne z oczodołów, jakoś nie
    mam za bardzo ochoty ich obrażać. A nóż widelec mają jakiegoś Wielkiego Brata,
    który kiedyś zastuka po zmroku czułkiem do mych drzwi, a potem wlewając się do
    środka wyszepcze: A terasss będziemy psssocić…
    A jeśli już jesteśmy w takich klimatach, to wpadł do mnie ostatnio Kapsuł z
    bratem i czymś troskliwie zawiniętym w gazetę. Trawiony złym przeczuciem oraz
    wsparty życiowym doświadczeniem, spytałem „Co jest?”, gdy mijali mnie
    w drodze do kuchni. Okazało się, że znaleźli przy wiecie śmietnikowej rozbitą
    hodowlę termitów i wpadli ją ogrzać. No rzesz! Po chwili biegli rozpaczliwie w
    ciemność w towarzystwie wszystkich termitów jakie udało mi się złapać w ręce i
    za nimi wyrzucić. Co jeszcze psia mać? Cyrk pcheł? Wiaderko karaluchów,
    biedactwa, tak bardzo lubią ciepło. I kuchnie. W sumie może by mnie te termity
    za bardzo nie wzruszyły, zapewne poszukując drewna w moich meblościankach
    wkrótce zeszłyby w męczarniach, ale wizja tych oślizgłych, pękatych glutów pełzająca
    po moim dywanie i pomiędzy palcami u nóg rano, to było już trochę za wiele. No
    ale może jestem przewrażliwiony.
    Dziś pierwszy raz w życiu wyrzuciłem kasety wideo. Może niektórych to dziwi,
    ale dawno, dawno, temu w czerwonej galaktyce, gdzie wokół czerwonych gwiazd
    orbitowały sierpy i młoty, oprócz klocków lego, książeczek do nich, tudzież
    paru innych przedmiotów, kasety video były walutą i wyznacznikiem statusu.
    Wypuszczając je z dłoni nad koszem czułem się jak zdrajca wbijający wiertarkę
    udarową w plecy najbliższych przyjaciół.

    -…spytałem skromnie, czy pójdziesz do mnie?
    - Skinęła płetwą zgadzając się
    - Co to, wersja dla orek?
    - Dla fok

    (My)

    *

    Nocne oglądanie Sin City z żyłami wypełnionymi Ibupromem. Cóż
    za brunatne szaleństwo. Krew jest biała. Nocami coś mi piszczy w rurach.
    Światło księżyca zasiedla mi łazienkę, spływa do prysznica, wydobywając na
    podłodze cienie z zaschniętego mydła. Naga, lesbijska kuratorka wyglądała
    bosko. Nie sprawdzę co to za aktorka, ponieważ rzeczywistość nigdy nie dorówna
    wizji. Może ją przekroczyć, lecz nigdy nie opadnie na twarz tym waniliowym
    puchem uniesienia. Nocami próbuję pogodzić się z bólem, mościmy się w jednym
    łóżku, każdy z nas ciągnie do siebie kołdrę.
    Każdy dzień, w którym powstrzymuję się przed wzięciem środków przeciwbólowych
    jest zwycięstwem.
    Tymczasem inżynierzy głowią się jak zakotwiczyć Muzeum 2 Wojny, żeby nie
    wypłynęło. Budynek będzie zasadniczo pod ziemią umieszczony w wielkiej
    betonowej wannie, a lustro wody jest niecałe dwa metry pod piaskiem. Myślą więc
    ją przyczepić, żeby te parę pięter nie wyskoczyło nagle na zewnątrz, łamiąc
    parkingi i rozrzucając samochody, z drugiej strony muszą też pilnować żeby nie
    pływało sobie na boki. Oczywiście wody nie da się odpompowywać, bo zaraz obok
    jest rzeka, a nawet jakby się udało to zapadłaby się cała okolica na
    przestrzeni setek metrów.
    Kiedyś widziałem jak świeżo zbudowaną stację benzynową rozsadził od środka
    wyparty przez wody gruntowe zbiornik na paliwo, coś pięknego. Teraz będę czekał
    na ten wieczór, gdy pośród pastelowej mgły przeżegluje przez miasto ten
    betonowy transatlantyk.
    Jutro maluję cały dzień mieszkanie poza Chełmem. Będę szlifował do połysku
    grzyb na ścianie, potem pójdę płacić rachunki a może nawet zarejestruję się do
    dentysty. Jak tak dalej pójdzie trzeba będzie zainwestować w garści implantów.
    Może sobie fundnę taką metalową szczenę jak ten monstrualny koleś z Bonda, będę
    przegryzał kable i odgryzał ludziom kończyny w tramwajach.
    Dobra spadam odpalić wiadomości i podelektować się widokiem płonącej Warszawy.
    W sumie to dość zabawne, że potomkowie hitlerowców walczą na ulicach Warszawy z
    polskimi nazistami. Na Mieście chodzą słuchy, że wyślemy im pomoc w postaci
    kilku porwanych z bocznic rafinerii pociągów.

    Prawdą jest, że Niemcy już nigdy
    nie zdobędą Warszawy. Warszawa
    już nie istnieje.

    (Powstańcze Polskie Radio 1944)

    *

    ból mija
    dziewczyny lubią blizny
    chwała trwa wiecznie

    Miasto zapadło się we mgłę jak w szary jedwab. Krążymy pod
    kopułą szarości, zakurzone samochody wypełniają asfaltowe żyły ulic. Z wysoka
    wszystko jest rozmyte szeptem tajemnicy. Każde najsłabsze nawet światło
    otoczone jest impresjonistycznie drżącym nimbem własnego ciepła.
    Wylądowałem Na Rogu, a tam pusto, w kominku żarzą się dusze drzew a zakatarzona
    3szklaneczki taszczy za sobą największy kufel piwa z miodem jaki zdarzyło mi
    się ujrzeć. Gadaliśmy o jej kolesiu, który przewozi mercedesy z Niemiec
    tranzytem przez Saharę i zagapiliśmy w ogień, że w końcu zasnęła mi na
    ramieniu. Jak jakaś zasmarkana papużka. Cicho brzęczało w tle Led Zeppelin,
    kurz przemieszczał się bezszelestnie przez granice światów a ja trwałem
    nieruchomo wpatrując się w płomienie jak anioł na grani, wiecznie oczekujący
    wschodu słońca. Czytaliście kiedyś „Jack of the shadow” Zelaznego? To
    praktycznie historia mego życia, dzika mieszanina łaknienia wolności, rządz i
    marzeń. Życie po życiu, śmierć po śmierci i kolejne przebudzenie w otchłani
    łajna pod najczarniejszym z nieb.
    Były u mnie Marzany pokryte leciutką pajęczyną beznadziei. Czytali mi na głosy.
    Dopiliśmy Tashkent. Jeszcze przez trzy godziny mieszkanie jechało mi jak
    gorzelnia. Dobrze, że nie palę.
    Wczoraj w nocy umierałem na ból zęba. Boże co za ból. A ci skurwiele odmawiają
    cierpiącym eutanazji. To tylko ząb a miałem ochotę dźgać się w policzek śrubokrętem
    aż do kości.
    Wczoraj gnałem w dół ku miastu. Potknąłem się o dwie nowe linie tramwajowe,
    których rok temu jeszcze tu nie było. Było lodowato, pędziłem w świetle gwiazd
    ku centrum, wykasłując z płuc grzyb i cekolowy pył, Miasto wokół tętniło życiem
    i skrzyło się wszelkimi formami promieniowania elektromagnetycznego. Omijałem
    stare rewiry, patrząc na zmiany i cierpliwie wymazujący dawną dzikość dostatni
    porządek, wspomnienia unosiły łby wypełzając z ciemnych kątów.
    Piliśmy w herbaciarni. Meave przybyła wprost z oka obłędu jaki ogarnął przed
    świętami Empik. Lenn podobno znowu wycofała się z fb, „bo to
    uzależnienie”. Zawsze gdy ma do wyboru stawić czoła problemowi a uciec,
    wybierze to drugie. Czasem strasznie jej zazdroszczę.
    W domu byłem o północy, tak senny, że ulice falowały mi przed oczami i dotykiem
    wyszukiwałem dziurkę… od klucza. Księżyc w górze wędrował z Jowiszem. Jego
    poświata rozświetla świat, dachy i zmrożona trawa lśnią jak porcelana. Układa
    poprzez firanki białe koronki na blacie stołu. Dziś po raz pierwszy tej jesieni
    ujrzałem Oriona.

    a gwiazdy niech będą moim nagrobkiem

    *

    Co dzień rano budzę się piękniejszy,
    no ale dziś to chyba już przesadziłem

    (RMF)

    Miasto wynurza się spośród mgieł niczym morderczy narwal
    trawlerożerca, niczym kostropaty i postrzępiony kadłub Bismarcka w wigilię
    końca świata, niczym sen z zapomnianej opowieści. Wilgoć skrapla się na metalu,
    tworzy smużki na tynkach, skrzy się opadając kroplami z obracających się
    przerdzewiałych luf. Stoję na mostku mojego świata dzierżąc w ręku kubal wypełniony
    wrzącym Early Greyem i zastanawiam się nad nadchodzącym dniem, tygodniem i całą
    resztą mojego, poskręcanego życia.
    Mamy niewątpliwie jesień. Zgadnijcie kto powrócił wraz z listopadem. TAK to
    ONE, ślimaki bezskorupkowe i oślizgłe. Gdy zszedłem na dół do łazienki już
    czekały na mnie ułożone w rządek w umywalce i przyjaźnie machały ogonkami.
    No i cóż, walcz tu człowieku jak Stwórca przykazał, z naturą i jak to pisało
    niegdyś w „Antku Muzykancie”, z wszelkim stworzeniem co się rucha.
    Albowiem stworzenie nie tylko się ruchało, ale i zapierało ogonkami o sitko,
    tak, że nie dało się go po prostu spłukać i musiało dojść do bulwersujących
    rękoczynów.
    Mało śpię ostatnio i nie mogę za bardzo odpocząć. Nocami nawiedzają mnie demony
    pachnące kiełbasą i sny, że po ślubie Pazurzasta wyrzuca moją kolekcję pornografii,
    ja się śmiertelnie obrażam. Panuje ogólne milczenie i wokół rozchodzi się swąd
    rozwodu, o który musimy wystąpić do papieża, a on czyta uzasadnienie i …
    Nie porzuca się przecież najwierniejszych przyjaciół nawet jeśli są papierowi.
    Niektóre z tych pań znam od dzieciństwa, niektóre są teraz zapewne ze dwa albo
    i trzy razy starsze ode mnie… ten tego.
    Pełznąc ostatnio przez Meandry Wrzeszcza w kierunku Niedźwiednika zacząłem się
    nagle zastanawiać czemu część lamp ulicznych świeci, a część nie i czemu takim
    parząco karminowym światłem. Nie trwało to długo, bo zza zakrętu, dokładnie na
    końcu długiego kanionu ulicy wychynęło ogromne, czerwone słońce. Wyglądało
    jakby wylądowało właśnie miękko na budowanej estakadzie i miało się stoczyć
    majestatycznie w dół ulicy, miażdżąc uliczne latarnie i stapiając ludzi z
    szybami w oknach.
    Na razie tyle. Zaraz ruszam do Olivy, gdzie wraz z Krzysiem będziemy
    fotografować agonię jesieni ze szczytu przegniłej wieży na Pachołku. Na koniec
    z serii kącik melomana subtelna etiuda połączona z bliżej nieokreśloną pochwałą
    joggingu. Mnie osobiście roztkliwia subtelny sopran tej drobnej blondyneczki…

    *


    • RSS