kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 12.2011

    - W tv pokazują właśnie jak sprawdzają
      czy karpie nie cierpią…
    - Nasze już nie cierpią.
    - Co, wrzuciłaś suszarkę do wanny?
    W ciemnościach gdzieś przed świtem dotarłem do ostatniej strony Mrocznej Wieży Kinga. To była naprawdę długa, trwająca kilkanaście lat podróż. Gdy ją zaczynałem nie znałem jeszcze trudu pracy czy smaku warg dziewczyny. Teraz podróż dobiegła końca, wspiąłem się wraz z Rolandem na szczyt Mrocznej Wieży i ujrzałem co znajduje się w komnacie na jej szczycie. Teraz wiem już wszystko. Pozostał we mnie osad smutku, zarówno przez to jak skończyła się ta opowieść jak i dlatego, że się skończyła. To była jedna z tych rzeczy, które planowałem zrobić w życiu. Teraz już jej nie ma. Przewróciłem ostatnią stronę, ostatniego tomu i jestem o kilka dalszych mil bliżej pieca.
    W międzyczasie umarł Havel i Kim. Umarł dobry, umarł zły. Jakaś kosmiczna równowaga została zachowana.
    My wtedy akurat rozwoziliśmy piach i sól. Stanąłem na stoku Osiedla Na Tle Nieba i patrzyłem w dół jak z Rębiechowa podrywają się w niebo spłoszone samoloty. To był dzień na szlaku, o mało nie staranowaliśmy kolesia, potem inny o mało nie staranował nas, gdy wypadał z rykiem klaksonu na pobocze żwir wyrzucany spod jego kół zatrzymywał się na szybie trzy centymetry od mojej twarzy.
    W ogrodach kwitną kwiaty, staruszki zrywają bazie na wydmach. Czasem tylko niespodziewanie poranek pokrywa wszystko chrupiącym lukrem szronu. Nocami budzę się jednak podszyty instynktem zwierzyny węszącej nadchodzącego drapieżnika i nasłuchuję czy ulicami nie idzie Pani Zima w szklanych pantoflelkach ciągnąc za sobą, z tym pożerającym dźwięki dźwiekiem, biały tren balowej sukni.
    Ulicami Gottenhaven suną szare duchy okrętów podwodnych klasy Kobben. Sina bestia przysiada napinając stalowe ścięgna pośrodku kampusu Akademii Morskiej w oczekiwaniu wzmożonej konsumpcji studentów. Nieopodal Wież Saurona, w samym środku krateru rozkopanego węzła Trasy WZ, widzieliśmy rozpięty w powietrzu dźwig samochodowy. Żadne koło nie dotykało ziemi. Stalowe łapy zapadły się w brukowe kostki, a całość wyglądała jak czerwony, mechaniczny pająk przypięty szpilką wiatru do nieba przez jakiegoś szalonego, spijającego ciepły płyn hydrauliczny etomologa.
    Równocześnie Stasie doczekali się potomka. Wbraw ogólnym oczekiwaniom nie nazwali go Urlik ani Władysław, tylko Borys, dając zapewne wyraz swemu uwielbieniu dla niezrównanej wirtuozreii Szyca. Choć nie da się wykluszyć i innych opcji. W końcu Borys to drugie najpopularniejsze imię potwornych pomocników szalonych naukowców…
    Brawo! Dotarłeś do miejsca skąd
    jeszcze żadnemu śmiertelnikowi
    nie udało się wrócić. Czuj się jak
    w domu…
    (Sinbad – Legenda 7 mórz)
    *  

    Najstraszniejsze potwory dobrze wiedzą, że
    należy zniknąć tuż przed włączeniem światła

    (Watts)

    Rano rozkręciłem klawiaturę, pogrzebałem, nie pomogło. Stara
    oczywiście nie pasowała. Zastosowałem więc odwieczny, męski sposób na
    poprawianie rzeczywistości i zacząłem bez zbędnych nerwów walić nią o blat, aż
    cichym głosikiem, niczym ściśnięty kombinerkami za jaja Jasiek Niemowa zaczęła
    błagać o litość. Na razie działa ale trzeba będzie pomyśleć o czymś nowym.
    Tydzień pod znakiem bólu, czy bólów. Posplatały i wymieszały się tak subtelnie,
    że właściwie trudno je pooddzielać. We wtorek w lekkiej malignie wziąłem od
    Białorusina w pracy jakiś białoruski specyfik przeciwbólowy, zakazany w Polsce,
    z racji zmieniania składu krwi po zażyciu w większych ilościach. Przez resztę
    tygodnia absorbowałem różne przeciwbólowe Maxy, tak, że teraz mam wątrobę
    zapewne dobrze wypieczoną i chrupiącą. Zaczynam zastanawiać się czy to nie
    jakiś pieprzony rak mózgu nie chwyta mnie szczypcami za przysadkę. Bo ten ból
    gdy przychodzi jest jak mgła z napalmu, zmieniam się w płonącego gościa
    ciskającego się wewnątrz obcego, wypełnionego kwasem ciała.
    Przy jakiejś okazji pocierania obolałego czoła przeniosłem sobie czekoladę na
    włosy, tak że miałem kilka zlepionych, słodkich kosmyków. Spytałem Szponiastą
    co by zrobiła, gdyby moje tkanki zmieniły się w czekoladę. To był oczywiście
    błąd. Z rozmarzonym uśmiechem stwierdziła, że zlizałaby mnie aż po szkielet z
    wafelków, a wtedy, chrup chrup…
    Na zewnątrz wspaniała wiosna. Porywiste wichry przesuwają budynki i linie
    brzegowe, błękit nieba poraża, słońce wlewa mi się do kuchni i mości w
    garnkach. Noce wypełnia księżycowa poświata, tak potężna, że rozrzedza ludzką
    naturę i ulice wypełniają polujące wilki i łaszące się koty. Wczoraj cień
    naszego bloku przeszedł po księżycu, zawsze bawi mnie ten empiryczny dowód, że
    faktycznie jest kulisty i wisi na spadaniu.
    Poza tym w tymże specyficznym, farmakologicznym z lekka stanie umysłu wpadłem
    (prawdopodobnie ponownie) na doskonały sposób na redukcję korków ulicznych -
    Nitrogliceryna w spryskiwaczach samochodowych…
    W przejściu podziemnym koło domu Szponiastej przez trzy dni pracowała ekipa z
    ciężkim sprzętem. Zdjęli blaszaną okładzinę tunelu i ściągnęli kable od
    oświetleń. Dopiero później wyszło, że to byli złomiarze. Teraz pewnie zimują na
    Hawajach.

    Zima nie przyszła.
    Lato nie chce odejść.

    (RMF Maxx)

    *

    …przecież nikt nie mówi o: tych
    wspaniałych mężczyznach i ich
    dumnych symulatorach…

    (Nagi peryskop)

    W Anglii największe w historii strajki. Wiadomo, przecież
    tylu Polaków tam pojechało. Odkryto też w końcu powody porażek piSSu. Jest to
    „kret”, działający w bezpośrednim otoczeniu Prezesa, który wykonuje
    swoja krecią robotę i pod Prezesem dołki kopie. Z pewnością kwestia czy tak
    jest w rzeczywistości zostanie wkrótce zadowalająco rozstrzygnięta. Gdzieś tam
    już na pewno biegnie Maciarewicz niosąc elektrody. Odtąd członkowie piSS będą
    jeszcze bardziej lojalni, choć może odrobinę lękliwi… Koło Hali Targowej
    wykopano chatę z okresu wpływów rzymskich, sprzed jakiś 1800 lat. Mogłoby się
    wydawać, że obchodzone całkiem niedawno tysiąclecie Miasta było lekko
    spóźnione.
    Zacząłem robić sobie ząb. Przyjemność tę zapoczątkowało wkręcenie się
    szybkoobrotowym wiertłem w żywy nerw i spiłowanie tkwiącej tam tylnej ścianki
    zęba, która parę tygodni temu gładko wsunęła się w dziąsło, skręciła z lekka i
    rozsadzając korzeń wbiła się w nerw. Czysta radość. Zrekonstruowali mi tylną
    ścianę zęba, załadowali truciznę i antybiotyki. Teraz trawiąc sobie
    prowizoryczną plombę czekam na leczenie kanałowe, a następnie na operację, w
    trakcie której odwiną mi skórę z dziąsła jak skórkę od banana, wyjmą odłamki i
    zrekonstruują korzeń… Przysięgam wam, ze sto razy mi się już śniło, że siadam
    sobie na dywanie w rozsłonecznionym pokoju, biorę kombinerki i wyrywam ząb po
    zębie, a potem szczęśliwy i okrwawiony podążam pląsając w kierunku zachodzącego
    słońca.

    Znajoma poprosiła żebym posiedział
    z jej córką.
    - Jak będziesz grzeczna Mikołaj
    przyniesie ci prezenty, a jak nie
    to cię zje.
    - Ale mama powiedziała, że
    przyniesie rózgę…
    - Najpierw rózgę i będzie bił, aż
    mięsko ładnie zacznie odchodzić
    od kości, żeby łatwiej się gotowało.
    Sam nie wiem dlaczego dla tych
    wszystkich dzieciaków jestem
    ulubionym wujkiem…

    *


    • RSS