kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 1.2012

    - Dostałem!
    - Wyjdziesz z tego…
    - Taaa, ale w którą stronę?

    No i tak świat zamarzł pod słonecznym blaskiem. Po trzech tygodniach wstawania o 4 i podbudowy tkanki mięśniowej, budzę się zdziwiony. Jest 8, jestem suchy, nie trzymam w rękach żadnego trzonka (załóżmy), a żadem żywioł nie próbuje wywiać mi mięsa spomiędzy żeber… Mógłbym się do tego przyzwyczaić. Drugi dzień siedzę w cieple i nie ruszam się. Podbiłem Irlandią cztery kontynenty, jadłem o wyznaczonych porach, oglądałem tv do nocy, zwykłe rzeczy, ale w niezwykłych okolicznościach potrafią się stać gorączkowym marzeniem.
    Ostatnio jeżdżąc z Danem mijaliśmy ciągle drogowskazy na Owczarnię. Intrygowało nas to z lekka, co to jest, z czym się je, i czy jest tam zjazdówka na centrum, która oszczędziłaby nam rozkoszy pomykania obwodową wraz z osobliwie wesołymi kierowcami tirów. Już nie wspominając nawet o tym, czy opuszczalibyśmy ją, każdy z owcą na ramieniu. Przydałaby się  mapa mówię, oglądając rozłażącą się w rękach żółtą płachtę na której oprócz rozmytych linii nielicznych dróg, z trudem daje się odczytać: Pomorze Miejskie 1964. „Prawdziwy mężczyzna nie potrzebuje mapy” odpowiada Dan, „Jasne, ja się nie zgubiłem! Ja zwiedzam!!!”.
    W czasie jednego z naszych nocnych dryftów wpadłem też na genialny pomysł, jak zapewnić kobiecie szczęście i fascynujące zajęcie na dłuższy czas. dać jej pierścionek zaręczynowy w diamencie, ze słowami, masz odkuj sobie.
    Lady Pazurek dostała się w końcu w tryby systemu i załatwiła sobie pracę jako sekretarka w szpitalu Położniczym. I zrobiła to nawet nie używając magii nazwiska, które trzęsie trójmiejską medycyną. Ogólnie się cieszę, może nam się nawet uda zebrać tę kasę na ślub, a do tego oczywiście, będzie mogła mi wynosić noworodki na sprzedaż wyjałowionym pigułkami kobietom zachodu i wcześniaki do bestialskich eksperymentów. Poza tym widzieliście może film „Sekretarka”? Mhmmm.
    Dzisiaj Pazurzasta będzie modelką na pokazach jakiejś sławy fryzjerstwa. Wczoraj była na castingu. Robili im tam wstępne przygotowania, minioni podcięli jej końcówki i namiętnie umyli głowę, wymasowywując każdą pojedynczą cebulkę. Szponiasta opowiadała jak weszła tam jakaś dziewczyna z prostymi włosami do ramion a wyszła z lokami do połowy pleców…
    Mała trochę pękała, bo hoduje włosy na ślub i wolałaby, żeby po tych wszystkich latach, ktoś jej tych kudłów po prostu nie ściął, albo nie przefarbował na jasny seledyn. Była chyba jedyną znaną mi modelką, która miała nadzieję, że przepadnie na castingu, ale potrzebowaliśmy kasiory a pracy wtedy jeszcze nie było na żadnym z horyzontów. Ale co tam, będzie co będzie. My Lady najwyżej kogoś brutalnie zatłucze nagrzewalnicą i pozostawi jego ciało upięte estetycznie na ścianie z pomocą wałków i nożyczek, a ja już po wsze czasy będę miał satysfakcję, że będę sypiał z modelką. Ach! Jak przyjemnie być płytkim.

    - O ty! Zaraz ci tam włożę zimną rękę!
    - E, nie taką znowu zimną.
    - Nie tę.

    (My)

    *

    Zapamiętasz ten pierwszy pocałunek
    na zawsze i będziesz porównywał do
    niego wszystkie inne
    (King)
    Gdy patrzysz w odchłań sieci, ona patrzy w twoją duszę. A przynajmniej przegląda ci pliki, instaluje trojany i selekcjonuje według wydumanych preferencji linki na Googlu i Tubie. Penetrując miejsca ciemne i wilgotne sieci ostatnimi czasy, wychwytując zmysłami posykiwania i fanfaronady oburzonych, wspominam jak to powiedziałem niegdyś Awarii, że V jak Vendetta jest filmem kultowym i jeszcze nie raz i nie dwa ludzie się do niego odniosą. Wyśmiała mnie wtedy i z charakterystyczną dla siebie subtelnością działającego kombajnu spadającego na demonstrację wegetarian, zasugerowała mi lekkie wodogłowie i ogólne acotytamwiesz…
    Właśnie wróciłem z kolejnego odśnieżania. Było cudownie jak zwykle. Ciemności nocy pachnące odrzuceniem i samotnością. Chłodne płatki śniegu na rozpalonych policzkach, ruch na świażym powietrzu… jakże się cieszę, że już tam nie jestem. Musi, po prostu musi być jakiś sposób zbombardowania Osowej taktyczną głowicą nuklearną. Nie musiałaby być duża, wystarczyłoby żeby przez 50 lat nikt nie mógł tam zamieszkać. Choć jak znam życie nasz szef od razu podłapałby okazję i musielibyśmy ten burdel odgruzować i elegancko omieść miotłami z radioaktywnego pyłu.
    Na Zeusa gdzieś koło kościoła siedzi jakiś pieprzony słowik, który wyśpiewuje nam hymny pochwalne dla przedświtu. Jestem prawie pewien, że śpiewa: Jak zajebiście jest nie być człowiekiem, nie mieć rąk, w których dałoby się utrzymać szuflę. Lalala frajerzy.
    Ostatnio, napędzany kawą i ogólną rządzą grzechu nawiedziłem Na Rogu. Była tam wesoła kompanija, która uzupełniwszy sążniste braki promili wzięła się pod paszki i śpiewając ruszyła na pobliską plażę. „Jęczała pod ścianą biorąc w kakao!” ryczał pierwszy rzut wkraczając na plażę. „Przybywają już poeci. Laskom śluz po nogach leci” zawodziłem zataczając się z lekka pod rękę z Maherką niedoszły Bardem Pomorza i spawaczem z zamiłowania. „W zimnej tej celi na zgniłym posłaniu…” zanucił jakiś miły baryton zza wydm, a to był patrol policji. Na szczęście było nas legion, a ci z przodu przebywali pod gościnnym dachem 3szklaneczek zancznie dłużej co przełożyło się na ich możliwości motoryczne i zubożyło tragicznie refleks, udało mi się więc uniknąć kontaktu z władzami i zimną pryczą najdroższego hotelu Europy.
    Mam nadzieję, że wszystko za mnie wyparuje do popołudnia, bo idę dziś znowu do dentysty, a alkohol czasem zabawnie reaguje ze znieczuleniem.
    Wyjeżdzamy z parkingu.
    Dan – Jedzie coś?
    Ja – Ta, ale jakby umarłego wiózł…
    A to był karawan.
    *

    Nowe życie nie zaczyna się od zmiany

    otoczenia, lecz od zmiany perspektywy
    Ostatnie dni spędziłem na lodowej pustyni, gdzieś nieopodal bieguna. Z tym że z każdą sekundą biegun zdawał się byc bliżej. Pracowaliśmy praktycznie dwa tygodnie non stop. Bez dni wolnych, wstając codziennie o 4, budzeni przez łoskot sypiącego się śniegu i czule mruczący w słuchawce głos naszego szefa. Rozliczne osiedla, rozliczne przygody. Ludzie dobzi, ludzie źli. Wycięczona głupawka, niepowodzenie prób dryftingu Matizem i szalona jazda zygzaczkiem po cienkich i oblodzonych osiedlowych uliczkach, w takt radośnie kretyńskiej piosenki reklamowej Biedronki i do wtóru strącanych lusterek i zgrzytu lakieru zza okana. I lód, dużo lodu do skuwania, zupełnie bez sensu, bo przecież wystarczyłaby sól. Ale podobno jest droga. My nie jesteśmy drodzy, jesteśmy tańsi. Pękają nam kadłuby, strzelają metalicznie przeciążone ścięgna. Jest ciemno, mokro i zimno, gorąco i znowu ciemno. Odwilż a za nią śnieżna kurtyna, śnieżne panny tańczące w kąciku oka. Odgłos spadających kropli. Dan się śmieje, że za dużo nawąchaliśmy sie tego białego… no śniegu. Świry na Zeusa, pogodni z Ariadny. Na Zeusa obili sobie dom stalą, sami prezesi. Dom wygląda światnie, ale rdzewieje. Sypiemy raz solą, bo podjazdy szerokie na cztery wozy i wpuszczone parę metrów pod ziemie, tak śliskie, że nie można ustać o pchaniu śniegu nie wspominając. Nim  stamtąd odjechaliśmy było już 15 telefonów do szefa. Katolicki naród konfidentów, donosicielki i komunistycznych podpierdalaczy. Innym razem wracamy pozamiatać z lodu piasek, bo im nie jest ślisko a wygląda nieładnie. Podono w zeszłym roku odśnieżono im o 6, do 8 spadł śnieg i jakich dumkopf zadzwonił, że pomoczył sobie spodnie za 3000 i rząda zwrotu pieniędzy. Co roku odśnieża u nich ktoś inny.
    Świt za świtem. Para na szkle. Pijany taniec na krawędzi realności, mijamy rano dworzec w oparach dymu. Biegną ludzie, biegną zomowcy. W oparze majaczy Skot, zza budynku wychyla się powoli pochyły ryj czołgu. Co jest reane co jest snem. Dopiero wieczorem skumałem, że to kręcą „Wałęsę”.
    Idzie dziewczyna z różowym kubeczkiem, z tych zamykanych, idzie po hałdach i koleinach , ale twardo pije. Nabijamy się jeszcze przez godzinę z kubeczków, ostatecznie stwierdzamy, że sami sobie takie kupimy. Będą ze stali nierdzewnej, ze znakami biohazardu, a jak się je otworzy, to ze środka buchnie zielone, ledowe światło. Na zdziwone spojrzenia pasażerów, przepraszający uśmiech i tekst: Przepraszam, ale co jakiś czas musze pić antidotum…
    Z fizycznego punktu widzenia nie da
    się wytłumaczyć dlaczego pamiętamy
    przeszłość, a nie pamiętamy przyszłości
    (skądś)

    Mężczyźni po czterdziestce,
    Patrzą w światła nocy, nie mogą spać
    Ciągle dręczy ich myśl,
    Kiedy zrobili fałszywy ruch
    I czemu życie tak długo trwa

    (Sissman)

    Ciemność nocy wypełniona szeptem ciepłego deszczu. Jakby Bóg
    kartkował w zamyśleniu Księgę Stworzenia. Lady Pazurek odjeżdża w mrok
    tramwajem. Rozświetlona bryła, pełna szkła i refleksów, sunąca ponad skrzącymi
    się barwami chodnikami. Niczym płynący po Missisipi parostatek z marzeń Twaina.
    Gorączkowy sen, zapach nowego Orleanu, wampirów i komarów. Legend , Kreolek i
    bluesa.
    Pada od tygodnia, jest ciepło i spod samego dachu nieba, na który co czas jakiś
    wjeżdżam z moich zimnych podziemi, w których zużywam się ja i inne organiczne
    maszyny, widać jak coraz większe połacie świata zaczynają się zielenić
    wiosennie. Każdy transfer Zaspa – Brzeźno okupiony jest traumą obserwowania
    kopulacji rozlicznych wiewiórek i pytających spojrzeń kotów. Mnie nie pytajcie.
    Nie ja to wymyśliłem. Ja tylko siłą woli powstrzymuję śnieg, by nie przespać dwóch
    miesięcy życia.
    Choć z drugiej strony muzyka nigdy nie smakuje tak, jak o 4 rano w ciepłym
    samochodzie, jadącym przez opustoszałe Miasto, pomiędzy jednym odśnieżaniem a
    następnym, gdy świeże zmęczenie i młode niedospanie łączą się w miękki jak
    kocia sierść ekstrakt, a światła i kształty roztapiają się w obejmującej w swe
    posiadanie szyby parze. Każdy utwór staje się skrystalizowaną przyjemnością
    mieszczącą ociężały od słodyczy świat. Z każdym oddechem bardziej kocha się
    Sylwię Grzeszczak, czystą miłością dziecka całującego alabastrowe stopy posągu
    Bogini Babilonu, zaciska się uda mknąc przez ciętą błyskawicami ciemność razem
    z Doorsami, Fiesto nie wydaje się podrygującym w epilepsji kretynem a Armin van
    Buuren sączy wraz z głosem Sharon den Adel płynne srebro wprost w wysokoprężne
    komory, wyrywającego się z piersi serca.

    Podróż się liczy, nie jej cel, bo to w
    podróży mija nam czas. Cel jest na
    końcu i trwa chwilę.

    (Emerson)

    *

    Stanęła wznosząc ręce ku niebu i krzyknęła
    bez słów. Naszych największych tryumfów
    nie da się opisać słowami.

    (King)

    I nadeszła północ. Wracając z Cockneya, w którym
    zapoznawałem się z meandrami Polityki Miłości Lenn i czułem się jak przygnany
    ulewą outsider, co zresztą tak bardzo lubię, lubię do bólu, bo to wygnanie ze
    świata ma rys szlachetności i jest w jakiś taki biedny sposób wyjątkowe. W
    każdym razie wracając przez noc wypełnioną deszczem, patrzyłem na łuny kolorów smużące
    się na wilgoci pośród betonów i asfaltów zmienionych przez tą chwilę i stan
    wywołany nieludzkim zmęczeniem i paroma piwami w mieniący się parkiet dla
    wszystkich psychodelicznych wróżek i miss LSD wszechświata. Radiowóz zatrzymał
    się i cofnął na przejście, gdzie dziewczyny wracały z klubu wyposażone w pokale
    z piwem. Wszyscy się śmieli i policjanci i dziewczyny. Gdy dotarłem na moje
    rubieże i umościłem wreszcie w moim, podgrzewanym dwoma palnikami gazowymi
    leżu, byłem w takim stanie, że zacząłem rozpatrywać wiekopomne kwestie w
    rodzaju, czy stare prześcieradło zmieści się w pustej butelce po Pepsi -
    zmieściło się. I czy Boro nie śpi o tej porze – spał. Jego żona obiecała mi, że
    podrzuci mi swoje niemowlaki i będzie dzwoniła co 15 minut, żeby nie zasnęły.
    Zakomunikowałem jej, że jeśli to zrobi, posłużę się zwyczajem naszych prababek
    i dam im do ssania makówki. Potem dzieciaki są taaaakie spokojne.
    W TV leciała znowu Planeta Małp, ten film zawsze mnie przygnębia, wyłączyłem
    więc w momencie największego tryumfu, zanim główny bohater wszystko przesrał,
    bo był tępy jak kowadło. Kogo szkolą te Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych?!
    Lady Pazurek wraz z fem komando ruszyła na podbój koronkowych horyzontów i
    zakupiła suknię ślubną, której oczywiście nie zamierza mi pokazywać, choć
    sugeruje przerażające rzeczy. Nie będzie trenu, ale śmieliśmy się za to z Awatarem,
    że jej małe kuzynki ustawione wzdłuż nawy będą rzucać czarne płatki róż, po
    których Mylady przepłynie w swej śnieżnobiałej sukni. Zastrzegłem też, że
    obojętnie co się będzie działo i w co będę ubrany do ołtarza idę w glanach.
    Mają duże podeszwy tak, że będzie dobrze widać na nich napis: Help Me!
    Pazurzasta zaś zastanawia się nad kupnem dodatkowych butów do tańca… To my
    będziemy tańczyć? Argh, zdaje się, że na Sumatrze jest pięknie o tej porze
    roku.

    Pamiętacie jak w szkole na ćwiczeniach
    ewakuacyjnych kazali nam się ustawiać
    w rządku od najniższych do najwyższych?
    Jaki to ma sens, czyżby wyżsi palili się
    wolniej?

    (King)

    *


    • RSS