kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 5.2012

    Wyszła kupka
    brudna dupka
    (Dan objaśniający zawiłości egzystencji Krewetce)
    Kosiłem. Przez cały tydzień. Kosiłem powierzchnie, rabaty, place, stoki, wzgórza, ściany i wądoły. Wykosiłem chyba od środka, każdą dziurę w okolicy. Wtaczałem raz za razem 30-to kilową, ryczącą niczym Armageddon i plującą organicznymi szczątkami maszynę na stoki o nachyleniu 80%, niektórzy płacą żeby robić podobne rzeczy na siłowni. Niczym Ponury Kosiarz wykosiłem życie od zadupnych pól Osowej po przymorskie wydmy Zasspy, a gdy dopełnił się tydzień i wracałem do domu, spotkałem na ulicy mojego ojca, który bez żadnych wstępów, cześć , czy spierdalaj powiedział, że w sobotę będą goście i podwórko trzeba co? Tak, tak – wykosić. Jedyny plus z tego taki, że po niefrasobliwym machaniu tym warczącym molochem w pracy, manewrowanie domową kosiareczką, czy nawet pełnym koszem w Lidlu to betka. 
    Oprócz koszenia jeszcze pieliłem. Na Osowej jest taki legendarny i siejący powszechną grozę w sercach wszystkich pielaczy stok. Jest piaszczysty, w słońcu nagrzewa się do jakich 60 stopni a wszelkie rachityczne paskudztwa, które na nim wegetują, trzymają się uporczywie i wytrwale maty przeciwko chwastopm wkopanej tuż pod powierzchnią ziemi. Często się zdarza, że wykończony pyłem i upałem człowiek odkrywa nagle, że trzyma w ręku 3 metry stoku, który następnie trzeba ostrożnie położyć na ziemi i pieczołowicie przyspać ziemią. Poza tym są tam, mrówki, milion mrowisk na metr kwadratowy, ewentualnie jedno mega mrowisko, zbierajace siły do inwazji na pobliskie osiedla i pożarcia żywcem ich nowobogackich mieszkańców. W każdym razie odkryłem je dość ptzypadkowo w czasie pielenia, gdy nagle z zamyślenia wyrwała mnie niepokojąca świadomość, że mam dwie, siegające łokci, czarne, żywe i ruszające się rekawice. Szkoda, że w pobliżu nie było żadnych kamer, to co później nastąpiło, bez problemu zakwalifikowałoby mnie do You can dance.
    Po za tym wrzuciłem na fb bombę erotyczną w wykonaniu Areckiego i Tancereczki. Najfajniejszy jest tam kontrast – Wywarzony Arecki, u którego zawsze można zauważyć ułamek sekudy opóźnienia, gdy podejmuje decyzję jak się zachować i wyposarzony w kończyny godne Sailor Moon oraz mięsożerny uśmiech, kipiący nieokiełznaną energią,  blondyniasty żywioł opatający go niczym rosiczka. Odzew nastąpił zanim udało mi się oderwać ociekające lubrykantem łapska od klawiatury. Podobało mi się. Biorę więc aparat i ruszam w świat. Jeśli usłyszycie oddech w szafie albo dostrzeżecie ruch w sitku odpływowym uśmiechnijcie się ładnie. 
    - Palący kolesie wyglądają stylowo. Kochanie
    jak bym wyglądał jako palacz z papierosem?
    - Samotnie
    (My)
    *
    - Cholera, zapomniałam wziaść pigółkę….
    - No to dupa
    (skądś)
    No i tak, w Dworku Sierakowskich katabuk tańczył z poetami, a ja pojawiłem się wyłącznie na wyświetlanych w tle zdjeciach. W żwirowni zapewne migotały płomienie, oświetlając twarze i ogrzewając myśli, w Cocneju serca uderzały w ciemnościach w takt metalowych riffów i absorbowanego  alkoholu a na imieninach dziadka Szponiastej pożerano domowe pasztety i ciasta. A ja leżałem. W sumie jakoś tak bez powodu. Po prostu zabrakło mi mocy by wstać i iść. Kiedyś tłumaczyłem znajomym, że żyję wielokrotnie wszybciej niż oni, że w swej drodze zachaczam o inne światy i grzeję się pod tysiącem innych słońc. Teraz czuję to w całem rozpiętości, leżę w ciemności patrząc na płomień świecy i czuję się 35 -cio letnim starcem. Podobno gdy nie korzystamy zdanej nam mocy nasza wola słabnie. Jestem własną ofiarą. Może to praca, może ganianie przy ślubie a może  inwaja  katolicyzmu na moje wewnętrzne chrześcijaństwo. Może zwyczajnie zbyt mocno powiązałem się z rzeczywistością, stałem zbyt realny. Może podszedłem zbyt blisko tego co jest i zaraziłem się szarością. Nie wiem. Nie czuję się pełen, nic się ze mnie nie przelewa, nie czuję się głodny.
    Myślę o tym by rzucić pracę, ta utknęła w martwym punkcie beznadziei. Mimo wszystko nie potrafię trwać zupełnie w miejscu, gdy na horyzoncie nie ma żadnych perspektyw. Potrzebuję nowych celów, potrzebuję ich bardziej niż czegokolwiek.
    Rzeczy się stają.
    Idee istnieją
    (Platon)
    *
    No dobra, kto nie uzbroił
    swojej stacji kosmicznej?
    (Iron Sky)
    Dwa wstrząsy. „Iron Sky” spodziewana radosna komedia sf mrozi końcówką duszę i dzwoni w zamienionych w porcelanę kościach. Skandynaw, który to nakręcił, zrobił to ze składek internautów i sponsorów i widać, że nie zrobił tego dla kasy czy sławy, ale dlatego, że chciał. Scenariusz nie ma hoolywoodzkiej liniowości, efekty liczne, ale jako wyraźne tło. I szczerze mówiąc wcale się nie dziwię, że ma tak złe recenzje w Stanach i na naszych rodzimych forach pasjonatów Street dance 33 czy sekciarzy celebrujące dylematy ekranowego Petera Parkera – półowada transwestyty. Naprawdę nie sądziłem, że wyjdę z tego filmu zamyślony, no ale w końcu to naprawdę dobra opowieść, o tym że nawet najbardziej zabójcza ideologia nie jest tak niebezpieczna jak zwykła głupota i chciwość.
    Najwyraźniej było mi mało choć już i tak wędrowałem przez świat z lekka przybity, w każdym razie przeczytałem sobie jeszcze  ”Przejście” Connie Willis. Ośmiusetstronową cegłę kryształowej bogini literatury. Kobieta pisze tak intensywnie, że pękają flaki i topią się zęby. Człowiek nie chce tego czytać, chce wyjść, chce spać, ale nie może się oderwać, a po przewróceniu ostatniej strony wyje z nieskończonej tęsknoty pod pustym niebem…
    Poza tym chodzę co wieczór na próby do kościoła, wyśpiewuję hymny jak w „Sensie życia” i notorycznie zapominam kwestie, które będę miał wybełkotać, gdy biszop będzie mnie smerał w czasie bierzmowania.
    - Mam spowiedź i muszę zrobić
    rachunek sumienia, ale co ja mam
    tam powiedzieć, przecież jestem
    bezgrzeszny.
    - Pycha, to po pierwsze…
    (My)
    *
      

    • RSS