kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 8.2012

    Ja nie obchodzę urodzin,
    ja robię kolejny level
    (Kwejk)
    Dziewczyna o zmienionym imieniu tańczy w deszczu. Gdy obraca się wokół własnej osi zapalają się lampy rtęciowe na bulwarze i wokół jej gołych nóg rozlewają się migoczące, fotonowe smugi. Ma na uszach słuchawki, tańczy do muzyki, której nikt z nas nie słyszy. Dla nas ona wiruje w rytmie fal gasnących w piasku i ktopel bijących w rozbujane liście. 
    Ostani dzień urlopu. Jesień w pełni. Deszcz łączy ziemię z niebem, stawiam kroki pośród kałuż, moje istanienie zaburza ich powierzchnie. Zostawiam ciepły tunel pośród kropel. Jestem ciepłym cieniem w wilgotnej pamięci świata. Trzy tygodnie: przygotowania, ślub, wesele, pełen wspaniałej grozy pierwszy taniec, dwa wyjazdy, przeprowadzka Szponiastej i jej ukobiecenie, niemal dokładnie w ćwierćwiecze jej istnienia. Po tym wszystkim wracam na front zszywania podszewki świata, wyjących silników i zapachu trawy o świcie. Oczywiście o ile mój szef nie wpadł w między czasie na jakiś wspaniały pomysł redukcji etatów, obniżenia pensji czy coś równie obiecującego. Jeśli wszystko dobrze pójdzie to pierwszy raz w życiu dostanę pensję z miesiąc nicnierobienia. Zadziwiające.
    Na razie poszukuję w moim kompie połowy muzyki z folderu „miejsca ciemne i wilgotne”, jeśli jej nie znajdę komputer spłonie. W nowym wazonie cięta róża czeka, aż Pazurkowata przyjedzie z gorącym ciastem na jutrzejszą imprezę. Moje mieszkanie wciąć usiłuje zasymilować jej rzeczy. Wciąż usuwam na zewnątrz jaikś nadmiar. Chyba najwyższy czas wynieść ten wór stringów, które trzymałem w charakterze trofeów.
    W środę mieliśmy zaległą sesję fotograficzną, trwała 4,5 godziny, jak zdjęcia dotrą to pokażę wam jak panny młode rozstrzeliwują bociany.
    Dobra, tyle na dziś idę przylejać haczyki w łazience.
    - …zrobisz to.
    - Nie! My kiszczaki nigdy nie ustępujemy!
    - Teraz ja też jestem kiszczakiem…
    - Demyt
    (My)
    *

    Ktoś – Masz coś wygrawerowanego na obrączce?
    Ja – …jeden by wszystkie zjednoczyć i ciemności związać…
    Pazurkowata – Mmm, w ciemności związać. Jakie wszystkie?!

    W Mikoszewie jest przystań promowa. Stary pruski bruk spływa
    wprost z szerokich w tym miejscu wałów w leniwy nurt Wisły. Stare, wygładzone
    kamienie, szeroki nurt, szerokie niebo, szeroka i otwarta przestrzeń Żuław, z
    ostatecznym wypłaszczeniem morza w tle. Tu obok umiera rzeka. Obok przystani
    przechylony bunkier, trochę obok kamień upamiętniający horror ewakuacji
    morskiej obozu koncentracyjnego Stutthof. Jeden budynek, parę bud z których
    snuje się zapach taniego jedzenia i pamiątek, trójwymiarowe widoczki, i
    bursztynowy drobiazg. Gdy dawno temu byłem tu z dziadkiem na brzegu umierały
    powoli wraki starych kutrów. Wyschnięte wręgi sterczące z wody niczym
    prehistoryczne szkielety, zmatowiałe śruby, stare brukowce i stare cegły w
    złotym świetle zachodzącego słońca.
    Jest cicho, tu zawsze jest cicho. Ludzie wracają z mierzei zmęczeni słońcem i
    odpoczynkiem. Prom jest jeszcze po tamtej stronie. Stoją samochody, ludzie
    tkwią nieruchomo wpatrzeni w dal, wiatr szumi pośród niekończącego się bezkresu
    traw. Fuga, moment zamarły w czasie, koniec świata, umarli czekający na brzegu
    na prom. Gdzieś i nigdzie, magiczna chwila, „Ostatni brzeg”, gdy
    wszyscy są razem i w skupieniu, przed momentem, gdy każdy odejdzie na zawsze w
    swoim kierunku…
    A tak poza tym, jestem już człowiekiem zamężnym i poważnym… czy coś. W każdym
    razie noszę kruszec na palcu i czuję jak powoli przesącza mi się do
    krwioobiegu, kobieta rozprzestrzenia mi się po mieszkaniu. Jest jej coraz
    więcej z każdym kolejnym przyniesionym plecakiem gratów. Ona ma dużo ciuchów,
    ja książek, świetnie się uzupełniamy. Ślub i wesele były podobno udane, trudno
    mi ocenić z samego epicentrum wybuchu. Zdaje się, że nieźle też zatańczyliśmy.
    Potem zaś pojechaliśmy sobie za Wisłę by zwęglać sobie tkankę w słońcu, pić
    wino i dać się gryźć biedronkom. Krążąc po lasach spotkaliśmy ojca Hanny, który
    tworzy szczegółowe mapy do biegów na orientację. Ja opiekłem się mimo, że
    wcisnąłem się w najgłębszy cieć pod rozłożystym krzakulcem. Weszliśmy daleko w
    morze, w miejscu gdzie woda słodka miesza się ze słoną. Pobrodziłem nawet w
    morzu, czego mieszkając 150 metrów od plaży nie zrobiłem od kilkunastu lat.
    Wciąż czekam na objawy.
    Przez ostatnie dni nosiłem pazurzasty dobytek a dziś jedziemy do Mławy odpocząć
    ostatecznie i dowieźć flaszki tym wszystkim, którzy nie dotarli, albo zaraz
    wsiadali w samochody. mam wrażenie, że będę najbardziej dzwoniącym obiektem w
    całym pociągu.

    Jestem w Spatifie, gdzie nie ma chwili
    pauzy. Fala za falą lecą przeboje. Jest
    impreza, pewnie najlepsza nad brzegiem
    tego morza, ale wciąż myślę o tym co
    stworzyliście swoim tańcem na weselu.
    Nie jestem obiektywny, ale dla mnie to
    jest pierwsza z 10 najpiękniejszych chwil.
    Łagodna bestia pieszcząca radosne kocie.

    (Sms Marzana)

    Kurcze muszę zobaczyć film z tego tańca

    *

    Landryna – …bo zrobię ci krzywdę!
    Kochanie, opowiedz mu jak to jest
    Gdy robię ci krzywdę!
    Arecki – Mmmm…
    Landryna – Nie tą krzywdę, tą drugą!

    Droga do linii słońca i dalej przez piekło. Il Duce
    przeniósł mnie z obiektów do brygady zmechanizowanej i drugi tydzień
    naprzemiennie, pod smugami żaru lub w strugach deszczu jestem jeźdźcem na
    maszynach. Mam zielone ręce i nienawidzi mnie szczerze cała okoliczna fauna i
    flora, włączając w to tych co lubią dłużej pospać. Pamiętacie scenę z
    kosiarkami z „Dnia Świra”? To właśnie byliśmy my…
    Moje dni upływają w takt wirujących ostrzy, wieczory na tańcu i powolnym
    umieraniu w tramwajach podążających gdzieś, donikąd, bądź w różową poświatę
    zmierzchu. Ostatnie dni wolności spędzam łaknąc wody i cienia, jestem zbyt
    zmęczony i zajęty, by naprawdę uświadomić sobie skalę nadchodzących zmian. Na
    razie mnie to nie obchodzi.
    Na Marsie wylądował kolejny amerykański łazik. Wylądował i wyćwierkał na swoim
    koncie na Twitterze: Wylądowałem bezpiecznie w kraterze Gail, mam tu
    niesamowity widok z okna.
    W Irlandii jest już więcej Polaków, niż Anglików. Zmarł ostatni obrońca
    Westerplatte.
    Lenn przeprowadziła się zdaje właśnie w tą okolicę.
    Były niedawno urodziny Landryny, chcieliśmy kupić jej pejcz, ale ktoś już wpadł
    na ten pomysł. Łaziliśmy po sklepach i już nawet mieliśmy w rękach jadalną
    bieliznę, którą chcieliśmy jej dać, pod warunkiem, że Arecki zerwie to z niej
    zębami na naszych oczach i zeżre. Ostatecznie jednak znaleźliśmy coś naprawdę,
    naprawdę złego. Coś tak potwornego, że krew tężeje w żyłach i toczy się przez
    nie z głuchym grzechotem. Moi drodzy, prawdziwe zło wygląda właśnie Tak:

    H – co tam u ciebie
    J – A nic, jestem coraz młodszy,
    piękniejszy, mądrzejszy, i chyba
    się nawet ożenię…
    H – Hahahaha, niby kiedy
    J – A bo ja wiem, w przyszłą środę?
    H – …

    *


    • RSS