kiszczaksattack blog

    w ten oto sposób blog.pl i onet duszą inwencję i pozbawiają sensu jakąkolwiek twórczość

    Wpisy z okresu: 9.2012

     

    Około 5000 osób obserwowało

    ostatnio powietrzną bitwę Ziemian

     

    Staliśmy na plaży. Wyszliśmy tu na chwilę by zwolnić nieco w pędzie dnia. Było jeszcze lato, było jeszcze ciepło. W ciemności szemrały rozmowy, ludzie siedzieli na piasku i odstawiali puste butelki na murek. Nagle przez niebo przebiegły błyskawice. Cały horyzont ponad Gottenhaven i WhiteTown zmienił się w świetlisty, elektryczny kręgosłup żarzący się ponad puchatymi grzbietami wzgórz. Wszystko to bez dźwięku, wyłuskując z mroku zaskoczone w pół ruchu sylwetki. „Jest jeszcze daleko” powiedziałem tuląc żonę w ramionach i nie czując jak gdzieś w górze, w równej pokrywie chmur zachodzą różnice potencjałów. Dopiero oniryczny biały  promień wznoszący z niedalekiej plaży w Glattkau gejzer rozżarzonego piasku uświadomił nam prędkość zachodzących zmian. Nim weszliśmy w rozświetloną granicę Miasta niebo ryczało nad nami jak piekło pełne odrzutowców. Nim dotarliśmy do domu byliśmy całkiem mokrzy.

    Wciąż piszę jeszcze tutaj, w oczekiwaniu na nadchodzącą przyszłość, choć podskórnie aktywny i w pełni świadomy skali zdrady blog.pl. W końcu po to założyłem blog na blog.pl , by nie zakładać go na onecie, Polsacie serwisów blogowych, który praktycznie od zawsze był synonimem niedorobionej sztampy, ordynarnej masówki i prymitywnego chamstwa. I oto zostałem sprzedany,  a to co tu tworzyłem, okaleczone. Takich rzeczy się nie zapomina.

    Pozbyłem się stert ciuchów zalegających geologicznymi warstwami parter kwatery głównej. Pamiętny „Dzień Latających Staników” odcisnął mi się w pamięci widokiem mieszkania wypełnionego biegającymi, półnagimi, rozchichotanymi  laskami, Areckim czytającym pośród nich ze stoickim spokojem książkę oraz Gaby która po wstępnej sesji grabieży i zniszczenia pożarła mi całą paprykę.

    Potem była słynna parapetówa u Lenn, która zamieszkała przegniłym jądrze ciemności NewPort, gdzie wc czai się w ciemnościach na zewnątrz, a grzyb pod płytą gips – karton śpiewa wilgotne kołysanki. Otwarta ceglasta otchłań mrocznego podwórka wystrzępionego brakiem pierzei uniesionych wojną domów.  Wspaniałe industrialne pogorzelisko prostych marzeń, zdziczałe ogródki i kamienne  aniołóy na obdartych z tynku fasadach. Bardzo mi się podobało. Szczególnie ta kuchnia sąsiadująca bezpośrednio przez drzwi ze światem.

    Wraz z uchodzącym latem na północ przybyła też Tau zwana Stworem, by stoczyć beznadziejny pojedynek woli. Zawlekliśmy ją do Duszka – meliny z duszą gdzie w cuchnących mułem podziemiach omawialiśmy ogólną kondycję świata oraz porównywaliśmy nasze odchylenia psychiczne. Szponiasta jako jedyna względnie normalna nie udzielała się zbytnio.

    Straceńcza misja Tau pozostawiła cienki osad smutku, który zalaliśmy zaraz szejkiem z KFC, po czym gremialnie rozchorowaliśmy się na gardło.

    A tak poza tym? Umieram z bólu. Mój kręgosłup wyraził szczerą opinię na temat tych wszystkich lat pracy fizycznej. Codziennie rano klęczę przez godzinę przy łóżku, żeby móc wstać. Ból stał się moim bogiem a moje ciało narzędziem tortur. Codziennie zasypaim ze strachem, że za granicą nocy czeka już na mnie ociekający napalmem i dyszący witriolem potwór, czeka by wejść we mnie i wymościć się w mojej tkance, opatulić czule strunami nerwów. Co noc modlę się by się nie obudzić…

    Niestety nie ma tak łatwo. Lekarz, apteka, zimny prysznic, praca. Jestem teraz jak rekin, nie mogę się zatrzymać. Najbardziej boli gdy siedzę.

     

    Będę chwalił Pana pięcioma zmysłami

    każdym splotem wersów z niedomkniętych ust

    będę nosił ciał, aż ze mnie zostanie

    garść lekkiego prochu przemieniona w kurz

     

    (Wencel)

     

    *

    Szatan jest jednym z nas bardziej
    niż Adam i Ewa
    (Chabon)
    Co za dzień. Wczoraj wstałem o 4, pół dnia jeździliśmy wozem, a nasz szak widziany z góry i oznaczony czerwoną nicią stworzyłby zapewne jakąś wybuchową impresję na tle Miasta. Staliśmy o świcie pod odrapanym pudełkiem domu, który przysiadł na wzgórzu ponad miastem a wyglądał jakby wyciągnięto go z epoki późnego PGRu. Wołaliśmy pod okanami: Ela, och Ela, ale w oknach pojawiły się tylko koty by zmierzyć nas obojętnym  wzrokiem. Dan zapakował na paką całą grozę wertykulatora i ruszył do Pruszcza by wstrząsnąć ziemią i zrywać skórę trawnikom. Nawet nie wie, że gdyby tak nie smęcił, dostałby służbową nowiutką Dacię a tak będzie jeździł tym powiązanym na drut Matizem do końca świata i o jeden dzień dłużej.
    W sumie to dość interesujące, obwieszony smugami wyschniętej tkanki, szkielet Dana w powoli zwalniającym zmurszałym, pozbawionym szyb wraku Matiza, zatrzymujący się przy krawężniku jednego z miast umarłych. Jak znam życie… i śmierć, Dan dalej by narzekał. A że Styks za mokry, atomowy podmuch ledwie letni, a te śmiercionośne wirusy nie są już takie jak kiedyś.
    Dziś za to mieliśmy nockę. O 22 wylądowaliśmy z Zaradkiem na szczycie gdzie przyczaił się szklany klocek klubu Good Luck. Czekaliśmy siedząc w wozie, aż wszyscy spoceni klienci powsysają krewetki, dopiją napoje izotoniczne, wsiądą w swoje Audi i Bm i znikną w ciemności oddadją ten teren w nasze wyłączne posiadanie. Bawiliśmy się przestawiając ultralekkie meble i przetaczając palmy. Na parterze są tam na podłogach takie śmieszne kamyczki, które wsysają całą wodę z maszyny, nikt nie wie co się z tą wodą dalej dzieje. Podejrzewamy, że gdy w końcu się dowiedzą nie będą specjalnie szczęśliwi. Wtachaliśmy nasz bolid na piętro i robiliśmy piruety wokół maszyn Technogym i wyposarzenia fittnesu, zapadliśmy ostatecznie w czerwony półmrok saun. Mają tam fantastyczne mozaiki, z barwionego szkła, tak że można zajrzeć w głąb. Ciepło i zapach rozgrzanego drewna. Uwielbiam sauny, gdy będę miał kiedyś własny dom zafunduję sobie jedną i będę w niej siedział aż mi krew pójdzie z nosa.
    Gdy wyszliśmy, uderzył w nas chłód i cisza. nad światem niepodzielnie panowały gwiazdy, wokół lamp utworzyło się halo, a samochód pokrył taką granulowaną wilgocią, która w rtęciowym światle wyglądała niemal jak lód. Gdy ruszyliśmy księżyc wpadł przez okno, wyraźny po ostatnią linię orbitalnego tatuażu, a z kolumn rozwibrowało się „Hero” Bonnie Tyler. Podkręciliśmy gałkę, poczuliśmy się władcami świata i ruszyliśmy w dół ku Miastu, które tej nocy należało do nas.
    - Jaki dziś dzień?
    - Dzisiaj
    - Mój ulubiony
    (Kubuś Puchatek)
    *

    • RSS